Matzdorf na Śląsku, 25 lipca 1928 r.
Kochana Matulu,
jestem tu już dni pięć. Warunki mam bardzo dobre. Pracuję w ogrodzie. Moim bezpośrednim przełożonym jest ogrodnik, pan Ansorge, który nieraz oprowadza gości po rozległym parku. Mam wikt i opierunek, dostaję tygodniowo 24 marki, do tego dziennie 50 fenigów strawnego, a w niedzielę markę wychodnego. Moim głównym zajęciem jest grabienie liści i alejek. Wyfasowałem przyodziewek roboczy i niezbędne narzędzia, jako to mietły, grabie, motyczkę, haczkę, nożyce sprężynkowe i temu podobne. Tu muszę Ci, Matulu, podziękować za ten zielniczek, coś dla mnie kleiła, gdym był smykiem, bo gdy pan Ansorge zobaczył, że umiem odróżnić storczyka samczego od kukawki, to tak mu się to spodobało, że w nagrodę wyznaczył mnie do grabienia alejki przed mauzoleum. Tu wymagana jest szczególna dbałość, bo codziennie odwiedza grób matki panienka Renata, a i nieraz zachodzi w tę stronę właścicielka majątku, pani Emma, która znana jest z tego, że bardzo wymagająca. Staram się przeto każdy liść zgrabić, tak jak Ty, Matulu, uczyłaś mnie starać się o każdy kłos zboża i każde źdźbło siana. Dzisiaj właśnie grabiłem pilnie, gdy nadeszła panienka Renata. Dziewczę to ma lat piętnaście, a przed dziesięcioma straciła matkę. Długo stała przed mauzoleum, słychać było tylko szelest jej sukni na wietrze i szuranie grabi. Kindersztuby nauczon, nie podnosiłem wzroku, ale wydało mi się, że odchodząc, rzuciła w mą stronę krótkie spojrzenie. Myślę, że jest ładna.
Pan ochmistrz Max Krautwald przesyła Ci pozdrowienia i każe przekazać, że jeżeli się dobrze sprawię, to może przydzieli mnie do oranżerii. Wyobraź sobie, Matulu, móc patrzeć z bliska na wszystkie te owoce z dalekich krajów, wdychać ich aromat i sycić oko wieloma ich barwy!
Wychodne odkładam, bo zamyśliłem zakupić bicykl. Machiny te sprzedają się tu nader niedrogo, a w niedziele mógłbym zwiedzać uroczą okolicę. Do gospody, chociaż blisko, nie chodzę i na dziewki nie patrzę, co Weronce powiedz, kiedy ją uwidzisz, a i uściskaj ją serdecznie ode mnie.
Bywaj zdrowa, Matulu, tęskno mi tu po Was wszystkich, a i nieraz za Dębową Górą łza się w oku zakręci.
Marcin Wawrzyńczak, syn Fabiana, służący dworski
ur. w Dębowej Górze (par. Bąków Górny)
P.S. Mówią tu, że ma być w tym roku urodzaj na artofle, ale na żyto jeszcze lepszy.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz