czwartek, 22 listopada 2018

Michelsbaude: Premiera książki



Premiera książki "Michelsbaude. Historia nieistniejącej izerskiej gospody"


Świetlica w Chromcu, 14.12.2018, godz. 18.00


Czym była Michelsbaude? Leśniczówką, chłopską chatą, gospodą, spelunką? Zapewne wszystkim po trochu. Jedno jest pewne - stojąca w urokliwym zakątku Gór Izerskich przez ponad sto lat witała gości podróżujących Starą Drogą Celną ze Szklarskiej Poręby do hut szkła na granicy czeskiej.

"Po krótkim postoju kontynuowałem wędrówkę wzdłuż Izery, przekroczyłem dwa małe strumienie: Kobyłę i Jagnięcy Potok , doszedłem do ciemnego, zacienionego lasu świerkowego i dotarłem szczęśliwie do samotnie stojącej Michelsbaude, którą z Wysokiego Grzbietu pokazywał mi Martin, szczególnie zachwalając ją na posiłek w porze obiadowej" - pisał anonimowy autor w monachijskim "Sontags-Blatt" w 1832.

"W Michelsbaude dostanie się tylko gorzałkę. Mieszkańcy z powodu samotnego trybu życia są małomówni i ponurzy" - relacjonował autor przewodnika Franz Hubler 70 lat później.

Górska buda na izerskim odludziu pobudzała wyobraźnię artystów - Gerhart Hauptmann nawiązał do niej w swoich dramatach "Dzwon zatopiony" (1896) i "A Pippa tańczy!" (1906) - a także sama przeżywała dramaty: narodzin i śmierci.

Latem 1800 przyszły prezydent USA John Quincy Adams kupił prawdopodobnie w Michelsbaude doskonały chleb, mleko i masło oraz "nienajgorszy" ser, co opisał w swoich "Listach o Śląsku".

Ponownie "odkryta" przez autora w 2018, Michelsbaude nadal inspiruje, a opowieść rozwija się w miarę, jak na jaw wychodzą kolejne szczegóły...

112 stron
format 128 x 176 mm
oprawa twarda szyta

Zebrał: Marcin Wawrzyńczak

Współpraca: Jowita Selewska, Ullrich Junker

Okładka: Arkadiusz Makowski www.makowski-arkadiusz.pl

Skład: Ponton Studio

Wsparcie merytoryczne: polska-org.pl

„Podziwiam tę książkę i jej autora, który z pustego miejsca na izerskim odludziu odczytał całą jego przeszłość – historię domostwa, które spełniwszy swą rolę w tutejszym życiu, gospodarce, a nawet w kulturze – zniknęło. Że nie bez śladu, dowodem jest ta książka”
- Henryk Waniek

"Kiedy czytam o Michelsbaude, na myśl przychodzą mi obrazy z jednego z moich ulubionych i jednocześnie najdziwniejszych filmów, jakie kiedykolwiek widziałem. "Szklane serce" Wernera Herzoga to dokładnie ten klimat. Widzę góry, tajemnicę, mrok i szkło rozpalone do temperatury lawy."

"Czytam i jestem pod wrażeniem. Mam nowe spojrzenie na Jelenie Łąki, które służbowo, ale też prywatnie, ze względu na ich piękno i tajemniczość, „zdeptałam” dziesiątki razy. Gratulacje dla Autorów opracowania!"
- Zyta Bałazy, Nadleśniczy Nadleśnictwa Szklarska Poręba (2006-2017)

- Igor Brejdygant - pisarz, scenarzysta, reżyser, autor m. in. powieści "Rysa" (2018)

"Magiczna opowieść o magicznym miejscu. Góry Izerskie nie będą już takie same".

- Jarosław Kamiński, autor m. in. powieści "Tylko Lola"







niedziela, 15 lipca 2018

The Mystery of the Glassmaker Elias Wolfgang and the Antoniwald Glassworks


 [The Glass of Lemonade, attributed to Gerard ter Borch (1617-1681)]


Dzisiaj jest ciekawa rocznica: dokładnie 15 lipca 1681 roku

pan Elias Wolfgang, mistrz szklarski w miejscowości Antoniywalde w dobrach hrabiów Schaffgotsch panów Greiffenstein [Gryf], kupił hutę [szkła] w Schwarzbachu [Czerniawie Zdroju],


czytamy w artykule Erharda Krausego "Glashütten des Spätmittelalters im Isergebirge" ("Huty szkła w późnym średniowieczu w Górach Izerskich").





[dla kontekstu: talar Krystiana Ulryka Wirtemberskiego z 1681 roku, awers, wyemitowany w Oleśnicy]


Pisze Krause:
Dr Hugo Seydel pisze w swojej interesującej rozprawce dotyczącej historii szkła: „Niegdyś w Górach Izerskich huty szkła znajdowały się jeszcze [poza Szklarską Porębą, Cichą Doliną i Chromcem/Kopańcem] w Schwarzbach, Antoniwald i Flinsberg".

[Bohemian engraved goblet, probably Riesengebirge, ok. 1680]


Niby wszystko się zgadza, ale:

 

pani Dr Margarete Klante, ekspert historii szkła w Sudetach, w swojej pracy opublikowanej w  1934 r. w „Wanderer im Riesengebirge“ o hucie w Schwarzbach (Bad Schwarzbach) w Górach Izerskich, na stronie 153 w związku z antoniowskim mistrzem szkła Eliasem Wolfgangiem: „O niejakiej hucie w Antoniowie w archiwum Schaffgotschów nie istnieje żaden ślad, choć sam mistrz przejściowo tu mieszkał".




[dla kontekstu: stroje niemieckie, ok. 1700]

 


Tylko czy na pewno Antoniywalde to Antoniów? Mam wątpliwości, bo swego czasu zauważyłem, że zaraz po drugiej stronie gór Czesi mają swój Antoniwald - Antoninov, część wsi Josefuv Dul, gdzie istnieje długa tradycja szklarstwa. Tam są to już jednak dobra Harrachów, a nie Schaffgotschów.




["Specialkarte vom Riesengebirge"]

Mamy więc: 


1. mistrza szklarskiego Eliasza Wolfganga zamieszkałego (tymczasowo? a jeżeli tak to po co?) w Antoniywalde w dobrach Schaffgotschów panów na Gryfie ("Herr Elias Wolfgang Glasemeister zu Antoniywalde unter der Hochgräflich Schaffgotschen Herrschaft Greiffenstein glegen") (wymienionego w czerniawskiej księdze handlowej [Schöppenbuch]), który 15 lipca 1681 kupuje hutę szkła w Czerniawie Zdroju;




[dla kontekstu: Glafey Johann Gottfried, ur. 16 października 1656 we Wrocławiu, zmarł 24 listopada 1720 w Jeleniej Górze, kupiec i bankier]
 

2. informację od Hugo Seydela, cytowanego przez Krausego, że działały huty w Antoniwalde, Schwarzbach (Czerniawie) i Świeradowie Zdroju (Flinsbergu);


3. informację od Margarete Klante, że w archiwum Schaffgotschów nie ma żadnego śladu po hucie w Antoniowie;


4. dwa Antoniwalde po dwóch stronach Gór Izerskich, oba na obszarach związanych ze szklarstwem;



a także 5. Kielich lemoniady, przypisywany niderlandzkiemu malarzowi Gerardowi ter Borchowi (1617-1681), obraz, który sam w sobie jest d o k u m e n t e m   s z k l a r s k i m.
 

A rocznica pozostaje rocznicą. (I to oczywiście podwójną).




[1711]

Żeby było jeszcze ciekawiej, archeolodzy z Uniwersytetu Wrocławskiego kopią właśnie sporo zapewne wcześniejszą (XIV/XV w.) hutę szklaną nad Chromcem i wygląda na to, że hałdy, o których piszący te słowa miał przyjemność ich poinformować, kryją kompletny piec hutniczy - rzadkie znalezisko na skalę europejską:








Dziękuję Leszkowi Różańskiemu za trop i udostępnienie tłumaczeń!


niedziela, 7 stycznia 2018

Zimny Folwark / Kaltes Vorwerk: "Jechać do Lwowa"

To Go to Lvov 

By Adam Zagajewski

 
Translated by Renata Gorczynski 
 
 
To go to Lvov. Which station
for Lvov, if not in a dream, at dawn, when dew   
gleams on a suitcase, when express
trains and bullet trains are being born. To leave   
in haste for Lvov, night or day, in September   
or in March. But only if Lvov exists,
if it is to be found within the frontiers and not just   
in my new passport, if lances of trees
—of poplar and ash—still breathe aloud   
like Indians, and if streams mumble
their dark Esperanto, and grass snakes like soft signs   
in the Russian language disappear
into thickets. To pack and set off, to leave   
without a trace, at noon, to vanish
like fainting maidens. And burdocks, green   
armies of burdocks, and below, under the canvas   
of a Venetian café, the snails converse
about eternity. But the cathedral rises,
you remember, so straight, as straight
as Sunday and white napkins and a bucket   
full of raspberries standing on the floor, and   
my desire which wasn’t born yet,
only gardens and weeds and the amber
of Queen Anne cherries, and indecent Fredro.   
There was always too much of Lvov, no one could   
comprehend its boroughs, hear
the murmur of each stone scorched
by the sun, at night the Orthodox church’s silence was unlike
that of the cathedral, the Jesuits
baptized plants, leaf by leaf, but they grew,
grew so mindlessly, and joy hovered   
everywhere, in hallways and in coffee mills   
revolving by themselves, in blue   
teapots, in starch, which was the first   
formalist, in drops of rain and in the thorns
of roses. Frozen forsythia yellowed by the window.   
The bells pealed and the air vibrated, the cornets   
of nuns sailed like schooners near   
the theater, there was so much of the world that
it had to do encores over and over,
the audience was in frenzy and didn’t want
to leave the house. My aunts couldn’t have known   
yet that I’d resurrect them,   
and lived so trustfully; so singly;   
servants, clean and ironed, ran for   
fresh cream, inside the houses   
a bit of anger and great expectation, Brzozowski   
came as a visiting lecturer, one of my   
uncles kept writing a poem entitled Why,
dedicated to the Almighty, and there was too much   
of Lvov, it brimmed the container,   
it burst glasses, overflowed   
each pond, lake, smoked through every   
chimney, turned into fire, storm,   
laughed with lightning, grew meek,   
returned home, read the New Testament,
slept on a sofa beside the Carpathian rug,
there was too much of Lvov, and now   
there isn’t any, it grew relentlessly
and the scissors cut it, chilly gardeners   
as always in May, without mercy,   
without love, ah, wait till warm June
comes with soft ferns, boundless
fields of summer, i.e., the reality.
But scissors cut it, along the line and through   
the fiber, tailors, gardeners, censors
cut the body and the wreaths, pruning shears worked   
diligently, as in a child’s cutout
along the dotted line of a roe deer or a swan.   
Scissors, penknives, and razor blades scratched,   
cut, and shortened the voluptuous dresses
of prelates, of squares and houses, and trees
fell soundlessly, as in a jungle,
and the cathedral trembled, people bade goodbye   
without handkerchiefs, no tears, such a dry
mouth, I won’t see you anymore, so much death   
awaits you, why must every city
become Jerusalem and every man a Jew,
and now in a hurry just
pack, always, each day,
and go breathless, go to Lvov, after all
it exists, quiet and pure as
a peach. It is everywhere.