piątek, 20 lutego 2026

PRAWDA O KATYNIU. Raport Rudolfa-Christopha von Gersdorffa przygotowany na potrzeby procesu norymberskiego, utajniony do 2012, niepublikowany dotąd po polsku


Przedstawiciel Rosji na procesie zbrodniarzy wojennych w Norymberdze stwierdził, iż 10 000 obywateli polskich, których ciała odkryto wiosną 1943 roku w lesie katyńskim, zostało zamordowanych przez armię niemiecką. Na dowód tego przedstawił oświadczenia Rosjan oraz członków niemieckiego batalionu saperów.

 

Nie zamierzam podawać w wątpliwość ani osłabiać wymowy nazistowskich zbrodni, które wyszły na jaw podczas procesu, zawsze byłem bowiem przekonany co do winy rządu narodowosocjalistycznego. Jednak stwierdzenie tej winy straciłoby na wartości, gdyby takie nieprawdziwe ujęcie sprawy katyńskiej nie zostało zdyskredytowane. Znaczenie procesu norymberskiego jest zbyt wielkie, by ciążyło na nim tak jawne kłamstwo.

 

Od 1941 do 1943 roku byłem trzecim oficerem w sztabie generalnym Grupy Armii „Środek”. Na początku września 1941 roku sztab Grupy Armii przeniósł się z Borysowa do Krasnego Boru pod Smoleńskiem. Gniezdowa to wieś w pobliżu Krasnego Boru. Na początku 1943 roku w lasku 2 kilometry od Gniezdowej natrafiono przypadkiem na groby. Na potrzeby propagandy wybrano nazwę „Katyń”, była to bowiem najważniejsza miejscowość w okolicy, oddalona o 4–5 kilometrów od miejsca, gdzie znajdowały się groby. Słowo „Katyń” ma lepsze brzmienie w kontekście światowej propagandy. Inny powód był taki, że w pobliżu Gniezdowej znajdują się prehistoryczne groby Hunów, co kontrpropaganda mogła wykorzystywać, by obalić lub zakwestionować nasze ustalenia. Las był nad Dnieprem. Stał tam drewniany dom, gdzco kontrpropaganda mogła wykorzystywać, by obalić lub zakwestionować nasze ustalenia. Las był nad Dnieprem. Stał tam drewniany dom, gdzco kontrpropaganda mogła wykorzystywać, by obalić lub zakwestionować nasze ustalenia. Las był nad Dnieprem. Stał tam drewniany dom, gdzie – jak nam powiedzieli mieszkańcy – wypoczywali wcześniej komisarze polityczni. Od 1941 roku kwaterował tam sztab Pułku Łączności Grupy Armii (dowódca: pułkownik Ahrens). Sztab Grupy Armii kwaterował bez przeszkód w okolicy Gniezdowej do późnego lata 1943. Jest naprawdę niemożliwe, by zbrodnia ta została popełniona w tym okresie, bo musiałoby to nastąpić dosłownie „na oczach” Grupy Armii. Również w krótkim okresie pomiędzy zdobyciem Smoleńska i przeniesieniem sztabu Grupy Armii w rejon tego miasta zbrodnia ta nie mogłaby się wydarzyć bez wiedzy wyższych szarż, zwłaszcza gdyby – jak oświadczył przedstawiciel Rosji – miała się jej dopuścić jakaś jednostka Armii. Z tego co pamiętam, tak zwane grupy operacyjne SS [Einsatzgruppen] zostały już wtedy wycofane na rozkaz Grupy Armii. W owym czasie dowódcą SS i policji na terenie działania Grupy Armii był Brigadeführer Nebe. Wcześniej Nebe był oficerem i funkcjonariuszem policji kryminalnej. Wstąpił do SS tylko dlatego, że zmusiły go do tego okoliczności (przejęcie kontroli nad policją kryminalną przez SS). Jednak udziałem w spisku 20 lipca 1944 roku dowiódł swego autentycznego zerwania z nazizmem. Nebe skutecznie opierał się rozkazom Hitlera i Himmlera i ostro krytykował mordowanie Żydów. Później stało się to powodem jego odwołania. Nigdy nie pozwoliłby na taką zbrodnię jak rozstrzelanie tysięcy polskich oficerów. Jakkolwiek jednak było, powtarzam, iż fakt taki nie mógłby umknąć uwadze Grupy Armii.

 

W istocie odkrycie masowych grobów przebiegło w następujący sposób. Wiosną 1943 roku – w marcu, o ile dobrze pamiętam – sekretarz żandarmerii Voss, który znajdował się pod moją komendą i odpowiadał za bezpieczeństwo Grupy Armii, poinformował mnie o pewnym incydencie.

 

Otóż przez Gniezdową przemaszerowały oddziały polskich ochotników zmierzających wraz z innymi jednostkami na front wschodni. Tak jak wszędzie indziej ich członkowie dopytywali się o los polskich jeńców z 1939 roku. Mieszkańcy Gniezdowej powiedzieli im, że na początku kwietnia 1940 roku na stację w Gniezdowej przybyły pociągi z polskimi jeńcami, których tam wysadzono. Jeńcy ci zostali przeprowadzeni pod eskortą GPU [sowieckiej policji politycznej] do lasu nad Dnieprem. Cały teren, nazywany przez miejscową ludność „strzelnicą”, został otoczony szczelnym kordonem. Cały dniami dochodziły stamtąd odgłosy strzałów, a polskich jeńców nigdy więcej nie widziano. Pozyskawszy te informacje, polscy ochotnicy udali się do rzeczonego lasu. Kopiąc w miejscach, gdzie teren był zagłębiony, pokrytych trzyletnią roślinnością, bardzo szybko natrafili na ciała w polskich mundurach oficerskich. Następnego dnia opuszczali okolicę, toteż odmówili pacierze, zasypali grób i postawili wysoki brzozowy krzyż.

 

Najpierw przesłuchałem pod przysięgą mieszkańców. Ich zeznania w pełni potwierdzały powyższe informacje. Później rozmawiałem z niektórymi z przesłuchiwanych przeze mnie Rosjan; nie mieli oni wątpliwości, że była to egzekucja przeprowadzona przez GPU. Po oficjalnym raporcie Naczelne Dowództwo Wehrmachtu (OKW) nakazało otwarcie grobów celem identyfikacji zwłok i powiadomienia bliskich ofiar. Uczestniczyć w tym miał Polski Czerwony Krzyż z siedzibą w Warszawie. W razie potwierdzenia informacji przekazywanych przez miejscową ludność nadarzałaby się okazja do wykorzystania propagandy. Lekarz sądowy przydzielony do korpusu kwatermistrzowskiego został wyznaczony przez Grupę Armii do przeprowadzenia ekshumacji i ustalenia, czy doszło do złamania postanowień Konwencji Genewskiej. Lekarz ów był profesorem na Uniwersytecie Wrocławskim. Jego nazwisko zapomniałem, można je jednak ustalić, przesłuchując generalnego lekarza sztabowego doktora Jaeckla (obóz jeniecki Allendorf), byłego lekarza Grupy Armii. Oprócz tego profesora i jego asystentów w dochodzeniu brała udział cztero- lub pięciosobowa komisja Polskiego Czerwonego Krzyża, w składzie której był kolejny lekarz lub dwóch. Teren, gdzie znajdowały się masowe groby, był otoczony i strzeżony przez polski oddział ochotniczy. W pierwszym otwartym grobie znaleziono pięć do sześciu tysięcy ciał leżących w dwunastu warstwach. Wszystkie ofiary miały od jednego do trzech otworów po kuli w tyle głowy. Oprócz dwóch generałów, pewnej liczby oficerów sztabowych i kilku szeregowców (być może adiutantów), wśród ofiar byli kapitanowie i porucznicy Wojska Polskiego. Ciała zdążyły się już w znacznym stopniu rozłożyć, lecz piaszczysta gleba i mundury sprawiły, że się nie rozpadły, tak że można je było ostrożnie ekshumować, zbadać i zidentyfikować. Badanie przeprowadzone przez lekarza sądowego dowiodło ponad wszelką wątpliwość, że do zbrodni musiało dojść trzy lata wcześniej. Wskazywał na to również wiek roślinności porastającej groby, określony przez lasoznawców rosyjskich i niemieckich na trzy lata. Przy zmarłych znaleziono wszystkie papiery oraz duże ilości banknotów (polskich złotych), lecz poza ukrytymi pod bielizną osobistymi talizmanami, papierośnicą generała i pewną liczbą obrączek nie natrafiono na żadne kosztowności. Pośród papierów były listy od bliskich, które polscy oficerowie otrzymali w niewoli, oraz liczne dzienniki. Wszystkie listy były z 1939 i początku 1940 roku. Dochodzenie przeprowadzone pośród niedoszłych ofiar miało wykazać, kiedy dokładnie urwał się kontakt z jeńcami. W dziennikach znajdowało się mnóstwo szczegółów osobistych. Tu muszę dodać, że papiery – o ile nie zakonserwowała ich szczególnie sucha gleba – potraktowano specjalnymi chemikaliami, by dało się je odczytać. Dzienniki pisane były przez polskich oficerów, którzy w 1939 roku dostali się do rosyjskiej niewoli. Przewożono ich w różne miejsca, aż trafili do klasztoru w Kozielsku. Tam traktowano ich łagodnie. Rzecz jasna spodziewali się, że zostaną zwolnieni i wyglądali swego powrotu do ojczyzny. Gdy na początku marca 1940 roku przewieziono ich pociągiem w kierunku Smoleńska, a więc, zdawałoby się, na zachód, myśleli, że dzień odzyskania wolności jest bardzo bliski. W niektórych dziennikach, pisanych do ostatniej chwili, można było przeczytać, że zatrzymano ich na długi czas na stacyjce pod Smoleńskiem, a następnie czarnymi zamkniętymi samochodami przewieziono do niewielkiego lasku. Do tego momentu nie zdawali sobie sprawy, jaki los ich czeka. Dopiero kiedy odebrano im kosztowności, zaczęli podejrzewać, że zostaną zgładzeni. Wszystkie zapiski urywały się w pierwszych dniach kwietnia 1940 roku. Następnie zostały odkryte kolejne groby, bardzo łatwe do zlokalizowania, bo pokrywała je warstwa trzyletniej ziemi. W jednym z nich natrafiono na liczne zwłoki, gdzie ofiarom związano ręce z tyłu albo naciągnięto ubranie na głowę – zapewne jeńcy ci stawiali opór. Działania propagandowe w tej sprawie poruczono wydziałowi propagandy (major Kost) dowódcy tyłów Grupy Armii „Środek” (generał von Schenkendorff). Teraz do Smoleńska zaczęły przybywać liczne delegacje. Ich członkowie zapoznawali się z wszystkimi tymi faktami bez okazywania żadnych emocji.

 

Miejsce masowych grobów odwiedzili między innymi:

1. Arcybiskup Krakowa,

2. Delegacja przedstawicieli prasy państw neutralnych,

3. Delegacja lekarzy sądowych państw neutralnych,

4. Delegacja Czerwonego Krzyża,

5. Delegacja polskich oficerów i szeregowców (jeńców wojennych),

6. Delegacja jeńców brytyjskich i amerykańskich.

 

Szczególne znaczenie miały wizyty lekarzy sądowych, którzy dobrowolnie i na ochotnika przez kilka dni przeprowadzali autopsje ofiar. Była to dla nich niepowtarzalna okazja badawcza. Wszyscy zgadzali się, że od śmierci ofiar minęły trzy lata. W skład delegacji wchodzili przedstawiciele następujących państw: Szwajcarii, Holandii, Belgii, Węgier, Norwegii, Francji, Finlandii itd. Pamiętam tylko nazwisko przedstawiciela Szwajcarii – był to profesor Niville (albo Miville) z Berna. Pozostałe nazwiska można łatwo znaleźć w białej księdze opublikowanej wtedy przez niemieckie MSZ. Certyfikaty zagranicznych lekarzy mogą być dostarczone do sądu w Norymberdze w dowolnym momencie.

 

Pamiętam tylko, że w składzie delegacji jeńców brytyjskich, która odwiedziła Smoleńsk, był członek reprezentacji Anglii w piłce nożnej.

 

Wszyscy odwiedzający Katyń byli pod dużym wrażeniem zgromadzonego materiału i nie mieli wątpliwości, że zbrodnię popełniło GPU na początku kwietnia 1940 roku. Fakty przekonały również tych, którzy obawiali się niemieckiego oszustwa propagandowego, zwłaszcza gdy zrozumieli, że żadnego oszustwa nie było.

 

NIKT, KTO WIDZIAŁ ZWŁOKI, A ZWŁASZCZA CZYTAŁ PORUSZAJĄCE DZIENNIKI OFIAR, NIE MOŻE WĄTPIĆ W TO, ŻE POLSKICH OFICERÓW ZAMORDOWANO NA DŁUGO PRZED KAMPANIĄ ROSYJSKĄ [atakiem Niemiec na ZSRR].

 

Łącznie zidentyfikowano cztery do pięciu tysięcy ofiar, nim ocieplenie uniemożliwiło dalsze prowadzenie tej strasznej pracy. Należało ją ponownie podjąć jesienią. To jednak okazało się niemożliwe, bo wtedy niemiecki front został już wypchnięty ze Smoleńska, a sztab Grupy Armii stacjonował w rejonie Orszy. Dwaj generałowie pochowani zostali w osobnych grobach. Pozostałe ofiary leżały razem. W tym czasie odkryto też kolejny masowy grób, o takich samych wymiarach jak pierwszy, zatem szacunki mówiące o dziesięciu do dwunastu tysiącach ofiar nie mogły być przesadne. Całe dochodzenie przeprowadzono ściśle według zasad wojskowych i naukowych; funkcjonariusze Partii i oficerowie SS nie mieli tu nic do powiedzenia.

 

Na koniec muszę powtórzyć, że skala eksterminacji Żydów i innych zbrodni nazistowskich, zwłaszcza obozów koncentracyjnych, bez wątpienia znacznie przekracza to, czego dopuszczono się w Katyniu. Wiem też jednak na pewno, że tych polskich oficerów nie zamordowali Niemcy, a tym bardziej niemieccy żołnierze.


---

 

Rudolf baron von Gersdorff, generał-major

PRAWDA O „KATYNIU”

Wersja angielska [tłumaczenie z niemieckiego]

Sztab Armii USA w Europie

Wydział Historyczny

1954




Relacja Ernsta-Carla von Gersdorffa, wrocławskiego adwokata i notariusza publicznego, spisana w 1975 roku

 

Podczas II wojny światowej, a konkretnie w listopadzie 1942 roku, jeden z moich klientów, pan Hans-Georg von Kramsta na Chwalimierzu, został zatrzymany przez centralę Gestapo we Wrocławiu, następnie umieszczony w areszcie Gestapo tamże i później przewieziony do obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Powodem zatrzymania była jego przyjaźń z pewnym panem półkrwi żydowskiej. Aresztując właścicieli ziemskich, Gestapo miało interes w tym, żeby aresztowany ustanowił generalnego pełnomocnika, z którym Gestapo mogło następnie negocjować, by jak najszybciej przejąć majątek aresztowanego. Gestapo starało się stworzyć wrażenie, że aresztowany nie tyle oddaje majątek pod przymusem, co raczej „faktycznie” negocjuje ze swym pełnomocnikiem, który następnie składa w jego imieniu wymagane przez Gestapo oświadczenia.

 

I tak pod koniec listopada 1942 roku zostałem poproszony przez naczelnika komendy głównej policji państwowej we Wrocławiu o odwiedzenie pana von Kramsty w areszcie, gdyż pragnie on udzielić mi generalnego pełnomocnictwa. Zgodziłem się na to i zjawiłem się w suterenie prezydium policji we Wrocławiu, by odwiedzić pana von Kramstę w jego celi. Zanim jednak wpuszczono mnie do pomieszczeń służbowych Gestapo, przedłożono mi do podpisu oświadczenie, iż zgodnie z moją najlepszą wiedzą w moim drzewie genealogicznym nie ma żadnego Żyda.

 

Odparłem, iż oświadczenia tego podpisać nie mogę, gdyż nie mogę wykluczyć możliwości, że sam jestem Żydem albo od Żyda pochodzę.

 

To moje oświadczenie wprawiło funkcjonariuszy Gestapo w nieopisaną wściekłość. Powiedzieli, że to przecież bez sensu, bo otrzymali z Urzędu Rzeszy ds. Genealogii zaświadczenie, że w moim drzewie genealogicznym nie figuruje żaden Żyd ani żadna osoba pochodzenia żydowskiego. Na to odpowiedziałem, że Urząd ds. Genealogii najwyraźniej nie zna różnicy pomiędzy drzewem genealogicznym [Stammbaum] i tablicą przodków [Ahnentafel]. Nie mogę wykluczyć, iż w mej tablicy przodków figuruje jakaś osoba pochodzenia żydowskiego. Dlatego przedłożonego mi oświadczenia podpisać nie mogę. Rzecz jasna mogłem to oświadczenie podpisać bez wahania, bo od roku 1920 badałem swój wywód, zbadałem go do 19 pokolenia wstecz [do ok. 1350 r. – przyp. red. niem.] i pośród swych przodków – wśród których byli przedstawiciele niemal wszystkich narodów Europy – nie znalazłem ani jednego Żyda.

 

Funkcjonariusz Gestapo udał się następnie na konsultacje z naczelnikiem swego wydziału. Po jakimś czasie wrócił z decyzją, iż przedłożonego mi oświadczenia nie muszę podpisywać. Odniosłem wrażenie, że funkcjonariusze centrali Gestapo zinterpretowali mą odmowę tak, jak też była ona przeze mnie zamierzona, a mianowicie jako gest solidarności z nieszczęsnymi ofiarami ich prześladowań.

 

Pan von Kramsta udzielił mi generalnego pełnomocnictwa i poprosił, bym w Wiedniu, dokąd zabrano jego przyjaciela, dowiedział się o jego losie. Pojechałem tedy do Wiednia, tam jednak zdołałem ustalić tylko tyle, iż przyjaciela pana von Kramsty pozbawiono życia już sporo wcześniej. Choć w związku z tym nie istniała możliwość, by pan von Kramsta kontynuował relację ze swym przyjacielem, to trzymano go – wbrew mym ostrzeżeniom – dalej w areszcie, a następnie wywieziono do Auschwitz, gdzie zajmował się ładowaniem na ciężarówki zwłok więźniów zmarłych na tyfus.

 

W połowie sierpnia 1943 roku pan von Kramsta został zwolniony po tym, jak na polecenie Reichsführera SS [Himmlera] wpłaciłem w Deutsche Banku we Wrocławiu kaucję w wysokości 3,5 miliona marek gotówką! Gestapo berlińskie, które odtąd przejęło sprawę, odrzuciło zaoferowane przeze mnie poręczenie bankowe w tej samej wysokości, motywując to tym, że pan von Kramsta ma zapłacić Deutsche Bankowi pełne odsetki od sumy 3,5 miliona marek, a nie jedynie uiścić stosunkowo niewysoką opłatę za poręczenie bankowe!

 

Przekazane mi wcześniej żądanie Reichsführera SS, by przewłaszczyć na niego dwa majątki pana von Kramsty, zostało przeze mnie odrzucone.

 

dawna siedziba Gestapo w Breslau


Hans-Georg v. Kramsta (wnuk Karola Scheiblera) przed Grand Hotelem w Łodzi, 1914

wejście do dawnej siedziby Deutsche Banku w Breslau







wtorek, 6 stycznia 2026

Zaktualizowana mapa znanych kamieni z rytem trójkąta

Sporządził Maciej Geometra Geodeta, stan na 1.01.2026 - dodano nowe w okolicy Siedlęcina i Radomierza.