środa, 15 kwietnia 2026

Cosmus Flam (1899-1945), "Ostatni klejnot. Droga marszanda Vincenza Josuy Borna" (1931)

 


 

 

COSMUS FLAM

 

 

 

 

 

OSTATNI KLEJNOT

DROGA MARSZANDA VINCENZA JOSUY BORNA

 

 

---

Cosmus Flam, Das letzte Kleinod. Der Weg des Kunsthändlers Vincenz Josua Born, Breslau 1931

 ISBN 978-83-966862-7-5

(c) przełożył Marcin Wawrzyńczak

 


I.

 

Berlin, poniedziałek, 2 września 1929

 

Dzisiaj wreszcie otworzyłem moją galerię sztuki. Mieści się przy Kurfürstendammie, za Uhlandstrasse, a przed Knesebeckstrasse, gdy patrzy się w stronę Charlottenburga.

Architekci Schulz i Sowade zaadaptowali ją bardzo gustownie z dużego mieszkania prywatnego.

Z klatki schodowej wchodzi się najpierw do długiego, ciemnego wcześniej korytarza, w ściany którego kazałem wbudować małe, czarujące gabloty, oświetlone elektrycznie od góry z niewidocznego źródła. Tu można bardzo korzystanie prezentować grafiki, ryciny i drzeworyty. Gabloty kazałem od wewnątrz wyłożyć jedwabną tkaniną koloru piaskowego, a z zewnątrz pomalować na srebrnoszaro. Pośrodku stoi parę foteli na wysoki połysk. Na podłogę dałem długi chodnik z jasnoniebieskiego aksamitu, który niestety znacznie nadszarpnął moje zasoby. Koniec końców trzeba jednak powiedzieć, że ta mroczna wcześniej sień zamieniła się w jasny hall. Oraz ekslibris gustu Borna.

Po pięciostopniowych, utrzymanych w biało-złotej tonacji schodach wkracza się do środkowego przedpokoju, który można już nazwać małą salą. Ściany obite są chabrowym adamaszkiem, a matowosrebrne rokokowe arabeski dzielą je na kwatery, gdzie mogę wieszać główne obrazy mej galerii. Światło wpada spokojnie i czysto przez trzy wysokie okna tak, że wszystko sprawia najlepsze wrażenie. Jest też miejsce na plastykę. Lakierowane białe drzwi skrzydłowe z mosiężnymi okuciami w starym hamburskim stylu prowadzą na lewo i prawo do niewielkich gabinetów wyklejonych japońskim papierem drzewnym, jeden chryzoprazowozielonym, drugi flamingowoczerwonawym. W tych przypokojach będą pokazywane małe, kameralne dzieła, meble, tapiserie, kość słoniowa i temu podobne.

Od hallu w stronę podwórza mieści się wreszcie mały kantor, gdzie trzymam biurko, szafkę na akta i szeroki turecki dywan. Będę tu sobie może ucinał południową drzemkę, gdy będę zbyt zmęczony, by wracać do domu, a mieszkam niestety dość daleko stąd. W ramach częściowej wymiany dostało mi się puste dwupokojowe mieszkanie przy Kronprinzenufer, niedaleko Reichstagu. Po zachodniej stronie niepodobna było znaleźć cokolwiek stosownego. Również tu wszystko jest takie drogie.

Dzisiaj zatem otworzyłem mój salon sztuki. Całymi dniami rozsyłałem wizytówki ślicznie wydrukowane na czerpanym papierze. Zachęcałem prasę. Wczoraj wreszcie nad wejściem zainstalowano napis złożony z ogromnych kasetonowych srebrnych liter:

 

KLEJNOT

IZBA SZTUKI VINCENZ JOSUA BORN

 

Myślę, że dwa imiona i nieco staromodna forma dają dobry efekt. Imiona przy tym pokryte jakby szlachetną patyną. Bo kto w Berlinie nazywa się Vincenz albo Josua? Nikt. A że piszę te słowa, to muszę niespodziewanie pomyśleć o mym mieście ojczystym Pradze, gdzie większość ludzi ma takie zacne imiona.

Aleppo powiedział mi wczoraj: Znakomicie, młody przyjacielu, całkiem znakomicie. Josua! Wspaniały! Ludzie będą pana brali za Żyda, chociaż pan nim nie jest. Będzie pan miał szanse u żydowskich dam, przeszanowny! Pański interes będzie kwitł, jasnowłosy panie Born! Kwitł i więdł, takie jest życie! – I stary Żyd zaśmiał się tak gwałtownie, że monokl spadł mu z tłustego łuku brwiowego.

Ponadto naprawdę uważam, że mój salon da się oglądać.

W sieni zewnętrznej wywiesiłem trzydzieści kilka rycin o tematyce groteskowo-erotycznej autorstwa młodego, bardzo utalentowanego Holendra nazwiskiem Berchemdahl.

Przebywa on od dłuższego czasu na Jawie i uległ tam niejakiemu zepsuciu. Stale poszukuje perwersji, chociaż uważa się za buddystę najściślejszej reguły. Rysować jednak ten chłopiec umie tak, że radość bierze. Rzuca swe kreski i linie tak jak indonezyjski czarownik swe kostki i drewienka. Widać dosłownie, jak jeszcze drgają.

W sali mam sztukę rokoka: cztery dużego formatu obrazu pędzla nieznanego, prawdopodobnie czeskiego mistrza – Wiosna, Lato, Jesień i Zima. Kupiłem je niedawno za bezcen na licytacji w jednym ze śląskich pałaców. Będę się nazywał Aleppo, jeżeli nie przyniosą mi dziesięciokrotnego zysku. Alegoriami trudno je nazwać, są na to zbyt realistyczne. Są olśniewająco pięknie namalowane, swobodnie i soczyście, a przy tym zarówno w sposobie prowadzenia pędzla, jak i doborze barw nieprzekraczające granic dobrego gustu.

W gabinecie zielonym stoją dalekowschodnie brązy i rzeźby z drewna, między innymi arcydzieło z czasów dynastii Ming: Laotse, wielki chiński filozof, jadący na ośle. Nieprędko znalazłby człowiek coś piękniejszego. Przekazano mi go w komis z masy spadkowej. Poza tym zdumiewające jest, co ludzie dzisiaj sprzedają. Dokonuje się zmiana własnościowa na tak ogromną skalę, że chyba musimy znajdować się w punkcie zwrotnym między dwiema epokami.

Gdybym miał pieniądze, sam kupiłbym tego Laotsego. Kto wie, przez ile rąk już przeszedł, kto wie, w jakie jeszcze przejdzie. On wszakże uśmiecha się filozoficznie i nadzwyczaj łagodnie.

 

Ręka, co ciebie, Laotse, wyrzeźbiła

Już dawno rozpadła się w kurz

Ty w obcych nieznanych ci halach

Żyjesz, uśmiechasz się obco i już.

 

Chyba piszę wierszem.

Ale dalej. W gabinecie czerwonym pokazuję osiemnastowieczne emalie, brosze, tabakiery i miniatury. Pół setki. Są obecnie bardzo poszukiwane. Poza tym triumfy święci dzisiaj rokoko. Rokoko i Azja wschodnia. Zalotna erotyka i cudzoziemska wrażliwość! Muszę wykorzystać ten nurt, by trochę się odkuć. Mam długi. Wojna wiele mnie kosztowała, mianowicie zdrowie, studia pochłonęły pieniądze po ojcu. Nędzne resztki pożarła inflacja. Chcę wreszcie stanąć na własne nogi. Do diabła z wiecznym studentem!

Już o siódmej rano byłem dzisiaj u siebie w salonie, drżący z niecierpliwości.

Trzy kwadranse na dziesiątą przyszedł pierwszy gość: Knarch, recenzent piszący dla pewnej sporej gazety. Zdejmując płaszcz i szal, roztoczył wokół siebie chmurę przyjemnych zapachów.

Czy można tu palić? zapytał grzecznie, wyciągając jednocześnie papierośnicę. S’il vous plaît, odparłem z lekkim ukłonem. Uprzejmie podał mi płaskie etui. Srebro, ładna sycylijska robota. W środku były małe czarne „rosyjskie”, które palił jeszcze mój ojciec. Mnie wydają się nieco perfumowane.

Od razu zauważyłem, że Knarch to znawca sztuki. Znam go przelotnie z pewnej wystawy. Jego relacje są słynne, recenzje osławione. Aleppo przedstawia go jako lamparta w skórze angorskiego kota, którego sierść elektryzuje się, gdy nad nią przeciągnąć ręką. Ale pazury ma bestia ostre jak sztylety.

Bestia – nie mogę zaprzeczyć – dobrze wychowana i dowcipna. I w każdym razie wpływowy człowiek.

Najpierw obejrzał ryciny Berchemdahla. Poczynił kilka notatek. Ten człowiek zna Orient, stwierdził od niechcenia. Ja też. Ale on, zdaje się, zna go jeszcze lepiej. Musiał oczywiście jakiś czas podróżować bez siodła. Byłby w stanie zilustrować szczęśliwą wyspę van Zantena. I to byłoby coś pięknego. Zarobi pan na nim, panie Born.

Następnie wszedł po schodach do sali. Pory Roku wyraźnie zrobiły na nim wrażenie. Widziałem to po nim. Rewelacja, powiedział i lekko zmrużył oczy. Ogarnął go jakiś rodzaj łakomstwa. Potem zwrócił się do mnie i zapytał: Co pan jeszcze ma, panie Born? Pokazałem mu najpierw emalie. – Nieistotne. Te błyskotki nigdy mnie nie interesowały. Szablony dla nauczycieli rysunku w wyższych szkołach dla dziewcząt, nic więcej. Życie musi zawsze oddziaływać żywotnie, dopiero wtedy jest to sztuka. I co jeszcze?

Zaprowadziłem go do gabinetu chińskiego. Nigdy nie zapomnę, jak stanął przed Laotsem.

Na niebiosa, rzekł dość stanowczo, a jego gładko ogolona twarz zrobiła się osobliwie blada i pomarszczona. Jakby założył sobie nagle maskę ze starego pergaminu. Skąd pan to ma? I nie czekając na odpowiedź, mruknął cicho i jakby tylko do siebie: To jest istotnie całkiem wspaniałe.

Obszedł rzeźbę kilka razy dokoła, zaciągnął nieco storę, tak że strumień wczesnego pełnego wrześniowego światła padał skupiony w całości na dzieło, po czym usiadł w fotelu.

W tej chwili na zewnątrz zadźwięczał dzwonek. Wyszedłem, by otworzyć. Przed drzwiami stała młoda dama. Przeczytałam w gazecie, powiedziała, że szukacie asystentki. Czy dobrze trafiłam?

Jak najbardziej, moja pani, odparłem i przeszliśmy do biura. Pokazała mi świadectwa z poprzednich miejsc pracy. Przestudiowała siedem semestrów historii sztuki. Nazywa się Hilda Kronach. Spodobała mi się i od razu podpisaliśmy umowę.

Ma przyjmować gości, pilnować eksponatów, troszczyć się o bieżącą korespondencję i wklejać do pięknej czerwonej teczki wycinki z gazet.

Potem wróciłem do Knarcha. Na odchodnym powiedział mi: Nie mam zbyt wysokiego mniemania o filozofach, a tym bardziej o chińskich. Ale jeżeli inspirują powstanie takich dzieł, to jestem skłonny ich zaakceptować.

Po południu przyszli dwaj Japończycy i kupili kilka rycin Berchemdahla. Poza tym nie było nikogo.

Jestem zmordowany!

 

Wtorek, 3 września

 

Już w południowej gazecie ukazał się artykuł Knarcha. Ten człowiek pracuje w tempie maszyny drukarskiej. Artykuł zacytuję tu dosłownie:

 

Wraz z początkiem sezonu wszędzie na zachodzie otwierają się nowe izby ze sztuką. Wcześniej „salon”, teraz „izba”. Myślę, że chodzi tu o podkreślenie niemieckiego charakteru. Napis: KLEJNOT IZBA SZTUKI VINCENZ JOSUA BORN. Czy nie kojarzy się to z czcigodnym kupcem w kantorze Hansy albo handlarzem wina w Holandii, starszym jegomościem, co pływał po morzach, dzisiaj w szlafroku w tulipany, gliniana fajeczka, wizerunek żaglowca na szczycie domu? Chwała Bogu nic z tych rzeczy. Raczej: gustowny apartament o (mimo to!) wyrafinowanej kolorystyce, dyskretny, nienarzucający się luksus. Prawdziwe noblesse, niemal zawsze niedopowiedziane. Aromat: erotyka, Chiny, rokoko. Całkiem znośne. Co więcej, nawet zachęcające. Kosmopolityzm, porządna przestrzeń dla paneuropejczyków.

Zawartość: Po pierwsze żywe arabeski z Indii Wschodnich autorstwa artysty nazwiskiem Berchemdahl. Atmosfera pałacu maharadży, jawajskie tancerki. Zaklinacze węży, kurtyzany. Nowy Bayros, o dziwo! Gładkie biodra w gładkim jedwabiu, hennowe manikiury, palmy i lotos.

Po drugie: Cztery alegorie pór roku, malowane impastami, z majątku ziemskiego na Śląsku (tzn. dawnego. Kryzys agrarny niszczy resztki kultury na wschodzie. W polityce uważa się te regiony za konserwatywne). Kto chce przyozdobić swą nowobogacką rezydencję naprawdę dobrym rokoko? Ancien regime jako wielka moda nowej niemieckiej demokracji. Spieszcie się, bo należy oczekiwać, że obrazy te wnet znajdą chętnego. Nie mówcie potem, że nie uprzedzaliśmy.

Po ostatnie: Zdumiewająca praca, chińska rzeźba w drewnie (który sinolog wie, co to za gatunek?), Laotse na ośle. Wyznaję, że nie wiem, na czym polega związek między filozofem i osłem. Wiem tylko, że u nas długie uszy mają świadczyć o głupocie, a na Dalekim Wschodzie brane są za oznakę mądrości. Poza tym czy nie na ośle wjechał Nazareńczyk do miasta Dawidowego? Coś więc te osły muszą w sobie mieć. Ad red nostram, zarówno śmiejący się filozof (Richard Wilhelm zniemczył nam niedawno jego głębokie poematy. Ja ich wszakże nie czytałem), jak i osioł są cudowni. Drugiego takiego filozofa i drugiego takiego osła w naszym mieście stołecznym się nie znajdzie. Panie ministrze kultury, czy nie szuka pan aby tradycyjnej rzeźby do gmachu Akademii Literatury?

Człowiek, któremu zawdzięczamy takie smakołyki, nazywa się, jak powiedziano, Vincenz Josua Born. Młody, szarmancki, typ frontowca. Ale żaden niemiecki gbur, absolutnie nie. Można tu nawet palić. Fumari potest. Miejmy nadzieję, że ten wyjątkowy człowiek nie będzie rozrzutny. Że w miejsce jego klejnotu nie powstanie jakieś studio fotograficzne czy szkoła krasomówstwa. Szkoda byłoby tego obiecującego klejnotu. Bóg wie. Ja tedy – jednym słowem – polecam iść.

Knarch

 

Aleppo pogratulował mi telefonicznie tego sukcesu i obiecał też kiedyś zajść.

Panna Kronach z powodzeniem wciąga się w obowiązki. Bardzo uprzejmie przyjmuje odwiedzających, ma dobre maniery i ubiera się prosto, ale gustownie.

Po południu wezwano mnie na Olivaplatz, bym dokonał wyceny kilku francuskich obrazów postimpresjonistycznych.

Zamknęliśmy około piątej. Poszedłem Kurfürstendammem w stronę Kościoła Pamięci. Mówi się, że to pierwsza ulica Europy. Jej luksus jest bajkowy, jej blask urzekający. Lubię iść tu spacerem od sklepu do sklepu i oglądać wystawy. Mam przecież czas.

Pewna paryska firma pokazuje damskie buciki. Kosztowne kreacje z aksamitu, jedwabiu, garbowanej skóry i wężowej skórki. Przedmioty te rzucają na mnie silny czar. O ileż bardziej muszą być nimi oczarowane kobiety i dziewczęta. Łuk konturów, czubków, obcasów, śmiało ukształtowanych sprzączek, wszystko to jest jak jedna z nowych melodii, melancholijnych i utrzymanych w ciemnej tonacji, a jednak słodkich i przymilnych niczym fale ciepłego prądu morskiego. W obliczu tych rzeczy człowiek staje się całkiem bezwolny. Aksamitne pantofelki z Florencji stoją kapryśnie obok polskich botków. Na cennym stoliczku z czerwonej laki lśni para jedwabnych chińskich sandałków. Z błękitnego wazonu zwiesza się nad nimi kwitnąca gałązka śliwy – teraz, na początku września, gdy u nas śliwki zaczynają już dojrzewać – kwitnąca gałązka śliwy, z której do jedwabnych bucików spadają białe, muśnięte różem płatki. Kto nie wspomniałby tu wonnych wersów Akahito?

 

Zostawiła buty na progu

I weszła śmiało do mej komnaty.

Nocny wiatr kwiatami śliwy

Jej jedwabny pantofelek wypełnił niczym statek.

 

Długo stałem przed tą wspaniałą wizją jak urzeczony.

Drugą witrynę urządzono jako buduar rokokowej damy. Po lewej stało wysokie lustro w rzeźbionej ramie z drewna orzechowego, a przy nim płonęły dwa pięcioramienne lichtarze z prawdziwymi woskowymi świecami. Widać było, jak złotożółty wosk skapuje na srebrne talerzyki.

Na ścianie po prawej wisiała przepiękna scena pasterska, która mogłaby wyjść spod pędzla Watteau.

Tło zaś tworzyła jedwabista udrapowana granatowa kotara, spod której wystawały dwie nader zgrabne kobiece nogi; twórca dopasował do nich wyszywane złotą nicią atłasowe baletki.

Zestawienie barw, rozkładu światła, ślicznie ukształtowanych, srebrnobiało połyskujących nóg, ich lśniącego i błyszczącego odbicia w lustrze po drugiej stronie, przepięknych złotych bucików z atłasu, kapiących kropli wosku – wszystko to sprawiło, że popadłem w głębokie rozmarzenie. Oprócz mnie przed witryną nie było nikogo. Wiał zimny wiatr od Charlottenburga, pędząc ulicą zwiędłe jesienne liście.

Przypomniały mi się oszałamiające słowa Liliencrona:

 

W ciemności powozu umieść

Ufnie bucik atłasowy…

 

Przeczucie czegoś niewypowiedziane słodkiego przepełniło mą duszę, nieokreślonego cudu, który gdzieś na mnie czekał. Wtedy – sen czy jawa? – nogi poruszyły się. Podczas gdy wcześniej prawa spoczywała na lewej, teraz zmieniły położenie. Widziałem to całkiem wyraźnie. Za granatową kotarą musiała siedzieć żywa kobieta. Na Boga!

Przeraziłem się śmiertelnie. Nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. Tak niespodziewane było to przeżycie, że puściłem się biegiem niczym sztubak przyłapany na głupim psikusie.

Jak dotarłem do domu, sam już nie wiem. Trzęsącymi się rękami otworzyłem drzwi do mieszkania i od razu ustawiłem ogrzewanie na najwyższy poziom. Potem marzłem. Marzłem żałośnie.

W samowarze zaparzyłem sobie czarkę aromatycznej Korei. Wtedy zrobiło mi się lepiej. Herbata uspokaja mnie w niemalże mistyczny sposób.

Teraz mogę też spokojniej pomyśleć o tamtym osobliwym sklepie z obuwiem. Przerażenie, w jakie wpadłem, na poły mnie rozbawiło. Może stałem się ofiarą halucynacji. Może to podświadoma pamięć erotycznych grafik Berchemdahla zabarwiła to, co widzialne.

W każdym razie niezwykłe miasto ten Berlin. Co za pomysł – umieszczać żywych ludzi w sklepowej witrynie!

Teraz chcę iść spać. Do łóżka wezmę Japońską wiosnę Bethgego i poczytam sobie jeszcze o Akahito i księciu Narihirze.

 

Środa, 4 września

 

Tej nocy miałem nadzwyczajny sen. Byłem u siebie w Pradze. Stałem na początku Mostu Karola, przy posągu cesarza Karola IV, skąd ma się ów śliczny widok ponad Wełtawą na Hradczany i katedrę św. Wita.

Nad miastem zaległa niebywała świetlistość. Jej źródłem była wieczorna zorza, jaśniejąca za górami. Wieże klasztoru na Strachovie wyglądały jak namalowane na złotym tle.

Katedra miała fantastyczną wieżę, wyrastającą ze skrzyżowania naw, jakiej nigdy nie widziałem. Nie potrafiłbym jej też teraz narysować, ani opisać. Nie czuję się na siłach. Wiem tylko, że jawiła mi się jak rosnąca na moich oczach prastara, wyniosła, srebrzysta topola.

Wody Wełtawy były całkiem jasnozielone. Zdawało mi się, że na drugim brzegu stoi wielu ludzi.

Obróciwszy się nieco, ujrzałem naraz, że na cokole obok mnie nie siedzi już cesarz Karol, ale przepiękna kobieta. Widzę wciąż wyraźnie, jak wyglądała. Nosiła wysoką, przypominającą kapelusz złotą koronę, ściśle przylegającą do skroni. Odziana była w obszerny, lśniący błękitny płaszcz. Spod niego wystawały błyszczące nogi w wyszywanych złotą nicią bucikach. Nie potrafiłbym też już opisać jej twarzy. Wiem tylko, że była cudownie piękna.

Zwróciłem się ponownie ku miastu i patrząc ponad rzeką, ujrzałem Praskie Dzieciątko Jezus, stojące w strachovskim klasztorze i mrugające do mnie okiem. Było o wiele większe od obu wież. Sięgało nieba. Unosiło ręce w swym lśniącym od złota brokatowym płaszczu i puszczało do mnie oko.

Przez pusty most w moją stronę jechał jeździec. Most, potężny, kamienny most, zadrżał dostrzegalnie. Było tak, jakby jechała cała armia.

Ale był to tylko pojedynczy jeździec. Gdy zbliżył się dostatecznie, rozpoznałem go: był to Laotse na ośle. Ale zaraz potem wcale nie Laotse, tylko Knarch.

Wtedy się obudziłem.

Co myśleć o takim śnie?

 

Czwartek, 5 września

 

Dzisiaj odniosłem pierwszy duży sukces – mianowicie sprzedałem Pory Roku. Poszło szybciej, niż się spodziewałem.

Kupił je przemysłowiec z Zagłębia Ruhry. Nie musiałem go długo przekonywać. Zapłacił rewelacyjną cenę i to od razu. Wysłałem pannę Kronach z czekiem do banku. W nagrodę wypłaciłem jej wrześniowe pobory z góry. Bardzo się ucieszyła i grzecznie podziękowała.

Teraz mogę uregulować połowę tego, co wydałem na otwarcie lokalu. Lwią część dostają Schulz i Sowade. Sam tam poszedłem i zapłaciłem. Byli nader zaskoczeni tak szybkim uregulowaniem rachunku, zdaje się, że nie są do tego przyzwyczajeni. Moja reputacja rośnie.

Obrazy do września zostają na ekspozycji u mnie, niestety z karteczką: Sprzedane.

Cieszę się niepospolicie.

Wieczorem w hebanowej sali u Rheingolda dobrze pojadłem: sandacz z brązowym masłem, polędwica z jelenia z kiszoną kapustą, pieczarki po prowansalsku, mocca double. Potem wypiłem dobrą butelkę mojego ulubionego Boxbeutla. Będę musiał sobie założyć piwniczkę na wino. Co się poza tym ma? Również ojciec przykładał wielką wagę do dobrze zaopatrzonej piwniczki, która pośród praskich Niemców cieszyła się pewną sławą i zaskarbiła mu honorowe miano Horacego. Przy flaszy zacnego wina posługiwał się bowiem czystą klasyczną łaciną. Ale to już dawne dzieje.

Muszę rano zadzwonić do Knarcha i opowiedzieć mu o sprzedaży. Będzie się cieszył. On też zrobił dobrą reklamę.

 

Piątek, 6 września

 

Zaczynam powoli rozglądać się po Berlinie. Osobliwe to miasto. Zupełnie inne niż Praga. Z czego widać, że „miasto” to bardzo ogólnikowe pojęcie, które o tym, co duchowe, nie mówi nic. Berlin to labirynt cyklopicznych rozmiarów, niezgłębiony twór. A jednak tutejsze powietrze oszałamia. Jest coś zagadkowego w tej atmosferze. Nie sposób jej pojąć, ale też nie sposób się od niej uwolnić.

Dzisiaj zafundowałem sobie pewną szczególną rozrywkę. Przez trzy godziny jeździłem kolejką podziemną.

Już samo zejście pod ziemię to tajemnicza sprawa. A potem jedzie się, a raczej pędzi przez ciemność. Skądkolwiek – dokądkolwiek. Wielokrotnie lądując na rozświetlonych, rozkrzyczanych wyspach. Drzwi gwałtownie się otwierają, ludzie pchają się na zewnątrz, pchają się do środka. W tej pogoni i pędzie jest coś bezmyślnego, ale może dlatego tak mnie to oszałamia, że zdaje mi się symbolem naszego życia.

Ja nie wysiadam. Raz po raz nurkuję w wielką noc.

W półmroku widzę mnóstwo rur i przewodów ciągnących się wzdłuż torów. Podróżuje się przez wnętrzności Berlina. Kable poczty pneumatycznej, sznury telefoniczne, gazociągi, wodociągi, druty i siatki. Cóż za niekończące się życie!

Szyby połykają nas i wypluwają z powrotem. Dopiero co pośród robaków i szczurów, teraz na przyprawiających o zawrót głowy wiaduktach wysoko ponad wieczornym miastem.

Wszędzie palą się miliony świateł. Blady poblask wisi niby wiosenny deszczyk na niebie. Pędem mija się fasady domów. Widzi się księgowych siedzących za biurkiem w snopie światła rzucanego przez lampę z zielonym abażurem i trzpiotki strojące się na tańce i przeglądające w migotliwym lustrze.

Tam przez miasto płynie kanał. Łodzie, szerokie, ciemne łodzie odpoczywają leniwie w leniwym nurcie. Światła tańczą rozciągnięte i rozproszone w czarnej wodzie niby płonące knoty w oliwie.

I nagle jest wokół mnie znowu noc. Twarze siedzących przede mną są posępne i blade.

Tak, to musi być to. Życie samo musi być tym, co mnie tak fascynuje w tym nieodgadnionym mieście. Życie samo, wielki klejnot, ostatni klejnot!

Czyż nie wypisałem tego magicznego słowa nad mą galerią z obrazami? To, co tam pokazuję, to tylko ostatni poblask wielkiego pierwotnego blasku.

Życie mieni się i błyszczy i płonie i ciska w powietrze rakietę za rakietą. Cóż za spektakl!

Jestem jak zaczarowany. Wszystko przepływa obok mnie jak we śnie. Nie jestem głodny, nie jestem spragniony, nie jestem zmęczony, nie radosny i nie smutny. Jestem tylko żądny wspaniałego życia. I musiałem przybyć do tego tętniącego życiem miasta, by to zrozumieć.

A potem – nagle – stacja końcowa. Przesiadam się i jadę z powrotem. Znowu mrocznymi szybami, po rozświetlonych wiaduktach, mijając rozkrzyczane wyspy pełne światła i ludzi, przez wnętrzności wielkiego miasta i jego sny. Coraz szybciej wielką szumiącą aleją życia. Takim je kocham.

Śnię o człowieku, fantastycznym i mglistym, który całe życie spędza, zjeżdzając na dół i wjeżdżając na górę. W tej jedynej w swoim rodzaju alei, w tym przedziwnym wielkim ruchu. I który musi umrzeć, kiedy strajk generalny unieruchamia koleje.

A potem znowu się rozglądam. Chcę widzieć, nie jakby widzieć. Dusza ludzka tkwi w oczach, gdzie indziej? Szum i patrzenie. Bo nagle objawia mi się to z całą mocą, ruch i światło, to jest życie. Tym musi być. I czy to przypadek, że jeden i ten sam elektryczny prąd płynie pode mną i świeci mi nad głową? Światło i ruch, jedno i to samo, tylko dla nas ludzi rozdzielone, bo jesteśmy wewnątrz i na zewnątrz.

Dlaczego nie jestem artystą, by ten przemożny spektakl i to wzniosłe uczucie przedstawić też tępszym duszom? Rysownikiem być może, który trafiałby w samo sedno rzeczy – strzała powinna drżeć mi jeszcze na pniu życia, poświst jej pierzastej lotki powinien brzmieć jeszcze jak wielka muzyka. Albo może jeszcze chętniej poetą, z paru słów spleść sieć i niesłychanemu – życiu – zarzucić na głowę, tak by wrzeszczało.

Chciałem podejść je w tym mieście, tak jak kowboj podchodzi bizona u wodopoju w stepie. Wszyscy kowboje powinni mi zazdrościć…

Czuję, jak zimno zaczyna powoli szczypać mnie w stopy. Jak przysypiam, jaki jestem zmęczony. Nie wiem gdzie, wysiadam. Wlokę się powoli po schodach na górę. A raczej jestem współwleczony.

Oto stoję na rogu Potsdamer Platzu. Niczym na skraju gigantycznego krateru. Wulkanu zgiełku i światła. Lawa wylewa się na wszystkie strony i lawa wlewa się z powrotem. Jest około dziesiątej wieczór. Wieżowce ślą na plac nawałnice jasności. Deszcz światła. Pod ścianami wytryskują wysokie fontanny przenikliwego hałasu i szerokie kaskady mrocznych dźwięków, szybko ginące, rozproszone, rozbite. Wszystko krzyczy, wszystko mnie otępia.

Zamykam oczy. Ledwo dochodzę do taksówki. Podaję szoferowi adres, potem zapadam się śmiertelnie znużony w oparcie, podczas gdy pode mną motor szczeka i warczy niczym pies pustyni i długimi sprężystymi susami niesie mnie do domu. Po lewej ciemnieje Tiergarten.

Poznałem dzisiaj to miasto. Szał, amok, najintensywniejsze życie! Powinno nazywać się Dionizja!

 

Sobota, 7 września

 

Dzisiaj rano miałem okropny ból głowy. To ta szalona noc w metrze. Mam wrażenie, że panna Kronach uśmiała się na mój widok. Co sobie mogła pomyśleć!

Kupiłem kilka miniatur w kości słoniowej.

Zadzwonił Knarch z pytaniem, czy chcę go jutro odwiedzić. Będzie niewielkie towarzystwo. Zgodziłem się. Na krótko przed zamknięciem przyszedł Aleppo. Miał na sobie bajeczne futro, chociaż nie jest przecież jeszcze wcale zimno. Przeciwnie, przez okno wpadało dzisiaj łagodne, ciepłe powietrze. Świeciło słońce. Stary kasztanowiec, którego konary widzę, poruszał się i szeptał, jakby szło na maj, a nie na październik.

Aleppo bardzo mnie pochwalił. U mnie w gabinecie wypił dwa kieliszki czeskiej śliwowicy, którą trzymam na podorędziu dla wybranych gości.

Znakomita, powiedział i mlasnął językiem z zachwytu. Co pan ma na myśli, panie radco handlowy, zapytałem skromnie, moją galerię czy śliwowicę? Ani jedno, ani drugie, odpowiedział ze śmiechem i pozwolił nagle, by monokl spadł mu do ręki. Pańską asystentkę. Przeurocze dziecię. Znakomita! A pan ma tu taką piękną szeroką wersalkę, dodał frywolnie. Śliczne dziecię i brak sumienia, wtedy śpi się najlepiej. Adieu, mon cher!

I poszedł. Impertynencki osobnik. Jednak w stosunku do człowieka tak wpływowego nie można być niegrzecznym.

 

Niedziela, 8 września

 

Dzisiaj jest niedziela. Delikatna, połyskliwa mgła poranna wisi nad miastem. Niczym złota para niebiańskiej kawiarki. Błoga pogoda.

Mam dzisiaj dużo czasu. Najpierw wezmę gorącą kąpiel i przy okazji przeczytam korespondencję.

Oto jest list od mojej siostry Renaty w Wiedniu. W Boże Narodzenie chce mnie odwiedzić w Berlinie. Już się na to cieszę.

Pan von Corb, generał-porucznik w służbie czynnej, Poczdam, Willa Ferbellin, przeczytał w gazecie artykuł Knarcha i oferuje mi do sprzedaży komisowej trzy pokoje wiedeńskiego baroku. Może kiedyś go odwiedzę. Załączone fotografie obiecują wiele. Niechby połowa z tego okazała się prawdą. Zobaczymy!

Jest oficjalne zaproszenie od Knarcha, purpurowy druk na holenderskim papierze czerpanym. Człowiek posiadający gust i poczucie estetyki.

Następnie czytam gazety. Berlińska prasa jest bez wyjątku nudna i pełna bezguścia. Dany tytuł oceniam zawsze po felietonach. Wstępniaków z zasady nie czytam. Niemiecka polityka jest kompletnie błaha, chociaż dodać muszę, że nasza austriacka jeszcze bardziej. My jednak umiemy przynajmniej pisać pod kreską. Berlińskich felietonistów powinno się wszystkich zwolnić bez wypowiedzenia. Jedynym zabawnie piszącym jest Knarch. Dzisiaj rozważa kwestię kobiecą. Przyznaje, że nie rozumie, czego ludzie chcą. O kobiety pytają wszak tylko mężczyźni, on zawsze pytał tylko o jedną i odwrotnie – istnieje tylko jedna kwestia kobieca, mianowicie kwestia zamążpójścia i tak pewnie zostanie do końca świata.

Z kilku arkuszy gazet składam stateczek, tak jak robiliśmy to w dzieciństwie, po czym kolanami wzbijam w wannie potężny sztorm. Wyobrażam sobie, że jestem Posejdonem, a w stateczku siedzi Odyseusz. Wydaje mi się to lepszą zabawą niż cała Liga Narodów.

Przyjmuję następnie obfite śniadanie i wychodzę. Dokąd? Cóż za pytanie! W niedzielę nie idzie się gdzieś, ale gdziekolwiek, używa się chodzenia jako takiego, czystego, uwolnionego od przyczyny i celu, filozoficznego, perypatetycznego chodzenia, chodzi się, by chodzić.

Drzewa w Tiergarten stoją wszystkie w świetlistym oparze. Listowie mają złote i purpurowe. Tu i ówdzie, zataczając obszerne kręgi, brokatowy liść spada na ziemię. Wszędzie to promienne ślizganie się i zataczanie, które mnie przyjemnie nastraja.

Brama Brandenburska wznosi się w jasnym świcie niczym grecki wynalazek.

Miasto jest jeszcze wymarłe.

Idę Charlottenburger Chaussee aż do Großer Stern i tam skręcam w Fasanerieallee. Po drodze nieraz usadawiam się na ławce i obserwuję, jak powoli słońce pokonuje mgłę.

W piaskownicy bawią się dzieci. Drobny, ciemnooki, przeuroczy żydowski chłopiec, dziecko-poezja, sypie swej bonie garść piasku do oczu. Ona prycha i pluje, a potem mówi jakby przepraszająco: Ależ Reinhardzie, gdyby to widziała mamusia! – To uśmiałaby się do łez, odpowiada Reinhard.

Przy Neuer See dwoje zakochanych całuje się bezwstydnie w najbielszy dzień.

Młoda dama chce zrobić zdjęcie łabędziowi, biega z aparatem tu i tam i potyka się wreszcie o niewysokie ogrodzenie, które berliński zarząd parków podstępnie pomalował na zielono. Doskakuję i pomagam jej wstać: Czy łaskawa panienka czegoś sobie nie zrobiła, pytam troskliwie. Nie, dziękuję, odpowiada i znowu biegnie za łabędziem. Humorystyczne niedzielne przedpołudnie.

 Przypadek prowadzi mnie w stronę ogrodu zoologicznego. Zwierzęta w klatkach są mi wstrętne. Zwierzyniec w wiedeńskim Lainzu podoba mi się bardziej od wszystkich zoo świata.

Idę zatem do działu akwarium – i jestem zafascynowany. Czegoś takiego nigdy jeszcze nie widziałem. Spędziłem trzy bite godziny w tych fantastycznych katakumbach. I skoro tylko będę miał czas, idę tam znowu. Byłem jak oszołomiony, przeniesiony do innego świata, wręcz jakbym opuścił zwykłe ciało.

Bajkowy świat! Raki o długich szczypcach pełzną ociężale po mszystym żwirze. Ryby wszelkich barw i kształtów wypełniają perlące się zbiorniki. Ogromny żółw przytyka różowy pysk do zielonej szyby.

Niczym nie różnię się od chłopców, którzy z rozdziawionymi buziami stoją przed morskimi dziwami i marzą o czarodziejskim rejsie po południowym Pacyfiku. Strzykwę obserwuję przez pół godziny.

Cóż za pełnia życia! Wszystko się wije, pełza, pływa, wiruje! Dlaczego żyję tylko parę marnych lat, a nie setki, nie tysiące, by móc podążać za życiem po wszystkich jego śladach? Nie pojmuję, jak ludzie mogą odbierać sobie życie. Wyrzucić je jak kamień, który noszą w teczce, bo myśleli, że zawiera złoto, a teraz zrobił się za ciężki. Mógłbym zrozumieć, że ktoś popełnia samobójstwo, bo nie jest w stanie udźwignąć pełni życia. Czy na początku rewolucji francuskiej pewien człowiek nie zabił się, wołając: Zbyt wiele jest chęci życia? Mnie ten nadmiar bodźców zalewa niczym morska fala. Ma dusza, czuję, jest jak kubek, o wiele za mały, by pomieścić te oceany. Cierpię nagle z powodu mych ludzkich ograniczeń.

Przed jednym ze zbiorników zatrzymuję się na dłuższą chwilę. Stoi w samym rogu, gdzie zbiegają się dwa korytarze. Jak wszystkie pozostałe jest oświetlony od góry. Wewnątrz jednak nic nie widać. Tu i ówdzie rosną falujące, splątane zielone wodorosty, piasek pokrywa dno, ale nie widzę żadnej żywej istoty.

A potem naraz czuję się obserwowany. Ma się mnie więcej to wrażenie, gdy wyczuwamy – bez udziału słuchu – że ktoś podchodzi do nas od tyłu. Albo gdy w teatrze wiemy na pewno, że ktoś przygląda nam się zza kurtyny, tylko my go nie widzimy.

Takie mam uczucie przed tym zbiornikiem. Stoję tam całkiem sam. Jeszcze raz badam wzrokiem powierzchnię i głębię. Potem stukam w szybę. Ryby są wrażliwe na stukanie.

Wtedy widzę, jak piasek porusza się. Zalega tam duża ryba o szerokim ciele. Teraz ją zauważam. Cała jest zagrzebana w piasku. I teraz widzę też, że przygląda mi się jej wielkie oko, wielkie, czerwono mieniące się oko, które wcześniej uznałem za kamyk.

To śmieszne, wierzyć, że ona mi się przygląda. Ale tak właśnie mi się wydaje. Hipnotyzuje mnie dosłownie swym opalizującym spojrzeniem. Czytam tabliczkę z opisem: Boże oko. Zamieszkuje głębiny południowego Pacyfiku.

Nie da się opisać, jakie uczucia wzbudziły we mnie ta nazwa i ten krótki suchy opis. Wciąż jeszcze zdanie to dźwięczy mi w głowie niczym niebiańska muzyka: Boże oko zamieszkuje głębiny południowego Pacyfiku.

Są rzeczy, od których nie uwolnimy się przez cały dzień: Kawałek melodii, gdzieś zasłyszanej, a jednak niezapomnianej. Urywki wyłapanej rozmowy, fragmenty, które w swym rozczłonkowaniu pozbawione są znaczenia, a jednak rezonują. Pojedyncza linijka wiersza.

Przypominam sobie, jakie wrażenie zrobiła na mnie pewna strofa. Było to przed laty, wiersz całkiem zapomniałem, nie wiem już, kto go napisał, ale ten wers wciąż pamiętam i zawsze, gdy go recytuję, robi mi się błogo. Brzmi on: Wędrowiec śpiewa w siną dal… Może to dziwaczne, ale tak właśnie jest.

I podobnie trafiła mnie ta tabliczka w dziale akwarium: Boże oko zamieszkuje głębiny południowego Pacyfiku.

Muszą być chwile, kiedy jesteśmy całkiem bezbronni, bo nie spodziewaliśmy się ataku i odłożyliśmy i zbroję, i miecz. Wtedy właśnie trafia nas strzała nieskończoności życia.

To niedzielne przedpołudnie zakończyło się dziwnie. Kto nazwał to stworzenie Bożym okiem? I dlaczego właśnie tak? Czy człowiek ten miał podobne przeżycia jak ja? Może to nie przyrodoznawstwo jest najciekawsze, ale jego historia. I być może w każdym prawie natury odkrywa się tylko stale na nowo człowiek.

Powoli idę przez pustoszejące zoo do domu. Jem u siebie i chcę się zdrzemnąć. Nie mogę. Rozmaite obrazy atakują mnie i przeciągają nade mną niczym gwiaździsty globus nieba. I w tym półśnie raz po raz rozbrzmiewa niezapomniana fraza: Boże oko zamieszkuje głębiny południowego Pacyfiku.

Wstaję. Mam jeszcze tyle czasu. U Knarcha potrzebuję być dopiero około piątej. Zbieram się, by zacząć porządkować bibliotekę, która po przeprowadzce w nikczemnym chaosie wypełnia zatłoczone regały.

Buduję wielki stos z poetów: Szekspir, w zielonej skórkowej oprawie, Goethe, wydanie ostatnie, ze złoconym grzbietem, Horacy i Dante, Hindusi, Persowie, Chińczycy.

Następnie wznoszę babilońską wieżę z grubych tomiszcz historii sztuki, ciężkich i ważkich, odzianych w surowe szarobure togi wiedzy.

Na koniec trochę filozofii i historii, stara encyklopedia Brockhausa i modlitewnik odziedziczony po matce.

Teraz mogę zapełnić półki. Robota idzie zręcznie. Wnet pysznią się złoto tłoczone i skórkowe grzbiety na rzeźbionej krawędzi i po godzinie tam, gdzie dopiero co był nieporządek, panuje wzniosły ład. Ostatnie promienie słońca muskają ten uczony przepych i długo jeszcze oświetlają głowę Nefretete, która śmiejąc się szyderczo spogląda z góry na bezistotne.

Do szczęścia brakowałoby mi jeszcze ekslibrisu. Usadawiam się i szkicuję amatorski projekt: panorama Pragi, widziana z mostu, a ponad nią, być może w srebrze, symbol niewyczerpanego życia, przesytu, który teraz tak mnie dręczy. Może ankh, krzyż egipski, umieszczony na koronie odkopanej królowej, znak życia. Wyglądałoby nieźle. A na dole ciężką, klasyczną antykwą: VINCENZ JOSUA BORN.

 

Poniedziałek, 9 września

 

Przeżyłem wczoraj coś niezwykłego. Muszę spróbować opowiedzieć wszystko po kolei, bo wciąż mam jeszcze mętlik w głowie.

Uporządkowawszy książki i opisawszy przedpołudnie w dzienniku, położyłem się z lekturą na dywanie. Była to historia Rzymu w wiekach średnich Gregoroviusa. Chyba jednak nie przeczytałem ani jednej linijki, bo zaraz zasnąłem.

Gdy się obudziłem, w pokoju było całkiem ciemno. Zapaliłem światło i z przerażeniem odkryłem, że jest trzy po szóstej. O piątej miałem być u Knarcha. Przez chwilę rozważałem, czy nie odwołać. Potem stwierdziłem, że jednak pojadę.

Zamówiłem taksówkę, ubrałem się na galowo i pojechałem. Knarch mieszka w Grunewald. W wątłym srebrzystym blasku zachodzącego wrześniowego słońca widziałem ponad wierzchołkami drzew wieżę radiową przy Kaiserdamm, ten kolosalny obelisk ze stali!

Odźwierny wprowadził mnie do hallu i gestem dał znać, bym szedł dalej, państwo już dawno się zebrali.

Wkroczyłem do ciemnego pokoju, z której widziałem już następny. Tam siedziano wokół pięknego włoskiego kominka i zdaje się opowiadano sobie historie.

Nikt mnie nie zauważył. Jedynym źródłem światła były płonące polana, a podłogę wyściełały grube dywany. Podszedłem dość blisko siedzących tak, że nikt mnie nie zobaczył, ani nie usłyszał, po czym usadowiłem się w fotelu i jąłem słuchać.

Ktoś najwyraźniej skończył właśnie opowiadanie, bo Knarch, siedzący najbliżej kominka, zwrócił się ku starszemu panu, którego mądra głowa odcinała się ciemno od czerwonego żaru, i rzekł: Jesteśmy panu nadzwyczaj zobowiązani za tę relację, panie profesorze. Bardzo trudno byłoby znaleźć wytłumaczenie dla tych spraw i zostawiam to – tak jak na początku uzgodniliśmy – do przewidzianej na koniec dyskusji. Następny w kolejce, jeżeli się nie mylę, jest nasz drogi Melchior Mara.

Skłonił się, nie wstając, przed panem, który siedział przy uczonych, zwrócony do mnie tyłem tak, że nie widziałem jego twarzy. Zaczął od razu swoją relację, przy czym uderzyło mnie bardzo wysokie brzmienie jego głosu. Jak u kobiety albo dziewczyny:

Moi państwo, wiecie, że odbyłem rozległe podróże po Rosji i Azji Środkowej. Wiecie też pewnie, że na zlecenie wpływowych mecenasów poszukiwałem tam dzieł sztuki, by sprowadzić je bezpiecznie do Europy. Bo po tym wszystkim, co przeżyłem, muszę powiedzieć, że dzisiejsza Rosja z trudem zalicza się do Europy.

Moja uwaga skupiała się głównie na schedzie skasowanych klasztorów i kościołów, które często kryły niebywałe skarby, pobożnie gromadzone przez tysiąc lat.

W 1924 roku pojechałem z Astrachania w głąb Rosji ze zleceniami od amerykańskich kolekcjonerów; towarzyszył mi doktor Evans z British Museum w Londynie, młody naukowiec, szukający tego samego co ja. Poznaliśmy się w Teheranie.

Rybackim parowcem popłynęliśmy w górę Wołgi do Carycyna, skąd chcieliśmy dojechać autem do Woroneża, oddalonego od Carycyna o około sześćset kilometrów.

Nie macie pojęcia o stanie tych rosyjskich dróg. Jeżeli za cara składały się z wyrw, to za Sowietów te zamieniły się w kratery.

Pod koniec drugiego dnia dotarliśmy do miasteczka Minołuck. Hotelarz – jeżeli to słowo nie jest tu przesadą – Niemiec, nazwiskiem Mayfeld, poinformował nas, że przed około trzema tygodniami decyzją komitetu ateistów wielki kościół i starożytny klasztor antonianów zostały wysadzone w powietrze.

Zapytaliśmy znacząco, czy uratowano coś może ze sprzętów liturgicznych albo obrazów, jesteśmy nimi zainteresowani.

Mayfeld od razu pojął, w czym rzecz, zaprowadził nas na swe prywatne pokoje i zdradził, że pewien pop, zwany Pamfalon, z pewnością coś zabrał. Większość rzeczy została oczywiście wysłana przez państwowych komisarzy do Moskwy. Jednocześnie błagał nas, byśmy nic nikomu nie mówili.

Jeszcze tegoż wieczora odwiedziliśmy batiuszkę. Mieszkał w całkiem zaniedbanym domu na starym mieście. Wkupiliśmy się z Evansem w jego łaski, kładąc na stół kilka paczuszek tytoniu i dwie butelki winiaku z Azerbejdżanu.

Wtedy Pamfalon zrobił się rozmowny. Miał jeszcze kilka skrzyń, których zawartość chciał nam sprzedać. Żeby tylko nie wpadły w ręce bezbożników. I tak zaklął, że przeszły nam ciarki po plecach.

Rzeczy, które trzymał schowane w starej, wilgotnej piwnicy, obejrzeliśmy przy świetle elektrycznej latarki, dopełniwszy wprzódy wszelkich możliwych środków bezpieczeństwa. Doskonale bowiem zdawaliśmy sobie sprawę, że ryzykujemy gardłem i głową, bo jeszcze dzisiaj handel dziełami sztuki jest w Rosji najsurowiej zakazany.

Odkupiliśmy od Pamfalona cudowne złote hafty, dwa stare bizantyjskie lichtarze, ikonę oraz mnóstwo drobiazgów. Chcieliśmy spróbować dowieźć je autem do poselstwa w Moskwie, skąd zostałyby wysłane pocztą dyplomatyczną. Rzecz nie była aż tak trudna. Poza tym obaj znaliśmy Lenina osobiście, zawsze więc mogliśmy mieć nadzieję, jego nazwisko otworzy nam wszystkie drzwi. Powiedzieliśmy to też staremu mnichowi.

Znacie ojczulka Lenina? zapytał z niedowierzaniem, wlewając do gardła ostatni łyk winiaku. Musicie więc zrobić coś dla mnie. Zawieźcie ten kuferek do Moskwy i powiedzcie ojczulkowi Leninowi: Niech Bóg was błogosławi, ojczulku Leninie. Wasz brat Pamfalon z wysadzonego w powietrze klasztoru świętego Antoniego w Minołucku przesyła wam tę piękną starą szatę, byście się nią ozdobili. Gdy bowiem przybywają ludy Europy i Azji, by was wielbić, musicie być przyodziani jak sam pan Bóg.

Spoglądał przy tym na nas tak szalonym wzrokiem, że wszystko mu obiecaliśmy i przysięgliśmy na niebo i piekło, że dowieziemy kuferek do ojczulka Lenina. Ostrożnie przenieśliśmy zakupione skarby do oberży, gdzie czekał na nas Mayfeld, i jeszcze tejże nocy zapakowaliśmy je do auta, wyposażonego w najwymyślniejsze skrytki do przewożenia zakazanych rzeczy. Tylko kuferek dla ojczulka Lenina wzięliśmy ze sobą do pokoju, by zobaczyć, co zawiera.

Moi państwo, jakież było nasze zdumienie, gdy znaleźliśmy w środku szatę tak wspaniałą, że żaden z nas takiej jeszcze nie widział. Składała się z czerwonego brokatu, przerwanego w wielu miejscach z powodu sędziwego wieku, gęsto zdobionego kamieniami półszlachetnymi, perłami i złotą blaszką. Najosobliwsze wszakże było trzydzieści sztuk srebra wielkości talara, osadzonych w mosiężnych oprawach i opadających na ramiona niczym łańcuch honorowy.

Wiek szaty oceniliśmy na kilkaset lat. Może więcej. Srebrne monety wydawały się arabskiego pochodzenia, o tyle, o ile mogliśmy cokolwiek odczytać w wątłym oświetleniu.

Niech mnie diabli, powiedział Evans, jeżeli zawieziemy tę szatę ojczulkowi Leninowi. Podzielimy się nią, a Leninowi damy pusty kuferek.

I wszedł na krzesło, by zaprezentować szatę w całej okazałości. Teraz dopiero ukazała ona cały niesłychany przepych swego azjatyckiego blasku, tak że nie wiedzieliśmy obaj, jak sobie gratulować. Co ciekawe, była całkowicie pozbawiona chrześcijańskiej symboliki. Postanowiliśmy nazajutrz podzielić ją na osobne części i schować w pustym baku na benzynę. Ponieważ jednak nasz pokój – jak zdecydowana większość w Rosji – nie posiadał zamka do drzwi, a bezpieczeństwo w owych czasach spadło do minimum, to Evans ze śmiechem owinął się szatą i tak rzucił się na łóżko.

Zostało nam poza tym niewiele godzin do świtu. Szybko zasnąłem. –

Zauważyłem, że Mara lekko wzruszył ramionami, gdy doszedł do tego miejsca. Urwał na chwilę, by przytknąć ogień do czubka papierosa. Wszyscy wpatrywali się weń w napięciu.

Moi państwo, nie chcę was zanudzać. Obudziwszy się rano, spostrzegłem, że Evans jeszcze śpi i naciągnął sobie szatę na głowę. Poranne powietrze było przenikliwie zimne. Szturchnąłem go i rzekłem: Evans, wstawaj! Mamy jeszcze wiele do zrobienia!

Ściągnąłem mu szatę z twarzy… był martwy. Twarz miał strasznie wykrzywioną, jakby stoczył wyczerpującą śmiertelną walkę, albo jakby ktoś go udusił. Skóra była obrzękła i niemal tak czerwona jak szata.

Możecie sobie wyobrazić, jak mi było na duchu. Przez jakiś czas byłem całkiem rozbity, nim nie przyszedł Mayfeld, by sprawdzić, co nas tak długo zatrzymuje. Przypuściłem go do zaufania – cóż innego mi pozostało? Ujrzawszy szatę i martwego, zapadł się niczym drzewo złamane przez wiatr.

A więc to jednak prawda, jednak prawda, wymamrotał, bijąc czołem o oparcie krzesła. – Co pan ma na myśli? zapytałem.

Dopiero po dłuższej chwili wyjaśnił mi, że według legendy w zburzonym klasztorze w Minołucku przechowywana była osobliwa relikwia, mianowicie szata Judasza, w której tenże zdradził Pana i się następnie powiesił. Podczas gdy – jak wiadomo – szata Chrystusa przechowywana jest w klasztorze świętego Andrzeja w Kijowie.

Wielu despotom, Iwanowi Groźnemu i wielkiemu mogułowi Babakanowi, wysyłano tę szatę jako diabelski podarek i obdarowany szedł do piekła, skoro tylko ją założył. Miałem to jednak wszystko za legendę, jakich wiele w Rosji. Bóg jeden wie!

Wyznaję wam, moi państwo, że za tę śmieszną gadkę najchętniej bym Mayfelda udusił. Dużo ważniejsze od wszelkich legend było dla mnie w tej chwili pytanie, co robić.

Wieczorem następnego dnia pochowaliśmy Evansa – Mayfeld i ja – w ogrodzie za oberżą. Wziąłem zwiniętą i obwiązaną sznurkiem szatę, której zaciekle teraz nienawidziłem, wrzuciłem ją do wozu i najbledszym świtem odjechałem.

W Kołomnie przed Moskwą zatrzymano mnie i znaleziono gałgan. Załatwiłem sobie audiencję u Lenina i przekazałem mu zawiniątko z tymi samymi słowy, z którymi wręczył mi je Pamfalon. O reszcie przezornie zmilczałem.

Lenin zaśmiał się – co czynił nader rzadko – i kazał sekretariatowi przesłać szalonemu mnichowi podziękowania. Zjadłem z nim w południe w kasynie robotniczym przy moskiewskiej fabryce amunicji. Wtedy się pożegnał.

Pięć dni później miał na sobie szatę podczas wielkiego pochodu ateistów na Placu Czerwonym, a nazajutrz rano już nie żył.

Moi państwo, nie znam przyczyny śmierci Lenina. Nikt jej nie zna. Wiele o tym mówiono, mądrze i głupio. Wiem tylko, że miał na sobie tę podniszczoną szatę z klasztoru antonianów w Minołucku.

Od tego czasu nie byłem więcej w Rosji. – Na tym skończył Mara. Przez dłuższą chwilę w pomieszczeniu panowała przytłaczająca cisza. Czułem się nader osobliwie. I wtedy znowu usłyszałem wyraźnie, jakby ktoś stanął obok mnie i wyszeptał mi do ucha: Boże oko zamieszkuje głębiny południowego Pacyfiku.

Wstałem równie cicho, jak przybyłem, cofnąłem się do hallu, wziąłem kapelusz, płaszcz i nie dzwoniąc na odźwiernego wyszedłem.

 

Czwartek, 12 września

 

W ostatnich dniach nie działo się nic godnego uwagi. Grafiki Berchemdahla sprzedały się prawie wszystkie. Emalie idą gorzej, niż zakładałem. Być może dlatego, że Berlin jest akurat zalany tego typu rzeczami.

 

Piątek, 13 września

 

Po południu pojechałem autem do Grunewald, by stawić się u Knarcha. Chciałem mu podziękować za skuteczną pomoc i poprosić o dalsze wsparcie.

Odźwierny dał mi znać, że pana doktora nie ma w domu, powinien jednak lada chwila wrócić. Postanowiłem zostać i poczekać.

Zaprowadzono mnie do niewielkiego salonu, gdzie wisiały bardzo piękne francuskie obrazy i skąd przez okna miało się widok na park, rozciągający się o wiele dalej, niż przypuszczałem. Niedługo potem przyszła do mnie dama. Miała na sobie prostą czarną suknię, bardzo obcisłą i ozdobioną jedynie złotą szpilką. Proszę siadać, rzekła po powitaniu.

Ja: Chciałbym z całego serca podziękować pani mężowi za protekcję, jakiej mi udzielił.

Zaśmiała się lekko. Nie wiedziałem, co to ma oznaczać. Wpatrywała się przy tym w czubki swych jedwabnych pantofli. Groziło nam, że rozmowa zamrze.

Ja: Po drugie chciałbym poprosić panią, wielce szanowna łaskawa pani, o wybaczenie niezręczności, jaką popełniłem w pani domu.

Spojrzała na mnie przelotnie i z niejakim zaskoczeniem, po czym zapytała: A mianowicie?

Ja: Zaprosiliście mnie państwo na spotkanie w zeszłą sobotę. Byłem ostatnim, który przyszedł, i pierwszym, który wyszedł. W obu przypadkach bez podzięki i pozdrowienia.

Ona: Przykro mi.

Ja: Usłyszałem akurat dziwną historię, którą opowiedział niejaki pan Mara…

Ona: Ach, tę okropną rzecz ze starą szatą? Pewnie było panu u nas nudno?

Ja: Ależ skąd, najłaskawsza pani, wręcz przeciwnie. Ta opowieść tak mnie poruszyła, że potem nie byłem w stanie powiedzieć nic sensownego.

Ona: Poradziłam Marze, żeby sprzedał swój towar Hannsowi Heinzowi Eversowi. Nie sądzę, by rzeczona szata posiadała jakieś mistyczne moce. Mogę sobie jednak wyobrazić, że była bogata w zarazki i patogeny. A to, na co zmarł Lenin, nie jest już przecież tajemnicą.

Ja: Z pewnością, łaskawa pani, ale ta opowieść nauczyła mnie jeszcze czegoś, a mianowicie że wszystkie rzeczy mają podwójną przyczynę. Można je wyjaśnić tak, albo tak. To jednostka decyduje, które wyjaśnienie wybiera.

Ona: Jak pan to rozumie?

Ja: Moja najłaskawsza, pani zdecydowała się na zarazki, ja wybieram mistyczne moce.

Ona: Mówi pan poważnie?

Ja: Jak najbardziej. Chcę powiedzieć, że życie jest głębsze, niż wszyscy sądzimy. Zapiera dech w piersiach nie tylko swą rozległością, ale o wiele bardziej swą głębią. Byłoby dostatecznie wspaniałe, gdyby składało się tylko z zdarzeń, nastrojów, refleksji i czego tam jeszcze. Znaczenia nabiera jednak dopiero wtedy, gdy zdamy sobie sprawę, że wszystkie te rzeczy mają jakąś przyczynę. Że życie, zdaje mi się, to nie tylko tajemnicza skrzynia pełna rzeczy najcudowniejszych i najwstrętniejszych, ale też skrzynia o podwójnym dnie. Dudni pusto, gdy się tam zapuka.

Ona: I usłyszał pan to dudnienie podczas opowiadania o szacie Lenina?

Ja: Bardzo dobrze, łaskawa pani. To właśnie mam na myśli. A doświadczenie było dla mnie dlatego tak znaczące, że groziło mi, iż tu w Berlinie skupię się na powierzchni i zapomnę o głębi. Generalnie wydaje mi się, że Berlin to dość lekkomyślne miasto. Wypływa się tu daleko w morze i nie myśli o niebezpieczeństwach głębi.

Ona: Jest pan od niedawna w Berlinie?

Ja: Od miesiąca.

Ona: I jak się panu u nas podoba? Tylko całkiem szczerze, proszę.

Ja: Z pewnością, całkiem szczerze. Wyznać muszę, iż o tym, co nazywają metropolią, miałem wcześniej bardzo blade jedynie pojęcie. Znam tylko Wiedeń i może Rzym. Ale Berlin jest całkiem inny. Wiedeń to tylko wielkie miasto, Berlin to metropolia.

Ona: I jak się panu ta metropolia podoba?

Ja: Ponad wszelką miarę. Rytm pani miasta wydaje mi się czarujący. On porywa, ożywia, uskrzydla. Czyni z nas rodzaj istoty wyższej. Madame, proszę się nie śmiać. W Wiedniu siedzi się w kawiarni, a tu się handluje, tu się żyje, tu się jest częścią cyklu uwydatnionego i przyspieszonego. Zdobywa się widoki i perspektywy.

W trakcie tej rozmowy miałem okazję podziwiać jej urodę. Wydawała się umalowana, ale nie mógłbym powiedzieć, że jej to nie przystawało. Jej ekspresja była bogata i zmienna. Jej twarz była jak tablica, na której stale ktoś pisał coś nowego, a potem to ścierał. Ta zmienność nastroju i bogactwo wyrazu urzekły mnie i całkiem zafascynowały.

Kazała podać herbatę.

Ja: Miałem niedawno okazję odkryć pewien talent pani małżonka, którego wcześniej nie znałem.

Ona: Który mianowicie?

Ja: Widziałem w jakiejś gazecie fotografie, podpisane nazwiskiem pani małżonka. Zakładam, że były jego autorstwa.

Ona: Z pewnością. Co pan tam widział?

Ja: Dwóch z nich nie zapomnę. Pierwsze: marmurowe schody, prowadzące aż po górną krawędź zdjęcia, a na nich wielki ciężki cień, ewidentnie wchodzącego po nich mężczyzny. Podpis: Dyrektor generalny. Drugie: Pojemnik na śmieci w obskurnym podwórku i kółka dziecięcego wózka. Tytuł brzmiał, jak mi się wydaje: Proletariat. Ta kompozycja wywarła na mnie całkiem nadzwyczajne wrażenie.

Ona: To nawet nie były jego najlepsze. Poza tym Knarch porzucił tę dziedzinę i zajął się obrazami ruchomymi, filmem. Pokażę panu parę innych rzeczy.

Zadzwoniła i służący przyniósł dużą teczkę z fotografiami. Były tam najprzeróżniejsze rzeczy: kwiaty, muszle, konstrukcje matematyczne, akty, motyle, portrety, studia chmur i wiele innych, wszystko ujrzane na nowo i oryginalnie oświetlone.

Pochyliliśmy się oboje nad stolikiem, by lepiej widzieć zdjęcia – na zewnątrz zrobiło się już blado i srebrnoszaro – tak że mogłem poczuć zapach jej kasztanowobrązowych włosów, który mnie bez reszty oczarował. Przyklękła przy tym na krześle.

Nagle zapaliło się światło. Zaskoczeni i boleśnie oślepieni zamrugaliśmy oczami. W drzwiach stał Knarch i przez chwilę dziwnie nam się przyglądał.

Dzieci zabawiają się oglądaniem książek z obrazkami, wycedził, podczas gdy na jego ustach wykwitł wymuszony uśmiech.

Poczułem się niezbyt zręcznie. Zmieszanie próbowałem ukryć pod powodzią słów, słów podziękowań i przeprosin.

Knarch był zbyt uprzejmy, by się dłużej boczyć. Macie szczęście, oznajmił. Za kwadrans będziemy mieli tu gości na herbacie, między innymi sekretarza stanu Geyera. Próbowałem zainteresować go figurką Laotsego. Proszę się na niego zasadzić. Nie zna się wprawdzie na sztuce, ale jest człowiekiem wpływowym.

Pół godziny później siedzieliśmy w chińskim salonie herbacianym, wyposażonym w piękne malowidła na jedwabiu. Usadowieni byliśmy wszyscy wokół dużego okrągłego stołu z laki. Panów było czterech: Sekretarz stanu Geyer, duży, kanciasty mężczyzna o grubych, czerwonych dłoniach z brylantowymi pierścieniami na palcach. Jego czarny garnitur trzeszczał dosłownie na wszystkich szwach, tak obciśle się nosił. Następnie marszand Mara, o bladym, zapadniętym obliczu, nerwowo bębniący palcami o lakowy blat. Dalej nowoczesny architekt, Kurt Kupetzky, najwyraźniej Żyd, z wypartym kompleksem i tryskający elokwencją. Nie miał nic z urody swej rasy, za to wszystko z jej bezczelności. Wreszcie literat, który przedstawił się jako baron von Thule i twierdził, że też zna Wiedeń.

Kupetzky nieustannie próbował grać pierwsze skrzypce. W jego głosie było coś, co w osobliwy sposób kojarzyło mi się z chorym marmurem.

Knarch wciągnął mnie do rozmowy z sekretarzem stanu i wskazał na mnie: Oto jest człowiek, u którego stoi bajkowy osioł z filozofem. – Bardzo ciekawe, zawtórował sekretarz stanu. Pan minister chętnie nabyłby parę rzeźb do sali posiedzeń i tak dalej. Jeżeli pański filozof by się nadawał, jak pan sądzi?

Skłoniłem się i uprzejmie poprosiłem o wizytę. Już zanotowane, drogi przyjacielu, rzekł sekretarz stanu nieco protekcjonalnie, już zanotowane. Każę się wcześniej zapowiedzieć.

Krótko potem pożegnałem się.

 

Niedziela, 15 września

 

Dzisiaj jest pochmurny i deszczowy dzień. Pan von Corb zaprasza mnie w środę do Poczdamu, bym obejrzał jego pokój barokowy.

Zaszywam się całkiem w mieszkaniu, czytam nieco, porządkuję teki z grafikami i piszę długi list do Renaty. Jest w trakcie egzaminów i przydadzą się jej słowa wsparcia. Po południu wychodzę. Stawiam wysoko kołnierz płaszcza i włóczę się, gdzie mnie nogi poniosą. Tiergarten stoi pusty niczym pierwotny moczar. Jakże szybko przeminął jego jesienny przepych! Auta pryskają wodą na metr na mokrych ulicach.

Gdy jestem przy Leipziger Strasse, zaczyna mocniej padać. Nabieram nagle ochoty, by iść do kina.

Wiedeń w deszczu to idylla, Praga w deszczu to bajka, a deszczowy Berlin zaczyna robić się nudny. Dlaczego tak?

Dochodzę do dużego iluzjonu. Właśnie skończył się seans. Nad wejściem płonie ogromny napis: LUCILUDIUM.

Najosobliwsze kino, jakie dotąd widziałem. Wyobraźmy sobie owalne pomieszczenie, owalnie sklepione również na górze i na dole. Kuse sklepienie zawierało scenę, a w każdym razie tak przypuszczałem, bo widać jej nie było.

Ściany, sufit i podłoga – jeżeli przy owalnym kształcie pomieszczenia można w ogóle mówić o takich elementach architektonicznych – składają się z mętnej, szklistej substancji, prześwietlonej od zewnątrz. Stąd wynika to, że nie widzi się żadnych źródeł światła, a raczej całą salę wypełnia jednolita, stonowana jasność. Ponieważ ta wlewa się ze wszystkich stron, to ludzie i przedmioty, jak niegdyś Schlemihl, nie rzucają cienia, przez co ma się wrażenie, jakby stało się w świetle dnia pod dziwnie pomniejszonym niebem. Spojrzawszy na podłogę, miałem skojarzenie z matowym, brudnym lodem.

W istocie nigdy nie widziałem nic podobnego. Byłem całkiem oszołomiony. Nie mogłem zrozumieć, jak ktoś mógł wpaść na tak absurdalny pomysł.

Wdałem się w pogawędkę ze starszym jegomościem z fotela obok. Ma pan rację, rzekł, człowiek siedzi tu jak w gigantycznym, podświetlonym kurniku.

I oto zaczynał się już pokaz. Zadzwonił donośny gong, jakby waliła się porcelanowa wieża z Nankinu, światło powoli zgasło i nagle przód kopuły jakby się rozdzielił. Niczym dewizka ogromnego zegarka odskoczyła mosiężna klapa i rozpoczęła się projekcja.

Najpierw kronika tygodniowa. Oglądaliśmy, jak zbiera się sok kauczukowca, jak ćwiczyła amerykańska flota, jak rywalizowano w turnieju tańca w Paryżu. Dalej aktualności: prezydent Rzeszy odsłaniający pomnik, książę Walii, podpisanie umowy handlowej.

A potem nagle na ekranie pojawił się napis: Kurt Kupetzky, genialny twórca Luciludium, w swoim domu.

Tak, to był on. Z twarzą bolszewika, fanatyczną, ściągniętą, wąską twarzą z płonącymi oczami. Czoło ponad miarę okrągłe niczym metalowa klapa, mieszkanie dziwacznych myśli.

Takim też zapamiętałem go z herbatki u Knarcha. A zatem to on zbudował Luciludium, to osobliwe wnętrze, w którym się obecnie znajdowałem.

Nie tylko w fakty przebogate jest życie, jeszcze bogatsze jest w możliwości. Każdy człowiek skrywa niesłychaną pełnię możliwości, jest jakby potencjałem prostej rzeczywistości, trzecim wymiarem życia, tak jak zdarzenia są pierwszym i przyczyny drugim.

Odpłynąłem myślami. Tego, co działo się na ekranie, nie widziałem, aż na powrót zrobiło się jasno. Włączyła się muzyka. Rozpoczął się główny pokaz. Nie zwracam większej uwagi. I oto znowu pojawia się przede mną znajoma twarz. Kobieta o dużych ckliwych oczach i burzy włosów. Żona doktora Knarcha. Gra główną rolę.

Jej gra jest godna podziwu. Znowu jestem pod wrażeniem. Czy się mylę? Skąd ona na ekranie?

W przerwie kupuję program i czytam: Eva von Aagen. To musi być jej pseudonim zawodowy albo nazwisko panieńskie.

Akcja filmu toczy się na placach eleganckiego świata, w Paryżu, Nicei, Neapolu. Ona we wszystkim wygląda czarująco. Ten Knarch to żaden pechowiec!

W podniosłym nastroju maszeruję przez mrok wieczoru do domu. Pociągi są przepełnione. Mierzi mnie myśl o staniu w wilgotnym, parującym tłumie.

 

Wtorek, 17 września

 

Dzisiaj w południe zadzwonił radca ministerialny z pytaniem, czy jestem w stanie po południu przyjąć wizytę pana sekretarza stanu. Podziękowałem uprzejmie i zgodziłem się.

Z pomocą panny Kronach przeniosłem Laotsego z bocznego pokoju do sali błękitnej, gdzie łatwiej rzeźbę obejść dookoła. Również oświetlenie jest tu korzystniejsze.

Około wpół do czwartej bajeczną limuzyną zajechał sekretarz stanu z czterema panami. Przeniesienie Laotsego do sali okazało się dobrą decyzją. Oglądali go ze wszystkich stron, pukali i macali, jeden z panów, niski, krótkowzroczny mężczyzna, powąchał go nawet, a potem wszyscy rozpłynęli się w pochwałach. Spostrzegłem wnet, że również żaden z nich nie miał najmniejszego pojęcia o sztuce. Sekretarz stanu zapytał o cenę, przy czym zapalił grube cygaro i rzucił zapałkę na podłogę. Podałem cenę, w ostatniej chwili nieco jeszcze podwyższoną.

Sprawa załatwiona, młody przyjacielu, rzekł i schował swe wielkie ręce do kieszeni spodni. Panie radco, proszę przygotować umowę.

Kwadrans później Laotsego nie było, a na moim biurku leżał pokaźny czek z państwowego banku.

Nie odczuwałem jednak żadnej radości. Siedziałem na krześle w sali i gapiłem się na pusty postument. Czułem się, jakby ktoś mi umarł. Nie wiem, jak długo tak siedziałem.

Było już ciemno, gdy usłyszałem, jak panna Kronach zamyka drzwi wejściowe. Przykryła maszynę do pisania i pożegnała się. Zauważyłem, że przygląda mi się poważnie i jakby ze współczuciem.

Naszły mnie wątpliwości, czy potrafię być porządnym marszandem. Kiedy prawie mógłbym się popłakać tam, gdzie inni by się śmiali? Czyż to nie był świetny interes z tym Laotsem?

 

Środa, 18 września

 

Przed południem pojechałem do Poczdamu, by złożyć wizytę panu von Corbowi.

Poczdam to świat sam w sobie. Trudno pojąć, jak dwie rzeczy tak różne jak Berlin i Poczdam mogą być położone tak blisko siebie. Na wszystkich ulicach i wokół wszystkich gmachów jeszcze dzisiaj wyczuwa się ducha wielkiego króla. Uderzyło mnie, jak wiele się o nim mówi. Tak wiele o Marii Teresie już się w Wiedniu nie mówi. Jest tak, jakby nie umarł, a jedynie oddalił się na chwilkę, by wrócić w dogodnym czasie.

Poczdam jest nadzieją starych Prus, poczułem to. Pojąłem tu również, czym jest duch, który Prusy uczynił wielkimi i który słusznie nazywa się duchem Poczdamu.

Grób w kościele garnizonowym przykryty był kwiatami. Starsza dama położyła wieniec na niewielkiej trumnie, mówiąc do mnie: Co on mógłby sobie o nas pomyśleć?

Poruszające, jak ten lud trzyma się swego króla. Nie wiedziałem, co powiedzieć, skinąłem tylko głową i powoli skierowałem się do wyjścia.

Na zewnątrz nad wielkim placem ćwiczebnym wisiało ciepłe powietrze, zielone dachy pałacu miejskiego rozkwitały w blasku czarownego jesiennego słońca. Na stare kamienne wazy spadały z kasztanów wielkie złote liście. Było nie do opisania.

Pan von Corb mieszka w małej uliczce, jakich w Poczdamie są dziesiątki. Dom stoi nieco z tyłu w starym ogrodzie o wyglądzie parku. Na starannie utrzymanych klombach więdły ostatnie astry.

Generał-porucznik to postać okazała, piękna, męska. Może być już po sześćdziesiątce. Mimo tego trzyma się dobrze i ma mocny uścisk dłoni.

Ja: Dziękuję waszej ekscelencji za miłe zaproszenie.

On: To raczej ja panu dziękuję, że zechciał się pan do mnie pofatygować.

Ja: Ależ nie ma o czym mówić, ekscelencjo. Połączyłem zarazem odwiedziny u pana ze zwiedzaniem Poczdamu, którego dotąd nie znałem.

On: To mnie cieszy, Born. Proszę siadać! A więc nie jest pan rodzonym Berlińczykiem?

Ja: Urodziłem się w Pradze, gdzie mój ojciec był archiwariuszem ziemskim korony czeskiej. Wziąłem udział w wojnie, a później studiowałem w Wiedniu.

On: A zatem, by tak rzec, Austriak pełnej krwi. Sans phrase, to mnie cieszy, lubię ten typ ludzi. Moja żona, z domu Wolkenburg, też była z Wiednia. I jak podoba się panu w Poczdamie?

Ja: Szczerze powiedziawszy, ekscelencjo, nadzwyczajnie. Nie wiem, czy znam drugie miasto, które pozostawałoby tak wierne swej najgłębszej istocie.

On: Doskonale, panie Born, a gdzie pan znajduje tę najgłębszą istotę?

Ja: Powiedziałbym, że w jego fryderycjańskim duchu. Myślę, że jako Austriak jestem w stanie to ocenić. Właśnie jako obcokrajowca uderza mnie, jak ważną postacią Fryderyk pozostaje dla tego miasta, niczym jego genius loci.

On: Czy ten duch wydaje się panu sympatyczny?

Ja: Jest inny od naszego. Ale muszę powiedzieć, że cieszę się za każdym razem, gdy odkrywam niezwykłe bogactwo niemieckiego charakteru, którego Poczdam i Fryderyk są przecież tylko częścią. Niełatwo sobie wyobrazić większe przeciwieństwa niż Fryderyk i Teresa, a przecież oboje byli Niemcami w stu procentach. Właśnie dlatego że ta niemieckość obejmuje dwa bieguny takie jak Wiedeń i Poczdam, Schönbrunn i Sanssouci, to wewnętrzne bogactwo sprawia, że czuję się jakoś szczęśliwy, bardzo szczęśliwy. I gdybym miał wybierać raz jeszcze, to nie chciałbym być nikim innym niż znowu Niemcem.

On: To przynosi panu chwałę. Ale czy nie przeżył pan chwil, kiedy musiał się pan właśnie dziś wstydzić, że jest Niemcem?

Ja: Co pan ma na myśli, ekscelencjo?

On: Myślę w tym momencie o tym, że mieszka pan w Berlinie, a niczego mniej przyjemnego znaleźć obecnie w Niemczech według mnie nie można.

Ja: Ależ ekscelencjo, mówi pan poważnie?

On: Jakże inaczej, panie Born? Nie potrafię wyobrazić sobie niczego wstrętniejszego od tego miasta. Już dawno tak się oddaliło od niemieckiego charakteru – o pruskim nie wspominając – że wstydzę się, siedząc tu, by tak rzec, na skraju tego bagna. Wiatr zawiewa stamtąd brzydkie zapachy. Akurat, gdy pan nadjechał, czytałem w gazecie o wykładzie, który wygłoszony został w kręgu berlińskich architektów, i tam jest to powiedziane wprost, muszę to panu przeczytać:

„Berlin musi wreszcie przestać być stolicą Niemiec, tak jak w 1870 roku przestał być stolicą Prus. Musi stać się metropolią Paneuropy…

Te ambitne projekty, duchowe, jak również matematyczne, wymagają wszakże nowego stylu. Nowego zarówno pod względem sposobu życia, jak i architektury. Stanowiska monarchii, Hohenzollernów i ich feldmarszałków, ich żałosne pomniki i aleje zwycięstwa, ich zamki i kościoły, krótko mówiąc, cała przestarzała tandeta ich wspaniałości nie może już w przyszłości stanowić przeszkody na drodze ku paneuropejskiej metropolii. Luka ziejąca między Paneuropą i Wilhelmem II musi zostać wypełniona w duchu zdecydowanego internacjonalizmu. Oddech Berlina musi stać się energiczny i gorący jak tchnienie stalowej rewolucji…

Ten, kto myśli ciasno reakcyjnie, może spokojnie przenieść się do Poczdamu, na grób tak zwanego wielkiego króla. Niech Poczdam stanie się prusko-niemieckim muzeum i mauzoleum, idyllą książąt Hohenzollernów i azylem dla ich licznych, niestety już nieżyjących dam dworu i stajennych. W czym problem? Berlin jednak musi być żywy…”

Co pan na to powie?

Ja: Te opinie to zupełna miernota. Czy mogę zapytać, kto miał czelność je wygłosić?

On: Niejaki Kurt Kupetzky. – Podał mi gazetę. – Zapewne Żyd, którego kołyska stała gdzieś na Wołyniu albo na bagnach Prypeci. Czy mylę się, mówiąc, że miasto, w którym pozwala się wygłaszać i publikować takie tezy, nie powinno już rościć sobie pretensji do bycia częścią Niemiec?

Ja: Muszę się z waszą ekscelencją zgodzić.

On: Ci ludzie nie pojmują mianowicie, że fundamentem teraźniejszości jest przeszłość. Że życie, innymi słowy, to dom piętrowy, a my mieszkamy w ogrodzie na jego dachu. Niższych pięter nie wolno jednak niszczyć. Życie jest niczym innym jak sumą historii. Zakłamując historię, odbieramy mu stabilność. I to właśnie zarzucam Berlinowi. Nie zbudowano go dopiero 9 listopada 1918 roku. Powstał już wcześniej. Był sceną historycznych wydarzeń i sam tworzył historię. Korzeniami sięga wczoraj i przedwczoraj, ale zachowuje się tak, jakby urodził się dzisiaj. Być może Aleja Zwycięstwa nie jest w dobrym guście, ale Kolumnę Zwycięstwa zdobią lufy zdobycznych armat. A gdyby nie tak zwany wielki Fryderyk, to Berlin byłby może dzisiaj rosyjskim posterunkiem granicznym i ów pan Kupetzky oszczędziłby nam swych andronów. Widzi pan, panie Born – cieszę się, że mogę rozmawiać z człowiekiem, który uważa swą niemieckość za szczęście – widzi pan, Berlin stał się miastem bez historii. Niszczy własną przeszłość, a tym samym siebie. Prawdziwe rewolucje prowadzą z powrotem ku historii, jednak oderwanie od historii prowadzi do śmierci. Życie to w dużej części forma, prawo, porządek, tradycja. – Ale dajmy już temu spokój, nie przyjechał pan tu, panie Born, na pogadankę o polityce, przyjechał pan obejrzeć moje barokowe meble. Proszę wybaczyć, jestem już stary, a starzy ludzie lubią gadać.

Zaprowadził mnie do następnego pomieszczenia. Tu stały rzeczy, o których była mowa: szafy, stoły, krzesła, obrazy, wazony oraz wysoki barokowy ołtarz, sięgający aż po sufit. Wszystko wspaniały wiedeński barok.

Ja: Jestem zaskoczony, ekscelencjo, znajdując taki piękny wiedeński barok w Poczdamie. Czy mogę zapytać, jak wszedł pan w jego posiadanie?

On: Już panu wspominałem, że moją żoną była hrabina Wolkenburg. Odziedziczyła te rzeczy po swym ojcu, generale artylerii. Mieliśmy wcześniej większy dom, ale teraz muszę się ograniczać. Prawdę powiedziawszy, życie rzuca mi kłody pod nogi.

Sporządziłem dokładny spis wszystkiego, przy bliższych oględzinach odkrywając jeszcze inne cenne przedmioty: stolik z panoramą Wenecji w mozaice z kamieni półszlachetnych, dwie złote repusowane puszki florentyńskiego pochodzenia, piękny portret księcia Antona von Tilly’ego, duży rzeźbiony żyrandol i wiele więcej.

Najpiękniejszy bez wątpienia jest wszakże ołtarz. Cały w bieli i złocie, ze śliczną dekoracją malarską przedstawiającą wniebowzięcie Maryi, mocno niestety pociemniałą. Mam jednak nadzieję, że da się ją rozjaśnić. Po bokach stoją cztery marmurowe figury świętych: św. Katarzyna i św. Antoni po lewej, św. Maurycy i św. Cecylia po prawej. Ten ołtarz zauroczy wszystkich znawców. Gratuluję sobie.

Sporządziliśmy umowę komisową i porozumieliśmy się co do transportu. Potem wstałem, by się pożegnać.

Ja: Czy mogę prosić waszą ekscelencję, by mnie przedstawił łaskawej małżonce?

On: Dziękuję, panie Born, ale moja żona od dawna nie żyje. Zmarła na atak serca w 1917 roku, dowiedziawszy się, że poległem pod Aisne. Pewien oficer przekazał ten nazbyt pospieszny meldunek. Gdy ciężko ranny wróciłem, mogłem już z nią porozmawiać tylko przez grobowy kopczyk.

Uśmiechnął się lekko do siebie, a potem rzekł: Wypije pan ze mną filiżankę kawy? Pański pociąg odchodzi dopiero za półtorej godziny, jeżeli się nie mylę. Czy też przyjechał pan autem?

Ja: Pociągiem, ekscelencjo. Z wdzięcznością przyjmuję zaproszenie.

Stary hrabia przyciągnął maszynkę do kawy i zapalił płomień. Moi obaj synowie polegli we Flandrii, jeden pod Langemark, drugi pod Ypres, powiedział. Jestem bardzo samotny. Pan też był na froncie?

Ja: W Rosji, ekscelencjo.

On: Proponuję, drogi przyjacielu, byśmy darowali sobie tytulaturę. Pan nazywa się Born, a ja Corb. Zacne niemieckie nazwiska, tak że dodatkowych tytułów nie trzeba, a jako frontowcy jesteśmy towarzyszami broni, n’est-ce pas?

I podał mi dłoń.

Ja: Ja byłem w Rosji, najpierw w Karpatach, potem na bagnach Prypeci. Szturmowałem twierdze na Wołyniu i tam dostałem się do rosyjskiej niewoli. Cztery lata spędziłem na Syberii. Wróciłem w ramach wymiany zorganizowanej przez Czerwony Krzyż dopiero w 1920 roku.

On: Dzielnie, bardzo dzielnie, drogi panie Born. Podoba mi się pan. Widzi pan, nasza epoka jest dlatego taka licha, że tak wielu najlepszych brakuje. Życie ciurka tak skąpo, bo śmierć zbyt wiele go wypiła. A my żołnierze frontowi o śmierci zapomnieć nie możemy. Ja do 1916 roku walczyłem na pierwszej linii, generałem zostałem dopiero w 1917. O śmierci zapomnieć nie możemy. Inaczej cenimy życie, bo od lat dostrzegamy jego najgłębszą wartość. Żądamy od życia więcej niż inni, którzy śmierć spotykają tylko przypadkowo, gdy samochód ulegnie awarii, albo wykolei się pociąg. My mieliśmy śmierć koło siebie godzina za godziną. Znamy ją lepiej. I dlatego też znamy lepiej życie. Wodę ceni tylko ten, kto często był spragniony.

Nalał parującą kawę do delikatnej wiedeńskiej porcelany i siedzieliśmy razem aż do zmroku.

Potem pożegnałem się, poszedłem ciemnymi ulicami w stronę pałacu miejskiego i przez Długi Most wróciłem na dworzec.

… my żołnierze frontowi o śmierci zapomnieć nie możemy.

 

Sobota, 21 września

 

Jestem właściwie wyprzedany: Pory Roku poszły, Laotse poszedł, z rycin Berchemdahla zostały nędzne resztki w postaci trzech sztuk, a emalie szły ostatnio dobrze.

Zamknąłem dzisiaj galerię i wywiesiłem duży napis od frontu: Tymczasowo zamknięte. Ponowne otwarcie: 1 października, wystawa Wiedeński barok.

Około jedenastej przed południem stałem w hallu wejściowym, gdy usłyszałem na ulicy hałas i krzyki. Podszedłem do okna i ujrzałem ogromny pochód komunistów maszerujący Kurfürstendammem. Tysięc, dwa tysiące, trzy tysiące demonstrantów. Wszyscy mieli czerwone opaski na prawym ramieniu. W większości proste chłopy. Maszerowali do taktu wyznaczanego przez prowadzących, którzy biegali z boku niczym psy pasterskie, wykrzykując nieustannie: Lewa! … Lewa! … Lewa! … – jakby szli do boju.

Kurfürstendamm, najelegantsza ulica Europy, ze swymi sklepami i domami, ze swymi salonami mody i kabaretami, drżał od żelaznego kroku tych kohort.

Niesiono transparenty. Z uwagi na odległość nie mogłem ich odczytać, ale z pewnością zawierały jakieś prowokacyjne hasła.

Otworzyłem skrzydło okna i wychyliłem się daleko poza parapet, by lepiej widzieć pochód. Kilku demonstrantów pogroziło mi zaciśniętą pięścią.

Nagle coś zadźwięczało w sali obok, wróciłem tam i ujrzałem, że szyba w jednym z dużych okien została stłuczona kamieniem, który leżał na podłodze. Był owinięty w czerwony papier.

Rozwinąłem papier i przeczytałem wypisany wielkimi literami tekst: Precz z bogatymi nierobami! Na szubienicę z pasożytniczymi łobuzami! Lud maszeruje! Nadchodzi rozliczenie!

Od odoru tej nienawiści, który bił od czerwonej kartki i dosłownie zatruwał całe powietrze, poczułem się jak otępiały. Nadchodzi rozliczenie! Było tak, jakby nagle obok mnie pojawiła się śmierć, ohydna, cuchnąca śmierć, która niczym brudny pies z długim ogonem pchała się we wszystkie kąty i lizała mnie swym jęzorem.

 

Czwartek, 26 września

 

Knarchowie zaprosili mnie wczoraj na herbatę. Szedłem z mieszanymi uczuciami. Po południu spotkałem w metrze Aleppa, który wie o wszystkim, co dzieje się w Berlinie, i zapytałem go o żonę Knarcha. Żona Knarcha? powtórzył i jak zawsze, kiedy jest zaskoczony albo chce kogoś zaskoczyć, pozwolił, by monokl spadł mu do prawej dłoni. Żona Knarcha? Lampart nigdy nie jest żonaty, powiedział. Ma pan na myśli jego au pair? Jak się nazywa, nie wie nikt; przedstawia się jako Eva von Aagen. Podłapał tę pluskwę w jakiejś spelunce i zaprotegował ją do filmu. To być może dziesiąta dama u niego, jaką znam. Zatrudnia je na trzy kwartały, potem sprzedaje gdzie indziej i załatwia sobie następną. Czy całował ją pan w rękę? Proszę sobie potem przepłukać usta whisky, trzeba zapobiegać. Pluskwy zawsze przenoszą zarazki, to naukowo dowiedzione.

Pojechałem, nieufnie nastawiony, do Grunewald. Herbatę piliśmy we troje. Rozmawialiśmy o tym i owym. Tego dnia Eva von Aagen miała na sobie tulipanowożółtą suknię, obszerną u dołu i skąpą u góry. Prawdę rzekłszy, wyglądała uroczo, ale Aleppo już wsączył mi swój jad do ucha.

Knarch był szarmancki. Opowiedziałem mu o Corbie i moich nowych nabytkach. Życzył mi sukcesu. Powtarza pan w pewnym sensie historię sztuki, tyle że w odwrotnej kolejności, rzekł z uśmiechem. Najpierw rokoko, potem barok. Już widzę, jak kończy pan przy Sumerach.

Dlaczego właściwie jest pan tak strasznie nienowoczesny? wpadła mu w słowo Eva von Aagen, dlaczego nie ma pan nic z nowej rzeczowości? Ja tych historycznych dziwactw nie lubię wcale. Nie pojmuję, kto kupuje takie rzeczy.

Ja: Nie jestem nienowoczesny, łaskawa pani, uważam jednak, że właśnie w sztuce tradycja jest wszystkim. – Musiałem pomyśleć tu o Corbie.

Ona: Nonsens, tradycja. To, co najlepsze, tworzone jest zawsze poza tradycją. Wierzę też, że powstaną całkiem nowe rodzaje sztuki.

Ja: Zupełnie pani nie rozumiem, najłaskawsza.

Ona: Weźmy na przykład fotografię. Oto ma pan taką nową dziedzinę. Albo film. Jak chce pan tu mówić o tradycji? Albo nowa muzyka eteryczna, cudowne tony wyczarowywane z niczego. Gdzie tu pański Ben Akiba?

Ja: Celne trafienie, łaskawa pani. Ale mam pytanie: nie wiem, czy mnie wzrok nie mylił, czy też widziałem dobrze – pani gra w filmie?

Ona: Dla zabawy, mój drogi. O którym filmie pan mówi?

Ja: Widziałem panią w Markizie Adelajdzie.

Ona: I jak się panu podobała moja gra?

Ja: Nadzwyczajnie, madame. Byłem zaskoczony.

Ona: Czy ma pan ochotę pojechać teraz z nami? Knarch chce nakręcić trochę nastrojowych ujęć do mojego nowego filmu, który rozgrywa się w wielkim mieście.

Ja: Nie wiem, doktorze Knarch, jakie niespodzianki ma pan jeszcze dla mnie w zanadrzu. Pisze pan najlepsze recenzje w Berlinie, robi pan wyborne zdjęcia, a teraz słyszę, że pan również filmuje?

Knarch: Dla zabawy, drogi Born, tylko dla zabawy. Coś trzeba robić w wolnym czasie.

Ja: I film znajduje pan w jakiś sposób adwekwatnym?

On: Z pewnością! Widzi pan, najlepsza fotografia to wciąż tylko obraz, nieruchomy, skamieniały, zamrożony. Człowiek przechytrza naturę, lecz jej nie odsłania. Dopiero film wydaje mi się najpełniejszą możliwością oddania życia takim, jakie jest – wiecznie żywe, toczące się, w ruchu. Dwie rzeczy przynależne są życiu: światło i ruch. Dopiero obraz ruchomy – film – potrafi uchwycić życie prawdziwie.

Ona: A zatem przyłączy się pan?

Ja: Jeżeli mogę, to bardzo chętnie. Pierwszy raz będę świadkiem czegoś takiego.

Ona: O, to pięknie. Nie jest pan żadnym sztywniakiem, drogi Born. Spodoba się panu. A potem musi pan z nami wybrać najlepsze ujęcia. To jest ciekawe.

Knarch zadzwonił po służącego i zamówił auto: Wietrznego Psa poproszę.

Ja: Co to oznacza?

Knarch: Kazałem sobie zbudować specjalny samochód do filmowania. Musi mieć obszerne wnętrze, by zmieściła się kamera, i zapewniać dobrą widoczność, również do góry, toteż dach jest otwierany. Musi po trzecie być zwrotny i szybki. Może się zdarzyć, że zauważę przed sobą jakiś ciekawy motyw i będę chciał go dogonić. Słabszy wóz mógłby mnie zawieść. Z uwagi na jego szybkość nazywamy ten pojazd Wietrznym Psem.

Wyszliśmy. Eva von Aagen narzuciła biała pelisę na nagie ramiona i zaraz do nas dołączyła. Samochód był długi i wąski. Eva i ja siedzieliśmy z tyłu, przed nami na obrotowym taborecie siedział za kamerą Knarch. Obok siebie położył kasetę z taśmami, jakieś dwa tysiące metrów. Z szoferem porozumiewał się przez tubę.

Wyruszyliśmy. Na początku Kurfürstendammu Knarch zaczął kręcić. Cichy poszum przesuwającej się taśmy wypełnił wnętrze auta. Zwracał się to w prawo, to w lewo.

Tej przejażdżki nigdy nie zapomnę. Przed nami rozciągała się szeroka, błyszcząca jezdnia. Wszystko było rzęsiście oświetlone. Neony zapalały się i gasły.

Skręciliśmy na plac z Kościołem Pamięci Cesarza Wilhelma.

Światło i ruch, dopiero tym jest życie! Tak, to było życie, gorączkowo poszukiwane, głęboko wymarzone, żarliwie kochane życie.

Rakiety świetlne pełzły w górę i w dół po fasadach domów. Olbrzymie litery płonęły i jarzyły się. Pieniste perły spływały do ogromnego smukłego kieliszka i rozpływały się w powietrzu, i tak w kółko. Portale kin były gigantycznymi płonącymi kabłąkami, witryny sklepów żarzącymi się, kuszącymi rajami światła. Było to nie do opisania!

Knarch kręcił korbką. Dookoła, zawołał przez tubę.

Objeżdżaliśmy kościół, który stał opuszczony w tej kipieli światła, zgiełku i ruchu.

Knarch kręcił. Szarpał kamerą to tu, to tam.

Rzuciłem okiem na mą towarzyszkę. Siedziała obok mnie, pelisę zsunąwszy z ramion, w swej tulipanowożółtej sukience i wyglądała jak z obrazka. Żółty jedwab trzeszczał dosłownie pod pieszczotami wlewającej się do środka, łamiącej się, falującej świetlistości.

Zauważyłem, jak założyła nogę na nogę. Miała na sobie pończochy cielistego koloru. Przy jednej widać było białą jedwabną podwiązkę.

Przez ułamek sekundy spoglądała na mnie triumfująco. I jak się to panu podoba? zapytała z uśmiechem.

Nadzwyczajnie, odpowiedziałem i zapaliłem papierosa, by jakby zdmuchnąć dwuznaczność jej pytania.

Dookoła, krzyknął Knarch przez tubę i znowu objeżdżaliśmy plac, po raz drugi, trzeci, piąty, siódmy, potem przestałem liczyć. On zdawał się nienasycony. Kręcił nieustannie i teraz jego twarz, którą widziałem z boku, rzeczywiście zdawała się mieć w sobie coś z drapieżnego zwierzęcia. Zasadzał się na życie.

Stopniowo poczułem się, jakbym śnił. Wszystko widziałem jak przez mgłę. Czy to gonitwa świateł mnie oszołomiła, czy uśpił wirowy ruch, czułem się tak, jakbym tonął w głębokim, bezdennym morzu.

Znowu zerknąłem na bok. Tulipanowożółta suknia zsunięta była ze zwróconego ku mnie ramienia, widziałem nagie ramię, ozdobione złotą bransoletą.

Knarch odsunął dach i zwrócił kamerę niby strzelbę ku niebu.

Ciemna, wielka, nieziemska wznosiła się w noc ogromna wieża kościoła. Nie do pomyślenia był jakikolwiek większy obiekt. Przeraziłem się. Myślałem tylko to:

Tak stoi ta wieża dzień w dzień, noc w noc, w tej kipieli, kompletnie sama. Jeżeli istnieje Bóg, to musi być bardzo samotny.

Pojedyncze wyblakłe gwiazdy wisiały w zimnym, mętnym waporze, wypełnionym jeszcze przez miliardy wirujących cząsteczek światła wielkiego miasta.

Tiergarten, zakomenderował Knarch przez tubę.

Patrzyłem, jak zagłębiamy się w ciemniejsze dzielnice. Niczym robaczki świętojańskie kołysały się tu i ówdzie w ciemności łukowe lampy. Otoczyły nas fantastyczne cienie.

Knarch kręcił. Taśma przesuwała się z cichym drżącym poszumem.

Gorąca dłoń namacała moją. Przylgnęło do mnie miękkie ramię. Głowa, jakby nie należała już do mnie, opadła mi bezwolnie na bok i na mych biednych wargach zapłonął długi gorący pocałunek. Rozpaloną dłonią gładziłem trzeszczący jedwab.

Knarch kręcił. Czy nie wykręci wkrótce tych dwóch tysięcy metrów, myślę.

Para zakochanych, mocno do siebie przytulonych, idzie przez snop światła rzucanego przez samotną lampę. My jesteśmy gdzie indziej.

Znowu mnie całuje, długo, gorąco, namiętnie, za plecami tamtego, który siedzi przed nami i kręci.

Nagle czuję czubek jej języka niczym węża.

Wtedy się budzę. Pluskwa, myślę, gryzie. Ktoś siedzi obok mnie i mówi: Proszę sobie potem przepłukać usta whisky. Obrzydliwe! Czuję ścisk w gardle. Naraz wydaję się sobie brudny.

Odpycham od siebie tulipanowożółtą damę i zapadam się w kanapę.

Słyszę, jak ona mówi: Pan doktor Born chyba niedobrze się poczuł.

Knarch odwraca się i pyta: Naprawdę? – Nie rozpoznaję już jego głosu.

Mówię: Tak, proszę zawieźć mnie szybko do domu, Kronprinzenufer. Jest mi niedobrze.

Knarch woła przez tubę: Kronprinzenufer!

Jesteśmy tam za chwilę. Pozdrawiam ich, coś tam mówię, wysiadam chwiejnie, stoję.

Otwieram drzwi, wspinam się po schodach i padam wyczerpany na łóżko.

Miałem potem straszne sny. Pamiętam tylko tyle: Jechałem, zataczając ogromny krąg, przez wielki ciemny kraj, o którym skądinąd wiedziałem, że nazywa się Rosja. Po lewej i prawej na szubienicach wisiały szaty, szaty i nic tylko szaty i wszystkie przypominały szatę Judasza.

Były jednak tulipanowożółte i podszyte na górze futrem. I ciągle słyszałem to przerażające słowo, rozbrzmiewające w mrocznej krainie rozciągającej się za powiewającymi szatami: Boże oko zamieszkuje głębiny południowego Pacyfiku. Nagle w czoło trafił mnie czerwony kamień, wtedy się obudziłem.

Trzęsie mną gorączka. Lekarz mówi, że muszę przeleżeć parę dni w łóżku. Coś zepsuło mi się w środku. Nie wiem co. Życie nie przedstawia mi się już pociągająco. Wydaje się bezsensowne, jak mój sen. Czyż nie powiadają wszyscy poeci, że jest snem?

Ale gdzie jest sens?

Jestem bardzo zmęczony. Bardzo zmęczony i bardzo rozczarowany.

 

II.

 

Wtorek, 1 października

 

Spędziłem kilka dni w łóżku. Jeszcze dzisiaj nie do końca pozbyłem się gorączki. Z trudem mogę przejść kilka kroków dzielących łóżko od okna.

Dużo czytałem. Co innego miałoby się robić? Przeczytałem zatem prawie wszystko Nietzschego, co mam u siebie, dramaty Ibsena i Hauptmanna, Raskolnikowa Dostojewskiego.

Lekarz, który się mną zajmuje, nazywa się doktor Löper. Starszy, rozumny człowiek. Jego włosy, które nosi genialnie zaczesane niczym aktor, są już nieco przyprószone siwizną. Jakby właśnie wyszedł z młyna.

Opowiedział mi prawie całe swoje życie. Po nieszczęśliwej młodzieńczej miłości pływał jako lekarz okrętowy po świecie i wiele przeżył. Był długo w Indiach i Chinach, zna arabski, hiszpański i chiński i sądzi, że naprawdę przywiózł ze sobą do domu coś z duchowej pełni świata. Należy do charakterów, które naturalnie skłaniają się ku epikureizmowi i są żarliwie przywiązane do kultu piękna, chociaż w obliczu ludzi obojętnych bardzo dobrze umieją o tym milczeć.

Pod surową powierzchownością skrywa się tu dusza tak wrażliwa, że człowiek jest nieraz zaskoczony. Nie zapomnę na przykład jak przeglądał moje książki i od razu na początku trafił na Hiszpanów, którzy prezentują się nader godnie. Posiadam po ojcu kilka wybitnych wydań Calderóna, nieśmiertelnego Don Kiszota w różnych wersjach, a także najważniejsze rzeczy z nowszej literatury. Zauważyłem, jak to odkrycie sprawiło, że od razu wszedł ze mną w zażyłą relację i mnie, młodego człowieka, zaczął traktować niemal jak swego rówieśnika. Nawet jeżeli brakuje mi jego doświadczenia i erudycji, to mógł sobie jednak pomyśleć, że noszę w sobie zalążki bliskich mu idei.

W tych dniach i szczególnie wieczorami aż do późna w nocy prowadziłem z nim nader ożywione rozmowy, w których chętnie uczestniczyłem. Umiał bowiem każdą rzecz ukazać z nowej strony, nie tyle dlatego że tak chciał, albo uważał, a raczej dlatego że z natury skłonny jest do kontestacji. Nawet jeżeli nie we wszystkim można przyznać mu rację, to jednak przy bliższym oglądzie trzeba podziwiać oryginalność i świeżość jego myśli i przyznać, że się nieźle przy tym korzysta.

Zapytałem go któregoś wieczora wprost i bez większych ceregieli, jak znosi życie w tym Berlinie.

Pańskie pytanie, drogi Born, odpowiedział, to w istocie pytanie podwójne. Najpierw Berlin. Krąży na ten temat wiele opinii. Czegóż nie powiedziano o wielkim mieście. Parę wnikliwych umysłów pozwoliło sobie nazwać nasze wielkie miasta hańbą i natychmiast zawodowi literaci w Niemczech, dla których każde jasne i nieco mocne słowo jest nie do zniesienia, zaczęli przetaczać problem w tę i we w tę, jak święte skarabeusze swą kulkę łajna. I tak przeczytałem niedawno w szanowanej gazecie tezę miernego publicysty, iż Berlin jest polem bitewnym Niemiec, pierwszą linią, by tak rzec, a cała reszta to tyły. Taki absurd cuchnie pod niebiosa. Berlińczycy śmialiby się, gdyby przeczytali takie bzdury. Ale nie mają na to czasu. Ja uważam, że nasze metropolie, z Berlinem na czele, to – używając terminologii medycznej – czyraki, w których zbiera się zła krew narodu. A zatem o Berlinie nie mogę powiedzieć nic więcej niż to: W Salzburgu, albo w Lubece, albo w San Remo, albo na wyspie na południowym Pacyfiku mieszkałbym chętniej. Do diabła z pierwszą linią!

Co zasię tyczy życia w Berlinie, drogi Born, to jest to, że tak powiem, pytanie fałszywie postawione. Nie powinno brzmieć: Jak znosimy życie, ale raczej: Jak znosimy nasze ja, samych siebie. Widzi pan, życie to takie romantyczne coś, co jeden wyobraża sobie tak, a drugi inaczej. Nie istnieje żadna definicja tego osławionego życia. Jest ono, by tak rzec, nielogiczne. Ponieważ jednak przyzwyczajony jestem myśleć tylko logicznie, to dla mnie ono nie istnieje. Dla mnie istnieje tylko ja, istnieję ja sam. Jestem solipsystą. Cogito ergo sum. Skoki myślowe, jakich dokonuje Kartezjusz, by przejść od ja do życia, są w ogóle nietrafne. Nie wiem, czy pan mnie rozumie.

Ja: Ocenia pan zatem życie wyłącznie w odniesieniu do własnego wewnętrznego doświadczenia?

On: Bliskie prawdy, dla mnie istnieją tylko doświadczenia wewnętrzne. Nie ma nic obiektywnego. Co dla jednego sową, dla drugiego słowikiem. Dla mnie Berlin jest czyrakiem, dla pana takiego czy innego okopem na pierwszej linii. Żartobliwe pytanie: jakie jest podobieństwo między okopem i czyrakiem?

Ja nikogo nie będę nawracał, ale też niech każdy mnie zostawi w spokoju. Ludzie byliby szczęśliwsi, gdyby – mówiąc filozoficznie – zostali solipsystami. Za bardzo troszczą się o siebie nawzajem. Na tym polega kłopot.

Ja: Ale pan jako lekarz…

On: Co ja jako lekarz, mój drogi? Wyznam panu w zaufaniu: nie lekarz leczy, ja leczy. Najlepszy lekarz może przyjść i recytować formułki i kręcić pigułki, ale jeżeli ja chorego nie wykazuje chęci, to najlepszy lekarz pozostaje patałachem. Nie możemy chorych leczyć, a jedynie przyzywać ich ja, nic więcej.

Ja: Czy to tylko pańska opinia?

On: Moja i wszystkich rozsądnie myślących. Oportuniści nadal oczywiście dzielnie studiują diagnozy i opowiadają, założywszy wielkie rogowe okulary, o obiektywności ogólnej sytuacji. My augurzy uśmiechamy się.

Niezwykły człowiek! Zdaje się jednak mieć rację. Zauważam to po sobie. Być może brakuje mi siły woli, by wyzdrowieć. Nie mogę się do tego zmusić. –

Panna Kronach przychodzi codziennie w południe i relacjonuje mi to i owo. Kilku ludzi zajmuje się aranżacją środkowej sali na barokową kaplicę. W mojej galerii musio panować niezły bałagan. A ja leżę tu chory!

 

Środa, 2 października

 

Dzisiaj w południe był u mnie Löper i rzekł: Born, zabieram pana na przechadzkę. Byłem bardzo zaskoczony. Ależ oczywiście, powiedział, chce pan tu zgnić?

Wziąłem się w garść i poszedłem z nim. Nie do opisania jest, jak piękny może być znowu świat, gdy się było chorym. Człowiek musiałby właściwie co roku chorować raz na serce, by na nowo doświadczać piękna świata.

Niebo jest uroczyście błękitne. Człowiek idzie ulicami Berlina i ciągle myśli: Hellada! Na drzewach zostało już niewiele liści, ale te nieliczne płoną i pałają niebywale. Idzie się po purpurze i szkarłacie.

Naraz czuję się zupełnie zdrowy. Mówię to Löperowi. Ja zwyciężyło, orzeka i podaje mi pierwszego papierosa, którego mogę zapalić. Siedzimy na ławce w Tiergarten i ze zdwojoną wprawą wydmuchujemy sine kółka w niesłychanie błogie niebo.

Przejedziemy się jeszcze autem, oznajmia następnie Löper. Macha na taksówkę i mówi kierowcy: Ale proszę nie przekraczać dwudziestki.

Zapuszczamy się w największy tłok. Löper komenderuje, jakby chciał przeprowadzić oceaniczny parowiec przez rafę koralową. Ale wciąż tylko dwadzieścia. Suniemy więc spokojnie przez rozwirowany, rozpędzony, roztańczony Berlin.

Wszystko jedzie szybciej!

Wszystko nas przegania!

Niezwykle przyjemnie jest jechać powoli przez Berlin. Potwierdzać swoje własne ja w tym życiu.

Rozpieramy się na kanapie, palimy papierosy i machamy damom, które nas wyprzedzają. Śmiejemy się do siebie.

Löper to rewelacyjny lekarz. Rzeczywiście mnie uzdrowił, a raczej przyzwał moje ja, by mnie uzdrowiło.

Musimy napić się gdzieś kawy, mówi on. Wysiadamy, nie znam miejsca. Pijemy mokkę, która wcześniej była mi zabroniona. Siorbię ją błogo, wdycham jej aromat, kosztuję smak quasi duobus sensibus, nosem i językiem.

Wdzięczy się do nas muzyka! Panie Boże, jakie to wszystko jest nowe i niesłychane. Jakby moje pierwsze życie dzieliły od drugiego setki lat.

Głowa mówi mi, że to wszystko: kawa i muzyka i dziewczyna, która siedzi przy sąsiednim stoliku i się maluje, że to wszystko jest bardzo banalne. Moje ja wszelako, me serce, mówi: Patrz, jakie to wszystko znowu może być cudowne.

Ja, głupi, szukałem życia w metrze i w kinie i towarzystwie i w akwarium, tylko nie tam, gdzie go szukać miałem – w sobie samym.

Z wdzięcznością ściskam Löperowi dłoń. Płacimy i idziemy. Skręcamy na rogu w zatłoczoną ulicę. W błękitnosrebrnym świetle lśni na fasadzie na wprost mnie napis:

 

KLEJNOT

IZBA SZTUKI VINCENZ JOSUA BORN

 

Zaskoczony przystaję. Widzę, że pan wyzdrowiał, drogi Born, mówi Löper. Pozwalam panu jeszcze dzisiaj trochę popracować. Rachunek przyślę panu jutro.

Roześmiał się i zniknął w tłumie. Postałem chwilę, a potem przeszedłem radośnie przez jezdnię. Wielkimi susami niczym gończy pies wbiegłem po schodach i pospiesznie zadzwoniłem.

Otworzyła mi panna Kronach. Uśmiechnęła się i zapytała: Jest pan już znowu zdrowy?

Bogu dzięki, odrzekłem. Czas był najwyższy, trzeba działać.

W przejściu panował bałagan: skrzynki, ramy, skrawki papieru, można było dostać mdłości. Wszedłem po schodach, nacisnąłem klamkę i wkroczyłem do sali.

Kto jednak opisze moje bezgraniczne zdumienie, bo oto znalazłem się w cudownym świecie.

Nie poznawałem mojej błękitnej sali. Naprzeciwko drzwi, pomiędzy dwoma zewnętrznymi oknami, ale tak że środkowa część pozostawała zakryta, wznosił się ołtarz od Corba. Włączyłem elektryczne światło, które miękko wytrysło z dużego rzeźbionego żyrandola.

Dopiero teraz ołtarz ukazał się w całym przepychu swego piękna. Lśnił bielą i złotem. Skręcone podwójne kolumny, otoczone złotym filigranem, obramowują centralny obraz, Wniebowzięcie Maryi, który tymczasem oczyszczono z osadu powstałego od dymu kadzideł i świec. W błogiej ekstazie unosi się Błogosławiona na obłokach, zwracając piękną głowę ku niebu, z którego spływa na nią aureola aniołów. U jej stóp kołysze się srebrny księżyc, Plejady służą jej jako diadem. Błękit płaszcza jest najgłębszy możliwy, złożone dłonie lśnią różanym blaskiem – słowem, jest to obraz sztuki doskonałej.

Błyszczą i lśnią po bokach kolumn złocone figury świętych, dzierżących swe symboliczne atrybuty niczym palmę zwycięstwa.

Predella to hebanowa rama, na której rozpięto jedwabny haft z przedstawieniem Ukrzyżowania.

Ale nie dość na tym.

Sprzed ołtarza aż do drzwi rozciąga się piękny stary włoski tkany dywan, zapewne sardyńskiej roboty. Po lewej i prawej na jego skraju wznoszą się dwa ogromne kandelabry w barokowym stylu. Święte obrazy w starych ramach zdobią ściany. Na prawo od drzwi stoi w swobodnej pozie czarujący, niemal naturalnej wielkości amor z brązu w zwiewnych szatach i z szumnymi skrzydłami, trzymający w dłoniach spiżowe naczynie z wodą święconą, którą oferuje wchodzącym niczym morze oczyszczenia i nabożności.

W oknach wreszcie zawieszono dwa duże obrazy na szkle, które wprawdzie nie pochodzą dokładnie z tego samego okresu, ale pasują do całości; jeden przedstawia ukamienowanie Stefana, drugi Kazanie na górze. –

Wyłączyłem światło. To, jak ostatni blask dnia wpadał przez barwne szklane tafle, było nie do opisania. Złocone głębie ołtarza płonęły, dywan jaśniał, jakby był zrobiony ze szlachetnych kamieni, taki nastrój panował w tym pomieszczeniu, że niczym w prawdziwym kościele wstrzymałem oddech.

Musiałem szybko strząsnąć z siebie ten czar. Otworzyłem drzwi i zszedłem z powrotem do hallu.

Kto tak wspaniale to wszystko wykonał? zapytałem pannę Kronach. Uśmiechnęła się do mnie promiennie, tak że od razu znałem odpowiedź, po czym rzekła: Ach, nie było tak wiele do aranżowania, panie Born. Ekscelencja von Corb przysłał od razu fotografie pokazujące, jak poszczególne rzeczy pierwotnie stały, musiałam zatem tylko to odtworzyć.

Z wdzięcznością podałem jej dłoń. Zrobiła to pani rewelacyjnie, panno Kronach, powiedziałem. A jak z małymi pokojami?

Również one były już gotowe. W zielonym wystawione były meble świeckie, bardzo eleganckie i gustowne, w czerwonym wisiał portret księcia von Tilly’ego, kilka widoków miast, głównie weduty Rzymu i Wenecji, oraz portrety kilku duchownych. W hallu chciałem tym razem umieścić rzeczy bibliofilskie: oprawy, ilustracje do Opitza i Abrahama a Santa Clary, winiety i ekslibrisy, w nadziei że pozostanę w klimacie pomieszczenia z ołtarzem i ponownie stworzę pełną i domkniętą całość.

Byłem bardzo zadowolony z siebie, a jeszcze bardziej z panny Kronach, która zaprezentowała się jako znakomity pracownik merytoryczny, tak że postanowiłem w przyszłości zlecać jej w przyszłości zadania czcigodniejsze od pisania na maszynie i prowadzenia rejestru. Zapytałem, czy sprawi mi tę radość i zje ze mną kolację gdzieś na mieście.

Wahała się przez mgnienie oka, a potem powiedziała tak. Zrobiliśmy jeszcze jaki taki porządek w hallu, spaliliśmy papiery w piecyku, który trzymam u siebie w kantorze, i poszliśmy. Odwiedziliśmy uroczy lokalik, nazywający się, o ile pomnę, „Sen w Sorrento”, w pobliżu Charlottenburger Chaussee, i tam ucztowaliśmy wybornie i radośnie.

Szczególnie zabawne było, gdy kelner, wziąwszy nas za parę szczęśliwych nowożeńców, zaczął tytułować pannę Kronach „łaskawą panią”, co też ona z godnością przyjęła.

Poprosiłem ją, by zestawiła menu całkowicie wedle własnego gustu, a ona okazała się tak znakomitą smakoszką, że się zdumiałem. O wybór wina zatroszczyłem się ja.

Potem odwiozłem ją taksówką do domu przy Bayerische Strasse.

Błogo toczyłem się do domu, a przed oczami wciąż stał mi, połyskując złoto, pokój-kaplica. Niewiele widziałem przyjemniejszych obrazów.

 

Sobota, 5 października

 

Doktor Löper odwiedził moją galerię i był szczerze zachwycony. Ciągle klepał mnie po ramieniu i mówił: Całkiem wybitne, całkiem wybitne. A gdyby tak zorganizował pan w tym wspaniałym pokoju czytanie wierszy barokowych, do tego trochę muzyki, pieśni kościelne i tak dalej? Czy nie byłaby to gigantyczna idea? Czy mogę to dopracować, drogi Born?

I niczym naelektryzowany zeskoczył ze schodów, obiecując mi, że zrobi rzecz taką, jakiej Berlin jeszcze nie widział.

 

Poniedziałek, 7 października

 

Dzisiaj rano musiałem zmitrężyć sporo czasu w banku. Gdy wróciłem, panna Kronach zameldowała, że był doktor Knarch. Obejrzał wystawę z wielkim zainteresowaniem i bardzo ją chwalił. Przekazała mi wizytówkę od niego, na której skreślił następujące słowa: Dlaczego pan nas tak zaniedbuje? Najlepsze pozdrowienia!

 

Środa, 9 października

 

Dzisiaj w gazecie ukazała się recenzja Knarcha. Jest znowu wybitna i tak jak pierwszą zacytuję ją tu w całości:

 

Coś takiego powinno być uważane za niemożliwe w naszym rozwiązłym i skupionym na tym, co materialne, mieście. O ileż bogatsze były przecież dawne czasy, a przynajmniej tak się zdaje.

Wyobraźmy sobie pokój, który wypełnia ciężkie, przesycone złotem światło. Promienie słońca załamują się na dużych sakralnych malowidłach na szkle, przedstawiających Kazanie na górze i śmierć arcymęczennika. Naiwnie oddane sceny robią poruszające wrażenie w obliczu nieskończoności światła. I te szklane tafle wydają się podwójnie symboliczne. Z jednej strony zamykają przestrzeń w delikatnych granicach uroczystej pobożności, wykorzystując światło ziemskiego słońca do iluminacji swych pełnych tajemnicy cudownych opowieści. Po drugie w tym jasnym półmroku pozwalają ludziom dostrzec słońce nieziemskie, rozbłyskujące w tle za wszystkimi zdarzeniami jako przyczyna bytu, jako wielki ogień centralny.

Jak sen, jak wizja, jak ekstaza wznosi się pośrodku domostwo boskości, istny boski dom, wspierany przez kolumny muszlowej barwy, niczym dom króla, pośrodku Matka Boża, fala wonnych obłoków, chór anielski, widok na sfery niebieskie i na ich tle zachwycająca postać wielkiej matki, magna mater, mniej tu jednak matczynej, a bardziej ukazanej w nieopisanym triumfie jaśniejącego dziewictwa, jak niegdyś Diana, księżycowa bogini Greków.

I rzeczywiście na sierpie księżyca wspierają się stopy niebiańskiej dziewicy, a Plejady otaczają jej dziecinnie niewinne czoło. Jaki musi być Bóg, skoro już taka jest jego Matka?

Czworo świętych stoi po bokach, dumnych jak senatorowie i Rzymianki, silnych, pięknych, niebiańskich i zarazem doczesnych. Ich szaty powiewają, ich gesty są jak kwietne girlandy oplatające się wokół niewypowiedzianego Imienia, girlandy niezwykłej pobożności, arabeski ludzkiego serca w XVII wieku.

Dwa potężne kandelabry flankują stopnie Bożego tronu niczym dwaj właśnie wyświęceni diakoni. Są godne mszy odprawianej przez kardynała, godne grzmiących patriarchów i arcymetropolitów, dostojnika w czerwieni i złocie i o gestach weneckiego doży.

Tych wielkich panów godzien jest też kobierzec, w podszytych wiatrem chatach Toskanii albo Sardynii utkany przez wieśniaczki, które nie wiedziały, że po ich dziele będą kiedyś stąpać złote sandały i ocierać się o nie będą rozwiane purpurowe płaszcze. Być może wplotły w tę tkaninę wspomnienie swych młodzieńczych zawodów miłosnych. Może dlatego tak tajemniczo mieni się ona i połyskuje. Lecz przez niwy tego ślicznego dywanu przeszły już burze modlitw, przesłaniały go chmury kadzidlanego dymu i przesiąkła go woda święcona wielu błogosławieństw.

Przy wejściu stoi duży anioł, trochę nieubrany, trochę genialny, lecz wspaniały w lucyferycznym przepychu swej brązowej cielesności. Tu wszystko jest krągłe, plastyczne i stanowi radość dla oczu. Jego skrzydła są jeszcze wydęte od podmuchu wiatru, niczym żagiel wielkiego statku. Z trudem utrzymuje spiżowe morze naczynia z wodą święconą, w którym można by się przekąpać, takie jest wielkie. W obliczu tego naczynia pojmujemy ideę świętej i uzdrawiającej mocy wody, kultywowaną zwłaszcza na Południu.

Odbywszy godzinki, odwiedzamy jeszcze po sąsiedzku księcia Antona von Tilly’ego, który, o szarmanckim wyglądzie południowca, patrzy swobodnie na świat, a zaraz obok jezuitę ojca Silvio Salvatiego, wielkiego fizyka, z niezwykłym uśmiechem na księżych wargach.

Z izby artystycznej Borna wychodzi się ubogaconym. Przy wyjściu szuka się instyktownie puszki na datki, by móc tam zostawić niewielką jałmużnę na rzecz Boga i sztuki. Aż do drzwi wyjściowych jest się w religijnym nastroju.

Jak słyszę, wszystkie te skarby były wcześniej własnością generała-porucznika Maximiliana Ludwiga von Corba, niegdyś zamieszkałego w Wiedniu. Mogło mu być trudno rozstać się z tymi klejnotami.

A kto nabędzie je teraz?

Knarch

 

Piątek, 11 października

 

Moja barokowa kaplica stała się atrakcją dla socjety. Raz po raz dźwięczy dzwonek przy wejściu. By odciążyć pannę Kronach, zatrudniłem i przebrałem w kostiumy weneckich paziów dwóch młodych, hożych, dobrze zbudowanych chłopaków i teraz oni pełnią honory i uroczyście witają gości. Mój personel zatem się rozrasta. Zacząłem brać markę za wejście i tylko wczoraj wpłynęło z tego tytułu 210 marek.

Administracja domu Habsburgów pisze mi z Wiednia, że są zainteresowani księciem von Tillym. Chcą przysłać agenta, by omówił ze mną zakup, proszą, by do tego czasu nie sprzedawać.

Kaplicę chętnie sprzedałbym w całości. Pojedyncze mniejsze obrazy i meble już znalazły nabywców.

Aleppo był tu znowu dzisiaj rano i prawił mi głębokie komplementy. Ten żydowski sposób wyrażania uznania jest mi oczywiście nie do końca w smak. Zaprosił mnie na jutro wieczór na bal kostiumowy organizowany przez stowarzyszenie marszandów. Tak naciskał, że wreszcie się zgodziłem, acz pod warunkiem że będę mógł wziąć ze sobą pannę Kronach. Zgodził się bez żadnych dwuznaczności.

Muszę tej biednej dziewczynie okazać trochę życzliwości. Pracuje dzień i noc w moim interesie, na dłuższą metę nie będę już mógł traktować jej jak zwykłego pracownika.

Około południa był u mnie Löper, pogodny i radosny jak zawsze, i przedstawił mi swój plan wieczoru artystycznego w kaplicy.

Z początku cała historia wydała mi się raczej trzpiotną błazenadą, on potrafił mi ją jednak tak gustownie przedstawić, że w końcu się zgodziłem.

Naturalnie jako wydarzenie prywatne, rozumie się.

Wynalazł mały czterogłosowy chór, o którym sądzi cudowne rzeczy i który chce zaangażować, by wykonał wybrane dawne religijne i świeckie utwory muzyczne, niemieckie, łacińskie i włoskie. W tym celu chce wstawić do kaplicy niewielki pozytyw, który akurat ma na podorędziu, oraz podest-estradę, na którym śpiewacy zajmą miejsce. Wszyscy, rozumie się, w kostiumach z epoki.

Kogo na coś takiego zaprosić? Miłośników sztuki, ludzi zamożnych, może również kręgi kościelne, a zatem ludzi, według niego, którym coś takiego sprawi radość, a którzy mają pieniądze, by sobie tej radości nieco również pokosztować.

Sporządziliśmy listę około trzydziestu osób: kilku znanych kolekcjonerów, dyrektorzy muzeów, historycy sztuki, trzech sławnych berlińskich poetów, czterech teologów obu odcieni, do tego Knarch i dwóch jemu podobnych, ekscelencja von Corb oczywiście jako realny właściciel tych skarbów, Aleppo wszakże nie, bo zbyt jest obleśny i niesympatyczny.

Jest to w sumie naprawdę świetne i błyskotliwe towarzystwo, a rzecz może wyjść ładnie.

Podczas wydarzenia, które nie powinno trwać dłużej niż dwie godziny, uczestnicy muszą siedzieć na krzesłach, które jednak można pewnie udrapować tkaniną.

Trzeba takoż zapewnić duże, grube świece woskowe, bo stonowane światło elektryczne byłoby zbyt wbrew stylowi.

Jedyną trudność stanowi kwestia, jak wygłuszyć dźwięki otoczenia, bo nie byłoby miło, gdyby w trakcie religijnego madrygału zatrąbił klakson albo dały się nagle słyszeć okrzyki komunistycznych demonstrantów.

Löper porozmawia z tapicerem i każe uszczelnić okna.

Zajmie się również zaproszeniami i wszystkim, co z tym związane. Nie muszę się o nic, ale to o nic martwić. Powinienem tego wieczora pojawić się jako gość, który chce po prostu przeżyć piękną godzinę.

Potem poszedł. Osobliwe, dopóki był u mnie, pomysł wydawał mi się nadzwyczaj ujmujący, ale skoro zniknął, nie mogłem pozbyć się uczucia niepokoju.

No cóż, zobaczymy.

 

Niedziela, 13 października

 

Znowu jest niedziela. Któraż to, od kiedy jestem w tym niezwykłym mieście? Ostatnie dwa dni były chyba najważniejsze z tych, które tu przeżyłem. A ponieważ postanowiłem sobie przynajmniej w tym dzienniku być szczery i prawdomówny, to postaram się również te przeżycia opisać możliwie najwierniej.

W sobotę wieczorem zapytałem pannę Kronach, czy chciałaby pójść na bal kostiumowy stowarzyszenia marszandów. Zgodziła się niespodziewanie szybko, nie stawiając żadnych warunków.

Postanowiliśmy pojawić się jako para szlachecka z Czech, posiadam bowiem dwa tego rodzaju stroje po rodzicach, doskonale zachowane i mające tę zaletę, że oryginalne. Zwłaszcza strój damski stanowi arcydzieło czeskiego rzemiosła, jest cały wysadzany imitacjami rubinów i naprawdę robi wrażenie.

Przyszedłszy do domu, zapakowałem strój bardzo starannie i wysłałem pannie Kronach do mieszkania.

Tymczasem zebrałem się, żeby przymierzyć mój strój i ujrzałem, że wybornie mi pasuje. Wams był z białego jedwabiu z dużymi, marszczonymi bufiastymi rękawami, niebieskie sukienne spodnie wciskały się w cholewy niesznurowanych butów z garbowanej skóry, a długi, srebrny sztylet dyndał mi przytroczony do szerokiego, wysadzanego perłami pasa, za który dla efektu zatknąłem jeszcze dwa pistolety. Do tego miałem blond lokowaną perukę i kapelusz z piórami, żółte skórkowe rękawiczki i złoty łańcuch zakonny na szyi.

Pewnie kwadrans prężyłem się przed lustrem, podziwiając siebie.

Potem zawołałem właścicielkę mojego budynku, starszą panią nazwiskiem von Owen, która dosłownie przeraziła się, ujrzawszy mnie w tym przebraniu, i krzyknęła w niebogłosy, gdy poczyniłem ku niej śmiały wypad ze sztyletem.

Ach ta młodzież, westchnęła i przyniosła mi, odrobinę bojaźliwie, a jednak promieniejąc radością, jakbym był jej synem, kolację, którą spożyłem na stojąco, nie chcąc uwalać sobie pięknego jedwabnego wamsu.

O ósmej owinąłem się ciemnym, obszernym płaszczem i wślizgnąłem do zamówionego wcześniej auta, przezornie rozglądając się wokoło, by nie spowodować zgorszenia. Następnie podjąłem pannę Kronach. Również ona przywdziała ciemną pelerynę, a gdy ciekawie chciałem uchylić nieco rąbka tajemnicy, klepnęła mnie ze śmiechem w palce i rzekła: Chce pan być szlachcicem, mój panie?

Z całą skromnością muszę stwierdzić, że w istocie byliśmy na tym balu pewnie najpiękniejszą parą.

Hilda Kronach wyglądała porywająco. Jej kamizelka i plisowana spódnica były z atłasu barwy ziemi i – jak powiedziano – wysadzane gęsto ognistymi granatami. Do tego miała na sobie czeską szubkę ze wstążkami oraz długie, wyszywane białą nicią rękawiczki. Istna poezja.

Spostrzegłem od razu, że robimy furorę. Aleppo, należący do zarządu stowarzyszenia, rzucił się w naszą stronę i zaczął nas kwieciście witać, co powoli stało się przykre, bo o wiele za długo się nami zajmował, aż wreszcie posadził nas w miejscu, do którego w żadnym razie nie rościliśmy sobie pretensji.

Wnet jednak irytacja minęła, bo oto zaczął się bal. Była to kameralna, a zarazem gustowna i przyjemna impreza. Fakt, że większość uczestników zawodowo miała do czynienia ze sztuką i rzeczami artystycznymi, sprawił, że pewna szlachetność była dla nich obowiązkowa. Mało widziało się błyskotek, za to cały szereg znakomitych autentycznych strojów, z których niejeden z pewnością kosztował niewielki majątek.

Grała znakomita muzyka. Do tego wszystko – sala, jedzenie, wina – było tak harmonijne i stosowne – że można było poczuć się bardzo dobrze.

Aleppo promieniał i przepijał do nas często szampana.

Około północy zjawił się Knarch z nieznaną mi damą, oboje w stroju chińskim. Usiedli niedaleko. Knarch podszedł wtedy do nas i przywitał się.

Wiele tego wieczora tańczyliśmy. Odbywszy obowiązkowe tańce z żonami członków zarządu i z pulchną panią Aleppo, poświęciłem się całkowicie pannie Kronach, od której ledwie mogłem oderwać wzrok. Bez wątpienia była najpiękniejsza na sali. Widziałem, jak polowali na nią panowie i jak wzbudzała powszechne poruszenie również u dam. Wszędzie słyszałem, jak ludzie pytają, kim właściwie jest czeska szlachcianka.

Strój pasował jej nad wyraz. Blond włosy lśniły na tle lamowanej szubki, jakby ta oprószona była złotym pyłem. Do tego jej niebieskie oczy, stale przywodzące mi na myśl błękit morza. Była nieumalowana i właśnie to czyniło jej urodę doskonałą. Tańczyła z wielką gracją i gdy o późnej godzinie zaryzykowała ze mną krok hiszpański, na któryśmy się ze śmiechem wcześniej umówili, pozostałe pary przestały nagle tańczyć, tak że wirowaliśmy całkiem sami w obszernej sali, aż nagle gromka burza oklasków wybudziła nas z naszych snów na jawie i ujrzeliśmy, żeśmy tańczyli jakby na pokaz.

Zostaliśmy ogłoszeni ulubieńcami towarzystwa. Wszyscy cisnęli się do naszego stolika, bukiety róż piętrzyły się przed miejscem Hildy.

Musiała też teraz tańczyć z innymi panami, co niezbyt mi się podobało, a gdy nawet gruby, tłusty Aleppo przyszedł i ją uprowadził, musiałem najwyraźniej spochmurnieć, bo po powrocie dał mi lekkiego klapsa swym wachlarzykiem z kości słoniowej i rzekł z uśmiechem: Myślę wręcz, że wielki szef jest zazdrosny.

Wtedy powrócił mi dobry nastrój i śmialiśmy się z siebie jak dzieci.

Stopniowo zabawa dobiegała końca. Pito jeszcze niemal tylko szampana i zrobiło się nieznośnie gorąco. Zaproponowałem Hildzie, by iść. Zgodziła się od razu. Ukłoniliśmy się na wszystkie strony i poszliśmy. I znów nas oklaskiwano, jakbyśmy byli książęcą parą.

Wsiedliśmy do auta i gdy siedzieliśmy tak blisko siebie w ciemnościach, naszła mnie naraz przemożna myśl. Kronprinzenufer, powiedziałem do kierowcy. I zwróciwszy się ku Hildzie, dodałem: Musi pani wypić jeszcze ze mną filiżankę mokki, droga Hildo.

Dziwi mnie teraz, że się zgodziła. Nie robiła żadnych obiekcji. Posłała mi tylko długie, osobliwe spojrzenie.

Wysiedliśmy i jeżeli do tego momentu byłem jakoś oszołomiony i nieco pod wpływem szampana, to wtedy nagle wytrzeźwiałem i działałem z przytomnością, która mnie samemu zdała się niesamowita.

Czułem się tak, jakbym nie był pojedynczym człowiekiem, a raczej rozszczepionym na dwóch, z których jeden działał, a drugi przyglądał się temu chłodno, wyczekująco. W efekcie następujące wydarzenia wryły mi się głęboko w pamięć.

Przyniosłem najpierw imbryk do kawy i zapaliłem spirytusowy płomień, co udało mi się dopiero za trzecim razem. Potem stary szafkowy zegar wybił pierwszą.

Hilda zrzuciła pelerynę, znowu zamieniając się w czeską szlachciankę, po czym przeszła się w milczeniu wokoło, oglądając książki i liczne grafiki. Uderzyło mnie, że pelerynie pozwoliła po prostu zsunąć się jej z ramion. Ta leżała teraz na dywanie pośrodku pomieszczenia.

Podniosłem ją i położyłem na krześle.

Nie, nie chcę opisywać i opowiadać całej reszty. Nie chcę i też nie mogę.

Hilda stała się tej nocy moją kochanką.

Jednak nie to wprawia mnie w bezgraniczne zdumienie, a raczej nurtuje mnie pytanie, czy to ona stała się moją kochanką, czy ja jej kochankiem. Kto z nas rozpalił płomień w duszy drugiego? Czy też było tak, że oboje się ku temu skłoniliśmy jakby na wewnętrzny rozkaz? Czy bieg wydarzeń był wcześniej zdeterminowanym losem, którego nie mogliśmy uniknąć?

A co czuję teraz? Jestem wzburzony jako górskie jezioro, gdy na zboczach zrywa się szkwał.

Ale czy jestem szczęśliwy? Myślę, że nie. Jestem właściwie smutny. Nie wiem dlaczego.

Löper, z którym rozmawiałem kiedyś o miłości, twierdzi, że miłość to istotne życie ja, że dopiero w miłości ja naprawdę się spełnia.

Rzeczywiście odczuwam teraz moje ja bardziej niż przedtem, ale nie jestem z tego powodu szczęśliwszy, w istocie mam nastrój nader smętny.

Hilda poszła wtedy, ale wcześniej nacisnęła kilka klawiszy fortepianu i przyglądając mi się, rzekła cicho: Zaczyna się piosenka…

Potem poszła, uśmiechając się zagadkowo. Kto zrozumie duszę kobiety?

Odprowadziłem ją do taksówki i gdy wróciwszy na górę usiadłem za fortepianem, miałem nagle wrażenie, że ktoś mówi całkiem wyraźnie i cicho: Piosenka się kończy.

Niespokojnie chodziłem po pokoju do rana. W pewnej chwili przypomniałem sobie owo tajemnicze zdanie: Boże oko zamieszkuje głębiny południowego Pacyfiku.

Potem zapadłem w długi, głęboki sen bez marzeń. Obudziłem się około trzeciej po południu.

Poczta leżała na podłodze, wrzucona niedbale przez otwór w drzwiach.

Kilka listów. Pan Bourbaçon prosi o cenę łączną za kaplicę Corba. Widział ją już i pragnie ją nabyć. Zaprosiłem go na jutrzejszy wieczór muzyczny, proponując negocjacje na miejscu.

Jest też list od Aleppa, prosi, bym niebawem odwiedził go w pilnej sprawie zawodowej. Czego ten stary Egipcjanin może ode mnie chcieć?

Właściwie muszę teraz odwiedzić Hildę. Ale nie mogę. Boję się, że spotkam ją nazajutrz rano. I chwilami nie mogę sobie przypomnieć jej twarzy. Biegnę wtedy przed lustro i przyglądam się sobie, jakby ona mogła pojawić się za mną i uratować mnie od zapomnienia. Czy u niej może dziać się podobnie?

Boję się jutrzejszego dnia. Mam nadzieję, że Löper dobrze wszystko przygotował.

Czego chce ode mnie Aleppo? I kim może być ów pan Bourbaçon?

 

Wtorek, 15 października

 

Wczoraj rano, gdy wszedłem, Hilda była już na stanowisku. Podbiegła do mnie i namiętnie mnie pocałowała. Co ja w tę niedzielę zrobiłem?

Była w ślicznej sukni koloru morskiej zieleni, którą założyła od razu na wieczór. Z uwagi na rozmaite zadania musiała zostać dłużej.

Potem przyszedł Löper i omówiliśmy jeszcze to i owo.

Około dziewiątej wieczorem pojawiłem się anonimowo przed lokalem. Przede mną szedł nieznany mi niski mężczyzna o wydatnym brzuszku, ocierając spocone czoło dużą, białą chustką. Miał pełną, okrągłą twarz i czarną bródkę.

Pan też na imprezę, powiedział do mnie, gdy stanęliśmy obaj przed drzwiami.

Tak, odpowiedziałem po prostu, urażony jego lekceważącym tonem. Weszliśmy i od razu zaprowadzono nas do kaplicy.

Tutaj zgromadzili się już panowie i damy, którzy rozprawiali półszeptem, jakby byli w kościele, zwracając uwagę na ten czy inny detal.

Przeszedłem się dookoła, witając wszystkich. Löper był już też na miejscu. Gdy doszedłem do grubaska z bródką, ten skłonił się i rzekł: Bourbaçon.

A więc to był człowiek, którzy przyszedł na „imprezę”, a wręcz chciał nabyć ten cudowny eksponat.

Z samej uroczystości pamiętam tyle co nic. Odpłynąłem myślami w dalekie rejony. Śpiew wysokich kobiecych głosów i słodki ton fletu zanikał i wracał. Tylko tyle pamiętam.

Dwa rzędy przede mną siedziała Hilda w swej ślicznej zielonej sukni, istny obraz nabożnego skupienia. Dopiero teraz w pełni doceniłem jej urodę.

Dalej na prawo siedział Knarch, który przybył sam i który ciągle, jak dobrze widziałem, dosłownie pożerał Hildę wzrokiem. Raz po raz spoglądał na mnie, wtedy szybko patrzyłem przed siebie, albo udawałem zasłuchanego w muzykę.

Właśnie jeden z chórzystów zaintonował głęboką, szumną pieśń kościelną. Wydało mi się, że jestem w Rzymie i słyszę, jak spod ziemi tryska woda którejś ze starych królewskich fontann, i widzę, jak księżyc swym blaskiem zatyka złotą gałązkę wawrzynu na spienionej srebrnej chorągwi.

Potem znowu popadłem w zamyślenie. Gdzie właściwie stałem? Nie chodziło mi już o życie. Szukałem ja, ale go nie znajdowałem. Jakby moja dusza była nierozwikłanym labiryntem, po którym się błąkam. Brakowało mi ratowniczej nici Ariadny i gdy tak spieszyłem z korytarza w korytarz, coraz bardziej pogrążałem się tylko w niepewność.

Potem znowu zobaczyłem przez sobą złotą głowę, Hilda. Nad nią wisiał wielki drewniany żyrandol z grubymi, żółtymi woskowymi świecami. Gdy tak siedziała w świetle niczym bogini południa, poczułem radość w sercu i musiałem pomyśleć: Głupcze, oto jest twoja Ariadna!

Potem znowuż poczułem, jakby kogoś brakowało. Rozejrzałem się i istotnie – nie było Corba.

Wreszcie rzecz dobiegła końca, przy czym nie byłbym w stanie powiedzieć, czy już się odbyła, czy nie, i czy zrobiła jakiekolwiek wrażenie na obecnych.

Sala pustoszała. Ściskano mi dłoń, wypowiadałem konwencjonalne zwroty i byłem szczęśliwy, gdy wreszcie usiadłem u siebie w kantorze.

Löper zapytał, czy jestem zadowolony. Tak, bardzo, odpowiedziałem rozkojarzony. To było naprawdę przepiękne. – Wtedy dopiero spostrzegłem, że nie jesteśmy sami. W kącie siedział Bourbaçon i nam się przyglądał.

Pardon, rzekł z obcym akcentem w głosie, zaproponował pan negocjacje ustne. Chciałbym sfinalizować sprawę.

Löper pożegnał się, zostaliśmy więc we troje – ja, Bourbaçon i Hilda. Wymieniłem znaczną sumę, zapewniającą mi sowity zysk.

Bourbaçon podkręcił czarną bródkę i rzekł: Panie Born, wysoko ceni pan przedmioty kultu. Musi pan mieć wyidealizowane wyobrażenie o Bogu.

Zawrzałem, facet robił się arogancki: Mój panie, nie zmuszam pana do kupowania kaplicy. Ale obraźliwe uwagi sobie wypraszam!

Och, och, powiedział z uśmiechem. Widzę, że nie jest pan berlińczykiem, nie zna się pan na naszych żartach.

Nie, odparłem, Bogu dzięki, w Wiedniu ludzie są uprzejmiejsi. A zatem życzy sobie pan nabyć całą kaplicę. Wymieniłem ostateczną sumę, teraz musi się pan tylko określić, tak czy nie.

No cóż, tak, westchnął i wyciągnął książeczkę czekową. Hilda zaczęła spisywać umowę sprzedaży, którą dyktowałem, chodząc w tę i z powrotem.

Nagle dał się słyszeć przeraźliwy huk, jakby dom się zawalił.

Pobiegliśmy do sali, zapaliliśmy światło i zobaczyliśmy wielki drewniany żyrandol leżący na podłodze, roztrzaskany na setki kawałków. Popatrzyłem na Hildę. Zrobiła się całkiem blada i wyjąkała tylko: Szczęście, że…

Bourbaçon wszelako, który ciekawie za nami pospieszył, rzekł ze swym nieznośnym uśmiechem: Takie żyrandole trzeba lepiej przymocowywać.

Spojrzałem nań wrogo, ale opanowałem się i wróciliśmy do kantoru.

Mało brakowało, a cały interes nie doszedłby do skutku. Przywiązywałem bowiem wagę do tego, by kaplica co najmniej przez tydzień została jeszcze na wystawie. Bourbaçon nie przystał na to. Nie był też skłonny pójść na żaden kompromis.

Powiedział wprost: Albo kaplica jest moja i jutro rano ją zabieram, albo jest pańska i niech pan z nią robi, co pan chce.

Próbowałem mu wytłumaczyć, że jest to wbrew wszelkim zwyczajom.

Cóż tu znaczą zwyczaje, wzburzył się. Kiedy takowe powstaną, jak pan mówi, to będę pierwszym, który wyrzuci je na śmietnik. W dzisiejszych czasach prawo własności trzeba stabilizować niczym rocher de bronze.

Podniecony przeszedł kilka kroków w tę i z powrotem. Jego czaszka lśniła srebrno. Poza tym, rzekł nagle, kaplica nie jest żadnym eksponatem, wokół którego przechadzają się takie Żydówki z pieskiem na piersi.

A czym? zapytałem.

Wtedy spojrzał na mnie tak dziwnym wzrokiem, że się przestraszyłem. O tym nie wie pan nic, drogi panie. Chcę mieć nadzieję, że kiedyś dowie się pan więcej. Jest pan jeszcze bardzo młody.

Zrozumiałem, że ten człowiek posiada czaszkę z żelaza albo granitu i zakończyłem negocjacje: Proszę tu podpisać i rano może pan zabierać kaplicę. Wyciągnął z kieszeni kolorowe wieczne pióro i podpisał dużą złotą stalówką: Henri Honoré Bourbaçon.

Co zrobi pan z kaplicą? zapytałem.

Podniósł w zamyśleniu pióro i błądząc wzrokiem w oddali, rzekł niemalże ze wzruszeniem: Otworzę tu w Berlinie kabaret dla ludzi inteligentnych. Nazwę go może Ostatnia Oaza, albo Popokatepetl, albo inaczej. Tam umieszczę kaplicę i zaadaptuję ją na bar. Sączyć francuski koniak i jednocześnie wdychać zapach kadzidła to musi być świetna sprawa. Co?

Zdębiałem. Coś takiego jeszcze mi się nie przydarzyło. On jednak w ogóle nie zwracał na mnie uwagi; wyszedł z kantoru i skierował się po schodkach do ciemnej sali.

Zobaczyłem jeszcze przez szparę w drzwiach, przez którą przeciskała się wąska smuga światła, jak wspina się na ołtarz i zapala świece.

Wtedy ogarnęło mnie nieopisane przerażenie, chwyciłem płaszcz, kapelusz i wypadłem na zewnątrz.

 

Środa, 16 października

 

Przez cały dzień biegałem po wielkim mieście. Sam już nie pamiętam, gdzie dokładnie byłem. Miałem poczucie, jakbym coś stracił. Wszystko było mi podejrzanie obojętne.

Och, ten człowiek! Ciągle widziałem go przed sobą, jego szerokie bary, srebrną łysą czaszkę, irytującą postać.

Nieraz doganiałem jakiegoś grubasa, który wydawał się doń piekielnie podobny, wyprzedzałem go i obcesowo patrzyłem mu prosto w twarz. Ale to nie był on.

Był to jakiś drobniejszy, tłustszy Żyd-spekulant, astmatyczny globtroter, stary, zniszczony sybaryta, który spoglądał na mnie smutno i ze zdziwieniem opuchniętymi oczami.

Gdybym naprawdę spotkał Bourbaçona, myślę, że bym go udusił.

Przy Potsdamer Platz wsiadłem wreszcie zmęczony do taksówki i pojechałem do Knarcha. Krótko przed końcem trasy zmieniłem jednak zdanie i kazałem się zawieźć do wieży radiowej.

Wspiąłem się do restauracji, który wisi tam między niebem i ziemią, i wypiłem mokkę i kilka sznapsów.

Potem pojechałem jeszcze wyżej.

Dotarłszy na górę, wyszedłem na platformę i chwyciłem się wysokiej, stalowej poręczy.

Pode mną leżało miasto-olbrzym. Rozciągało się aż po nieco wygięte skraje horyzontu. Leżało tam niby kupa surowego, rozkładającego się mięsa w ogromnej rzeźnickiej misce. Z głębin podnosił się opar, od którego robiło mi się niedobrze.

Oglądany z tego miejsca, Berlin jest niebywale płaski.

Widać, jak klei się do ziemi. To, czego mu zbywa na wysokości, próbuje nadrobić szerokością.

To wielki, rozwałkowany psi herbatnik.

Jego punkty orientacyjne giną, małe i nieznaczne, na rozległym, ciemnym, bezbarwnym pustkowiu.

To, co tam na dole huczy jako wielkie życie, tu jest tylko hałaśliwym dysonansem. Pociągi są jak pełznące po ziemi wstrętne gąsienice, auta to małe, nikczemne pluskwy, które ślizgają się po rozjeżdżonych ulicach, a potem wgryzają gdzieś w lepką masę domów. Jakby chciały tam wyssać krew.

Fabryki, spichlerze i kopuły budynków publicznych wyglądają jak krecie kopczyki, które nieznaczne stworzonko wyrzuciło na powierzchnię ziemi i roi sobie, że szturmuje niebo. O, te pseudogiganty! Nade mną wisiało szare, martwe niebo, niczym odlane z bladego żelaza. Od dołu zawiewał ciepły wietrzyk, brzydko pachnący.

A więc to jest Berlin, o którym na początku można pomyśleć, że jest wielkim, bajkowym, dionizyjskim ogrodem życia. Ta nędzna ceglana pustynia, to skupisko cementu i asfaltu, ten gąszcz torów i ulic, to beznadziejne nic i mniej niż nic, ta mdła metropolia!

Löper miał rację. Życie, pah, zdmuchuję je jak leżące mi na ręce ziarenko sadzy. Plwam na to miasto i życie w nim. Nic, nic, zupełnie nic! Ja, głupi, wierzyłem, że życie to coś absolutnego, a czym ono jest? Odbiciem, projekcją ja, moim dziełem i moim przedstawieniem. Löper miał rację.

Jak kiedyś powiedział: Nie jesteśmy tu po to, by napawać się wzniosłymi uczuciami. Tak, ale po co w takim razie? By popadać w beznadzieję?

Czuję, że wszystko przewyższam, czuję, że w rzeczy samej stoję na wieży, ale na co mi wieża, kiedy również tu na górze nie świeci słońce, a nad życiem w dole zalega warstwa brudu i kurzu?

Zauważam po raz pierwszy, jak wieża się kołysze. Zdaje się naśladować ruchy masztu na morskim okręcie. Czuję całkiem wyraźnie, jak lekki wiatr wprawia ją w drżenie.

Zaczynam obchodzić platformę dookoła. Nagle zza zakrętu nadciąga wichura. Zrywa mi kapelusz z głowy. Robię rozpaczliwy gest, bo kapelusz już mi uciekł i spływa na moich oczach w bezimienną głębię. Nie spada, nie leci, powoli się obniża. Momentami wygląda, jakby wisiał nieruchomo. Wznosi się z powrotem na swych szerokich czarnych skrzydłach, niby sęp, by wreszcie osunąć się stopniowo, w błoto i wyziew i otchłań bez dna.

Muszę przytrzymać się poręczy. Bo nachodzi mnie pokusa, by skoczyć w ślad za nim. Widzę całkiem wyraźnie, jak spada, koziołkując, na szeroką, lśniącą jezdnię. Przejeżdża po nim furgon i teraz kapelusz leży w rowie, rozklapciany i niekształtny, niczym niezgrabny bochen czarnego chleba.

Mimowolnie znowu muszę się uśmiechnąć.

Czeka mnie zejście z gołą głową. Nieszczęścia chodzą parami, mawiała stale moja matka, postanawiam zatem uważać.

Na stałym gruncie wypijam znowu kawę i znowu parę sznapsów. Potem jadę taksówką do położonego niedaleko domu towarowego, by sprawić sobie nowy kapelusz.

Wybieram najładniejszy, jaki mają, ale i on mi się nie podoba. Mój stary był o wiele ładniejszy. Stary kapelusz posiada charakter, styl, istotę. Pasuje człowiekowi. Nowy jest nieoswojony, obcy, ciśnie jak hełm, który zrabowało się martwemu żołnierzowi na polu bitwy.

Idę przed lustro, ledwie siebie poznaję. Stoi przede mną nieznajomy i głupio się uśmiecha.

Jadę powoli z powrotem przez puste miasto. Wydaje mi się tak martwe i wypalone jak moje wnętrze. Powódź świateł, tak zazwyczaj oszałamiająca, dzisiaj jest bezsensownym chaosem, od którego bolą oczy.

Z pewną żądzą nienawiści rozwiązuję berlińskie zagadki. Napawam się wymyślaniem nikczemnych porównań.

Kościół Pamięci przykucnął jak ropucha na bagnie, czarny i chytry. Kojarzy mi się ze ślepą, nagą traszką, leżącą na cynowym talerzu.

Światło jest mętne i klei się do ciała jak brud.

Reklamowe teksty pełzną po fasadach budynków niby wielkie fosforyzujące robaki.

Jawię się sobie jak potępieniec w czeluściach oceanu. Gdybym opuścił teraz szyby w aucie, woda wpadłaby z gulgotem do środka i zatopiła mnie.

Zostawiam okna zamknięte. Stopniowo robi się gorąco jak w piecu.

Wyczerpany osuwam się do tyłu. Brakuje jeszcze tylko, żeby obok mnie siedziała tulipanowożółta dama z założonymi nogami i w pelisie podstępnie zsuniętej z ramienia.

Szofer ma gruby kark jak Bourbaçon. Opanowuję chęć, by grzmotnąć go zaciśniętą pięścią w łysą czaszkę. Bayerische Strasse, wołam.

Wieża kościoła św. Ludwika wznosi się ponuro w kotłującej się toni niczym olbrzymi termometr.

Po co właściwie Berlinowi tyle kościołów?

Głowa mnie boli. Czuję się tak, jakby leżał na niej wór mąki. Przeklęte sznapsy! Zamykam oczy i owijam się płaszczem. Trzęsę się z zimna, mimo że na czole perli mi się pot.

Wreszcie jesteśmy przed domem Hildy. W pierwszej chwili mnie nie poznaje. To przez ten nowy kapelusz. Potem śmieje się i radośnie wciąga mnie do środka.

Zamieszkuje dwa śliczne pokoje na parterze. Spuszcza rolety w oknach i spieszy nastawić herbatę. Ja opadam wyczerpany na szeroką biedermeierowską sofę.

Co się dzisiaj działo, pytam bezdźwięcznie. Och, nic szczególnego, odpowiada Hilda, na moich oczach zakładając piękną perską piżamę, Bourbaçon zabrał swoje rzeczy. Wyglądamy teraz jak drzewo bez liści.

Przy tym roześmiała się w głos, co zabrzmiało tak, jakby zaśpiewał mały, uroczy ptaszek.

Tego wieczora nie miałem barier. Byłem chyba bardzo zły. Coś we mnie otworzyło się niczym stara, lękliwie skrywana skrzynia. Była we mnie taka nienawiść, że sam się siebie bałem. Była tak głęboka, że sam siebie nienawidziłem.

Gdy wstawałem rano z posłania, zdarzyło się to, że w ciemnościach zrzuciłem sobie okulary na podłogę. Szkło pękło. Zapaliłem małą lampkę i jąłem szukać odłamków. Bez okularów byłem bezradny jak dziecko. Stanąłem przed lustrem i ujrzałem tam niewyraźnie kogoś, kogo nie mogłem uznać za siebie.

Cicho podszedłem do łóżka, gdzie spała jeszcze Hilda, i przyjrzałem się jej z bliska. Wydała mi się tak nieznajoma, jakbym tej nocy spoczywał obok zupełnie obcej osoby.

Ubrałem się i wyszedłem od śpiącej bez pożegnania.

 

Środa, 23 października

 

W zeszłym tygodniu spacerowałem i zacząłem obserwować ludzi. Bo jeżeli tylko ja noszę to w sobie, tę pustkę, tę głuszę, ten bezimienny chłód, to znaczy, że muszę iść do psychiatry.

Ujrzałem jednak, że inni mają tak samo. Wszyscy zagubili gdzieś swoje ja, a jeżeli jeszcze je mają, to robią wszystko, by je otępić.

Jak inaczej człowiek miałby żyć w tym mieście? W tym wielkim mieście pełnym nienawiści, pełnym kurzu, pełnym ludzi.

Byłem w tancbudach, gdzie buzują drożdże – sprzedajne dziewczyny, które w dzień znikają, a wieczorem trudzą się, by z miłości uczynić dorywcze zajęcie i dzięki bogatemu sponsorowi powiększyć swe szczupłe dochody.

Byłem w eleganckich lokalach tanecznych, gdzie chodzą ludzie szlachetni i ich taniec zdawał mi się bardzo bezsensowny, a ich rozrywki nader płytkie. Siedzą na wysokich barowych stołkach i nieustannie sączą małe trujące sznapsy, a swe pijaństwo nazywają nastrojem i dobrym humorem.

Byłem w teatrach i jeżeli widziałem sztukę, która nie zaczynała się w łożu małżeńskim i nie kończyła w łożu rozkoszy, to zaczynałem się dziwić. Konferansjerzy, śmiejąc się, opowiadali puste dowcipy uszminkowanymi ustami. Przez tę błazenadę przebija jęk duszy. Tancerki mają zawiązaną maskę. Pokazują swe ciała w blasku reflektorów, zniszczonych twarzy nie. Wszyscy uciekają przed samymi sobą. Nie lubią się spotkać, a jeżeli mają możliwość się wyminąć, to chętnie nadłożą kawał drogi, by następnie paść do łóżka śmiertelnie zmęczeni.

Niewielu spotkałem tu ludzi, którzy zachowali czyste i niezmącone spojrzenie. Ja sam się zagubiłem. Nie chcę więc zrzędzić.

Dusza mi odleciała jak ten kapelusz na wieży radiowej. Całe moje jestestwo, wstrząsane przez niesamowitą i niepojętą zawieruchę, drży jak owo rusztowanie ze stali i betonu, które zdaje się być na wieczność, a przecież nawet przy umiarkowanym wietrze buja się na boki niczym wiotki kwiat.

W ostatnich tygodniach zrobiłem się krótkowzroczny. Rzeczy, które mnie kiedyś urzekały, stoją mi przed oczami niewyraźne i drżące, umykają mi ich zarysy. I nie mogę nie myśleć o owej nocy z Hildą, gdy stanąłem przed lustrem i ledwie poznałem sam siebie, a kochanka wydała mi się zupełnie obcą osobą.

Zauważam, jak jesteśmy samotni. I przychodzi mi na myśl wers przedwcześnie zmarłego Conradiego: O, jesteśmy samotni, bezgranicznie samotni!

To wszystko jest filozofia Löpera? Uchwycić się ja? Wejść do tej lodowej jaskini, w której jesteśmy uwięzieni niczym muszla w głębinach morza?

To nie może być cała filozofia. Tutaj trzeba umieć iść dalej – i dalej iść trzeba, bo dokąd miałoby się wracać?

Chcę być konsekwentny. Ciekaw jestem, gdzie morze chce rzucić małą, zimną, bezdomną muszlę, którą jestem.

 

Niedziela, 27 października

 

Dzisiaj byłem z Hildą w Grunewald. Wynajęliśmy willę, w której chcemy wspólnie zamieszkać.

Interes z Corbem przyniósł mi spory zysk, spłaciłem wszystkie długi. Dlaczego nie miałbym pozwolić sobie na utrzymankę, własne auto i służącego?

Dom, schowany głęboko w rozległym ogrodzie, należał wcześniej do jakiegoś posła. Wynajęliśmy go na dwa lata.

Hilda ma dla siebie pięć pokoi. Sypialnia jest cała w jedwabiu, czerwień, purpura, róż. Ogień i płomienie, Eros, Dionizos, wielkie upojenie! Do tego buduar, bawialnia, salon i iście książęca łazienka, niewielka sala w pompejańskim stylu.

Ona znajduje we wszystkim wiele przyjemności i obejmuje mnie czule i z wdzięcznością.

Ja zamieszkuję drugie skrzydło, gdzie mam dużą bibliotekę, pokój muzyczny, niewielką galerię i dwa salony.

Pomiędzy nami położona jest wielka, wystawna sala jadalna, do której przylega oranżeria pełna bujnej zieleni.

Przyjemnie jest ładnie mieszkać.

Wyszukaliśmy sobie też auto, amerykańskiego Stutza, który za każdym razem na nowo zachwyca Hildę swym delikatnym, butelkowozielonym kolorem. Wiosną chcemy pojechać do Nicei i San Remo.

Ecke, służący, umie prowadzić i może codziennie wozić nas do pracy.

Rysuje się przede mną coś w rodzaju życiowej stabilizacji. Kocham Hildę namiętnie. Jest bajeczną istotą, która zyskuje w nowym otoczeniu. Tak jak gałązka kwitnącego migdałowca, która stała w glinianym naczyniu, a którą kochająca dłoń przełożyła do złotego wazonu.

Gdy tanecznym krokiem idzie przez pomieszczenie, albo zwinięta w kłębek jak kot leży obok mnie na sofie, jestem niemal szczęśliwy. Potem zasiada przed fortepianem i odgrywa mi fragmenty Figara, podczas gdy ja leżę na otomanie i wydmuchuję dym tureckich papierosów w perfumowane powietrze.

 

Wtorek, 29 października

 

Wczoraj odwiedził nas Knarch. W ogóle nie wydawał się zaskoczony, stwierdził jedynie, mrugając w stronę Hildy: Każdy piękny obraz potrzebuje pięknej ramy.

Gdy Hilda weszła do środka w długiej, srebrnoszarej sukni wieczorowej, z galanterią ucałował czubki jej palców i rzekł: Łaskawa pani, witam panią jako największy klejnot Borna.

O pardon, zaprotestowała, w naszym Tuskulum proszę nam nie przypominać o pracy. Poza tym jest pan tu zawsze mile widziany. Musimy zorganizować coś w rodzaju życia towarzyskiego w Grunewald.

Znakomicie, łaskawa pani, odpowiedział, musimy pielęgnować lokalny patriotyzm. Może pani liczyć na moją pomoc.

 

Środa, 30 października

 

Dzisiaj rano już koło dziewiątej był u mnie w galerii Aleppo i poprosił mnie o rozmowę. Poszliśmy do małej winiarni przy Knesebeckstrasse. Zamówił znakomite Haut-Sauternes i poczęstował mnie jednym ze swych grubych cygar.

Do rzeczy, panie Born, rzekł. Chce pan ze mną zrobić całkiem poważny interes?

Ja: Jakiego rodzaju?

On: Tu muszę poczynić pewien wstęp. Proszę posłuchać. Niedawno zaoferowano mi kilka obrazów z południa Niemiec. Po bardzo dobrej cenie, ma się rozumieć. Sprowadzam je i jak pan myśli – co to jest?

Ja: No?

On: Mówię panu, kolekcja nieznanych Feuerbachów. Tu mam kilka zdjęć. Szkic do Koncertu, większy i znaczniejszy od znanego obrazu, Homer na ruinach Troi, następnie dwa portrety: matki artysty i rzymskiego żebraka, wreszcie cztery szkice do Bitwy galijskiej. Proszę spojrzeć. Co pan myśli, mój drogi?

Obejrzałem zdjęcia i zaniemówiłem: Naprawdę?

On: Ha, mój drogi, naprawdę? Zęby na tym zjadłem. Jakem Aleppo, to są oryginalne Feuerbachy. Wszystkie opisane i bez wątpienia dobrze udokumentowane. Proweniencję można dokładnie prześledzić.

Ja: Pięknie, a jaka moja w tym rola?

On: Mój drogi, po pierwsze: cena za wszystkie osiem sztuk wynosi siedemdziesiąt tysięcy marek. Ja jestem obecnie mocno zainwestowany. Siedzę z kilkoma Manetami i Cezanne’ami jak ta przekupka na targu z koszykiem zamarzniętych warzyw. Kolekcja oferowana jest wyłącznie w całości. Po drugie: pan ma lepsze niż ja przestrzenie wystawiennicze. Cieszy się pan dobrą opinią i rosnącą sławą, Knarch jest panu życzliwy, ma pan rozległe znajomości. Musi pan zainteresować Geyera, rozumie pan? Tu jest do zrobienia bombowy interes. Feuerbach pozostawił po sobie niewielką spuściznę. Jest dzisiaj wysoko ceniony. Osiem nowych Feuerbachów, proszę pana – czy to nie jest sensacja? Świat nadstawi uszu. A gdy zapytają, kto te rzeczy odkrył? Odpowiedź: Born i Aleppo.

Ja: Muszę się z tym tematem przespać, drogi panie radco. Ile musiałbym wyłożyć?

On: Pięćdziesiąt tysięcy, mój drogi. Kto nie ryzykuje, ten nie zyskuje. Powiadam panu, pospieszny jedzie tylko raz. Trzeba wsiąść w odpowiednim momencie, to wszystko. Musimy działać i to szybko. Mam wyłączną opcję na zakup tylko do pierwszego listopada w południe. Potem on się wycofuje i interes zrobi kto inny. To byłaby szkoda, mówię panu. Co tu jeszcze trzeba rozważać? Całkiem nic.

Ja: Dzisiaj jest trzydziesty, pojutrze pierwszy. Dam panu odpowiedź do dziewiątej rano pojutrze.

On: Jak pan sobie życzy, przeszanowny. Proszę rozważyć, dziesięciokrotność! Na najbliższy miesiąc nie ma pan jeszcze nic.

Ja: Skąd pan wie?

On: Wielkie nieba, no wie się. Musi pan trzymać wysoki poziom dla swego klejnotu. Najpierw Laotse, potem kaplica Corba, teraz Feuerbach, to byłaby pewna linia. Jest pan człowiekiem sukcesu, panie Born. Proszę nie być osłem.

Brzmiało to jak z książki.

I jeszcze jedno, Born, dodał. Gdyby gotówka nie była dzisiaj tak diabelnie rzadka, nie prosiłbym pana o to, może mi pan wierzyć. Sam bym sprawę załatwił. Słowo! Czuję jednak do pana sympatię. Chcę, by pan kwitł. A gdy nam się sprawa uda, będzie pan mógł trzymać sobie dziesięć metres.

Ja: Co pan ma na myśli?

On: Boże, a co mam mieć? To, że panna Kronach jest bardzo ładna, ale dwa lata z jedną i tą samą damą w tak pięknym pałacu, Born, mówię panu, to jest nic. Nie wytrzyma pan tego. Variatio delectat, mówi łacinnik.

 

Czwartek, 31 października

 

Cały dzień chodzę zakręcony, jakbym był pijany. Dziesięciokrotność! Zarobić ćwierć miliona, bez wysiłku i za jednym strzałem zostać bogaczem.

Co wtedy? Na zimę pojechałbym z Hildą na południe – jezioro Garda, Mediolan, Genua, Florencja, Rzym, Capri, Ateny. Zanieślibyśmy naszą miłość ku południowym brzegom, by błękitne fale Morza Śródziemnego uspokajały nasze gorące serca. Powiększyłbym galerię. Może donajął jeszcze jedno piętro. Może urządził regularne aukcje, teraz, kiedy wszystko jest tak tanio do dostania.

Sława, szacunek, piękny dom, auto, Italia, słońce i morze, wszystko jest do zdobycia.

Czy powinienem zaryzykować z Feuerbachem? Jutro o dziewiątej rozstrzygnie się twój los, Vincenzu Josuo Bornie. Czyż nie było mottem twego ojca: Semper fauste! A więc dobrze, semper fauste, ja też zawsze chcę być szczęściarzem. I jakby łuski spadły mi z oczu.

Czym jest życie? To rzecz płaska, wystawa na pokaz, pewne tak czy owak.

A czym jest ja? To ponura, jałowa pustynia, na której nie zakwitnie żadna palma, choćbyś miał najpiękniejsze marzenia. Pieniądze to twoje magiczne słowo, Born. Musisz być po stronie szczęściarzy. Ryzykuję, Aleppo! Raz z tobą, potem dla samego siebie. –

Hilda leży w japońskim jedwabiu w swym buduarze i wygląda malarsko. Jej uroda rozkwita z każdym dniem. Uśmiecha się na mój widok i wyciąga ręce na powitanie. I oto pytam ją, tak na szczęście: Powinienem czy nie? A ona, chociaż nie rozumie, odpowiada: Powinieneś!

I jest to dla mnie jak wyrocznia: Powinieneś.

Całuję ją namiętnie i wieczór schodzi nam na winie i miłości.

Gdy opuszczam jej buduar i wchodzę do oranżerii, gdzie księżyc rozłożył między palmami złote tablice, jest mi tak, jakbym był już na Capri i pode mną pluskało niebieskie nocne morze i każdy liść palmy, każda fala, każda gwiazda i wszystko dookoła wołało do mnie: Semper fauste.

 

III.

 

Poniedziałek, 2 grudnia

 

Gdy kartkuję ten dziennik, trudno mi uwierzyć, że od końca października do dzisiaj minęły zaledwie cztery tygodnie. Nieszczęście spadło na mnie niczym wody wezbranego górskiego potoku. Co mi teraz ze wszystkiego zostało?

Siedzę w pustym pokoju hotelowym na wyblakłej skórzanej sofie, w jednym z tych posępnych pomieszczeń, po których znać niepokój ich mieszkańców. Tam są brązowe odrapane drzwi, tam dzwonek elektryczny, metalowe łóżko i niska szafka. Brr! Jak cela więzienna! Co się ze mną działo przez te cztery tygodnie?

Pada śnieg z deszczem i wiatr ciska szarą breję na szyby brudnego okna, przez które widać mokre tylne ściany domów i głęboką, wilgotną czeluść podwórza

Marznę. Ogrzewanie pokoju kosztuje, a ja nie mam pieniędzy. Wieczorem schowałem trzewiki do pokoju, żeby nie płacić za czyszczenie. Właśnie zjadłem śniadanie z automatu za trzydzieści fenigów. Kawa była letnia i smakowała pomyjami. Bułka była miękka i łykowata jak kawałek garbowanej skóry.

Zapaliłbym, ale nie mam papierosów.

Spisuję te notatki na kilku kartkach, które znalazłem w szufladzie i które musiał zostawić jakiś wcześniejszy gość. Na awersie są rachunki, zapiski handlowe, adnotacje, obliczenia.

Jakże by to było, siedzieć sobie teraz w ciepłym pokoiku, ze stopami w miękkich bamboszach i z papierosem w ustach.

Najgorsze jednak jest to, że nie mogę się porządnie umyć, ani wyszorować zębów. Nie mam mydła ani pasty. Nie wiem, co będzie.

Postaram się opisać przebieg wypadków, których byłem uczestnikiem i które porwały mnie tak, jak lawina zabiera pozbawione korzeni drzewo.

Pierwszego listopada około dziewiątej rano zadzwoniłem do Aleppa i zaprosiłem go do siebie. Przybył niemożliwie szybko. Jakby przyleciał. Albo trzymał auto przed drzwiami z włączonym silnikiem.

Przybył i z uśmiechem rozejrzał się po domu, w którym mieszkaliśmy. Szybko wspiął się pan po drabinie, rzekł do mnie. A dlaczego pan dzwonił?

Chcemy razem zrobić interes, odpowiedziałem. Przygotowałem pięćdziesiąt tysięcy marek. Czy sporządził pan już umowę?

Pozwolił, by monokl spadł mu do prawej ręki i powiedział: So? Przeciągnął to słowo bezwstydnie długo, jakby się niezmiernie dziwił, układając przy tym usta w dziubek, mały i okrągły jak ślubna obrączka.

Potem ściągnął futro. Ma pan dobrego sznapsa, Born? zapytał. Zadzwoniłem. Ecke przyniósł tacę ze srebrnymi kieliszkami do koniaku. Aleppo wychylił dwa czy trzy, po czym rzekł: A więc dobrze!

Rozwinął duży arkusz papieru i odczytał:

 

Umowa

 

Niżej podpisani, marszand Vincenz Josua Born, zamieszkały w Berlinie, i marszand Abraham Aleppo, radca handlowy, zamieszkały w Berlinie, zobowiązują się wzajemnie jak następuje:

 

1. Kupić wspólnie od malarza Alfreda Guthalsa, zamieszkałego w Donaueschingen, osiem obrazów i dwa listy, które tenże zaoferował in na sprzedaż. Są to:

 

I–IV. Cztery szkice do Bitwy galijskiej, 120 × 180 każdy, ołówek na kartonie. Sygnowane A. F. 1871. Bez ram.

 

V. Portret: Starsza dama. Olej, 70 × 90. Bez sygnatury. W ramie. Na odwrociu napis: Macocha Feuerbacha. Jego autorstwa.

 

VI. Portret: Stary Włoch. Olej, 60 × 75. Sygnowany: Romae A. Feuerbach pinxit 1875. W ramie.

 

VII. Obraz dużego formatu: Homer na ruinach Troi. Olej, 280 × 472. Sygnowany: A. Feuerbach. p. MDCCCLXXV. Uwaga: Miejscami, zwłaszcza w rogach, nieukończony. Bez ramy. Górna listwa częściowo mocno uszkodzona.

 

VIII. Szkic do obrazu Koncert. Ołówek na kartonie, 60 × 90. Bez ramy. Częściowo podmalowany. Nieukończony. Bez adnotacji.

 

IX–X. Dwa listy Feuerbacha do macochy, dotąd nieznane, datowane 1875 i 1876, w których mowa jest o Bitwie Galów i Homerze na ruinach Troi.

 

2. Cena wynosi 80 000 (osiemdziesiąt tysięcy) marek, płatne natychmiast. Z tego 50 000 (pięćdziesiąt tysięcy) wpłaca pan Born, 30 000 (trzydzieści tysięcy) pan Aleppo.

 

3. Przekazanie dzieł następuje w momencie zapłaty.

 

4. Dzieła będą wystawione na sprzedaż w salonie pana Borna.

 

5. Czysty zysk podzielony będzie po równo między obu niżej podpisanych. Różnica w wysokości wpłat początkowych uwzględnia fakt, że pan radca Aleppo zainicjował transakcję i odkrył obrazy. Jest on jednak gotów odstąpić panu Bornowi 1 (jeden) procent swego zysku na pokrycie kosztów.

 

6. Koszty pieczęci i notariusza pokrywają niżej podpisani po równo.

 

Berlin, 1 listopada 1929

 

Pamiętam wszystko tak dokładnie, jakby to było wczoraj. Do tego zbyt często czytałem ten papier. Leży przede mną na stole, ten przeklęty fundament mego nieszczęścia.

Zgadza się pan? zapytał Aleppo, na powrót zakładając monokl.

Proszę, rzekłem, dodać punkt siódmy: Niniejsza umowa w żaden sposób nie ogranicza handlowej niezależności obu kontrahentów.

Dobrze, odpowiedział Aleppo i wpisał to do umowy.

Przypominam sobie jeszcze, że swym wiecznym piórem postawił przy tym dużego kleksa na śnieżnobiałym papierze, mówiąc: To mi się bardzo podoba.

Nic nie umyka mej pamięci. Jest jak czysta stalowa tablica, na której diamentem wyryto starannie wszystkie, również najdrobniejsze wydarzenia.

Mogę na to wszystko przysiąc.

Potem Hilda przyniosła nam talerz kanapek, przekąsiliśmy co nieco, zapaliliśmy po papierosie, a następnie pojechaliśmy moim autem z powrotem do miasta.

Poszedłem do banku, podjąłem pięćdziesiąt tysięcy w tysiącmarkowych banknotach, włożyłem je do portfela i pojechaliśmy z Aleppem do jego mieszkania przy Tiergarten.

Zaprowadził mnie do dużej jadalni, gdzie na wysokich sztalugach wystawione były obrazy i szkice.

Ponieważ pogoda była pochmurna, a ciężkie firany przepuszczały niewiele światła, Aleppo zdejmował poszczególne obrazy i niósł je ze mną do okna, gdzie długo się im przyglądałem.

Były to wszystko znakomite dzieła. Zwłaszcza portret starego Włocha-żebraka oraz szkice do bitwy galijskiej bardzo mi się spodobały.

Stan zachowania nie był jednakowy. Szkice miały pozaginane rogi i były brudnawe. Zwróciłem na to uwagę Aleppowi. Wzruszył ramionami i odparł: Ten, kto je kupi, może je dać do konserwacji.

W tejże chwili pokojówka zaanonsowała przybycie notariusza. Tenże nazywał się doktor Brüll i był całkiem niewątpliwie Żydem.

Nałożył duże okulary w czarnej rogowej oprawie i odczytał umowę słowo po słowie, poruszając przy tym ustami. Ubierając niektóre fragmenty w bardziej prawniczo brzmiący język, jeszcze raz spisał powoli całość, po czym podpisaliśmy. Następnie doktor Brüll pożegnał się.

Tymczasem zrobiło się wpół do pierwszej. Malarz Guthals nie pojawiał się. Pewnie złapał gdzieś opóźnienie, rzekł Aleppo, po raz dziesiąty wyciągając zegarek i przestępując z nogi na nogę.

Nie będę pana dłużej zatrzymywał, rzekł wreszcie.

Proszę zostawić tu pieniądze, dam panu pokwitowanie i załatwię sprawę z Guthalsem. Proszę zabrać obrazy jeszcze dzisiaj i zająć się całą resztą.

Dałem mu pięćdziesiąt tysięcy za pokwitowaniem i pożegnałem się.

Już około piątej obrazy były u mnie i iście gorączkowo wziąłem się za ich aranżowanie.

Zebrałem je wszystkie w sali na dole. Na ścianie po prawej powiesiłem Homera, po lewej szkice do Koncertu i oba portrety, swymi czarującymi barwami przyciągające wzrok każdego wchodzącego. Szkice do Bitwy galijskiej wreszcie kazałem oprawić w pasujące szarawe ramy i umieścić na sztalugach, gdzie łatwiej było po nie sięgnąć, niż gdyby były przytwierdzone do ściany. Poza tym lekkie sztalugi można było szybko przesunąć pod okno.

Jeszcze tego samego dnia, późnym wieczorem, przyszedł Aleppo i pochwalił całość. Usiedliśmy następnie u mnie w kantorze i przygotowaliśmy rozmaite materiały prasowe pod hasłem: „Osiem nowo odkrytych Feuerbachów”.

Gdzie ma pan ten czeski napitek śliwkowy, który mi wtedy tak dobrze zrobił? zapytał Aleppo.

Podszedłem do biurka i nacisnąłem guzik, by otworzyły się boczne drzwiczki, gdzie stały rzeczone butelki.

Pracowaliśmy do późna w noc. Wreszcie wszystko było zrobione. Skończyliśmy. Poszedłem jeszcze poszukać kluczy. Aleppo siedział na sofie.

Gdy wszedłem z powrotem, zauważyłem, że grzebie mi w płaszczu.

Gdzie właściwie ma pan papierosy? zapytał. Mam ogromną ochotę zapalić.

Poczęstowałem go i jeszcze długo wznosiliśmy najwymyślniejsze powietrzne zamki w wirujących kłębach aromatycznego dymu.

Już nazajutrz berliński świat sztuki zelektryzowała wiadomość: Osiem nowych Feuerbachów u Vincenza Josuy Borna! O roli Aleppa nie wspominaliśmy.

Podczas gdy Laotse uczynił z mej galerii atrakcję do zwiedzania, a kaplica Corba nadała jej rangę salonu towarzyskiego, to teraz „Klejnot” stał się świątynią i celem pielgrzymek.

Ludzie dosłownie się cisnęli: malarze, studenci, historycy sztuki, profesorowie, uczeni, najlepsze towarzystwo.

Było to nie do opisania.

Nigdy bym nie przypuszczał, że takie odkrycie na tej kamiennej pustyni wzbije tyle pyłu.

Już rano drugiego dnia zjawił się Knarch, od którego zależała połowa sukcesu. Wiedziałem to bardzo dobrze.

Poprzedniego wieczora zaprosiłem go do nas, by zreferować mu genezę całej sprawy z Guthalsem. On jednak od mojej opowieści bardziej zdawał się cenić sobie rozmowę z Hildą i w ogóle okazał się nią w tak miły sposób oczarowany, że miałem z tego niezły ubaw.

Na koniec usadowili się oboje przed fortepianem i zagrali na cztery ręce Beethovena, muszę przyznać, że w ich grze było wiele uczucia. Zaczynałem kochać Knarcha na nowo.

Tak więc wszystko było w najlepszym porządku.

Już nazajutrz rano po jego wizycie w galerii ukazał się artykuł i w rzeczy samej była to wygrana bitwa. Mam go tu przed sobą, a brzmi on dosłownie tak:

 

Born odkrywa Feuerbacha

Młody marszand Vincenz Josua Born, który na tych łamach był nieraz przedmiotem bardzo zasłużonych pochwał, jest o krok od tego, by jednym posunięciem usadowić się na szczycie berlińskiego świata sztuki.

Zawdzięczamy mu, jak sobie czytelnik przypomni, owego nieśmiertelnego Laotsego na ośle, rzeźbę z drewna gruszy, zdobiącą obecnie, jak słyszymy, salon w jakimś urzędzie. Zawdzięczamy mu owo niezapomniane wrażenie, jakie na wszystkich miłośnikach sztuki, którzy mieli szczęście ją oglądać, wywarła barokowa kaplica Corba. Teraz zaskakuje nas odkryciem wyjątkowym w naszych czasach, a mianowicie ośmioma nieznanymi Feuerbachami, które wraz z listami artysty odnalazł w południowych Niemczech.

Tym sposobem wyrasta Born dalece ponad miarę zwykłego handlarza sztuką. Staje się badaczem i znalazcą, odkrywcą, jakiego nie mieliśmy w Niemczech od czasów Bodego.

Nasza wiedza na temat genialnego Feuerbacha zostaje oto genialnie wzbogacona. Zagłębiamy się w tajemnice tego mistrza i już dziś możemy sądzić, że powołany jest on, by stać się lśniącym punktem centralnym na mapie niemieckiej sztuki zeszłego stulecia.

Na czele postawiłbym wielkoformatowy obraz, który Born zapewne słusznie opatrzył tytułem Homer na ruinach Troi. Patrzymy na gruzy Ilionu. Wielki bój o twierdzę Priamową, zdaje się, właśnie dobiegł końca. Z zawalonych świątyń wydobywają się jeszcze smugi dymu, niczym po złożeniu ofiar całopalnych, mających ostatecznie uśmierzyć gniew niebios. Na ziemi leżą porozrzucane pancerze, miecze, nagolenniki, a po prawej na pierwszym planie spoczywa wspaniała okrągła tarcza z brązu w reliefie wypukłym, istna tarcza Achillesa. Kolumny są przewrócone. Strzaskane leżą wizerunki bogów. Wielkie granatowe niebo sklepia się nad tym obrazem zniszczenia aż po brzeg odległego morza, gdzie niegdyś Achajów groźne zastępy zbudowały miasto namiotów.

Na zawalonym ołtarzu stoi Homer: wysoki, ślepy, siwowłosy starzec. Gest jego prawej ręki jest nie do opisania: unosi ponad pobojowiskiem dziewięciostrunową kitarę, jakby chciał zakląć w swej lirze pieśń walki i zniszczenia, podczas gdy lewą przeciąga po ślepych oczach.

Takie mistrzostwo jest niedosiężne. A nawet jeżeli przyznamy, że Feuerbachowi często było ono dane, to tu przeszedł samego siebie. Nie waham się nazwać tego Homera jego arcydziełem.

Moc intuicji, oszałamiająca tonacja barwna, rzadko u Feuerbacha osiągająca taką harmonię, wielkość postaci ślepego barda, zawieszony horyzont, plastyczność obiektów, a przy tym ich malarski urok – gdzież jeszcze to znajdziemy?

Rzut oka na warsztat malarza umożliwiają nam cztery szkice do obrazu przedstawiającego bitwę galijską. Tu możemy podziwiać niezmordowane studium ludzkiego ciała, wybitny rysunkowy talent artysty. Jest hańbą jego stulecia to, że nie udostępniło mu ścian jakiegoś koloseum, by je pokrył czarownymi freskami. To, że musiał umrzeć niemalże w zapomnieniu i znaleźć ostatnie miejsce spoczynku w mieście Dürera, Kraffta, Stossa, Pirkheimera.

Co można powiedzieć o dwóch portretach? Jeden z nich przedstawia ukochaną macochę artysty, Henriette, drugi rzymskiego żebraka.

I jak by się nie ceniło Leibla czy Thomasa Antlitza, to Feuerbach dorównuje im, a wręcz myślę, że ich przewyższa.

O szkicu do Koncertu tylko słowo: wydaje mi się lepszy i bardziej znaczący od ukończonego obrazu, który wisi w Karlsruhe i znany jest przecież na całym świecie. W szkicu mistrz ogranicza się do trzech postaci, które tak uroczo komponuje, że podziwiamy, jak w nowy i zaskakujący sposób ożywia klasyczny statyczny motyw trzech gracji.

Z uwagi na duże zainteresowanie, jakie wzbudzają nowo odkryte obrazy, zamieścimy ich reprodukcje w najbliższym wydaniu naszego dodatku ilustrowanego.

Każdemu jednak, komu zależy na czymś więcej niż na realizacji potrzeb edukacyjnych, kto chciałby kiedyś stanąć oko w oko z geniuszem, radzimy odwiedzić „Klejnot” Borna przy Kurfürstendammie. Nie chodzi tu o kwestię artystyczną, ale o zagadnienie niemieckiego i europejskiego ducha w ogólności. Pruska administracja kulturalna ma niewątpliwy obowiązek związać ze sobą artystyczny potencjał, jaki reprezentuje pan Born, i powierzyć mu godne go zadania. Co więcej, państwo pruskie winno zakupić osiem nowych Feuerbachów i stworzyć w ten sposób podwaliny galerii mistrza, której będą nam zazdrościć Monachium, Norymberga i Karlsruhe.

Knarch

 

Ten artykuł podziałał jak bomba zapalająca. W ciągu kilku dni cała niemiecka prasa rozgorzała jasnym płomieniem.

Czasopisma artystyczne i główne zagraniczne dzienniki wysłały specjalnych korespondentów.

Godzinami na wystawie tłoczyli się, dokumentując obrazy, fotografowie pism ilustrowanych i kamerzyści kroniki filmowej.

Berlińska rozgłośnia radiowa nadała reportaż, dzięki któremu bajeczną historię poznały dziesiątki tysięcy słuchaczy. Sam musiałem powiedzieć parę słów do mikrofonu.

Moje zdjęcie było wszędzie, w dziennikach, w kinie, w żurnalach.

Na moim biurku dzień w dzień wyrastała istna góra wizytówek i wieczór w wieczór była usuwana.

Kilka towarzystw miłośników sztuki nadało mi honorowe członkostwo.

Odwiedzali mnie liczni uczeni, badacze i malarze. Musiałem ściskać im dłonie, przyjmować ich życzenia sukcesu, przełykać ich pochlebstwa.

Czułem się jak prezydent Stanów Zjednoczonych w Nowy Rok.

Aleppo trzymał się skromnie w tle.

Czwartego dnia po artykule Knarcha pojawił się w godzinach południowych sekretarz stanu Geyer ze świtą, między innymi ze znanym historykiem sztuki profesorem doktorem Sackmannem.

Sackmann, wysoki, kościsty mężczyzna w zielonym lodenowym płaszczu, bardziej przypominający Anglika w podróży niż pruskiego profesora sztuki, jął wnikliwie badać obrazy i szkice. Ja tymczasem zamknąłem główne drzwi i kazałem nikogo nie wpuszczać. Sprawdził warstwę malarską, drewno, karton. Wziął nazwiska i daty pod lupę i opukał wszystko od przodu i od tyłu. Na koniec ogłosił ze spokojem rzymskiego senatora: Panie sekretarzu, uważam te dzieła za niewątpliwie autentyczne.

A czy ktoś w to w ogóle wątpił? zaoponowałem.

Nigdy nie wiadomo, panie Born, rzekł Sackmann. W dzisiejszych czasach wszystko jest możliwe. Ale bez obaw, to są autentyki. – Następnie sekretarz stanu odciągnął mnie na bok i zapytał o cenę. Wyjrzałem przez okno i odpowiedziałem prosto i spokojnie: Panie sekretarzu stanu, dla obu stron niezobowiązująco: pół miliona.

Uniósł brwi dość wysoko i schował swe wielkie rzeźnickie ręce do kieszeni spodni.

Bałem się, że lada chwila puszczą wszystkie szwy jego opiętego garnituru.

Pół miliona, rzekł. A po ile oddałby pan poszczególne sztuki? Pan minister, mój szef, zainteresował się zwłaszcza obrazem z ruinami.

Panie sekretarzu stanu, odparłem, muszę od razu zaznaczyć, że sprzedaję zbiór wyłącznie w całości. Powinienem panu pokazać również te listy.

Jeden był z Pinakoteki monachijskiej, która usilnie prosiła o kontakt, jest bowiem zainteresowana obrazami i gotowa je kupić po każdej w miarę przystępnej cenie.

Drugi był z Zurychu, od dużego międzynarodowego konsorcjum antykwarycznego. Zapowiadali rychłą wizytę i radzili, bym nie podejmował ostatecznych decyzji przed zapoznaniem się z ich ofertą.

Sekretarz stanu zakołysał się parę razy w kolanach, po czym wyciągnął ogromne cygaro, którego końcówkę po prostu odgryzł i wypluł na podłogę.

On: Proszę pana, drogi Born, wie pan, że jestem pańskim przyjacielem. To ja kupiłem wtedy od pana tego osła. Proszę zatem poczekać dwa czy trzy dni. Porozmawiam zaraz z moim szefem i dostanie pan wiadomość możliwie najszybciej. Nie będzie pan robił trudności, prawda?

Ja: Ależ skąd, panie sekretarzu stanu. Czekam, tak jak pan mówi, trzy dni na pańską ofertę i jeżeli nie będzie znacznie odbiegała od innych, to mamy sprawę załatwioną.

On: Doskonale! Moi panowie, allons, no i do widzenia, drogi Born.

Byłem tego wieczora jak upojony. Wszystko kwitło wokół mnie w oszałamiających barwach. Szedłem ulicami z uwzniośloną duszą niczym attycki tancerz. Tym razem wzgardziłem autem. Chciałem doświadczyć błogości marszu, spaceru, tańca. Musiałem dać jakiś wyraz mej euforii.

Pół miliona, z czego połowa dla mnie. Minus pięćdziesiąt tysięcy równa się dwieście tysięcy netto. Byłem o krok od zostania milionerem. Długów już nie miałem.

Moje nazwisko było teraz znane w całej Europie. Otwierały się przede mną niewyobrażalne perspektywy. Bogactwo, szczęście, szacunek były w zasięgu ręki i czekały na mnie.

Nic dziwnego, że byłem pijany szczęściem, że ciągle zderzałem się tego wieczora z przechodniami, potrącałem starszych panów i wpadałem dziewczętom prosto w objęcia. Mógłbym ich wszystkich uściskać, wszystkich ucałować, wszystkich chcieć zaprosić na wystawną kolację.

Dwieście tysięcy – co za to można by mieć! Piętnaście aut, tam gdzie teraz śmigało jedno, piętnaście ich – cała lśniąca flota samochodowa, którą miałem wielką ochotę dowodzić jako admirał. Bibliotekę, w porównaniu z którą ta tutaj księgarnia była nędznym kadłubkiem, salę pełną regałów, wypełnioną aż po sufit książkami i albumami. Rozważałem już system ich katalogowania i tak mnie to pochłonęło, że nieomal staranowałem uroczą młodą damę. Pardon, rzekłem ze śmiechem, uchyliłem kapelusza i ruszyłem w podskokach dalej.

Tak, i co dalej? Za dwieście tysięcy! Harem mógłbym sobie kupić, cały pałac bajecznych odalisek i bajader, gdzie siedziałbym cały dzień na otomanie i sączył mokkę, albo przechadzał się po ogrodzie i podlewał kwiaty. I tancerki powinny być wokół mnie.

Próbuję ułożyć wiersz w stylu Arno Holza:

 

Mój pałac

nie będzie miał sobie równych

od Jipangu aż po słupy Heraklesa

 

Kararyjski marmur

zda się

na fundament parkowego muru

Reszta

jednak

będzie z onyksu i lapis-lazuli

ze złota, kości słoniowej i purpury

Taki ma być

 

I

cały świat

będzie mnie nazywał

człowiekiem

dla którego nawet marmur jest pospolitym kamieniem

Ach

mój lśniący pałac!

 

Dopiero późnym wieczorem dotarłem do domu. W dużej sali Knarch pił z Hildą rosyjską herbatę. Gdy ujrzałem ich siedzących w wielkim pomieszczeniu, w którym prawie się gubili, zostałem przy drzwiach i wyrecytowałem patetycznie:

 

I

cały świat

będzie mnie nazywał

człowiekiem

dla którego nawet marmur jest pospolitym kamieniem.

 

Roześmiali się oboje, życzyli mi wiele szczęścia, a Knarch raz po raz unosił kciuk do góry i powtarzał: Semper fauste! Semper fauste! Piliśmy i bawili się tej nocy tak, że było to sztuką samą w sobie. Na zewnątrz padał ulewny deszcz, który niczym srebrny perłowy welon ukrywał nasze hulanki przed gwiazdami i swym dudnieniem o parkowe ścieżki przygrywał imprezie jak werbel.

Jeszcze słyszę ten brzęk i szum. – Nazajutrz przyszedł do mnie Mara – ten sam, który opowiedział nam wtedy ową fantastyczną rosyjską legendę – i przedstawił rzecz następującą: pracuje dla grupy amerykańskich muzeów. Proponuje za osiem Feuerbachów ćwierć miliona dolarów.

Nie wstając zza biurka, poprosiłem go o papierosa. Gdy chciałem wyciągnąć swoje, zauważyłem, że dłonie odrobinę mi się trzęsą.

Chwyciłem ołówek i pomnożyłem dwieście pięćdziesiąt tysięcy przez cztery i dwie dziesiąte. Wynik zatańczył mi przed oczami niby sala taneczna, która zaczyna wirować, gdy się wypiło dziesięć Cordial-Medoców.

Mam podobne oferty, rzekłem spokojnie. Jeszcze teraz dziwię się swojej zimnej krwi. Zechce pan pofatygować się tu ponownie wieczorem?

Mara wstał i poszedł.

Zostałem za biurkiem i spryskałem sobie kamizelkę odrobiną Eau de Cologne.

Potem zapełniłem cały arkusz papieru liczbami, pisząc stale tylko tę jedną: 1 050 000.

Jest to liczba siedmiocyfrowa.

Weszła Hilda i przyniosła mi najświeższą pocztę. Był tam list od Renaty. Z promiennym entuzjazmem opisywała, jaki jestem sławny w Wiedniu. Jest ze mnie dumna. Wszyscy ją zaczepiają i pytają, czy słynny Born w Berlinie, Born od Feuerbacha, to jej brat. Przyjeżdża w połowie grudnia.

Odłożyłem list obojętnie i dalej pisałem liczby. Gdyby Mara dał trzysta tysięcy dolarów, to wyszłoby 1 260 000.

Weszła Hilda i zaanonsowała człowieka, który chce ze mną porozmawiać. Jak się nazywa? – Tego nie powiedział. – Kazałem prosić.

Drzwi się otwierają i wchodzi dość wiekowy mężczyzna, ubrany ze sfatygowaną elegancją. Siwe włosy tworzą czuprynę przypominającą dziko rozrośnięty krzew. Sięgam po portmonetkę i chcę mu dać jałmużnę.

Nie, mówi on, nie chcę jałmużny. Chcę sprawiedliwości.

Ja: Nie rozumiem pana, jakiej sprawiedliwości? Proszę na chwilę usiąść. Mam bardzo niewiele czasu.

On: Ja również. Chcę sprawiedliwości, rozumie pan?

Ja: Niestety nie rozumiem pana wcale. Kim pan właściwie jest?

On: Nazywam się Guthals.

Ja: Guthals? To nazwisko brzmi mi bardzo znajomo.

On: Też tak myślę. Musiał mnie pan właściwie poznać.

Ja: Guthals, Guthals? Jest pan pewnie tym malarzem z Donaueschingen, od którego kupiliśmy Feuerbachy?

On: Zgadza się, mój panie.

Ja: No i?

On: Czy ma pan może sznapsa i papierosa?

Ja: Proszę. A tu jest też sznaps.

On: Tak się łatwiej prowadzi interesy.

Ja: Nie pojmuję – jakie interesy?

On: Ależ, ależ, drogi panie, ja jestem w potrzebie.

Ja: Tak, ale przecież właśnie dostał pan swoje pieniądze.

On: To za mało. Słyszałem, że dobrze pan zarobił na moich obrazach.

Ja: Wcale nie myślę dawać panu, mój najlepszy, więcej niż było uzgodnione. Dostał pan swoje pieniądze. Reszta to moja sprawa.

On: Tak pan mówi?

Ja: Ze wszech miar.

On: Jest pan wszak w błędzie.

Ja: Jak to?

On: Nie będzie pan robił żadnych interesów.

Ja: Nie pojmuję.

On: Feuerbachy mianowicie nie są prawdziwe.

Ja: ?

On: Ja je namalowałem. Nazywam się Guthals. Napiję się jeszcze łyczek, jeżeli pan pozwoli.

Ja: Pan namalował Feuerbachy?

On: Poczekam do jutra do południa. Wtedy ma na tym stole leżeć pięćdziesiąt tysięcy marek. W przeciwnym razie jutro po południu cały Berlin dowie się, że Vincenz Josua Born ma podrobione Feuerbachy. Widzi pan, szanowny panie, ja nie mam nic do stracenia, pan ma do stracenia wszystko. Chcę tylko odrobinę na życie. Pan przecież wciąż dużo zarabia.

Ja: Feuerbachy są oczywiście autentyczne. Zgłoszę pana na policję jako szantażystę.

On: Jak pan sobie życzy. Ja mogę w każdej chwili udowodnić, że są mojego autorstwa.

Ja: Wie pan, kim pan jest?

On: To mnie mało interesuje. Jestem ubogim starym człowiekiem, który zarabia na życie pracą własnych rąk. A zatem do widzenia, panie Born, do jutra do południa.

I łajdak poszedł. Zostawił w pomieszczeniu niewysłowiony odór pospolitości.

Kwadrans siedziałem na krześle, nie poruszając się. Miałem groteskową wizję: że siedzę na krześle elektrycznym i powoli umieram.

Wreszcie odetchnąłem głęboko, zerwałem energicznie więzy otępienia i kajdany desperacji i zadzwoniłem do Aleppa. Odebrała pokojówka.

Gdzie jest pan radca?

Pan radca pojechał dziś rano pociągiem do Lipska.

Kiedy wraca?

To nie jest pewne. Być może dzisiaj w nocy, być może dopiero jutro rano. Pan radca nie dał żadnych konkretnych wskazówek.

Wie pani, gdzie jest w Lipsku?

Tego niestety nie wiem.

Czy można rozmawiać z łaskawą panią?

Nie, łaskawa pani również pojechała.

Dziękuję!

Proszę!

Opadłem z powrotem na krzesło i gapiłem się przed siebie.

Potem dałem Hildzie kilka poleceń, odwołałem wieczorną wizytę Mary i poszedłem.

Na zewnątrz siąpił lekki, świetlisty kapuśniaczek, który kiedyś wprawiał mnie w zachwyt. Dzisiaj nie widziałem go i nie odczuwałem. Musiałem tylko co jakiś czas przecierać szkła okularów. Szedłem ulicami bez celu. Nigdzie nie doświadczy się takiej samotności i pustki jak w wielkim mieście.

Wszystko ociekało wodą. Złapałem się na tym, że idę krawężnikiem, śledząc gulgoczące strumyki uchodzące do brudnych rynsztoków. Przypominam sobie, że lubiłem tę zabawę już jako dzieciak.

Zdawało mi się, że popadam w coraz głębszą beznadzieję. Szare wstęgu deszczu stężały i ulice robiły się coraz pustsze. Na którymś rogu sunące bezszelestnie po mokrym asfalcie auto ochlapało mnie od stóp do głów fontanną brudnej wody.

Skręciłem w ciągnącą się bez końca ulicę, która obsadzona była drzewami. Zacząłem je liczyć, tak jak często robiliśmy to jako żołnierze, gdy gdzieś w Rosji musieliśmy niemożliwie długo maszerować jakąś drogą.

Przerażał mnie ogrom bezświetlnego dnia. Musiałem trzymać się tego, co uchwytne, nawet jeżeli było to pozbawione sensu.

Włócząc się tak, zaszedłem do małej Kaffee, jak to się nazywa w Berlinie. Usadowiłem się przy oknie i obserwowałem liczne srebrzyste krople, które ściekały po gładkim szkle, prześcigały inne, łączyły się z nimi, by wreszcie spłynąć niby kaskadą.

Kelnerka przyniosła czekoladę i uśmiechnęła się do mnie.

Wtedy właściwie po raz pierwszy oprzytomniałem. Ten uśmiech nieznanej kobiety wydobył mnie z głębin zadumy.

Poprosiłem ją o gazetę z ogłoszeniami. Potem powiedziałem do siebie, jakbym zwracał się do kogoś obcego: Born, musisz myśleć zwięźle, jasno, logicznie. Jeżeli chcesz, możesz przedstawić swe wnioski graficznie. Wiem, że lubisz ten typ wyjaśnień.

A zatem co się właściwie wydarzyło? Fakt: autentyczność obrazów została podana w wątpliwość. Dobrze. Co z tego wynika? Pierwsza możliwość: że twierdzenie to jest prawdziwe, druga: że jest fałszywe. Weźmy ten drugi przypadek: obrazy są autentyczne. Co wtedy? Duży interes można robić. Ten Guthals to podły szantażysta, który oszukał mnie pistoletem-zabawką. Świetnie. Istnieje wszelako możliwość, że z zazdrości albo kto wie czego rozpuści plotkę. Efekt: długie dochodzenia, głupie komentarze, kupcy nabiorą nieufności. Co zatem robić? Szybko sprzedawać! Sprzedać do jutra do południa, a faceta przekazać policji, unieszkodliwić. Świetnie. Kto kupi tak szybko? Odpowiedź: dać ultimatum Marze, Geyerowi, Monachium, Zurychowi. Negocjować natychmiast z wszystkimi czterema. Telegramy.

Odetchnąłem z ulgą. To zatem był pierwszy ciąg myślowy. Czy zawiera jakiś błąd logiczny? Nie. Założenie wstępne: obrazy są autentyczne. Dowód? Opinia Sackmanna, wyrażona przy świadkach. Mogłem oczywiście kazać dać sobie coś na papierze. Trzeba to nadrobić. Wizyta u Sackmanna. Bez względu na okoliczności wydobyć od niego opinię na piśmie.

Dobrze, a zatem konieczne dwie rzeczy: telegramy i wizyta u Sackmanna. Obie jeszcze dzisiaj, najlepiej zaraz.

Pospiesznie dopijam czekoladę i zamawiam następną. W niecałą godzinę wypaliłem dziesięć papierosów.

Drugi ciąg myślowy: obrazy są istotnie nieautentyczne. Co wtedy robić? Iść na policję, Guthalsa jutro w południe aresztować i kazać zabezpieczyć moje pięćdziesiąt tysięcy. A wtedy? Wtedy twoja sława, drogi Born, pryska jak lśniąca bańka mydlana. Niby będą ci współczuć, ale za plecami będą się z ciebie śmiać. Marszand nie może dać się oszukać. Po co innego jest marszandem? A Sackmann? On nie ma nic do stracenia, a ty wszystko. Kto wtedy coś od ciebie kupi? Taki blamaż. I może zbiegną się brukowce i zaczną złośliwie dowcipkować: Kto wie, czy Laotse był autentyczny, a kaplicę Corba trzeba natychmiast prześwietlić. Na niebiosa! Otacza mnie istne panoptikum wstrętnych mord. Wtedy moją reputację diabli biorą. Tacy są ludzie! Niegodziwość wybaczają prędzej niźli głupotę. Śmiech zabija skuteczniej niż jakakolwiek inna broń. Wtedy już po twoim klejnocie, drogi Born, bierz tobołek i w drogę!

Ponuro gapiłem się na smętne strugi deszczu. Nagle przyszła mi do głowy szalona myśl: załóżmy, że obrazy są fałszywe, a ty i tak je sprzedajesz! Sprzedajesz je do jutra do południa, dajesz facetowi jego pieniądze i gdzieś go wysyłasz, do Paryża, Ameryki czy gdziekolwiek. Pozwalasz, by sprawa przycichła.

Czy byłoby to przestępstwo? Prostactwo na pewno. Ale byłbym uratowany.

Znowu robi się wokół mnie jaśniej. W każdym razie musisz sprzedać do jutra do południa. Facetowi dajesz jego pieniądze i wysyłasz gdzieś daleko. Dajesz mu sto tysięcy i stawiasz warunek, by nigdy nie wracał do Niemiec. Jak to przeprowadzić? Zatrudnić detektywa. Dobrze. Punkt pierwsze: telegramy, punkt drugi: Sackmann, punkt trzeci: detektyw.

Ale – szepce mi za uchem zły duch – czy szantażysta będzie zawsze milczał? Czy przez całe życie nie będzie stał ci za plecami jak cień? Czy twoje wino nie będzie zatrute, twój ogród upiorny, a godziny rano i wieczorem, gdy przychodzi poczta, czy nie staną się okrutną męczarnią?

Pocę się wszystkimi porami. Jest nieznośnie gorąco. Wciąż umiem bystro myśleć. Czy powinno się sprzedawać rzeczy, o których się na pewno nie wie, czy są prawdziwe? Czy tak powinien postępować uczciwy kupiec? Co powiedziałby na to twój ojciec, człowiek powszechnie szanowany? „Uczciwość to najlepsza polityka” widniałoby na każdym pucharze, z którego pijesz, w każdym pokoju, w którym mieszkasz, nawet w snach widziałbyś wymalowane te straszne słowa. Co zatem robić?

Kolejna myśl przelatuje mi przez głowę, która pracuje z prędkością motoru. Trzeba zapytać Aleppa. Bezwarunkowo trzeba porozmawiać z Aleppem. Czy facet był też u niego? Aleppo jest cwany, znajdzie jakieś wyjście. Może być w domu jeszcze dzisiaj wieczorem, powiedziała pokojówka. Muszę na niego poczekać, nie mogę nic przedsiębrać, dopóki go tu nie ma. Można by też zasięgnąć rady jego notariusza, tego Brülla, który powinien być doświadczonym adwokatem. Całkiem niewątpliwie co trzy głowy to nie jedna. Szkoda, że Aleppa tu nie ma. Facet chce pieniądze do jutra do południa. Może udałoby się odwlec. Ale skąd wziąć pieniądze? Ja nie mam już nic.

Zamawiam trzecią czekoladę. I znowu szepce mi za uchem zły duch, który mnie prześladuje jak szerszeń spoconego konia: A jeżeli Aleppo i Guthals działają razem? Czy Knarch nie powiedział kiedyś o Aleppie: Jemu można rękę podać tylko w rękawiczce? Nie znoszą się wzajemnie. Być może Knarch przesadza. Aleppo to nie wzór cnót, ale mam go za uczciwego, nawet jeżeli nieco ryzykanckiego kupca.

Tak, więc dlaczego sam nie kupił obrazów? podszeptuje mi znowu zły duch. Czy naprawdę można uwierzyć, że nie zdołał zebrać pięćdziesięciu tysięcy? Radca handlowy? Mógł zastawić swoje Cezanne’y i Manety, wziąć pod nie pożyczkę. Czy wolał posłużyć się mną, bo wielu ludzi myśli, że ręce ma nie do końca czyste?

Czy działa w zmowie z tym Guthalsem? Chce mnie zrujnować? Zrobiłem mu coś złego? Jest o mnie zazdrosny? Jakoś mu zawadzam?

Niemożliwe! Byłby istotnie łajdakiem, gdyby chciał mnie wykończyć w tak pospolity sposób. Strząsam z siebie szerszenia podejrzeń, a on odlatuje, brzęcząc, w ponury dzień. Wciąż pada. Jest to deszcz, który wygląda, jakby miał nigdy nie ustać.

Na kartce nic jeszcze nie zapisałem.

A zatem:

Po pierwsze: Rozmówić się z Aleppem i Brüllem.

Po drugie: Wysłać telegramy.

Po trzecie: Odwiedzić Sackmanna.

Siedzę jeszcze pół godziny, jakbym na coś czekał. Nie wiem na co. Sprawa wydaje mi się coraz bardziej niejasna. Moje myśli wypisane są na frydze, która kręci mi się nieustannie w głowie, wprawiana w ruch rzemieniem przez wstrętnego i szatańskiego ducha.

Czy w ogóle musiałem robić ten interes z Aleppem? Czy w ogóle musiałem przyjeżdżać do tego przeklętego miasta? Podnoszę się wreszcie, płacę i niepewnym krokiem wychodzę z powrotem na deszcz. Na którymś rogu napotykam urząd pocztowy. Wysyłam cztery telegramy: do Geyera, Mary, do Zurychu i do Monachium. Dosłownie: Proszę do jutra do 9 rano podać wiążącą dla Państwa cenę. Born.

Idę dalej. Czy to już było karalne? Czy już wpadłem w którąś z pułapek kodeksu karnego? Cała moja nadzieja w Sackmannie. Muszę powołać się na Sackmanna.

Stoję przed kościołem. Leje jak z cebra. Płaszcz przemókł mi na wskroś. Marznę. Wchodzę do środka, by się nieco uspokoić.

Jest to neogotycka budowla pełna uroczych okropieństw. Siadam w ostatniej ławce.

W bocznej nawie na prawo ode mnie dzieci stoją w kolejce do konfesjonału, który ma zaciągniętą ciemną zasłonkę. Można by się nie domyślić, że w środku ktoś siedzi, gdyby nie dłoń spoczywająca na parapecie drzwiczek, zacna, szczupła, kapłańska dłoń.

I gdy ją widzę, nachodzi mnie nagle nieodparta chęć podzielenia się z kimś moją niedolą. Z kimkolwiek, z człowiekiem, który ust nie kala. Nie chcę się spowiadać, chcę się jedynie zwierzyć i może pocieszyć.

Jak by to musiało być? Gapię się jak urzeczony na białą dłoń spoczywającą na ciemnym parapecie. Do kogo może należeć? Wygląda tak, jakby się znała na dobrej radzie, na łagodnym słowie pocieszenia.

Wstaję i ustawiam się za dziećmi na końcu kolejki. Wszystkie się odwracają i patrzą na mnie bardzo przestraszone. Może boją się, że widać po nich ich błahe dziecięce grzechy.

Gdyby dało się znowu być dzieckiem. Jak wtedy, gdy chodziłem z rodzicami do kościoła krzyżowców, który stoi przy Moście Karola. Na zewnątrz deszcz bębni w łupkowy dach. Woda ściekająca mi z płaszcza utworzyła niewielką kałużę na kamiennych płytach posadzki.

Sackmann, przelatuje mi nagle przez głowę. Bezwarunkowo jeszcze dzisiaj musisz pomówić z Sackmannem. Odwracam się i pospiesznie wychodzę z kościoła.

Wchodzę do trafiki, proszę o księgę adresową i ustalam jego adres. Mieszka przy Kupfergraben.

Czterdzieści minut później, już się ściemnia, stoję przed małym, starym, eleganckim domem i ciągnę za mosiężny dzwonek. Otwiera mi starsza dama, zapewne jego matka. Czy można rozmawiać z panem profesorem? Niestety, pan profesor wyjechał dziś rano na kongres do Kolonii.

Znowu stoję na ulicy w smętnym deszczu. Dzwonię jeszcze raz do Aleppa. Wciąż jeszcze nie wrócił. Pociąg z Lipska przyjeżdża około dziesiątej. Będę warował mu na progu.

Idę zjeść coś na kolację. Obojętnie odsuwam jednak niemal nietknięte talerze. Idę Friedrichstrasse. Ogarnęła mnie głęboka obojętność. Niech się dzieje co chce! Zagadują mnie tuziny ulicznych dziewcząt. Mijam je obojętnie. Posykują za mną spod ociekających parasoli.

Skręcam w prawo w Leipziger Strasse. Deszcz nieoczekiwanie ustał. Ciemne, strzępiaste chmury tłoczą się na niebie. Jezdnie są jak lustra. Przede mną idzie jakaś kobieta. Odruchowo kieruję się za nią. Muszę coś zamierzać, o czymś myśleć, by nie oszaleć. Idę za nią. Przy Leipziger Platz ogląda kilka witryn w Wertheimie. Ustawiam się w pobliżu. Zerka na mnie z ukosa. Zauważam, że jest bardzo ładna.

Idzie dalej, skręca przez plac i kieruje się ku Tiergarten.

Wkraczamy w ciemny tunel cieni rzucanych przez drzewa. Ziemia jest kleista i rozmiękła. Raz na jakiś czas zimny promień lampy łukowej przecina mokrą gęstwinę.

Pod drzewami jest niemal ciepło. Pachnie butwiejącymi liśćmi, jesienią i deszczem.

Dziewczyna usadawia się w pobliżu jakiegoś pomnika, całkiem w cieniu. Widzę jej jaśniejące białe oblicze.

Siadam obok niej i mówię: Panienka to pędzi jak ta burza. Prawie Nurmim zostałem, żeby dogonić.

Mój własny głos dźwięczy mi obco. Dziewczyna śmieje się. Ma przyjemny, ciepły, żywy śmiech, który tkwi w głębi gardła i wydobywa się nieco chichotliwy.

A kto kazał panu za mną iść? mówi.

Nabawi się pani wilka, siedząc na mokrej ławce, odpowiadam. Proszę podejść tu bliżej i spocząć na moim płaszczu.

Podchodzi i przytula się do mnie. A więc jest tylko małą ulicznicą. Ale gdy mocno ją obejmuję i czuję jej ciepło, jestem nagle pocieszony.

Całuję ją. Prawie nie rozmawiamy. Po długim, długim czasie ona mówi: Zimno mi. Nie chcesz pójść ze mną do jakiegoś hotelu?

Zapalam papierosa i podczas krótkiego rozbłysku zapałki ustalam, że jest za kwadrans dziesiąta. Myślę o Aleppie i cały sen tej godziny zapomnienia znika. Znowu czuję, jak potwór chwyta mnie za głowę żelaznymi łapami i powoli ściska.

Mówię: Nie mogę niestety iść z tobą, panienko. Masz tu mojego papierosa i dam ci też trochę pieniędzy. Podejdź ze mną do latarni!

Daję jej dziesięć marek i podaję rękę na pożegnanie. Ona patrzy na mnie wielkimi oczami i mówi wreszcie: Jesteś pewnie bardzo nieszczęśliwy…

Te słowa uderzają we mnie z siłą kataklizmu. Uliczna dziewczyna musi mnie pocieszać! Potem pisze mi na paczce papierosów swój adres i mówi: Może kiedyś do mnie przyjdziesz, ty! I całuje mnie.

Biegnę dalej. Wkrótce pochłaniają mnie głębiny parku, ale wciąż słyszę to słowo: ty!

Było w tym słowie wszelkie pocieszenie, wszelkie współczucie. To mówił człowiek do człowieka i oto, gdy myślę o tej dziewczynie, łzy płyną mi do oczu – coś, czego nie zdołał dokonać ten wstrętny dzień: Może kiedyś do mnie przyjdziesz, ty!

Kieruję się stopniowo z ciemności ku wielkiej ulicy, gdzie mieszka Aleppo. Staję w cieniu drzew i obserwuję kutą furtkę wejściową. W mieszkaniu na górze jest ciemno.

Mijają mnie rozpędzone auta, wiozące wyfiokowane damy na ten czy inny bal. Asfalt błyszczy, jakby był z elastycznego metalu.

Stałem tam godzinę. Potem zmęczony pojechałem do domu i od razu padłem jak zabity.

Łaskawa pani ma się dobrze, rzekł Ecke, pomagając mi zdjąć płaszcz.

Nazajutrz około ósmej rano zadzwoniłem ponownie do Aleppa. Państwo jeszcze nie wrócili, poinformowała mnie pokojówka.

Zadzwoniłem do Brülla. Pan mecenas jest na spotkaniu, powiedziała pokojówka.

Za kwadrans dziewiąta przyszły trzy telegramy: Monachium zaoferowało dwieście siedemdziesiąt tysięcy marek, Zurych dwieście dziewięćdziesiąt tysięcy, a wszystkich przebił Mara, proponując dwieście sześćdziesiąt tysięcy dolarów. Zadzwoniłem do Geyera, który wyjaśnił, że z ofertą Mary nie miałby szans konkurować. Dał mi wolną rękę i zapewnił o swym poparciu.

Wszystko to wydarzyło się w krótkim czasie. Odmówiłem Monachium i Zurychowi i zawezwałem Marę. Zawarliśmy umowę. Pieniądze, w postaci czeków dolarowych, chciał wręczyć mi o szóstej wieczorem u mnie w mieszkaniu.

Odetchnąłem z ulgą. Biła dwunasta, gdy wszedł Guthals.

Czy mogę prosić o moje pieniądze, powiedział.

Posadziłem go na krześle i wyjaśniłem, że pieniądze może dostać dopiero o siódmej wieczorem. Nie mam ich przy sobie. Poza tym dam mu podwójną sumę, jeżeli wyjedzie z Niemiec i zobowiąże się pozostać przez dłuższy czas za granicą. Musi się do tego zobowiązać pisemnie.

Zastanowił się przez chwilę i rzekł: Pan chce mi poderżnąć gardło.

Ja: Jak to? Prędzej miałbym wrażenie, że to pan chce mi to uczynić.

On: Chcę moich pieniędzy!

Ja: Wyjaśniłem już, że może je pan otrzymać u mnie o siódmej dziś wieczorem.

On: Ile zarobił pan na obrazach?

Ja: To moja sprawa. Poza tym nie są jeszcze sprzedane.

On: Zabiorę je więc z powrotem.

Ja: To pan może, jeżeli mi pan odda moje pięćdziesiąt tysięcy.

On: Proszę, oto one.

Facet wyciągnął przetłuszczony portfel i podał mi plik tysiącmarkowych banknotów. Zostawiłem je na blacie stołu.

Ja: Dziękuję. Nie chcę tych pieniędzy. Obrazy są moje.

On: Ponownie zwracam pańską uwagę na fakt, że obrazy są sfałszowane.

Ja: To już pan mówił. Ma pan na to jakieś dowody?

On: A jakże, na przykład mam świadków, którzy widzieli, jak je malowałem.

Ja: Cóż to za ludzie?

On: Na przykład pan radca handlowy.

Ja: Jaki radca handlowy?

On: Jaki? Cóż za pytanie. Pan Aleppo, pański wspólnik.

Ja: Kłamie pan naprawdę nikczemnie.

On: Jak to? Przecież Homera namalowałem według jego wskazówek. A włoski żebrak to mój autoportret, wystarczy spojrzeć.

Ja: Przekażę pana policji jako szantażystę.

On: Ja pana zadenuncjuję jako oszusta.

Na minutę zapadło ciężkie milczenie.

Ja: Czego chce pan ostatecznie?

On: Połowy czystego zysku. Chcę zobaczyć umowę, którą pan zawrze. Chcę sprawiedliwości, a potem nie zobaczy mnie pan więcej, daję słowo. Pojadę do Paryża.

Ja: Spotkajmy się dziś wieczorem u mnie w domu.

On: Ile tego jest?

Ja: Dostaje pan połowę od całości, dwieście sześćdziesiąt tysięcy. Netto połowę.

On: Kiepsko pan sprzedał te obrazy, mówię panu. A zatem do siódmej, au revoir!

Facet poszedł. Zapaliłem papierosa i rozważyłem, co teraz muszę zrobić: jeżeli obrazy są autentyczne, to dostanie swoją judaszową zapłatę. Jeżeli są fałszywe, to uczciwie zarobił pieniądze.

Już około trzeciej Mara zabrał obrazy. Spojrzałem jeszcze raz na rzymskiego żebraka. Był to niewątpliwie Guthals. Około czwartej sala w galerii była ponownie wysprzątana, wypastowana i nieskazitelna jak moja niegdysiejsza uczciwość.

Pojechałem do domu. Aleppa wciąż jeszcze nie było. Właściwie nie miało już większego znaczenia, kiedy wróci. Kości zostały rzucone, kamień toczył się. No to teraz, Born, semper fauste!

Około szóstej siedziałem w gabinecie i czekałem na Marę. Rano chcieliśmy z Hildą jechać do Wiednia i dalej do Wenecji.

Nagle, jakby wyrośli spod ziemi, stanęło przed biurkiem czterech mężczyzn. Przeraziłem się śmiertelnie.

Jest pan aresztowany, panie Born, powiedział jeden z nich i przedstawił się jako komisarz policji kryminalnej. Nie pozwolili mi pożegnać się z Hildą. Wsiadłem z nimi do dużego, ciemnego samochodu, który zawiózł mnie do aresztu śledczego.

Jeszcze tego samego wieczora przesłuchał mnie sędzia śledczy. Był to sympatyczny, stosunkowo młody mężczyzna, który nazywał się doktor Eschenbaur.

Usadowił się naprzeciwko mnie i rzekł, jakbyśmy rozmawiali o najzabawniejszej rzeczy pod słońcem: Panie Born, jest pan oskarżony o to, że sprzedał pan pewne obrazy, wiedząc, że to falsyfikaty. Co pan na to?

Ja: Kto wysunął przeciwko mnie to oskarżenie?

On: Marszand nazwiskiem… moment… - zajrzał do akt – nazwiskiem Mara.

Ja: I na czym je opiera?

On: Na zeznaniach malarza nazwiskiem Guthals z Donaueschingen.

Ja: Kompletnie nic z tego nie pojmuję.

On: Chce pan złożyć w tej sprawie zeznanie?

Ja: Dziękuję, panie sędzio śledczy. Dzisiaj nie myślę już nic zeznawać.

Zaprowadzono mnie do celi, gdzie spędziłem niezapomnianą noc.

Rano przedstawiono mi sytuację bez owijania w bawełnę. Sprawy wyglądały tak: Guthals istotnie sfałszował obrazy. Aleppo wiedział o tym i chciał wykorzystać mnie i moje dobre imię, by je spieniężyć. Wcześniej zainteresował nimi Marę, wiedząc, że ten reprezentuje amerykańskie muzea. Przez pośredników, samemu pozostając w tle, skutecznie go omotał. Ja miałem być przynętą.

Tu jednak wszedł mu w drogę Guthals. Posłyszawszy coś o bajecznych cenach obrazów, stary fałszerz wykonał swój manewr szantażysty, najpierw wobec Aleppa, a gdy ten zniknął, wobec mnie. Ode mnie poszedł do Mary, który w południowych gazetach zdążył już donieść o transakcji i ostatecznej cenie. Guthals zażądał od niego prowizji specjalnej. Marze wydał się on bardzo podejrzany i ten przy trzecim kieliszku koniaku wyciągnął z niego tajemnicę. Zaraz potem kazał aresztować mnie i Guthalsa i wysłać list gończy za Aleppem.

Jeszcze tegoż wieczora Aleppo został zatrzymany w Königstein nad Łabą i przewieziony do Berlina.

Aleppo przyznał się do wszystkiego. Był złamanym człowiekiem. Włosy miał potargane, a strach spowodował, że spuchły mu ręce. Sędzia śledczy zapytał go, czy wiedział coś o fałszerstwach i oto myślę, że strzela we mnie grom z jasnego nieba, gdy przestępca wskazuje na mnie i woła: Tak, pan Born o tym bardzo dobrze wiedział. Guthals namalował większość obrazów na jego oczach.

Załamałem się i przez cały dzień nie byłem w stanie brać udziału w czynnościach. Balansowałem między życiem i śmiercią. Wysoka gorączka, do której w ogóle mam skłonność, trzęsła mną tak, że lekarz nieraz bał się, czy w ogóle z tego wyjdę.

Tymczasem prasa w Berlinie i daleko poza nim wypełniła się sensacyjnymi doniesieniami. Później dostałem zbiór takich wycinków. Leżą teraz przede mną na hotelowym stoliku i wciąż ze mnie szydzą, tak że oblewam się rumieńcem wstydu, choć przeczytałem je już tuzin razy.

Jedna z gazeta pisała: Gigantyczny szwindel z fałszywymi Feuerbachami! Mieszcząca się przy Kurfürstendammie znana galeria „Klejnot” (Izba Sztuki Vincenz Josua Born), o której ostatnimi czasy sporo pisano, wystawiła przed kilkoma dniami osiem rzekomo nowo odkrytych Feuerbachów, które wzbudziły powszechny zachwyt. Jak się jednak właśnie dowiedzieliśmy, chodzi tu o gigantyczny przekręt, który wczoraj wieczorem został wykryty przez policję kryminalną. Wszystkie obrazy sfałszował malarz nazwiskiem Guthals, a marszand Born wystawił je do dalszej sprzedaży. Przebąkuje się, że w aferę zamieszane są jeszcze inne wpływowe osobistości berlińskiego świata sztuki.

Inna donosiła: Skandal z Feuerbachem! Przekupstwa i malwersacje, które wszędzie zatruwają nasze życie gospodarcze i polityczne, są jak epidemia, która obejmuje teraz również te obszary, gdzie dotąd uczciwy kupiec był normą. Naszą berlińską policję kryminalną zajmuje obecnie afera fałszerska wielkich rozmiarów. Marszand Born, który przed kilkoma miesiącami przeprowadził się tu z Wiednia, został wczoraj wieczorem zatrzymany i jak słyszymy, zeznał już, że osiem obrazów Feuerbacha kazał sfałszować malarzowi nazwiskiem Guthals, by je następnie z dużym zyskiem sprzedać do Ameryki.

Guthals jako kolejnego wspólnika wskazał znanego marszanda radcę handlowego A., który wczoraj wieczorem zatrzymany został w Bodenbach nad Łabą, gdy już miał przekraczać czeską granicę. Reputacja Berlina jako miasta sztuki została poważnie nadszarpnięta. Trudno pojąć, jak to możliwe, że na fałszerstwie nie poznali się nawet wykwalifikowani eksperci.

Knarch wreszcie napisał:

 

Knarch blamuje?

 

Czytelnik przypomina sobie, że niedawno opisywałem wystawę u V. J. Borna, gdzie można było oglądać osiem nowych Feuerbachów. Teraz okazuje się, że obrazy te są sfałszowane. Aha. A zatem powinno z tego wynikać, że Knarch jest wielkim osłem i ignorantem.

W rzeczywistości mogłaby tak rozumować dżdżownica. To owadzia logika, w stosowaniu której z nienawistną życzliwością lubują się moi przeciwnicy. Albowiem po pierwsze: Nie jest dowiedzione, czy wszystkie obrazy są sfałszowane i jak dalece. Jest całkiem możliwe, że rzeczywiście odnalezione rysunki zostały nieco podczyszczone, by się lepiej sprzedały.

Po drugie: Obrazy oglądałem nie tylko ja, który jestem zaledwie człowiekiem pióra, lecz oglądali je też fachowcy i pozwalam sobie powiedzieć, że pewien wysokiej klasy specjalista – zastrzegam sobie prawo do przytoczenia jego nazwiska w odpowiednim momencie – że otóż nawet ten koryfeusz po wnikliwych oględzinach uznał obrazy za autentyczne. Jeżeli coś może przytrafić się słoniowi, to dlaczego nie miałoby spotkać też płotki?

Po trzecie: Nie waham się wyjaśnić, iż obrazy były namalowane w tak genialny sposób, że jeżeli naprawdę są fałszerstwami, to miłośnicy sztuki winni się wspólnie zrzucić na stypendium dla ich autora. Jego niezwykła umiejętność dostrojenia się do ducha innego geniusza musiałaby – gdyby zastosował ją wobec samego siebie – zrodzić najwspanialsze owoce. Wyjaśniam zatem raz jeszcze, że uważam rzeczone obrazy za cudowne i arcydzielne, bez względu na to, czy ich autorem jest Feuerbach czy Guthals.

Konkludując: Uczciwiej jest dać się zwieść cudzej urodzie niż własnej podłości. Pulchritudine decipi honestius malitudine. A zatem jeżeli się myliłem, to dlatego że wprowadzono mnie w błąd. Moi przeciwnicy wszakże zwodzą siebie i innych, gdy z ukrycia ślą w moją stronę zatrute strzały. Oczywiście uznali Guthalsa nie za Feuerbacha, a raczej za Stucka albo Mackarta.

Knarch

 

Nie chcę tu ponownie przeżywać tych wszystkich okropnych rzeczy, które działy się w tych dniach i tygodniach. Śledztwo trwało. Aleppo i Guthals złożyli zeznania, twierdząc, że wiedziałem o fałszerstwach. Umowa było tylko na pozór.

Moja sytuacja była niewesoła. Ciągle rozmawiałem z mym obrońcą o tym, co mogę zrobić, by dowieść swej niewinności.

I oto ratunek przyszedł z nieoczekiwanej strony. Sędzia śledczy przesłuchał mianowicie samego Guthalsa na okoliczność fałszerstw i na koniec zapytał go jakby mimochodem, gdzie malował obrazy. – U Aleppa. – Jak długo? – Miesiącami. – Kiedy skończył? – Wiosną. – I pan Born się temu przyglądał? – Tak, dawał mi też rady. – Aha. Ale mamy dowody, że pan Born przybył do Berlina dopiero 12 sierpnia. Wcześniej studiował w Wiedniu.

Guthals się skompromitował.

Potem przyszła kolej na Aleppa. On twierdził, że obrazy były gotowe dopiero pod koniec października. Słowo stało przeciw słowu. Sędzia śledczy przycisnął wtedy Guthalsa, który po siedmiogodzinnym przesłuchaniu załamał się i wyznał, że to Aleppo kazał mu kłamać. Mnie wcześniej nie znał. Teraz przyznał się też Aleppo, moja niewinność była dowiedziona. Na domiar wszystkiego znalazło się też pokwitowanie na pięćdziesiąt tysięcy marek, które dałem Aleppowi. Teraz odpowiadałem już z wolnej stopy. Wszystkie gazety donosiły, choć nie tak wielkimi literami jak wcześniej: Born niewinny! Born ofiarą cynicznego oszusta! Aleppo i Guthals złożyli zeznania!

Po czterech dniach opuszczałem areszt śledczy. Löper czekał przy wyjściu i ruszyliśmy w wieczorne miasto. Żaden z nas nie mówił ani słowa.

Czułem się, jakbym wyszedł z piekła. Zjedliśmy coś na kolację, a potem Löper poprosił, bym przenocował u niego. Ja chciałem jechać do Hildy. Odwiódł mnie od tego, nie wolno mi ryzykować żadnych dalszych silnych wzruszeń, mogę to zrobić jutro.

Nigdy nie zapomnę Löperowi jego dobroci. Był jedynym, który wspierał mnie w tym czyśćcu.

Przeczytał mi kilka fragmentów stąd i z owąd, tak dobranych, by pomóc mi się uspokoić, a potem pokazał mi plik artykułów, które zamieściły o mnie wiodące gazety. Zostałem zrehabilitowany. Pieniądze oczywiście zniknęły. Guthals twierdził, że od Aleppa takowych nigdy nie dostał, a Aleppo przeznaczył je zapewne na spłatę długów, które były niczym gigantyczna skarpa, grożąca, że w końcu nań runie.

Ja zostałem z niczym. Przepadły dwa miesiące pracy.

Nazajutrz w południe, gdy Löper wyszedł do pacjentów, oddaliłem się, chociaż prosił mnie, bym bez niego nigdzie się nie wypuszczał. Wziąłem taksówkę i pojechałem na Kurfürstendamm.

Mojego „Klejnotu” już tam nie było. Srebrne litery zerwano z fasady, a otwory po mocunkach zatynkowano. Musiałem oprzeć się trochę o bramę naprzeciwko, czułem się, jakbym miał paść na miejscu.

Wreszcie wziąłem się w garść. Przekroczyłem jezdnię i powoli i z wysiłkiem wszedłem po znajomych schodach. Na drzwiach wisiał duży szyld: Westfalia – Ogólnoniemieckie Towarzystwo Ubezpieczeniowe S.A. – Wszystkie rodzaje ubezpieczeń – Główne przedstawicielstwo w Berlinie: H. S. Hammerschmidt.

W tejże chwili otworzyły się drzwi i wybiegł goniec. Udałem, że nie znam budynku i wszedłem na piętro.

Jak zszedłem z powrotem, nie mam pojęcia.

Powlokłem się do kafejki i siedziałem tam z godzinę. W skroniach waliło mi jak młotem. Raz po raz spoglądałem na owe dobrze znane okna, za którymi przeżyłem tyle rzeczy pięknych i tyle przerażających. To było nie do pojęcia. Wreszcie podźwignąłem się, zawołałem taksówkę i pojechałem do Grunewald.

Na mojej willi wisiała tabliczka z obcym nazwiskiem. Wyeksmitowano mnie jak przestępcę z powodu nieopłaconego czynszu. Gdzie może być Hilda?

W skąpym blasku listopadowego słońca poszedłem do Knarcha. Zaprowadzono mnie do salonu, w którym niegdyś gawędziłem z Evą von Aaagen. Wszystko było jak wtedy, jakby w międzyczasie nic nie zaszło.

Czekałem długo. Znudzony otworzyłem leżącą na stoliku teczkę z fotografiami Knarcha. Były to wszystko stare zdjęcia, które znałem. Już chciałem zamknąć teczkę, gdy pośród wielu odbitek natrafiłem na kilka osobliwych, nowych dla mnie. Przedstawiały Hildę w ogrodzie Knarcha. I na wszystkich była roześmiana.

Nagle wszystko stało się dla mnie jasne. Pochłonął mnie huczący wir pełen przenikliwych dźwięków i odgłosów. Fantastyczne monstra! Tonąłem i tonąłem, nie napotykając stopami dna. I nie mogę powiedzieć, by było to uczucie bolesne. Miałem nadzieję, że w końcu spocznę w głębokim rowie zapomnienia i będę tam długo, długo spał z zamkniętymi oczami.

Jednak obiektywnie rzecz biorąc, nie mogło to wszystko trwać długo. Podniosłem się chwiejnie i z trudem, wziąłem rzeczy i wyszedłem na ulicę, jak tamtego wieczora, gdy Mara opowiadał o Rosji. Nie miałem już czego szukać w tym domu.

Co zatem jeszcze posiadałem? Pieniądze? Nie. Mieszkanie? Nie. Hildę? Nie. Przyjaciół? Nie. A jednak – wiernego Löpera. Teraz wszakże nie chciałem nikogo widzieć. Sprawdziłem zawartość portfela. Zostały mi osiemdziesiąt dwie marki. Za to przeżyję kilka dni.

Pojechałem pociągiem na północ, do Marchii, i wysiadłem na nieznanej stacyjce. Równie dobrze mogłaby to być poprzednia albo następna.

Po kilku minutach dotarłem do sosnowego zagajnika, pełnego już głębokich wieczornych cieni. Na polance stała łania i wiodła za mną wzrokiem.

Potem doszedłem do wioski i wynająłem pokój w jedynej gospodzie. Tu spędziłem dwa dni.

Nie robiłem nic poza spacerowaniem cały dzień po sosnowych lasach, staniem na brzegu leśnych jeziorek i obserwowaniem formacji chmur. Były to przyjemne dni. Miałem często poczucie, że jestem jakby pod narkozą, z której muszę się przecież kiedyś wybudzić. Bałem się tego wybudzenia. Starałem się nie myśleć o wszystkim, co się wydarzyło, i skupiać wyłącznie na pięknym otoczeniu.

Drugiego wieczora, który tu spędziłem, panował niesamowity nastrój. Niebo nad jeziorem zabarwiło się na jasnozielono, a bliżej horyzontu świeciło bladym błękitem. Czerwone pnie sosen lśniły niczym rozżarzona miedź, a tafla jeziora była właściwie bezbarwna, jak jasne lustro, nad którym nic nie ma.

Jednak wysoko w przestworzach rybołów zataczał swe majestatyczne kręgi. Ledwie było widać, jak porusza skrzydłami. Unosił się w świetle, jakby zwisał z czubka nieba na jedwabnej nici, a sam Bóg albo anioł kołysał nim w krąg jak pyszną zabawką.

Ten spektakl niesamowicie mnie pochłonął. Było to jak szczególnego rodzaju przedstawienie. Nagle ciszę przerwał krótki wystrzał. I z prędkością strzały spadł ptak z wysokości prosto do jeziora.

Stałem jak urzeczony. Strzelca nie było widać. Lecz wciąż w uszach rozbrzmiewał mi ten przerażający strzał, który niczym krótkie cięcie ostrego miecza sprawił, że opadła zasłona spokoju i bezpieczeństwa.

Szybko zaczęło zmierzchać. Wracałem w półmroku, a w łóżku musiałem zapłakać nas losem biednego stworzenia i dopiero później pojąłem, że użalałem się w istocie nad sobą.

Ja też szybowałem w jasną, świetlaną, wzniosłą przyszłość, gdy zestrzeliła mnie nieznana ręka. Również moje skrzydła były przetrącone, może tak, że utonę.

Motto Semper Fauste było jak żagiel podarty przez wichurę.

A moja przewina? Goniłem za pieniędzmi jak wygłodniały zwierz za przynętą. A jednak i one nie okazały się tym, czym miały być – sensem i prazasadą.

Zresztą nawet gdybym miał teraz pieniądze, co miałbym z nimi zrobić? Wszystko można kupić. Są jednak rzeczy, które nie są na sprzedaż. Tych właśnie pragnę.

Wczoraj wieczorem opuściłem wieś nad jeziorem rybołowa i wróciłem do Berlina. Było za późno, żeby iść do Löpera. Przenocowałem w ponurym hoteliku, w którym teraz siedzę i piszę te słowa.

Co teraz będzie? Niemal jestem ciekaw, gdzie prąd chce zanieść moją łódź.

Pisałem cały dzień. Ręka mi drży ze zmęczenia. Jest wpół do pierwszej w nocy. Pójdę teraz spać.

Deszcz wciąż jeszcze bębni o szyby, a korytarzem człapią późni goście.

 

IV.

 

Wtorek, 3 grudnia

 

Dzisiaj wzruszający dzień. Nie wiem, dlaczego los tak tajemniczo ciska mną to w tę, to we w tę. Czy naprawdę żyjemy na łupince orzecha pośród niezmierzonego oceanu i żeglujemy przez noc i sztorm, by rankiem niespodziewanie wypłynąć na spokojne wody i napotkać brzegi, o których nie śmielibyśmy marzyć? Tego nie wiem. Nie wiem też, czy już wcześniej los był tak odysejski. Szukam sensu tych moich błądzeń, ale im bardziej się w to zagłębiam, tym bardziej wszystko wydaje mi się niejasne i zagadkowe, tak że w końcu porzucam te dociekania i uznaję samo istnienie za ślepy los, który dzisiaj może być chmurny, a jutro słoneczny, zawsze w strachu, że pogoda może się zmienić.

Te wielkie miasta są naprawdę jak oceany, gdzie szaleją wichry i toną cała armady, ale na których unoszą się też wyspy błogości, równie urzekające jak te na Morzu Południowym.

Siedzę zatem dzisiaj rano w tymże samym ponurym, łysym pokoju hotelowym, w którym ciasno mi jak w więziennej celi, i akurat liczę pieniądze. Zostało mi dwadzieścia kilka marek. Z tego mam zapłacić za hotel, kto wie, czy wystarczy.

W tych hotelach człowiek nigdy nie wie, bo za podstawowym rachunkiem ciągnie się jeszcze szczurzy ogon napiwków dla służby, podatków i innych danin. Trzeba być beztroskim maharadżą, by takie rachunki z zimną krwią brać do ręki i spokojnie je czytać.

Przyznaję, że na czole perli mi się zimny pot strachu.

Na zewnątrz panuje wciąż ta sama pogoda, za sprawą której Berlin jest tak biednoduszny, że można się popłakać. Przez melancholijny szum deszczu przebija się monotonne trąbienie aut, dzwonienie tramwajów i odległy, przytłumiony zgiełk tłumu.

Wtedy ktoś puka. Drzwi mam zaryglowane. Nie bez powodu. Pokojówki są tutaj tutaj tak natrętne w swej gotowości do świadczenia usług, że trzeba się ryglować. Inaczej stają nagle na środku pokoju i zarzucają ci ręce na szyję. Zaledwie wczoraj wieczorem na korytarzu jedno takie stworzenie wpadło mi w ramiona i bezwstydnie się do mnie uśmiechnęło.

Nie mogę o tym wszystkim teraz słyszeć.

Znowu rozlega się pukanie, tym razem mocniejsze. Pokojówki pukają delikatniej, dyskretniej, milej.

Wstaję ze skrzypiącej sofy i otwieram. Stoi przede mną wysoki starszy mężczyzna, którego w pierwszej chwili nie poznaję. Światło, które przez okno wpada do długiego, wąskiego pokoju, spotyka się przy drzwiach z brudnym blaskiem gazowej lampy palącej się na zewnątrz, co tworzy niefortunny półmrok. Poza tym mężczyzna ma na sobie długą, ciemną pelerynę oraz kapelusz z szerokim rondem, z którego na ramiona ciekną mu strumyki wody. Musiał wejść prosto z ulicy.

Przez chwilę stoję zdezorientowany. Potem go poznaję. To Corb.

Cofam się nieco i wyjąkuję: Zechce ekscelencja wejść dalej?

On już stoi na środku pokoju i zrzuca pelerynę. Potem zajmuje miejsce na skrzypiącej sofie.

Nie ruszam się z miejsca. On ma na sobie swój lśniący generalski mundur. Do tego ordery, szeroka szarfa, szamerowane epolety, sztylet.

Co pan tam tak stoi i nic nie mówi, drogi Born? pyta on.

Ja: Nie pojmuję…

On: Och, byłoby mi przykro. Czego pan nie pojmuje? Galowego stroju? Do porządnego człowieka zawsze idzie się na galowo. Tacy są dzisiaj rzadkością. Oto moja dłoń. A zatem głowa do góry, panie poruczniku. Byłem tam już wczoraj i przedwczoraj. Eschenbaur podał mi pański adres. Ale ptaszek wyfrunął.

Ja: Zgadza się, ekscelencjo, byłem parę dni na prowincji.

On: I słusznie. Zwrócił się pan plecami do sterty gnoju. Rozumiem. Całkowicie dopuszczalne.

Potem obrócił się ociężale i nacisnął elektryczny guzik nad sofą.

On: Mieszka pan tu niezbyt przytulnie. Dość ponure miejsce. Co pan na to, żeby przeprowadzić się do Poczdamu?

Weszła pokojówka.

On: Czy mogę zaprosić pana na niewielkie śniadanie? A zatem, panienko, dwie porcje mokki, rozumie pani, ale mokki, a nie żadnej lury. Do tego mała butelka koniaku, dwa talerze przekąsek, dwie buteleczki czerwonego wina, cygara, papierosy. Popielniczka. I prosimy szybko!

Dziewczyna stała bojaźliwie przy drzwiach, spoglądając na siedzącego u mnie na sofie starszego pana w błyszczącym mundurze, po czym zniknęła w oka mgnieniu.

On: A teraz proszę tu podejść, drogi Born, i usiąść obok mnie. Jednym słowem: miał pan pecha. Chciał pan złota nakopać, a natrafił na smołę i siarkę. Zdarza się. Zachował pan jednak czyste ręce. To najważniejsze. Postawimy pana na nogi. Były śmiechy. Ale musi pan chodzić z wyprostowaną głową, panie poruczniku. Do stu tysięcy par kartaczy! Czy jakiś żołnierz dał się kiedyś pokonać? Nie było takiego przypadku. Niech się dzieje, co chce.

Pokojówka przyniosła tacę z zamowionymi rzeczami. Oczy mi powilgotniały. Zza pokojówki wyłonił się właściciel, zgiął się w pół przed generałem, po czym osobiście rozpostarł biały obrus na tłustej serwecie.

Corb: A zatem proszę się częstować. Jest pan moim gościem.

Sam nalał mi kawy i koniaku i nalegał, bym jadł. Żołnierz, powiedział, musi jeść i pić, kiedy jest okazja. Kto wie, czy jutro nie będzie musiał głodować.

Potem wypełniliśmy wąski pokój dymem i stary wiarus jął opowiadać niezliczone anegdoty z żołnierskiego życia. Wielokrotnie tak mnie rozśmieszał, że śmiałem się do rozpuku.

Gdy wezwał pokojówkę, by posprzątała, byłem odmienionym człowiekiem. Kazał sobie przynieść swój i mój rachunek i zapłacił oba. Gdy chciałem protestować, zawołał: Panie poruczniku, baczność! Milczeć i obserwować! Zrozumiano?

Dziewczyna nie wiedziała, czy było to na poważnie, czy żartem, i patrzyła to na niego, to na mnie.

Potem ujął mnie Corb pod ramię i niczym dwaj towarzysze broni opuściliśmy hotel. Zatrzymał taksówkę, pojechaliśmy na dworzec i pierwszym pociągiem do Poczdamu.

I teraz jestem tu w biedermeierowskim pokoju i myślę, że śnię.

 

Sobota, 7 grudnia

 

Dzisiaj po raz pierwszy padał tu śnieg. Stoję przy oknie i spoglądam na niewielki ogród. Lipy wydają się zrobione ze srebra, ich gałęzie z filigranowego szkła. W pstrych szklanych kulach odbija się mały, lecz widny świat. Są w czarno-białym ogrodzie jedyną pstrokacizną. Stojący tam domek kawalerski, do którego się jutro wprowadzę, to czarodziejski pałacyk. Łupkowy dach podzielony jest na czarno-białe pola niczym wielka szachownica, a tkwiący na wieżyczce stary, zardzewiały pruski orzeł ma śniegową czapkę z pomponem. Generał już od godziny odśnieża ścieżki i z daleka wygląda jak Święty Mikołaj. Co chwila rozciera tkwiące w grubych rękawicach dłonie.

Jest tu całkiem spokojnie. Nie widzi się, ani nie słyszy nic z zewnętrznego świata. Mieszkam w niewielkim pokoiku, w którym barwnie przemieszane stoją rzeczy moje i generała. Odzyskałem niemal cały majątek ruchomy. Książki i obrazy leżą jeszcze zapakowane w skrzyniach, jutro dopiero chcę przenieść je do domku kawalerskiego. Teraz leżą na nich haftowane obrusy i dywany i mój staropruski pokój wygląda jak namiot tureckiego paszy.

Corb był dla mnie jak towarzysz. On i Löper zajęli się mną jak ojciec i matka. A kiedy chcę staremu podziękować, warczy na mnie: Baczność, panie poruczniku! Wtedy muszę stać na baczność i pilnować, by mi łzy nie pociekły po policzkach.

Wydarzenia tymczasem potoczyły się dalej niczym akcja filmu. Teraz znów obserwowałem je z zewnątrz, obojętnie.

Aleppa i Guthalsa skazano na kilka miesięcy więzienia. Zaraz po ogłoszeniu wyroku Aleppo próbował się zastrzelić. Teraz leży w szpitalu. Może przeżyje, ale wzroku już nie odzyska.

Mój obrońca uratował dla mnie z podziału resztkę moich pieniędzy, kilka tysięcy marek, z którymi jestem być może w stanie zacząć coś nowego.

Wiodące gazety zrehabilitowały mnie, ale wiadomo przecież, że kogo raz pochwyciło ramię prawa, ten zawsze pozostanie nieco przykurzony, nawet jeżeli się wyszczotkował.

Napisała Hilde, prosząc, bym się na nią nie gniewał. W powstałym chaosie nie wiedziała co robić, a że doktor Knarch szukał akurat au pair, to przyjęła tę posadę. Bardzo jej się tam podoba. Czy nie można byłoby się kiedyś zobaczyć? Knarch każe pozdrowić.

Uśmiechając się smętnie, podarłem list i wrzuciłem do kominka. Nie odpisałem jej. Bo i po co? Niech będzie szczęśliwa. Vale! Vale!

Przed paroma dniami ściągnąłem na własny koszt stary napis, srebrne litery, które wisiały niegdyś nad wejściem do mej galerii. Gdy otworzyłem skrzynie, okazało się, że większość liter potłukła się w transporcie. Zachowały się tylko litery LEJNOT. Wyjąłem C z VINCENZ i przymocowałem całość nad portalikiem domku kawalerskiego. I teraz widnieje srebrno w białym śniegu osobliwe słowo: CLEJNOT. To wszystko, co zdołałem uratować z mych marzeń.

Często przyjeżdża Löper i wtedy tworzymy zachwycający tercet. Stary i Löper rozumieją się znakomicie, a jeżeli nieraz popadają w spór – Löper lubi wszystko podawać w wątpliwość – to w końcu godzą się zawsze przy kieliszku francuskiego czerwonego wina. Mnie nazywają Josuą, dzieckiem, i rozpieszczają w niemożliwy sposób. I myślę, że jeżeli tych dwóch ocaliłem w mej arce, podczas gdy tak wiele pochłonął potop, to wiele ocaliłem.

Wizyt składa stary w Poczdamie niewiele. W wielkie święta patriotyczne przebiera się w galowy mundur i maszeruje gdzieś na czele związku weteranów, to wszystko. Gdy spacerujemy po parku Sanssouci, wielu go pozdrawia, on jednak przy nikim się nie zatrzymuje, tylko odwzajemnia pozdrowienia i idzie ze mną dalej.

Wczoraj dostałem zabawny list. Sekretarz stanu Geyer zaprasza mnie na konferencję celem powołania stowarzyszenia na rzecz sztuki ludowej. Jako że jest Pan, pisze on, nie wspominając ani słowem o aferze z Feuerbachem, fachowcem w zakresie handlu sztuką i jej promocji, to byłoby mi bardzo miło, gdybym mógł powitać Pana w poniedziałek 9 grudnia o piątej po południu w błękitnej sali konferencyjnej Hotelu Adlon. Szukamy dla naszego przedsięwzięcia dyrektora wykonawczego, które to stanowisko wydaje się stworzone dla Pana. Z najlepszymi pozdrowieniami, zawsze oddany – Geyer, sekretarz stanu.

Pokazałem to zaproszenie Corbowi i Löperowi i poprosiłem o radę. Naprzód, Born, rzekł stary. Zawsze naprzód. Bo dlaczego nie? Nie znam wprawdzie tego Geyera i wszyscy nowopruscy sekretarze stanu wydają mi się podejrzani, ale dlaczego nie miałoby się wyć z wilkami i ćwierkać z sępami*? Jeżeli się panu rzecz nie spodoba, nie musi pan brać w niej udziału. Jak? Niech pan się na nic od razu nie zgadza, zrozumiano? Mówi pan, że musi najpierw poradzić się ojca.

Sztuka ludowa? zdziwił się Löper. Co to za nowa banialuka? Istnieje wprawdzie sztuka, którą stworzył lud, ale nie istnieje sztuka dla motłochu. A gdy dzisiejszy sekretarz stanu mówi o ludzie, to ma przeważnie na myśli własną klikę partyjną. Ale dlaczego nie miałby pan pójść? Zawsze. Ten Geyer jest panu winien podziękowania. Może coś dla pana zrobić. Proszę złapać się tego koła ratunkowego, dopóki nie będzie pan w stanie pływać samodzielnie.

Jest zatem postanowione, że w poniedziałek idę. Dobrze. Jestem bardzo ciekaw. Dyrektor wykonawczy. Koń by się uśmiał. No cóż, zobaczymy.

Błękitne zimowe niebo zasnuło się stopniowo chmurami i pada śnieg.

Jestem zadowolony nie do opisania. W kominku płonie ogień, żółte orzechowe meble przyglądają mi się jak starzy druhowie, a duży rzeźbiony zegar wahadłowy swym tykaniem dzieli spokojny czas na precyzyjnie odmierzone wersy.

Ogród za oknem przykryty jest grubym śnieżnym woalem. Domek kawalerski ledwie widać, mimo że to tylko kawałek stąd, a słowo CLEJNOT jest nie do odczytania.

Niesamowite, co już zdążyłem przeżyć. Najpierw mieszkałem przy Kronprinzenufer wysoko nad ciemną wodą i zawsze blisko zachodów słońca. Potem w tamtej willi w Grunewald, z wielką salą i melancholijnym parkiem. Potem w celce aresztu śledczego. Potem w otynkowanym na niebiesko pokoiku gospody nad jeziorem Reihersee. Potem w ponurym, zimnym pokoju hotelu przy Schlesischer Bahnhof. Teraz mieszkam tu u Corba pośród biedermeieru, a jutro chcę się wprowadzić do CLEJNOTU.

Mój los naprawdę przypomina Odyseuszowy; może to wszystko tylko sen – wielki, barwny, poplątany sen?

 

Poniedziałek, 9 grudnia

 

Właśnie wróciłem z Berlina. Chcę to popołudnie dokładnie opisać.

Znalazłem się zatem o piątej po południu w Adlonie i zaprowadzono mnie do sali błękitnej, urządzonej z marnotrawnym przepychem. Kilku panów było już obecnych. Osłupiałem, gdy podszedł do mnie Knarch. Zachowywał się, jakby nic między nami nie zaszło. Poczęstował mnie jak zwykle papierosem, opowiadał dowcipy i tryskał dobrym humorem. Staliśmy tak obok siebie i nie wiedziałem, czemu bardziej mam się dziwić: jego tupetowi czy opanowaniu. Wahałem się przez chwilę, czy mam mu napluć w twarz, czy potraktować jak dżentelmena, gdy oto podszedł do nas mężczyzna, który wydał mi się znajomy. Był to Kupetzky, twórca Luciludium. Pozdrowił nas z taką serdecznością, jakbyśmy wszyscy trzej byli braćmi.

Sala wypełniła się rozmaitymi ludźmi, na koniec przybył wreszcie sekretarz stanu, jak zwykle w obcisłym garniturze i z grubym cygarem w ustach. Powitał mnie krótko i rzekł cicho: Załatwię panu dobrą posadę.

Usadowiliśmy się na środku sali przy długim, nieprzykrytym niczym stole konferencyjnym ze szlachetnego lśniącego drewna.

Sekretarz stanu zajął miejsce u wezgłowia stołu, zadzwonił dzwoneczkiem, powstał i przemówił:

Szanowni państwo! Cieszę się nadzwyczaj, że byliście państwo tak dobrzy, by przybyć tu tak licznie w odpowiedzi na moje zaproszenie. Dziękuję wam za to serdecznie. Cel, dla którego w pewnym sensie jakby się tu dziś zebraliśmy, znany jest zapewne państwu z mojego listu. Chodzi o to, by w Berlinie, a ponadto w całych Prusach powołać do życia stowarzyszenie na rzecz popularyzacji sztuki, o którym to przedsięwzięciu pozwolę sobie od razu powiedzieć kilka słów.

Szanowni państwo! Jest państwu wiadomym równie dobrze jak mnie, że w ramach starego systemu sztuka była u nas w pewnym sensie jakby przywilejem elit, sprawą tak zwanej socjety, podczas gdy lud pracujący pozostawał skazany na kupowanie gipsowych figur w domu towarowym i zdobienie izb tanimi i kiczowatymi oleodrukami. Sztuka, szanowni zebrani, była dla ludu czymś w rodzaju hiriogriewy.

Urwał na chwilę i upił łyczek białego wina. Dosłownie powiedział „hiriogriewy”. Rozejrzałem się dookoła. Nikt tego nie wychwycił. Tylko Knarch, który siedział po ukosie naprzeciwko mnie, posłał mi osobliwe spojrzenie, zdradzające, że w duchu się śmieje.

Sekretarz stanu ciągnął dalej: Ten godzien pożałowania stan rzeczy musi ulec zmianie. Gdy lud nasz osiągnie w pewnym sensie jakby dojrzałość i nabierze politycznej mocy, zażąda jako swego dobrego prawa również udziału w dobrach kultury, a zwłaszcza sztuki.

Jako przewodnicy ludu musimy również w tym zakresie wskazywać drogę i wychowywać. Musimy założyć organizację, której zadaniem będzie umożliwić niższym warstwom społeczeństwa zarówno posiadanie sztuki, jak i czerpanie z niej radości i jej zrozumienie. Sztuka, jednym słowem, musi ulec demokratyzacji.

Wybuchł gromki aplauz. Ludzie klaskali jak szaleni. Wysoki, kościsty facet siedzący obok mnie zawołał głośno ponad stołem: A nawet socjaldemokratyzacji!

Sekretarz stanu ciągnął dalej: Jeżeli tak jest – a państwa reakcja to potwierdza – to musimy być w pewnym sensie jakby pierwszymi, którzy ludowi naprostują ścieżki do sztuki. Państwo nie jest wprawdzie w stanie inicjować takich działań, jednak moimi ustami wyjaśnia już dzisiaj, że będziemy mogli w pewnym sensie jakby liczyć na jego wsparcie.

To „w pewnym sensie jakby” zaczynało mi działać na nerwy. To zatem był wielki i szczwany sekretarz stanu. Poczułem się znudzony i ukradkiem przyjrzałem się pozostałym. Na prawo ode mnie siedział wspomniany wcześniej dryblas; miał zaciętą twarz partyjniaka i nie był niepodobny do szpica. Po mojej lewej siedziała otyła dama w sznurach fałszywych pereł na tłustej piersi, która po każdym słowie sekretarza stanu kiwała głową, jakby stale przemawiał jej do serca. Naprzeciwko mnie siedzieli młodsi ludzie w okularach oraz kilku siwych dziadków o wyglądzie dorożkarzy. Przed sekretarzem utworzyła się żydowska straż świątynna, której zdawał się przewodzić Kupetzky. Blisko niego siedział Knarch, bawiący się papierośnicą. Palił jednego za drugim.

Geyer paplał w pewnym sensie jakby dalej, ocknąłem się z zadziwienia dopiero wtedy, kiedy pod koniec referatu wspomniał o statystykach i zaakcentował to słowo na przedostatnią sylabę. Zakończył donośnym okrzykiem, bijąc pięścią w niewinny stół: Sztukę ludowi!

Było jak na wiejskim zebraniu. Wszyscy klaskali i długo nie dawali się uciszyć. Potem otwarto dyskusję. Jako pierwszy zgłosił się oczywiście Kupetzky. Powiedział:

Towarzysze! Ludzie pracy! Cel, który pan sekretarz stanu przedstawił w sposób tak formalnie doskonały, znajduje poparcie nas wszystkich. Myślę, że przemawiam w imieniu wszystkich obecnych, dziękując panu, panie sekretarzu stanu, za wiele wzruszeń, które wywołała w nas pańska głęboka przemowa. W imieniu wszystkich zgromadzonych zapewniam pana o naszym poparciu.

Mówił jeszcze długo. Potem gadali następni: kilku Żydów, kilku dorożkarzy, również otyła dama na lewo ode mnie wstała i oznajmiła: Jestem żoną burmistrza Puscha i zajmuję kierownicze stanowisko w ruchu kobiecym. Właśnie my kobiety pracujące łakniemy sztuki…

Knarch dostał fantastycznego ataku kaszlu.

… łakniemy sztuki i cieszymy się z powstania stowarzyszenia, któremu obiecujemy naszą cenną pomoc.

Koniec końców stowarzyszenie rzeczywiście się zawiązało i ma być wpisane do rejestru pod nazwą Stowarzyszenie na rzecz Promocji Sztuki wśród Mas Pracujących Niemiec „Sztukę ludowi!”. Kupetzky zaproponował skrótowiec Prosztumas, który został jednogłośnie przyjęty.

Potem odbyły się wybory do zarządu. Prezesem został w pewnym sensie jakby Geyer, pierwszym wiceprezesem Kupetzky, drugim pani burmistrzowa Pusch. Doradcą do spraw artystycznych doktor Knarch.

Następnie Geyer wstał i rzekł: Naturalnie do realizacji naszych zadań potrzebujemy pełnoetatowego sekretarza generalnego, orientującego się we wszelkich kwestiach związanych z obiegiem i promocją sztuki. Na to stanowisko proponuję mego drogiego przyjaciela Borna, którego niniejszym mam zaszczyt państwu przedstawić.

Został jednogłośnie wybrany, przy czym nikt nie wpadł na pomysł, by mnie zapytać, czy urząd przyjmuję. Wydawało mi się to wszystko jedną wielką błazenadą. Milczałem i rozbawiony czekałem na koniec tej historii.

Tenże nastąpił wkrótce. Wyznaczono kolejne posiedzenie na sobotę, zarząd ma tymczasem podjąć dalsze rezolucje.

Gdy wieczorem zdałem Corbowi i Löperowi udramatyzowaną relację z całej sprawy, dosłownie pokładali się ze śmiechu.

Panie sekretarzu generalny Prosztumasu, pańskie zdrowie, rzekł Corb, wznosząc toast za mnie i za lepszą przyszłość.

Löper jednak mruknął pod nosem: Absurd! Teraz mam tu dwóch generałów: generała-porucznika i sekretarza generalnego. Mnie jednak nikt nie mianuje generalnym radcą medycznym. Prosztumas! Tego Kupetzky’ego należałoby zrzucić z dachu jego Luciludium. Ten skrót jest dla mnie dowodem, że Żydzi pochodzą od Hotentotów. Cholerne świństwo!

Tak gderał jeszcze przez jakiś czas. Dopiero kieliszek czerwonego wina sprawił, że stopniowo się uspokoił.

 

Sobota, 14 grudnia

 

Dzisiaj mieliśmy posiedzenie zarządu w jednym z pomieszczeń budynku Izby Panów. Wspinając się po szerokich schodach, po których wcześniej stąpali władcy Prus, książęta, magnaci, kardynałowie i magnificencje, i dumając nad przemijalnością wszelkich ludzkich instytucji, spostrzegłem, że na półpiętrze stoi przy marmurowej balustradzie Knarch i spogląda na mnie z góry. Przywitał się ze mną i paląc przeszliśmy się parę razy po długim korytarzu.

Widzi pan, rzekł i zaśmiał się szyderczo, punktualność była niegdyś grzecznością królów. Od kiedy mamy demokrację, politycy zawsze się spóźniają.

Ja: Jestem zdumiony…

On: Jak to?

Ja: Stopromas, sztukę ludowi!

On: Dalibóg! Bzdura! Sztuka Żydów i ich towarzyszy. Co to znaczy lud, proszę pana?

Ja: Niech pan mówi ciszej.

On: Od mówienia w tym kraju trzeba się będzie niedługo całkiem odzwyczaić.

Ja: A zatem sercem nie jest pan do końca za całą sprawą?

On: Nie tyle nie do końca, co w ogóle nie jestem. Gdzie ja zostawiłem serce? Kiedyś myślałem, że również dziennikarz jest w stanie zachować jakiś rodzaj serca. Był to fałszywy wniosek. Brodzi się tu w bagnie, grzęźnie!

Ja: Kto pana zmusza?

On: Moje lenistwo.

Ja: Proszę powiedzieć, co pan myśli o panu Geyerze?

On: Nic.

Ja: To niewiele.

On: A jeżeli istnieje mniej niż nic, to proszę wziąć to. Zapali pan jeszcze jednego?

Ja: Kim był Geyer wcześniej?

On: Ogrodnikiem. Boże, w Japonii ogrodnicy tworzyli świętą gildię, a cesarz Chin w wolnym czasie zajmował się ogrodnictwem. Ale Geyer żył jedynie w wilhelmińskich Niemczech. Nie pasowało mu noszenie wody, rozdarł więc gębę i został partyjnym bonzą. W czasie wojny trzymał się blisko marynarzy i dzisiaj jest sekretarzem stanu. Mąż stanu z konewki, by tak rzec, obmyty wszelkimi wodami. Siedzi dzisiaj w dwudziestu radach nadzorczych i robi politykę kulturalną.

Ja: Żonaty?

On: Tak, z kelnerką, która jest dzisiaj przewodniczącą czerwonej ligi kobiet i popiera zniesienie paragrafu 218*, bo dwukrotnie już z niego siedziała.

Ja: Dzieci?

On: Broń Boże. Małżeństwo partnerskie.

Ja: A kim jest ten Kupetzky?

On: Żydem.

Ja: Czym jeszcze?

On: Cepem.

Ja: Wiedza nabyta?

On: Żadna.

Ja: Przeszłość?

On: Pomniejszy architekt w Budapeszcie. Głośno gardłował za Béli Kuhna. Potem uciekł i osiedlił się w Berlinie. Obecnie najbardziej wzięty z tutejszych architektów. Duży dom, auto, kto wie, może smarowane rosyjskimi pieniędzmi.

Ja: Czy czegoś też nie napisał?

On: Ależ oczywiście, wszyscy ci smarkacze przelewają swe tłumione kompleksy na bibliofilski papier. Ma ambicję, jak mi niedawno powiedział, prześcignąć swego ziomka Emila Ludwiga. Nakładem pewnego syjonistycznego wydawnictwa ukazały się już dwa jego dzieła. Jedno nosi tytuł Nowy dywan zachodnio-wschodni, czyli duch gliniany i znajdzie w nim pan wszystko od Habakuka i Salomona po Eisnera i Liebknechta. Grzech śmiertelny przeciwko duszy. Wzbudzający obrzydzenie zlepek fraz i świństw. Drugie zatytułowane jest Berlin: jaki był, jaki jest, jaki być winien. Jeżeli chce pan, żeby pana żółć zalała, musi ją pan przeczytać. Zrobi się pan żółty z wściekłości.

W tejże chwili na obitych wykładziną schodach pojawił się sekretarz stanu. Wspinał się ociężale, sapiąc jak hipopotam i przystając, by złapać powietrze.

Od młodości przyzwyczajony był chodzić po płaskim.

Przywitał się z nami bardzo serdecznie i przeszliśmy do niewielkiego salonu, który wyglądał, jakby widywał już lepsze towarzystwo. Zaraz potem nadszedł Kupetzky w nowym garniturze w kratkę; jego spodnie przypominały damską spódnicę. Aż się prosił o policzek.

Wreszcie wtoczyła się pani Pusch i byliśmy w komplecie.

Geyer otworzył posiedzenie i podał do wiadomości, iż dla zarządu wynajęte już zostało biuro na Motzstrasse przy Nollendorfplatz. Partia socjaldemokratyczna rozpoczęła już rekrutację członków. Inicjatywę poparł też cały szereg panów i pań z towarzystwa, ze świata nauki, polityki i finansów. Prosił o dalsze sugestie.

Kupetzky naturalnie jako pierwszy zabrał głos i długo rozwodził się nad tą godną pożałowania rzeczą, iż ze względu na święta Bożego Narodzenia również bardzo wielu szanowanych robotników-socjalistów wydaje ciężko zarobiony grosz na zakup choinki, świeczek, anielskich włosów i żłóbka, czy jak się to całe chrześcijańskie badziewie nazywa, ten kleszy plądrunek i sentymentalne bzdury. Prosztumas miałby tu zatem doskonałą sposobność, by zaproponować alternatywę, stworzyć nowy początek i ozdobić dom świadomego klasowo robotnika sztuką prawdziwie socjalistyczną.

Szanowni zebrani, rzekł, musimy doprowadzić do tego, by niedługo nad każdym robotniczym łożem małżeńskim wisiał zamiast znanego kiczowatego anioła stróża albo oleodruku z Kaplicą Sykstyńską obraz z rosyjskiej rewolucji. Wyjeżdża Thorvaldsenowski Chrystus, ta gipsowa brednia, wjeżdża głowa Darwina, albo Lenin z brązu, albo, jeżeli wolicie, kwalifikowany akt. Musimy przenieść rewolucję z ulicy do robotniczego mieszkania, rozumiecie? Musimy…

Knarch tymczasem rysował wzorki na marginesie gazety i odpalał jednego papierosa od drugiego. Kiedyś ktoś mi powiedział, że jest jedynym człowiekiem w Berlinie, który nigdy nie potrzebuje zapałek.

Napisałem mu na kartce: Zakopci się pan na śmierć!

Odpisał: Czym innym miałby się człowiek utrzymywać przy życiu?

Kupetzky mówił i mówił. Mówił dla nas czterech osób o wiele za głośno. Oczami wyobraźni widział może przed sobą miliony.

Odpisałem Knarchowi: Co uważa pan za sens życia?

Zawahał się na moment, wydmuchnął Kupetzky’emu w twarz okropną chmurę gryzącego dymu i napisał na kartce: Płynięcie z prądem!

Odpisałem mu: A ja – pod prąd!

Wreszcie Kupetzky skończył i usiadł wyczerpany na krześle. Skubał nerwowo swoje damskie spodnie.

Geyer poszedł po rozum do głowy i już nie udzielił nikomu głosu. Podsumował w pewnym sensie jakby propozycje Kupetzky’ego i własne, po czym zamknął posiedzenie, prosząc mnie jednocześnie, bym pojutrze zaczął organizować się w biurze na Motzstrasse.

Na dole pożegnałem się z uczestnikami spotkania. Znowu śnieżyło. Leipziger Strasse była chaosem białych płatków. Na środku Potsdamer Platz w kilku miejscach leżał śnieg.

Pojechałem pociągiem do Poczdamu i pogrążony w rozmyślaniach szedłem przez Długi Most. Sens życia? Czego już próbowałem? Życia samego, ja, pieniędzy. Knarch, Hilda, Aleppo. I to wszystko nie było to. To wszystko okazało się kruche. Pierwsza z tych osób straciła serce, druga samą siebie, a trzecia wzrok. Czym zatem jest ten sens? Nic już nie znajdowałem.

Na końcu mostu, gdy miałem skręcić na plac pałacowy, stał starszy człowiek i sprzedawał zapałki. Było mroźno. Nikt nie zwracał na niego uwagi. On nic nie mówił, nie wołał, nie lamentował, nie opowiadał o lepszych czasach – tylko marzł. I to dziesięć dni przed Bożym Narodzeniem! Muszę przyznać, że zrobiło się go żal. Dałem mu markę i nie wziąłem zapałek. Spojrzał na mnie i coś wyjąkał.

Czy nie powinieneś – zapytałem sam siebie – jakoś pomóc tym ludziom, tym biedakom, którzy wszędzie włóczą się po ulicach i marzną? Czy nie powinieneś zrobić czegoś, co nadałoby twemu życiu sens? Nawet jeżeli tylko pomniejszy?

Do domu dotarłem całkiem zaśnieżony. Corb nie czuł się najlepiej i kazał mi przekazać, że mam pościelone w domku kawalerskim. Leżał w łóżku i już spał, kiedy wróciłem. Idąc przez ogród, poczułem, że zrobiło się jeszcze zimniej. Nie mogłem przestać myśleć o sprzedawcy zapałek z Długiego Mostu.

W salonie czekała na mnie wspaniała kolacja, herbata, kanapki, butelka rumu. W srebrnej kasetce leżały papierosy marki Queen. Było ciepło i przytulnie.

Ale jakoś mi nie smakowało. Coś zepsuło mi apetyt.

Pobuszowałem chwilę w bibliotece.

I jakie to wszystko dziwne – zdecydowałem się na Parsifala Wolframa von Eschenbach i zatopiłem się w lekturze.

Każda książka ma swoją godzinę i każdą czytamy tak naprawdę raz w życiu i nigdy więcej. Gdy bowiem daną książkę raz porządnie przeczytaliśmy, to wystarcza. Więcej jej nie potrzebujemy. Zapamiętujemy ją, ale nie musimy już jej zdobywać.

I gdy szedłem spać, w głowie miałem jedno słowo: współczucie! I teraz znam już ostateczny sens życia: cierpienie to konieczność, ale współczucie to najgłębszy sens człowieczeństwa.

 

Niedziela, 15 grudnia

 

Do mojej małej sypialni wpływa dźwięk dzwonów. Od mas śniegu na zewnątrz jest tu w środku niebywale widno. Nie chce mi się wstawać.

Matowe poranne słońce pada na złocone grzbiety książek, a piec, w którym gosposia już rozpaliła, wydziela przyjemne ciepło. Jest pięknie i spokojnie.

Przyszedł list od Renaty. Chce przyjechać w Wigilię. Mam ją odebrać ze Schlesischer Bahnhof, jedzie przez Oderberg i Wrocław. Robię notatkę w kalendarzu.

Potem pokojówka przynosi poranną kawę i makowiec, który generał-porucznik uwielbia.

Pytam, jak zdrowie jego ekscelencji.

Lepiej, odpowiada dziewczyna, ekscelencja pojawi się na śniadaniu.

Przyszły również gazety. Czytam to i owo. Natrafiam na następującą notkę: Wczoraj rano w Tiergarten w pobliżu dworca Bellevue znaleziono na parkowej ławce zamarzniętego bezdomnego mężczyznę. Zwłoki przewieziono do zakładu medycyny sądowej.

Wstydzę się nagle mego ciepłego łółżka. Wstydzę się mojego pięknego domu, srebrnego imbryka z kawą i świeżego makowca. Wstaję markotny i spędzam przedpołudnie na otępiającej pracy, jaką jest sortowanie starych, znoszonych krawatów.

 

Poniedziałek, 16 grudnia

 

Około ósmej rano jestem już na Motzstrasse przy Nollendorfplatz. Nowy, biały szyld widnieje w pewnym sensie jakby między dwoma starymi. Najwyższy głosi: Dr Alexander Rosettenstein, adwokat i notariusz. Najniższy: Ilse Knapp. Makiniur – Pedikiur – Masaż. Środkowy zaś: Prosztumas. Sztukę ludowi! Stowarzyszenie na rzecz Promocji Sztuki wśród Mas Pracujących Niemiec. Tu należę. To zatem będzie teraz moje poranne i wieczorne pozdrowienie: Prosztumas!

Czeka na mnie rezolutna maszynistka w krótkiej spódnicy. Do dyspozycji są trzy pokoje: jeden dla mnie, jeden na biuro i gabinet na spotkania.

A zatem jestem tu. Co ja tutaj robię? Mam przybliżać sztukę masom? Ale jak? Lepiej byłoby marznącemu na Motzstrasse dostawcy piwa przybliżyć grube pęto pasztetowej, a licho odzianemu mężczyźnie zbierającemu pety z chodnika – skrzynkę Virginii.

Według wskazówek Geyera wysyłam do stu artystów w Berlinie i Marchii list następującej treści:

 

Berlin, data stempla pocztowego

Prosztumas

Sztukę ludowi!

Stowarzyszenie na rzecz Promocji Sztuki wśród Mas Pracujących Niemiec

 

Szanowni Państwo,

jeżeli jesteście zainteresowani działaniami na rzecz pożytku publicznego prowadzonymi przez nasze Stowarzyszenie, jak również udziałem w wystawie skierowanej do ludności pracującej Berlina, uprzejmie prosimy niniejszym o odwiedzenie naszego biura i rozmówienie się z dyrektorem. Na wystawę bożonarodzeniową przyjmujemy wyłącznie obrazy, rzeźby i wyroby rzemiosła artystycznego, które zarówno pod względem zawartości duchowej, jak i ceny dostępne są dla ludu pracującego.

W oczekiwaniu na państwa wizytę pozostajemy

 

z poważaniem,

V. J. Born

dyrektor

 

Czwartek, 19 grudnia

 

To, co przeżyłem przez ostatnie trzy dni, jest tak nie do opisania, że muszę zadowolić się naszkicowaniem bladych zarysów mizerii. Różnorodne odcienie niedoli i rozpaczy, mroczne cienie nienazwanych wyrzeczeń, groteskowe intermezza naiwnego świata wyobraźni, występy dramatyczne i liryczne – tego wszystkiego nie sposób oddać. Jednak nigdy tego nie zapomnę. Czuję się tak, jakbym wyszedł z teatru lumpów. A ten niefortunny list, który w swym zaślepieniu wysłałem, był niczym ogar piekielny, który zamienił mój gabinet w Łysą Górę i istne inferno. Ten po trzykroć przeklęty list!

Już we wtorek rano zjawili się pierwsi artyści, elokwentnie zachwalający mi swe dzieła. Niemal wszyscy w miarę możliwości nieśli obrazy pod pachą, tak że zanim się obejrzałem, mój gabinet zamienił się w salon sztuki. W każdym rogu kucała jakaś rzeźba, o każdą ścianę opierały się tuzinami obrazy, markijskie pejzaże, sceny wielkomiejskie, martwe natury, kwiaty, akty i kto wie co jeszcze. Stoły zastawione były metaloplastyką mosiężną i żelazną, oprawami książkowymi, abażurami, łańcuchami, wycinankami, grafikami, mydłem i powidłem.

Ledwie zjawili się pierwsi, gdy przyszli następni. Wszyscy mówili naraz, każdy krzyczał i robił wrzawę, wielu zatknęło sobie w koszulę czerwony goździk, by mi dowieść, że mają lewicowe poglądy. Bóg jeden wie, skąd wzięli te kwiaty w środku zimy. Może były z papieru.

O jedenastej w gabinecie było już sześćdziesiąt do siedemdziesięciu osób. Otwarto drzwi do mojego pokoju oraz do biura i strumień dzieł wpłynął teraz również w te spokojne zatoki, pokrywając niesionym śmieciem wszystkie stoły, krzesła, ławki i parapety. Powoli zaczynałem się bać.

Większość przybyłych myślała, że od razu odkupię od nich ich prace, i starali mi się wyjaśnić, że ich ceny są naprawdę proletariackie. Nieustannie otaczał mnie frymarczący tłum.

Wysoki, kościsty mężczyzna z Nietzscheańską bródką raz po raz tykał palcem wskazującym górny guzik mej kamizelki, powtarzając chrapliwie: Małych rzeczy nie maluję! Rozumie pan? Małych rzeczy nie maluję. Pracuję w dużych formatach. Moje prace mogłyby zdobić domy związkowe i przedszkola, rozumie pan? Zna pan twórczość Hodlera? W tym stylu! Proszę odwiedzić moją pracownię, będzie pan zdumiony. Małych rzeczy nie maluję!

Drobna, otyła, ruchliwa dama trzymała mi przed oczami kutą mosiężną misę i wołała falsetem: Proszę samemu powiedzieć, czy to nie śliczna rzecz? Uczyłam się w Payżu. Oddam to arcydzieło za dwieście marek. – Gdy uciekałem do innego kąta, natychmiast biegła za mną i podstawiała mi misę pod nos niczym spluwaczkę.

Młody blondyn w rozchełstanej koszuli kusił mnie swymi niesłychanymi kobiecymi aktami i mówił tylko jedno: A to jak? Przy tym jego głodne jabłko Adama podnosiło się i opadało tak, że litość brała.

Dłużej już nie mogłem. Odsunąłem zalegające na środku stołu wycinanki i litografie, wskoczyłem na blat i zawołałem w tumult: Spokój, spokój, silentium!

Zapanował niejaki spokój. Tylko Nietzscheańska bródka dalej mnie błagał, żebym odwiedził jego atelier. Do pioruna, no dobrze! warknąłem. Wtedy i on się uspokoił.

Wziąłem głęboki oddech i wygłosiłem następującą przemowę:

Panie i panowie!

Mówi się: towarzysze! wykaszlał rozchełstany.

Oczywiście, powiedziałem, jesteśmy wszyscy towarzyszami. Ponieważ jednak my artyści mamy być przecież solą ziemi, to mówię: panie i panowie! A zatem moi państwo! Sami widzicie, że w ten sposób nigdzie nie dojdziemy. Posiadam tylko dwoje uszu i dwoje oczu. Zrobimy to więc w ten sposób, uważajcie dobrze, moi państwo: Tymi z was, których nazwiska zaczynają się na litery A–H, zajmę się dzisiaj. Osoby te proszę o pozostanie. I–Q zapraszam na jutro, R–Z na pojutrze. Sami będziecie musieli przyznać, że tak jest lepiej.

Po drugie proszę o przyjęcie do wiadomości rzeczy następującej: ani ja, ani nasze stowarzyszenie nie jesteśmy nabywcami waszych dzieł, chcemy jedynie urządzić wystawę, na której znajdą one kupców.

Na twarzach stojących przede mną odmalowała się głęboka rozpacz. W widnym pomieszczeniu zrobiło się nagle szaro. Nietzscheańska bródka trząsł się z rozdziawionymi ustami jak idiota.

Ja osobiście, ciągnąłem, mam jedynie możliwość zakupić pojedyncze drobne prace na nagrody w loterii. Podkreślam wszelako, że fundusz, który mam do dyspozycji, jest nadzwyczaj ograniczony.

Proszę więc teraz osoby o nazwiskach zaczynających się na A–H o pozostanie, a resztę z państwa o przybycie jutro, ewentualnie pojutrze.

Zszedłem ze stołu i zacząłem kierować tych pierwszych w stronę biura, pozostałych starając się zachęcać do wyjścia: Proszę przyjść jutro. Pojutrze będę się bardzo cieszył z pana wizyty! Bywajcie! Ależ oczywiście że jestem u pana w atelier pojutrze wieczorem! Daję słowo! Panienko, proszę zaraz zapisać adres tego pana! Do widzenia!

Bóg był dla mnie łaskaw. Pół godziny później w gabinecie były już tylko dwadzieścia cztery osoby. Kazałem zamknąć główne drzwi i zapaliłem papierosa. Rozchełstany, które stale trzymał się blisko mnie, połknął błękitny dym, jakby miał dzięki temu doznać objawienia.

Następnie udałem się do biura i tam kazałem wpuszczać ludzi pojedynczo w kolejności alfabetycznej.

I znowu zaczęła się długa litania zaklęć, próśb, mrożących krew w żyłach występów, wcześniej przeżywanych jednocześnie, teraz po trochu i w odpowiedniej dozie. W środę i dzisiaj tak samo. Od dziesiątej rano do szóstej wieczorem. Piłem do tego mocną czarną kawę i paliłem papierosy. Raz po raz częstowałem nimi złaknionych artystów i zawsze spotykało mnie wdzięczne spojrzenie, gdy pozwalałem im sięgnąć do kasetki. Było jak na wojnie, gdzie jeden papieros znaczył nieraz więcej niż bochenek chleba czy połeć słoniny.

Opiszę – spróbuję opisać – co poniektórych z tych nieszczęśników, którzy utkwili mi w pamięci.

Pierwszego dnia przyszedł mężczyzna nazwiskiem Blauwaldt, malujący pejzaże: sosnowe lasy, zamki, chłopskie chaty. Głowę miał jak Dostojewski, ciężką i zamkniętą. Kołnierzyk jego koszuli już dawno stracił pierwotną biel. Był nieogolony, a długa plereza spadająca na kołnierz płaszcza przypominała hełm kirasjera. Pewnie z tego powodu starał się nie odwracać. Gdy zaoferowałem mu papierosa, wypalił go dosłownie w trzech pociągnięciach, tak głęboko się zaciągał, i zauważyłem, że twarz mu poczerwieniała, jakby napił się mocnego trunku. Gdy wybrałem cztery jego obrazy na wystawę i jeden kupiłem za siedemdziesiąt marek na nagrodę w loterii – przedstawiał fragment Puszczy Marchijskiej z okolic Chorina – usiadł na krześle i powoli się do mnie przysunął. Wyjąłem portfel i położyłem na stole siedem dziesięciomarkowych banknotów. Wstał, rzucił się ku pieniądzom jak szakal i chwycił je wszystkie naraz w garść, tak że trzymał teraz kulkę zgniecionych papierów. Wepchnął je do kieszeni spodni. Potem nieopisanie brudną chustką otarł sobie z czoła pot lęku, coś wymamrotał i ruszył ku drzwiom, do ostatniej chwili nie spuszczając ze mnie wzroku, jakbym mógł jeszcze wstać i go obrabować.

Odetchnąłem głęboko: Następny proszę!

Drugiego dnia zjawiła się młoda dama przedstawiająca się jako Anneli Linzmeier, autorka uroczych martwych natur z kwiatami. Długo i wnikliwie przyglądałem się obrazom, co jakiś czas zerkając na malarkę. Zobaczyłem, że jest ciężko chora na płuca. Mimo tego była zgrabna i ogniście piękna.

Ja: Od kiedy panienka maluje?

Ona: Wcześniej pracowałam w filmie. Dopiero dwa lata temu zwróciłam się ku sztukom plastycznym.

Nagle podeszła bliżej, objęła mnie i pocałowała, aż się prawie przestraszyłem. Patrząc mi prosto w oczy, powiedziała: Jestem zawsze do pańskiej dyspozycji, panie doktorze.

Nie wiedziałem, co powiedzieć. Zapewne myślała, że w malarstwie, podobnie jak w filmie, droga do sukcesu prowadzi przez sypialnię wpływowych mężczyzn. Ależ nie, moja panno, odparłem, myli się pani. Nie jestem żadnym reżyserem teatralnym. Interesuję się pani twórczością, nie tym, jaką bieliznę pani nosi. – Wziąłem trzy obrazy na wystawę i wyrzuciłem ją za drzwi.

Geyer dał mi w środę rano jeszcze tysiąc marek na zakupy, tak że łącznie miałem do dyspozycji dwa i pół tysiąca. Miałem szczęście.

Rozchełstanemu też chciałem pomóc, ale nie było to łatwe. Malował same kłopotliwe rzeczy. Chciał mi wmusić między innymi obrazek z kliniki położniczej. Odkupiłem odeń wreszcie dwie małe sceny z kąpieli, które były całkiem ładne i z daleka przypominały Renoira, gdy się mianowicie zamknęło oboje oczu. Widziałem z okna, jak się żarłocznie objada przy budce z kiełbaskami na Nollendorfplatz.

Dzisiaj wieczorem odwiedziłem Nietzscheańską bródkę. Nazywa się Pilikowski i mieszka w ponurej okolicy w Moabit.

Wspiąwszy się na czwarte piętro, stanąłem zdyszany przed niewielkimi drewnianymi drzwiami, obok których wisiał sznurek dzwonka. Zanim zdążyłem zań pociągnąć, Pilikowski sam otworzył.

Wszedłem na ogromny strych. Z góry spozierały nagie krokwie, między jętkami pozawieszano obrusy, tworząc niewielkie przepierzenia, które jednak w żaden sposób nie pomniejszały przestrzeni. Panowało tu dotkliwe zimno. Jedna połać stromego dachu była przeszklona, na wielkich szybach leżał śnieg. Pośrodku całości stał niewielki żelazny piecyk, zwany tu „wilkiem”, i pałał złośliwie. Duża elektryczna lampa-kula rzucała krąg bladego, upiornego światła, które jednak nie miało szans dotrzeć w najrozmaitsze zakamarki.

Musiałem dopiero stopniowo przyzwyczaić się do otoczenia. Zostałem w płaszczu, tłumacząc się grypą.

Pilikowski, najwyraźniej Polak z urodzenia, malował ogromny bohomaz, dzielący niemal całe pomieszczenie na dwie części.

Co pan tam maluje? zapytałem.

To będzie, mój najlepszy panie, zadeklamował, Śmierć Sardanapala. – Pociągnięciem za sznur zmienił położenie łukowej lampy, która niczym żywe stworzenie, niczym świetlista meduza czy fantastyczny robaczek świętojański przysunęła się bliżej płótna.

Teraz co nieco rozpoznałem. Wszystko było tu jednak za duże i zbyt stłoczone, by ogarnąć całość jednym spojrzeniem. Trzeba było postępować krok za krokiem.

Centralna część obrazu była już ukończona. Przedstawiała babilońskiego króla na ogromnym stosie, otoczonego przez niezliczone małżonki, podczas gdy nad jego głową wznosił się już płomień, wydymający się niczym ognisty żagiel na okręcie przeznaczenia, niosącym króla do krainy umarłych.

Kompozycja była barbarzyńska. Zasady perspektywy wydawały się tu nieznane, nie dało się również wykryć żadnych odcieni pośrednich – wszystko namalowane było tymi samymi jaskrawymi barwami, bliskie czy dalekie, małe czy duże, istotne czy nie. Był to najokropniejszy weryzm, jaki dotąd widziałem. Bezwstydnie szczerzyło się tu do widza tyle nagiego ciała, że po takiej ilości sadła miało się ochotę na łyk czegoś mocniejszego.

Elektryczne światło sprawiało, że przepalone kolory wydawały się jeszcze bardziej przepalone. Było to nie do zniesienia.

On stał z założonymi rękami nieco z boku i przyglądał mi się. Z ilu modelek pan tu korzystał? zapytałem. Tylko z jednej, odparł smutno i zaklaskał w dłonie niczym sułtan. Zza przepierzenia wyłoniła się drobna, wychudzona dziewczyna, owinięta w obrus. Ukośnie przez jej tułów biegł haftowany napis: Schultheiss-Patzenhofer.

Następnie Pilikowski poprowadził mnie ku ścianom bocznym, cały czas ciągnąc za sobą lampę. Żonglował nią niczym marynarz żaglem. Tu stały rzeczy przeokropne: Ukrzyżowanie, rewolucja rosyjska, wojna światowa jako apokalipsa, sceny z oblężenia Port Artur, Neron, Napoleon, Filip II – setki krzykliwych, wrzaskliwych, rozszalałych, przepalonych, krwawych obrazów. Zrobiło mi się słabo.

Kazałem dziewczynie przynieść z dołu coś do jedzenia i zapaliłem papierosa.

Odkupimy od pana jeden obraz, rzekłem do Pilikowskiego. Ile kosztuje Neron?

Trzysta marek, powiedział na wyrost. Dwieście też wystarczy, odparłem i od razu wręczyłem mu cztery pięćdziesiątki, jednak nie z kasy Prosztumasu, a z własnej kieszeni. Jutro przyślę kogoś po obraz, rzekłem i poszedłem.

Widziałem jeszcze, jak dziewczyna siada przy stole i chciwie pożera gorącą sałatkę ziemniaczną, podczas gdy malarz odprowadził mnie do schodów. Moje uszanowanie, najlepszy panie, powiedział i skłonił się.

Popędziłem do domu, jakby gnała mnie zmora, i teraz siedzę w domku kawalerskim i zapisuję to wszystko. Jakiż niezwykły świat! Jakaż fantastyczna niedola! Należałoby raczej powołać stowarzyszenie w celu nakarmienia głodnych artystów. To mną wstrząsa. Ciągle przed biurkiem staje Nietzscheańska bródka i mówi: Moje uszanowanie, najlepszy panie. I Blauwaldt wtyka zwitek banknotów do kieszeni i panna Linzmeier gotowa jest rozpiąć bluzkę.

Wszechmocny Boże! Oto, co nazywam nędzą. I gdyby nie było to takie śmieszne, to musiałby człowiek płakać przez całą noc. I więcej, musiałby wymyślić środki i sposoby na to, by pomóc tym ludziom.

Cierpienie to potrzeba najwyższego rzędu, ale współczucie to najgłębszy sens człowieczeństwa.

 

Niedziela, 22 grudnia

 

Dzisiaj o dziesiątej rano nastąpiło otwarcie pierwszej wystawy Prosztumasu w wynajętych salach przy Spittelmarkt.

Zgromadziłem około trzystu obrazów, rzeźb i większych przedmiotów rzemiosła artystycznego. Artystów zachęcałem, by ceny utrzymali w proletariackich granicach, a tam gdzie nie było to możliwe, pokryłem różnicę z kasy stowarzyszenia.

Na Leipziger Strasse wynająłem dwie duże witryny i wstawiłem tam nagrody loterii Prosztumasu.

O tyle, o ile było to możliwe w przeciągu krótkiego czasu, stworzyłem rzecz w miarę spójną. Niemal wszystkie wystawione prace dostosowane są do horyzontów ludu pracującego, przy czym nie zniżają się do jego poziomu, a raczej starają się go podnieść.

Tematyka prezentowanych dzieł jest najróżniejsza: są tu pejzaże, weduty, przedstawienia fabryk i zakładów pracy, portrety sławnych ludzi, obrazy z dziećmi i z kwiatami, akty, dzieła marynistyczne, wycinanki, grafiki. Do tego przedmioty użytkowe, lampy, patery, misy, dywany i tak dalej.

Sam się z tego teraz cieszę. Geyer poklepał mnie swą wielką piąchą po plecach i rzekł: Dobra robota, Born, as z pana!

Tylko Kupetzky uznał wystawę za zbyt mało waleczną, zbyt mało świadomą klasowo. To jest dla drobnomieszczan, krzyknął zeźlony. Czy ktoś tu gdzieś czuje powiew rewolucji? Wystąpię z zarządu, panie Born. Bojkotuje pan naszą słuszną sprawę. Myśli pan, że pozwolę, by moje dobre imię zostało zbrukane?

Zdębiałem. Knarch, który stał obok, zaciągnął się spokojnie papierosem i rzekł: A ma pan dobre imię?

Kupetzky wybałuszył nań oczy i zawołał: A co to ma znaczyć? Czy nazwisko Kupetzky nic panu nie mówi?

Tak, odparł Knarch, ale przed 1917 rokiem nazywał się pan przecież Kuhpisser.

Kupetzky pobielał całkiem na twarzy, obrócił się na pięcie i wybiegł na zewnątrz.

Narobi pan sobie kłopotów, powiedziałem do Knarcha.

Ależ skąd, odparł. Takich impertynentów trzeba traktować po impertynencku. Poza tym napiszę panu świetną recenzję. Znowu wykonał pan rzecz popisowo.

Muszę powiedzieć, że w tej chwili go lubiłem.

To, jak mnie obronił przed Galicjaninem, kazało mi wiele zapomnieć. Może jest dżentelmenem-dekadentem, ale wciąż dżentelmenem.

Dzięki przeprowadzonej przeze mnie energicznej kampanii prasowej wystawa cieszyła się dużym powodzeniem. Robotnicy jednak nie przychodzili w ogóle. Nie przychodzili żadni przedstawiciele ludu pracującego, ani proletariusze.

Przychodzili notable, którzy w demokracji stale muszą udawać, że są z ludem za pan brat. Przychodzili partyjni bonzowie, chwaląc to i ganiąc tamto. Przychodzili mieszczanie i drobnomieszczanie, nabywając tę czy inną rzecz za niewielkie pieniądze. Obrazy, które zamiast w aneksie kuchennym będą teraz wisieć w dębowej jadalni. Przychodzili Żydzi ze swymi żonami, zawsze obecni tam, gdzie chodzi o poczucie wspólnoty. Przechadzali się dumnie w swych futrach i ze swymi lornetkami, napawając się dreszczykiem emocji przed postaciami Käthe Kollwitz. Jak to miło ubrać się w jedwabną koszulę i trącić lumpa czubkiem lakierka. Znane perwersje. Przychodzili filozofowie społeczni i studenci, obcokrajowcy i wielcy bankierzy, ale robotnicy niestety nie.

Przepraszam, byłbym skłamał. Przyszli dwaj robotnicy i wszystko bardzo dokładnie obejrzeli. Wyglądali na bezrobotnych.

Długo stali przed aktami rozchełstanego. Potem jeden z nich podszedł do mnie i zapytał o cenę konkretnego obrazu. Siedemdziesiąt marek, odpowiedziałem. Wrócił do swego towarzysza, poszeptali chwilę i zaraz potem poszli.

Już widzę, że będzie z tego wielka plajta. Z robotników żaden nie ma pieniędzy do wydania na tak zwaną sztukę, choćby to miało być tylko dwadzieścia marek.

Żal mi jedynie artystów, pokładających całą swą nadzieję we mnie i w Prosztumasie. Wbrew poleceniu, jakie otrzymałem ze stowarzyszenia, by osoby spoza klasy robotniczej odwodzić od zakupu, z całą premedytacją postępuję teraz odwrotnie. Namawiam ich do kupna. Wiem, że łamię polecenie, ale i tak to robię. Żal mi proletariuszy sztuki.

Dzisiaj sprzedałem czternaście prac: dwanaście obrazów, wycinankę i kolorowy batikowy abażur. I to się nazywa złota sobota.

O piątej każę zamykać, bo od pół godziny nikt nie przyszedł. Prąd jest drogi.

Na dworze znowu pada śnieg; tak zimno jeszcze nie było.

 

Poniedziałek, 23 grudnia, rano

 

Dziś w nocy miałem bardzo osobliwy sen, nieco przypominający ten sprzed kwartału.

Znowu byłem na Moście Karola i patrzyłem na Hradczany. Blady, spłowiały zmierzch wisiał nad miastem, jakby miał nadciągnąć grad. Wełtawa była siarkowożółta i lśniła. Pamiętam, że bardzo się jej dziwiłem.

Nagle rozdzwoniły się za mną na Starym Mieście wszystkie dzwony i z kościoła krzyżowców zaczęły wychodzić setki ludzi. Wszyscy szli na wysokich szczudłach. Większość niosła obrazy pod pachą, wszystkie oprawione w kosztowne złocone ramy. Na czele kroczyła trójka: Nietzcheańska bródka, Blauwaldt i pomiędzy nimi Linzmeierówna, nie w spódnicy, lecz w niebieskich spodniach.

Tych troje widziałem całkiem wyraźnie. Za nimi ciągnęło na szczudłach nieprzeliczone mrowie im podobnych. Szli wszyscy przez most, a rozchełstany stał na balustradzie i wybijał takt, wołając: Lewa, lewa, lewa, lewa!

Na końcu, bez szczudeł, szedł stary ślepiec, w którym rozpoznałem Aleppa.

Ten straszny infernalny korowód skierował się przez most ku Maléj Stranie.

Tu zdałem sobie sprawę, że obok mnie stoi wielka czerwona armata, obsługiwana przez Corba. Rzekł do mnie: Trzeba by strzelać wzdłuż mostu, wtedy wszyscy zginą!

Przestraszyłem się tych słów i dłońmi zakryłem wylot lufy, błagając starego, by nie strzelał.

Wełtawa lśniła siarkowożółto.

Korowód szczudlarzy dotarł na Hradczany. Jak szaleńcy wpadali do zabytkowych komnat.

I teraz nastąpiło niepojęte, coś, czego nie potrafię opisać: przez zamek przeszedł jakby pożar. Z każdego z niezliczonych okien wywieszono obraz: pejzaże, akty, martwe natury z kwiatami, portrety – setki i setki obrazów.

I chociaż wciąż stałem na Moście Karola, to widziałem każdy pojedynczy obraz bardzo wyraźnie, jakby dzieliło mnie od niego zaledwie kilka kroków.

I chociaż wszystkie te obrazy były mi dobrze znajome, to teraz wydały się mi przepełnione jakąś tajemniczą złością. Wszystkie były złowrogie i przerażające.

I gdy tak stałem i patrzyłem, niebo nad Strachovem zrobiło się całkiem błękitne; był to błękit nie do opisania, ten błękit, który malował tylko jeden twórca – Altdorffer.

Na mury klasztoru wszedł teraz mnich, podniósł obraz i uczynił nim znak krzyża. I znowu mogłem dokładnie rozpoznać dzieło. Było to Święto Różańcowe Dürera. Wtedy szczudlarze w zamku zaczęli wrzeszczeć, wygrażać w stronę klasztoru pięściami i ciskać przekleństwa.

Corb jednak obrócił czerwoną armatę i wystrzelił w okna rozżarzoną, parującą kulę.

W jednek chwili barwna, ogromna ściana obrazów zachwiała się niczym teatralna kulisa, po czym zwalił się z wielkim hukiem do Wełtawy i teraz do wielu komnat zabytkowych pałaców można było zajrzeć niczym do pustego plastra miodu. I w każdym obnażonym pomieszczeniu stał człowiek i płakał.

Wtedy się obudziłem.

Również tego snu nigdy nie zapomnę. Śnię niewiele, ale moje nieliczne sny są tak wyraźne i tak rozdzierające serce, że ich wspomnienie jeszcze długo mnie prześladuje i staje mi przed oczami jak fresk, który został zakryty, ale wciąż wyłania się spod warstwy tynku.

 

Wtorek, 24 grudnia

 

Wigilia. Przedpołudnie spędziłem na przygotowywaniu wraz z Corbem i Löperem sześćdziesięciu pięciu paczek dla najuboższych artystów. Ci dwaj przekazali mi na ten cel niewielką sumę. Każda paczka zawiera cygara i papierosy, kawę i herbatę, suchą kiełbasę, mąkę, herbatniki, wino i bieliznę. Do tego gałązka jodły i bożonarodzeniowa świeczka.

Myślę, że będą się bardzo cieszyć. Największą radość mam oczywiście ja i wiem, co muszę zrobić. Pożegnam się z Prosztumasem i założę coś w rodzaju pomocy dla artystów. Geyer musi mi w tym pomóc. Knarch też. Ta myśl o czynnym współczuciu raduje mnie.

Poczta kazała dopisać nadawcę. Uczyniłem to zatem, chociaż wolałbym zachować anonimowość. Ale może tak jest lepiej.

O trzeciej paczki zostają zabrane. – Pojechałem do Berlina na Schlesischer Bahnhof, by odebrać Renatę.

Punktualnie za kwadrans piąta pospieszny ze Śląska wtoczył się na peron. Renatę ledwie poznałem. Ależ elegancka z niej dziewczyna! To wprawdzie moja siostra, ale muszę powiedzieć, że jest piękna jak młody dzień. I tak umieją ubierać się tylko Wiedenki. Bez wielkiego zbytku, za to szykownie i nader schludnie.

Jestem ogromnie szczęśliwy. Obejmujemy się jak para zakochanych, przekazujemy kufry tragarzowi i jedziemy autem do miasta.

Renata jest w Berlinie po raz pierwszy. Wszystko chłonie z niekłamaną radością i wydaje się wdzięczna za każdą informację.

Wieczorem jedziemy do Poczdamu. Trzeba mi przedstawić ją Corbowi. Będziemy mieszkali razem w domku kawalerskim.

Stary był nią dosłownie zauroczony. Widzi pan, rzekł do mnie po cichu, taka była moja żona w młodości, dokładnie taka. Również Löper jest szarmancki wobec panienki z Wiednia i zachowuje się po rycersku.

Mieliśmy piękną wieczerzę wigilijną. Stary zapalił świeczki na choince i zadbał o to, by wszystkich nas obdarować. Ja dostałem dzieła zebrane Stefana Georgego w skórze i pergaminie, Löper antykwaryczne wydanie historii wojny siedmioletniej Kuglera z rycinami Menzla, Renata wreszcie uroczy bursztynową szkatułkę na igły z widokiem Wiednia na wieczku z masy perłowej oraz starą, szeroką bransoletę z dukatowego złota.

Ja z kolei podarowałem starszemu panu starą cygańską laskę wielkiej rzadkości do jego pokaźnej kolekcji lasek, piękny egzemplarz, który wygrałem kiedyś na aukcji. Löper dostał angielską lunetę, a Renata sto marek na nową sukienkę w złotej papierośnicy.

Była to czysta radość.

Renata zaśpiewała – bezpretensjonalnie i nie każąc się długo prosić – kilka kolęd swym dźwięcznym głosem i napiliśmy się jeszcze kruszonu truskawkowego. Stary był wniebowzięty. Wiedenka, powtarzał pod nosem, Wiedenka!

Bez wątpienia jest w Renacie zakochany.

 

Sobota, 28 grudnia

 

Święta upłynęły nam bardzo miło. Co znaczy obecność kobiety w męskim gospodarstwie domowym! Wszystko od razu robi się chędoższe i barwniejsze. Narożniki i ostre kanty znikają, a rozmowa płynie swobodnie, nie natrafiając na rafy i mielizny. Również Löper mniej burczy i zachowuje dobre maniery.

Na dzisiaj Geyer zaprosił na posiedzenie Prosztumasu. Znowu w Izbie Panów.

Panie i panowie, rzekł, nasz przyjaciel Kupetzky oświadczył, że wystąpi z zarządu w szczególności i ze stowarzyszenia w ogólności, jeżeli w zarządzie pozostaną panowie Knarch i Born. Czy mogę panów prosić o ustosunkowanie się do tego?

Knarch podniósł się i powiedział: Ten pan Kupetzky to niewychowany prostak. Człowiekowi o dobrym guście trudno się powstrzymać, by nie dać mu w twarz. Ponieważ jednak uważam, że jest on dla Prosztumasu osobą niezastąpioną, to nie waham się oświadczyć, że odejdę, by on mógł wrócić.

Następnie wstałem ja i oświadczyłem: Również ja, moi państwo, muszę niestety stwierdzić, że współpraca z panem Kupetzkym stała się dla mnie niemożliwa. Mam wrażenie, że od początku reflektował na stanowisko, które dotąd miałem zaszczyt piastować. Nie będę mu dłużej stał na drodze.

Poza tym doszedłem niestety do przekonania, iż nie ma szans, by dzieło, które rozpoczęliśmy, przyniosło owoce. Jest to z pewnością piękne hasło: Sztukę ludowi! Jednak w obecnej chwili bardziej istotne wydaje mi się to: Dla ludu chleb i praca!

Nigdy nie interesowało mnie stanie na stanowisku, na którym nie mogę stać szczerze i z pełnym przekonaniem. Dlatego niniejszym ustępuję jako dyrektor Prosztumasu, zarazem składając zwłaszcza panu, panie sekretarzu stanu, serdeczne podziękowania za okazaną życzliwość. Panu Kupetzky’emu proszę jednak przekazać i mówię to też państwu teraz: Nie ma żadnej sztuki czerwonej czy niebieskiej, jest tylko dobra albo zła!

Pożegnaliśmy się i poszli. Geyer odprowadził nas jeszcze na korytarz i powiedział: Panowie, dziękuję panom za rezygnację. Uwolniliście mnie od sporego dylematu. Sami przecież wiecie, że Kupetzky ma mocne plecy. I z wdzięcznością uściskał nam dłoń.

Zeszliśmy wesoło na dół i Knarch zaprosił mnie do siebie.

Czy panna Kronach jest na miejscu? zapytałem.

O czym pan myśli? odpowiedział. U mnie była tylko dorywczo.

Na poły przymuszony, na poły dobrowolnie zgodziłem się. Honory domu czyniła wysoka, czarnooka dama, ewidentnie pochodząca z Południa. Poza tym byliśmy tego wieczora sami.

Przedstawiłem Knarchowi mój plan pomocy dla artystów i poprosiłem o radę.

Na miłość boską, odpowiedział, to są fantazje, mój najlepszy. Co pan sobie po tym obiecuje? Artyści od zawsze klepią biedę, a większość dzieł nie powstała na złoconym stole. Nie wiem. I tych sto osób, których niedola podziałała panu na nerwy, chce pan nazwać artystami? Być może żadna z nich nie jest artystą. I ile spośród nich podziękowało panu dotąd za paczki świąteczne?

Musiałem przyznać, że ani jedna.

Ani jedna? No widzi pan. Nie jest pan żadnym żołnierzem Armii Zbawienia, Born. I jeszcze jedno. Widział pan setkę nieboraków. Mówię panu, że w tym mieście są ich setki tysięcy. Ma pan miękkie serce, drogi Born. Przejedzie się pan na tym.

Ciężko udręczony pojechałem do domu. Czy Knarch miał rację? Co uczyniono ze współczuciem? W tym bezkresnym mieście z jego milionami? I czy głód to zawsze największe cierpienie? A zimna izba to najgłębsza niedola? Nie wiem tego.

Chce pan siedzieć na brzegu morza, zapytał Knarch, i budować zamki z piasku jak dziecko? Najbliższy przypływ zmyje je jak kreci kopczyk.

Rozmawiałem o tym z Corbem i Löperem. Corb rzekł: Mój drogi Vincenzie! Tak jak pan teraz wszyscyśmy kiedyś myśleli. Z pewnością bardzo pięknie jest współczuć i pomagać. Proszę jednak pamiętać, że w systemie takim jak obecny nie da się nieść realnej pomocy. Trzeba zmienić całość. Całość jest chora, te wielkie miasta są chore, wszystkie chore, śmiertelnie chore. Nie może pan wyleczyć paru pacjentów w szpitalu zakaźnym, rozumie pan? Wykończy się pan i padnie. Sens nie może na tym polegać. Sens polega na tym, by uzdrowić całość. Sens całości, to jest to. Inaczej pozostajemy partaczami, a nasza robota to łatanina. Paczki pomocowe są piękne i przynoszą panu chwałę. Jest w panu wiele uczucia, ale mało rozsądku.

Wszyscy oni mają rację. I może jej nie mają. Ale jak zmienić ducha całości? I co nazywam duchem całości w tym pokawałkowanym świecie?

 

Wtorek, 31 grudnia

 

Rzeczywiście, nikt mi dotąd nie podziękował. Nie oczekiwałem podziękowań, ale byłoby mi miło. Chleb współczucia to czarny chleb.

Dzisiaj w południe poszedłem do Pilikowskiego odebrać Nerona. I cóż mam powiedzieć, facet zaśmiał mi się w twarz. Zapłacił pan za niego? warknął. Oczywiście, odparłem, dałem panu cztery pięćdziesiątki tu przy tym stole.

Gdzie zatem ma pan pokwitowanie? wyszczerzył zęby.

Zamyślony schodziłem na dół. Podarowałbym mu ten obraz, gdyby mnie o to poprosił, ale żeby tak kłamać, niepojęte!

Jechałem z powrotem do domu, gapiąc się w mrok Sylwestrowej nocy. Płatki śniegu osiadały na szybach, a twarze ludzi w pociągu były zgorzkniałe i ponure, zeźlone od niedostatku. Knarch miał rację, co tu można pomóc? Trzeba zacząć od wewnątrz, od zewnątrz nie pomaga nic. Samym chlebem ludzie się nie nasycą, musi być coś jeszcze. Tylko nie wiem co.

 

V.

 

Czwartek, 2 stycznia 1930

 

Jesteśmy w jakiś niepojęty sposób prowadzeni. Kiedy sobie wyobrażamy, że idziemy prosto, chodzimy w kółko. Kiedy celujemy w gwiazdę, nasza strzała wpada w gniazdo czapli, albo rani żurawia w locie i śmierć sprowadza ją skrwawioną z powrotem na ziemię. Stopy mamy wciąż zakurzone, ręce wciąż brudne, ale może trzeba błąkać się w kurzu, by tym namiętniej wielbić gwiazdy. Wszystko to jest takie niepojęte i mgliste. Kto da mi jasność?

Wiele się nauczyłem przez te miesiące w Berlinie. Myślę, że dojrzałem. Kto jednak sądzi, że doszedł do końca, ten jest głupcem. Jestem gotowy na wszystko i jak dziecko, które dorosły bierze za rękę i prowadzi.

Opowiem, co mi się dzisiaj przydarzyło.

Dzisiaj otwarto Galerię Malarstwa, którą Fryderyk Wielki zbudował sobie przy pałacu Sanssouci. Poszedłem przez zaspy i z poczuciem rewerencji przestąpiłem przez próg. Ta sala jest wyjątkowo piękna. Zimowe światło, pełne i nasycone, padało na obrazy, a złocone ramy połyskiwały tajemniczo.

Obejrzałem to i owo, przechodząc od obrazu do obrazu, i spędziłem godzinę pełną skupienia. Byłem przy tym całkiem sam.

W którymś momencie poczułem, że już tak nie jest. Człowiek ma ten zmysł. Ja posiadam go w wybitnym stopniu. Rozejrzałem się i spostrzegłem, że w ciemnym kącie galerii ktoś stoi. Był to mężczyzna, który w zamyśleniu, z ręką na brodzie, spoglądał ku ziemi. Nie wiem, jak długo mógł już tam stać. Podkradłem się cicho w jego stronę, starając się zobaczyć go od przodu. Stał jednak tak bardzo w rogu, że nie miałem jak przecisnąć się między nim i ścianą. Czekałem zatem cierpliwie, aż się ku mnie zwróci.

Tymczasem lustrowałem go wzrokiem z ukosa. Ubrany był w długi, kawowobrązowy płaszcz nie całkiem współczesnego kroju i czarne skórzane trzewiki. Lewą ręką, jako się rzekło, podpierał brodę, prawą trzymał niekształtną, grubą laskę, zwaną niegdyś przez studentów bodajże ziegenhainerem. Pod prawą pachę wcisnął sobie brązową futrzaną czapkę.

Człowiek ten nie oglądał żadnego obrazu, lecz stał bez ruchu ze wzrokiem wbitym w ziemię. Mimowolnie pomyślałem o Sokratesie, o którym opowiada nam Platon, że zdarzało mu się nieraz przystanąć gdzieś na kilka godzin, gdy go napadł demon czysto rozumowego poznania.

Na żywo jeszcze nigdy i nigdzie takiego człowieka nie widziałem. Byłem nadzwyczaj zdziwiony i postanowiłem poczekać.

Minęło może pół godziny. Słońce, które raz po raz przeświecało zza ciężkich chmur, przeciągnęło już cienie rzucane przez szprosy okien daleko ponad wysokość południa, gdy mężczyzna się poruszył. Słyszałem wyraźnie, jak głęboko odetchnął, a potem się obrócił.

Teraz mogłem spojrzeć mu w twarz. Nosił bujną, dwudzielną ciemną brodę, a na szyi miał zawiązaną zieloną chustkę. Rysy miał jednocześnie wyraziste i marzycielskie w niepowtarzalny sposób. Zdawał się mieć czterdzieści kilka lat.

Odruchowo skłoniłem się.

Dopiero wtedy mnie zauważył. Przyjrzał mi się. W tym momencie do galerii wszedł powłócząc nogami stary strażnik.

Proszę wybaczyć, rzekłem, jeżeli panu przeszkodziłem. – Ależ skąd, odpowiedział pięknym, niskim głosem, w ogóle pana nie zauważyłem. – Bardzo uważnie oglądał pan ten obraz, dodałem pytającym tonem. – Nie, odparł, układałem wiersz i szukałem długo jednego słowa, teraz je wreszcie znalazłem.

A więc poeta, zawsze szalony geniusz, godzinami stojący w kącie i poszukujący odpowiedniego wyrazu.

Och, rzekłem na głos, to mnie nadzwyczaj interesuje. Czy popełnię nietakt, jeżeli poproszę, by opowiedział mi pan o tym coś więcej?

Przyjrzał mi się badawczo, po czym odpowiedział: Jest pan dobrym człowiekiem, chociaż jeszcze bardzo młodym i niewiele wiedzącym. Proszę wystrzegać się wszelkiej pychy. Bóg pomaga zawsze tylko temu, kto zachowuje pokorę.

Potem ruszył powoli w głąb galerii, a ja trzymałem się u jego boku. Podał mi laskę i czapkę niczym służącemu i splótł ręce z tyłu. Tak chodziliśmy w tę i z powrotem. Kilkadziesiąt razy przecięliśmy długą, reprezentacyjną salę.

Widzi pan, powiedział, wspomniałem już, że szukam wiersza. Miałem wczoraj osobliwą wizję. Osobliwą o tyle, że głęboko mnie poruszyła, rozumie pan. Próbuję uchwycić ten nastrój. Żyję, bo nadaję formę. Pogrążyłbym się w bezimiennym zwątpieniu, gdyby jakiś dobry bóg nie użyczył mi daru formy. Uwalniam się od moich doświadczeń dzięki temu, że je wyrażam.

Że zanurzam się w niepojętym morzu duszy i ducha, który zwiemy mową. Proszę mi wierzyć, nasza epoka popełnia niewybaczalny błąd, zamieniając to morze w ściek i pomyje. Podlewa nim pola, zrasza ulice, wykorzystuje do wszelkich potrzeb. Ale ono jest czymś więcej. Ono jest nieskończoną pełnią samej boskości. Widzi pan, nie mamy już poezji, bo nie mamy już języka. Jestem jednym z ostatnich, którzy służą duchowi mowy, wielkiemu duchowi, który w Niemczech zawsze wypływał z głębokich źródeł.

Zamilkł i ruszył dalej. Ja w milczeniu obok niego.

Można powiedzieć, ciągnął, że jestem poławiaczem pereł. Trzeba sondować głęboko. Próbować dotknąć dna tam, gdzie mieszka boskość.

Poeta nie jest tym, kto mówi piękne słowa, na tym się lepiej znają krasomówcy, poeta zaś musi nazywać rzeczy odpowiednimi słowy. A odpowiednie słowo jest oczywiście zawsze najpiękniejsze. Tak Adam nazwał rzeczy. Ja chcę być nowym Adamem, nadawaczem imion i nazywaczem rzeczy, tak jak mistrzowie przede mną.

Urwał znowu na chwilę, po czym ciągnął:

Wiersz jest próbą podejścia o krok bliżej do istoty świata. Rozumie pan? Ale pan mnie może nie zrozumie… Brakowało mi jednego słowa. Jednego jedynego słowa. To powinno być jak dwie rozchylone dłonie, trzymające coś bardzo cennego. Jak muszla, w której lśni perła. To powinno być jak skrzynia ze starymi skarbami. Jak skrzypce, w które najpiękniejsza kobieta włożyła płatek róży dla artysty. Takie musiało być to słowo. Musiało cechować się wieloznacznością, a zarazem być jednoznaczne. Sensowne, a zarazem barwne, mocno ugruntowane, a przy tym pełne muzyki.

Mówię panu, bardzo trudno było znaleźć to słowo. Całą noc go szukałem i tam właśnie je znalazłem, tam, gdzie widział mnie pan stojącego tak nieruchomo. Mógł sobie pan pomyśleć, że jestem bardzo szczęśliwy.

I co to jest za słowo? zapytałem, przystając i zwracając wzrok na tego dziwnego człowieka.

On jednak szedł dalej, nie odpowiadając na moje pytanie, i ciągnął swój wątek: Widzi pan, to słowo jest magicznym kluczem. Każdy wiersz musi mieć taki klucz, jeżeli się go posiada, to można wiersz otworzyć jak szufladę. Gdy się go atoli nie posiada, będzie on księgą z siedmioma pieczęciami. Sztuka jest wielką tajemnicą, więcej – łaską, wielką łaską.

I jak się nazywa to pańskie słowo-klucz? zapytałem ponownie, z uporem i przepełniony ciekawością.

Och, odpowiedział, bardzo liche i proste słowo: bursztynowa szkatułka. Rozumie pan? Bardzo się z tego cieszę.

Potem znowu jęliśmy chodzić w tę i z powrotem po sali, niezmordowanie i bez spoczynku.

Podzielę się z panem tym wierszem, rzekł wreszcie, chociaż jest pan jeszcze bardzo młody i mało pan wie. Proszę stanąć w niszy okiennej i wyglądać przez okno.

On sam wyszedł nieco ku środkowi sali i wyrecytował swój utwór. Mówił pełnym, jednostajnym głosem, podkreślając samogłoski, zwłaszcza ciemne i duże, i jednocześnie wbijając rytm wiersza prawą ręką.

Brzmiał on tak:

 

Z i m o w a g r a k o l o r ó w

 

Szaro zasnuło się niebo na zachodzie

Smętnie i blado pomarzło wszystko w ogrodzie

I czerniło się drzewo.

Me serce popadło w zadumę dziwną

Niczym wygnaniec tęskniący za ojczyzną

I szukało snu spokojnego.

 

Nagle rozdarły się niebios zasłony

I nigdy niewidzianym zostałem uraczony

Widokiem natury.

Niczym w bursztynowej spoczywało słońce

Szkatułce jak róża czerwienią pałające

I jak ołtarz lśniły góry.

 

Gdy skończył, zbliżył się do mnie powoli, wziął laskę i czapkę, które wciąż niosłem, rzekł: Bóg z panem! i poszedł. Widziałem, jak maszeruje zaśnieżonym chodnikiem i zaraz będzie schodził po schodach.

Wyznaję, iż nie uszanowałem jego życzenia, byśmy się rozstali, lecz ruszyłem za nim ukradkiem niby złodziej za bogaczem.

Osobliwszej postaci nigdy wcześniej w rzeczy samej nie spotkałem. Szedł powoli na skos przez miasto w stronę kościoła św. Mikołaja i zniknął w jednej ze starych kamienic stojących przy placu kościelnym. Ani razu nie obejrzał się za siebie.

Po dłuższej chwili wszedłem do budynku i napotkałem właścicielkę, która akurat schodziła po schodach. Tymczasem zrobiła się prawie noc. Zapytałem, czy zna mężczyznę. Oczywiście go znała. Nazywa się Suhm i wynajmuje u niej. Kim jest z zawodu? – Całkiem nikim. Chodzi na spacery, siedzi u siebie w pokoju i pisze. Czynsz opłaca w terminie.

Potem wyrzuciła mnie za drzwi i przekręciła klucz w zamku.

Pogrążony w zadumie ruszyłem do domu. Nie mogłem przestać myśleć o tym, jak rozświetlona była jego twarz człowieka, gdy recytował swój wiersz. I ciągle chodziły mi po głowie te słowa: Niczym w bursztynowej spoczywało słońce / Szkatułce jak róża czerwienią pałające

Bez wątpienia człowiek ten był poetą i to nie jednym z tych oszustów, którzy odrzucają rym tylko dlatego, że nie potrafią rymować.

W domu zastałem wszystkich w pełni szczęścia. Renata zapisywała i wykreślała nazwiska na dużej kartce papieru. Löper palił jak smok.

Chcemy urządzić niewielką imprezę, drogi Born, rzekł Corb, zacierając ręce. Wobec młodych dam ma się pewne obowiązki. Musi nam pan pomóc, słyszy pan? Myślę, że zorganizujemy w mojej salce bal rokokowy. Musi nas być jakieś pięć par. Zrobimy to zaraz. Co pan o tym myśli?

Uznałem pomysł za świetny i Renata była mi wdzięczna. Udział wziąć miały następujące osoby: Renata, Corb, Löper, ja, Knarch, pan Orgelstett z żoną i dwiema uroczymi córkami (dalecy znajomi Corba) oraz młode małżeństwo: asesor rządowy doktor Reitenbusch wraz z żoną, z domu baronową von Fangern.

Należało przybyć w kostiumach z osiemnastego wieku, w miarę możliwości oryginalnych.

Corb postawił tego wieczora jeszcze jedną butelkę czerwonego wina. Usadowiłem się i wypisałem zaproszenia:

 

Ekscelencja von Corb

u którego przebywa z wizytą młoda dama z Wiednia

pozwala sobie niniejszym

uprzejmie zaprosić

Pana i Pańskich drogich bliskich

na kameralny bal

w sali swego domu

w sobotę 11 stycznia o godzinie 8 wieczorem

jednocześnie prosząc

o przybycie w autentycznych strojach z epoki rokoka

Zapewnione będą:

dobra kolacja

szlachetne wina

tańce

i inne rozrywki towarzyskie.

. . . . . . . . . . . .

. . . .

 

Wszyscy czworo naprawdę zapaliliśmy się do pomysłu i rozstaliśmy się dopiero późną nocą. Renata wydawała mi się piękniejsza i promienniejsza niż kiedykolwiek wcześniej i byłem z niej całkiem dumny. Stary Corb otworzył przed nią serce, a Löper tajał w jej obecności niczym oblodzony mors na ciepłych brzegach południowego Pacyfiku.

Za ścianą Renata jeszcze długo podśpiewywała i nuciła melodie.

 

Poniedziałek, 6 stycznia

 

Ogromne ładunki śniegu piętrzą się nad miastem. Jest tak, jakby całe niebo chciało zamienić się w śnieg i zasypać Poczdam. Przez publiczne parki już od dawna nie da się przejść. Dozorcom udało się odśnieżyć kilka głównych ścieżek i idzie się tam jak między murami.

Krzewy i niewielkie drzewa już dawno utonęły w zwałach śniegu. Tylko giganci i patriarchowie wyłaniają się z fantastycznej masy, dziś jeszcze, ale czy jutro, tego nie wie nikt.

Domy są całkiem oblepione miękką bielą. Wszystkie zdobienia architektoniczne jakby się rozpłynęły. Została czysta, nadrzędna forma. Dopiero teraz dom Corba prezentuje odpowiedni wygląd – szlachetna budowla, która zyskuje tam, gdzie inne tracą.

Ogród zamienił się w kryształowy, dźwięczny, lśniący wszechświat. Nikt jednak nie obserwuje tego milionkrotnego piękna, wszyscy żyją w strachu przed roztopami. Niebiańskie wzburzenie przepłoszyło ludzi, nie są w wielkim mieście przyzwyczajeni do wielkich Boskich widowisk.

Czymże jest w wielkim mieście burza? Ledwie ją słychać w ulicznym zgiełku. Ginie we wrzawie milionów jak krzyk żywego człowieka przed maszyną.

Czymże jest w wielkim mieście woda? Użyteczną cieczą, którą człowiek pompuje rurami i zmusza, by płynęła pod asfaltem, albo pięła się mozolnie aż po najwyższe strychy.

Pory roku? Ach, te domy stoją zawsze w tym samym czasie i bezczasie, lata przekradają się obok nich, nie ma sensu przed nimi i w nich pytać o pory roku.

Ten śnieg jednak zmusza ludzi. Zmusza ich, by uznali, że są siły, nad którymi nie panują. Pociągi stoją, auta toną w zaspach, druty telegraficzne rwą się, cały ten ruch, z którego jesteście tacy dumni, zostaje sparaliżowany. Listy przychodzą spóźnione, gazet brakuje, wszystko jest zahamowane i skazane na ciszę.

Chwała Bogu za ten śnieg, za ten drogocenny śnieg. W generalskich trzewikach od Corba spaceruję po parku Sanssouci, idę nad Hawelę i aż po wielkie lasy.

Wczoraj wieczorem, gdy wracałem z Berlina do domu, nad miastem dało się widzieć dziwne zjawisko. Musiała to być zorza polarna. Nad połową nieba rozpościerała się świetlna kopuła złożona z drżących kręgów, lśniących zielonkawo, błękitno i nieco czerwono. Krople białego blasku pływały w tę i z powrotem na skrajach.

Szedłem powoli przez most ze wzrokiem skierowanym na ten barwny spektakl. Nagle zderzyłem się z kimś, kto również stał i go obserwował. Był to Suhm.

Od razu mnie poznał i powiedział: Szczęść Boże! Chciałbym to oglądać ponad lasem, albo ponad rozległym, ciemnym masywem górskim, albo nad zaśnieżonym stepem. Ależ to by musiało być!

Poszliśmy dalej. Gdy stanęliśmy przed kościołem św. Mikołaja, nad którym blakły ostatnie feerie zjawiska, rzekł nagle do mnie:

Zajdzie pan?

Chyba nie odpowiedziałem, po prostu ruszyłem za nim. Weszliśmy do obdrapanej kamienicy i zeszliśmy po schodach na dół. Facet mieszkał w piwnicznej izbie. Zapalił dwie wysokie, grube świece, było jak w kościele, i wrzucił bukowe szczapy do pieca. Potem przyniósł razowy chleb, który jedliśmy suchy i który mi smakował, oraz kamionkowy dzban pełen wina. Takeśmy jedli i pili.

Pije pan wino, rzekłem niezbyt bystro, byle tylko coś powiedzieć. Jestem nabożnym birbantem, odpowiedział Suhm, inni to zwykle tylko konsumenci trunku. Proszę posłuchać:

 

Pobożny birbant

 

Siedzi i myśli snuje

Przed swym kielichem z winem

Nabożnie się weń wpatruje

Niby w studni głębinę.

 

Płomień świecy tańczy na fali

I każdą kroplę w złoto zamienia

Jakby się dysk słoneczny rozpalił

W szkła zagłębieniach.

 

Raz na czas jakiś się decyduje

Łyk bierze, kielich znowu odstawia

I winem się tak delektuje

Jakby to była wyborna i wzniosła sprawa.

 

Wyrecytował ten wiersz w znany mi już sposób, po czym zamilkł.

Przeszedłem bezpośrednio do rzeczy i zapytałem go: Czego do licha właściwie szuka pan w Poczdamie?

Przetarł dłonią czoło i odrzekł: Opowiem panu pewną historię, wszystko pan zrozumie. Proszę posłuchać.

Przed około dziewięćdziesięciu laty, a zatem przed rewolucją marcową, we wsi O. mieszkał pewien leśnik nazwiskiem Sittehut. Nazwisko to pojawia się jeszcze tu i ówdzie. W samej wsi O. ród ten już wymarł. Ów Sittehut miał syna, który jak on miał na imię Paul. Paul junior, rosły, krzepki chłopak, zostaje pewnego dnia w mieście powiatowym wcielony do pruskiego wojska, a że z nawiązką spełnia wszelkie wymogi, to trafia do świetnego pułku gwardii w Poczdamie.

Stary jest niebywale dumny z syna, większość bowiem chłopców z okolicy zasila w najlepszym razie któryś z małych regimentów piechoty na prowincji. Być może ze względu na domieszkę krwi słowiańskiej są oni jeszcze dzisiaj mali, chudzi i już w młodości nieco pomarszczeni.

Młodemu w Poczdamie bardzo się podoba, pisze listy pełne zachwytu: o wspaniałej rezydencji, dumnych oficerach, blasku defilad.

Ale w podtekście jest oczywiście coś innego: nie podoba mu się u Prusaków jedzenie. Brakuje mu domowych powideł śliwkowych, strucli i kapuśniaku z boczkiem. W trzecim liście już nie owija w bawełnę: karmią podle i skąpo. Drodzy rodzice, głoduje nieraz wasz wdzięczny syn, a służba jest ciężka i wymagająca. Czy nie moglibyście mi czasem podesłać kurierską pocztą co z waszej świnki? Wasz syn-żołnierz Paul.

Stary Sittehut jest dotknięty. Jego syn, żołnierz, ma głodować? Przenigdy. Postanawia dostarczyć mu świnię do Poczdamu.

Sąsiedzi się śmieją. Proboszcz z sąsiedniej wioski stwierdza, że może Paul-żołnierz nieco przesadził. Nic nie pomaga. Stary Sittehut ma upartą naturę, jak wszyscy tam leśnicy. Synowi świnię do Poczdamu zawiezie, krucabomba! I to zaraz. Bo być żołnierzem i przy tym głodować to już za wiele.

Kolei żelaznej jeszcze w naszej okolicy wtedy nie było. Zbudowano ją dopiero długo po 1848 roku. Bierze więc stary Sittehut taczkę, ten pradawny pojazd chłopski z dwoma uchwytami i jednym kołem, kładzie na nią żywą świnię, przewiązuje się pasem i rusza w drogę. Zawsze na Poczdam.

Rano, w południe i wieczorem karmi świnię, która w wyniku tej dziwnej podróży nabrała jeszcze pyszności.

Czternaście dni był w podróży. Właściwie piętnaście. Wyszedł z domu trzeciego listopada i o zmierzchu siedemnastego dotarł do Poczdamu, tam, gdzie Długi Most prowadzi ponad Wyspą Przyjaźni przez Hawelę.

Ależ była sensacja w mieście! Synowi-żołnierzowi ojciec przywozi żywą świnię! Aż po koszary towarzyszyły staremu Sittehutowi nieprzebrane tłumy gapiów. Śmiano się, potrząsano głową, dowcipkowano.

Z koszar wychodzi oficer na straży i oznajmia staremu: Pański syn jest chory, leży w izolatce. Ma czerwonkę. I wzywa dwóch żołnierzy, by zaprowadzili starego do lazaretu.

Z drżeniem pcha Sittehut taczkę ze świnią po nierównym bruku do szpitala. Przybywa za późno. Jego syn, żołnierz, zmarł tegoż siedemnastego listopada. Bierze jeszcze udział w pogrzebie i z pustą taczką wraca do domu. Świnię podarował kompanii.

Potrzebował dziewiętnaście dni na powrót, mimo że taczka była pusta.

W wiosce wiedziano już, co zaszło. Akt zgonu z lazaretu krążył z ręki do ręki. Proboszcz, powiadomiony o przybyciu starego, pocieszył go i rzekł: Bądź wdzięczny, mój drogi, również za ten ciężki cios, który ci Pan Bóg wymierzył. I tak długo jak proboszcz ten żył, w niedzielnej modlitwie o wstawiennictwo Boże padały te osobliwe słowa: I módlmy się za zmarłego w Poczdamie na podstępną chorobę żołnierza Paula Sittehuta…

Suhm urwał i upił łyk wina. Potem kontynuował: Widzi pan, ten stary Sittehut był to mój dziadek ze strony matki. Jego los jest udziałem nas wszystkich. Idziemy wszyscy pieszo, idziemy ile sił w nogach i często albo zwykle przychodzimy za późno – powiadają ludzie. W rzeczywistości przychodzimy akurat na czas.

A czego szuka pan w Poczdamie? zapytałem ponownie. Podniósł wzrok i rzekł: Chciałem zobaczyć, gdzie spoczywa wielki król, gdzie żył i oddychał, gdzie działał i zmarł. Mam dom ojcowski, to musi pan wiedzieć. Stoi oddalony od wsi, blisko lasu, otoczony drzewami i kwiatami, ziołem i chwastem. To dla mnie najpiękniejsze miejsce na ziemi. Kryje w sobie niskie izby z podłogą z dyli, używają tam jeszcze świec. Wstaje się ze słońcem i idzie z nim spać. W ogrodzie kwitną goździki, orlik, lilia i parę tulipanów. Kocham ten dom i ten ogród i pole i lasy ponad wszystko. I widzi pan, stoi on od setek lat. My kmiecie jesteśmy bardziej szlacheccy od niejednego barona. I w tym domu wielki król zapragnął kiedyś napić się wody. Do dzisiaj w witrynce obok Biblii stoi dzbanek, chroniony niczym relikwia. To chyba naturalne, że zapragnąłem zobaczyć, gdzie nasz król żył i gdzie umarł?

Rozmawialiśmy jeszcze długo o tym i owym. Potem poszedłem. Miliony gwiazd płonęły nad nocnymi ulicami, panował tęgi mróz. Długo nie mogłem zasnąć.

Jakiż osobliwy człowiek! Jeden z owych wiecznych kmieciów, którzy pozostają kmieciami, choćby przyszło im być mężami stanu albo duchownymi. Jako poeci są niczym siewcy, jako mężowie stanu niczym oracze, a jako słudzy Boży niczym ogrodnicy. Zawsze pozostają kmieciami.

Ten Suhm to pierwszy do głębi autentyczny człowiek, którego spotykam na tych kamiennych pustkowiach. Który ma też przy tym jakiś grunt pod nogami i który śni o domu stojącym pośród drzew i krzewów, pośród ziół i chwastów, zanurzonym całkiem w rozkwicie i przemijaniu, o jedynym prawdziwym ludzkim życiu. I te słowa: My kmiecie jesteśmy bardziej szlacheccy od niejednego barona!

Ogarnęła mnie wielka zazdrość. Dziadek przybył tu, by pochować syna, a wnuk, by zobaczyć dawno zmarłego króla. Ludzie mówią, że zawsze przychodzą za późno, ale w rzeczywistości przychodzą akurat na czas.

Jak by to było, gdybym pozyskał w tym niezwykłym człowieku przyjaciela, towarzysza, sprzymierzeńca? Jak by to musiało być?

 

Czwartek, 9 stycznia

 

Zaprosiłem Suhma listownie, by mnie odwiedził. I zrobił to. Aż mi było trudno uwierzyć. Poprowadziłem go przez ogród do domku kawalerskiego. Przez dłuższą chwilę przyglądał się okaleczonemu napisowi nad wejściem, po czym rzekł: Piękne słowo. – Potem weszliśmy do środka.

Rozejrzał się w milczeniu po mym pokoju, zauważając obrazy i książki. Zajmuje się pan wieloma rzeczami, drogi przyjacielu, rzekł, nie wiem wciąż, jak ma pan na imię. Pokazałem mu ekslibris. Vincenz Josua, zamyślił się, piękne i bardzo dumne imiona. Ja nazywam się Peregryn, w domu mówią na mnie Bergerin.

Napiliśmy się kawy z ekspresu i co nieco zapaliliśmy. Ta godzina wydała mi się nieopisanie piękna i pełna znaczenia.

Uwielbiam poetów, zagaiłem, proszę coś opowiedzieć o tej dziedzinie, o niczym bardziej nie lubię słuchać, albo jeszcze lepiej proszę mi przedstawić jeden ze swoich wierszy.

Jestem dopiero małym czeladnikiem, odparł Suhm, mam nadzieję zostać mistrzem. Poetą człowiek staje się dopiero wtedy, gdy jest stary, dobrotliwy i posiwiały i gdy mu się rzeczy przyziemne i podniebne posłusznie układają, bo czują, że je kocha. Młodzi ludzi są zbyt zajęci sobą, a bogaci za bardzo się boją. Rozumie pan, drogi Born? Dopiero na starość dochodzimy do tego, by przyjmować świat jako wielki poemat Boga. My poeci jesteśmy niczym więcej jak kopistami Pana, jego tłumaczami i mnichami-przepisywaczami. Raz na jakiś czas, gdy przychodzimy po nowy materiał, udaje nam się zobaczyć Starego, jak pisze.

Jesteśmy też jak dawni malarze. Malujemy na złotym gruncie. Zestawiamy nasze ciemne kształty z jasnością. Dopiero ze złotym gruntem świat staje się wielki. Bóg to złoty grunt. Ci, którzy dzisiaj za poetów uchodzą i się podają, to w większości targowi krzykacze i świętokradcy, biedni filibustierzy i piraci, handlujący kradzionymi dobrami, a i to przeważnie tandetą.

A co pana wewnętrznie najbardziej zajmuje, drogi przyjacielu? zapytałem. Wokół czego krążą pana najskrytsze myśli, co pana najgłębiej porusza?

Śmierć, odpowiedział. W życiu nie ma nic bardziej godnego uwagi od niej. Jak to będzie, gdy będę przechodził przez kurtynę, przez którą wszyscy przechodzimy, i przed kim tam stanę, i gdzie i jak. Ja to wiem. Bo już widzę go prześwitującego wszędzie jak blask świecy zza zasłony, jak światło lampy w ukryciu, jak znaczenie przenikające wszystkie obrazy. Życie jest więc symbolem. Bóg jest najbardziej tajemniczy, a zarazem widzimy go wszędzie. Jest najbardziej ukryty, a stale się ujawnia. Milczy, a wszystkie rzeczy opowiadają o nim. Jest odległy od wszystkiego, a zarazem pośród nas. Jest niepojęty, a przecież co chwila nań natrafiamy. Jednym słowem jest tak wielki, że większość ludzi go nie widzi, a widzą go maluczcy, bo się pomniejsza. Jest to wszystko niewyjaśniona łaska.

A gdzie widzi go pan w tym wielkim mieście?

Również i tu może być, chociaż to pośród nas kmieciów jest mu swojsko. Sprawia, że zielenią się pola i szumią szczyty starych jabłoni, gdy nadejdzie wichura. Wielkie miasta nie on zbudował. Błąka się po nich niczym obcy i stara się być widocznym. Ale chętniej przebywa u nas.

W tymże momencie drzwi otworzyły się i do środka weszła Renata. O wizycie nic jej nie mówiłem. Spojrzała na nas zdumiona i chciała się wycofać.

Ależ nie, Renato, zawołałem, zostań. Mam miłego gościa. Przedstawiam ci poetę Bergerina Suhma. A to jest moja siostra Renata.

Renata przysiadła się, a my wróciliśmy do naszej rozmowy.

A zatem czym jest dla pana śmierć?

Śmierć? Czym jest dla mnie śmierć? Wrotami do zagadkowego Boga, uwolnieniem z wszelkiej niewoli, odryglowanymi drzwiami karceru. Po prostu się wychodzi. To droga ku wolności, ostateczna męskość, wielkie dojrzewanie.

Płynąłem kiedyś łodzią przez trzciny i sitowie. Na Wołdze pod Astrachaniem. Ciężko było. Kil szorował po mule, do steru przyczepiały się wodorosty, zielsko pchało się przed dziób. Słońce paliło niemiłosiernie. Widok był ograniczony. Wiosłowałem, aż się spociłem. Często upadałem na duchu i rozważałem, czy się nie położyć i tak nie zostać. Było pod wieczór, gdy nagle gęstwina się rozstąpiła i ukazała mi się, ach, przyjaciele, ukazała mi się wielka rzeka, szeroka, majestatyczna i zaiste boska. Toczyła w wieczór swe purpurowe fale, a nad jej ujściem zachodziło słońce. Na skraju nieba rozpościerało się jednak morze – niepojęcie wielkie, rozległe i niezmierne. Zapomniałem o wszelkim zmęczeniu, o bagnach i skwarze południa. Nurt pochwycił mój korab, postawiłem żagiel i spływałem szczęśliwy, przepełniony euforią oceanu. Tak być może będzie to wyglądało.

Mówiąc, patrzył w dal i dało się poznać, że oczami ducha widzi rzeczy, o których mówi. Renata była całkiem zauroczona magią tego człowieka, wyraźnie to zauważyłem.

Potem wstał i się pożegnał – lakonicznie, jak to miał w zwyczaju. W ogrodzie powiedział mi: Pańska siostra to wielki klejnot. Proszę go strzec! – I poszedł.

Te słowa mnie zdziwiły. Nie zdążyłem jednak zastanowić się nad ich znaczeniem, bo jeszcze długo rozmawialiśmy o Suhmie z Renatą. Pozostała po nim w pokoju pewna atmosfera, która była nam nieznana i być może dlatego tak głęboko nas oszałamiała. Jak wino, którego smaku nie znamy i które pijemy łapczywie długimi łykami niczym ktoś spragniony.

 

Piątek, 10 stycznia

 

Znowu nawiedził mnie dzisiaj osobliwy sen. Szedłem samotnie wzdłuż rzeki. Jej wody były żółte jak szafran. Działo się to chyba w jakimś wschodnim kraju.

Niedaleko brzegu stała stara świątynia. Zapukałem, ale nikt nie otwierał. Zawołałem. Wtedy pod dachem otworzyło się okienko i wyjrzał Suhm. Wejdź na górę i rozejrzyj się! zawołał. Obszedłem świątynię i ujrzałem przed sobą wzgórze, całe porośnięte czerwonymi makami. Wspinałem się, jakbym brodził we krwi.

Gdy znalazłem się na górze, otworzył się przede mną taki widok, że ze szczęścia niemal się udławiłem. Widziałem przed sobą niwy błogosławionych.

Nie potrafię opisać szczegółów. Wiem tylko, że przyklękłem i pogrążyłem się w zdumieniu. A gdy spojrzałem na niebo ponad lądem, to spostrzegłem tam też krainę, góry i oceany, wyłaniające się powoli z bezkresu głębokiego błękitu, coraz wyraźniejsze, nabierające konturów i kształtów, tak że prawie mi serce pękło. Wtedy się obudziłem.

Przez cały dzień Renata nagabywała mnie, żebym zaprosił Suhma na nasz bal. Powiedziałem jej, że pomysł wciągania tego człowieka do kręgu, z którym nic nie będzie mógł zrobić, uważam za śmiechu wart. Dość się uniosła i widziałem coraz wyraźniej, że jest nim poważnie zafascynowana. Mimo tego odmówiłem i nie zmieniłem zdania.

Po południu pojechałem wynajętym autem do niewielkiej wsi nad Łabą powyżej Magdeburga, gdzie miał być na sprzedaż gotycki krucyfiks. Wszedłem do starego kościoła z polnych kamieni, który niestety w środku był okropnie pomalowany. Rada parafialna była bardzo dumna z tej dekoracji i oczekiwała, że wykażę entuzjazm. Opanowałem się jednak i nic nie powiedziałem.

Pan Paul Pölecke, przewodniczący rady, z zawodu szyper na Łabie, otworzył mi następnie kaplicę, w której niemal aż po sufit piętrzyły się rozmaite stare rupiecie, ławki, mary i nagrobki. Tu wisiał gotycki Chrystus. Spostrzegłem od razu, że jest to majstersztyk późnego średniowiecza, stosunkowo dobrze zachowany, chociaż w dolnych partiach poważnie uszkodzony przez kornika. Niemal naturalnej wielkości, wykonany z drewna lipowego, był pierwotnie pokryty bogatą polichromią. Wyraz twarzy Ukrzyżowanego był głęboko poruszający.

Szybko dogadałem się z panem Pölecke. Wypłaciłem mu tysiąc marek w setkach, on podpisał umowę i sprawa była załatwiona. Za to mogli sobie teraz kupić cały szereg figur z gipsu.

Kazałem Chrystusa dobrze zapakować, załadowałem go do samochodu i pojechałem do domu.

Teraz siedzę u siebie w pokoju i przyglądam się dziełu, które prowizorycznie umocowałem na ścianie. Muszę podziękować Knarchowi, to on skierował mnie do tamtego kościoła.

 

Niedziela, 12 stycznia

 

Wczoraj wieczorem odbył się bal u Corba. Było istotnie całkiem miło. Myślę jednak, że rozrywki tego rodzaju straciły dla mnie swój urok.

Pan von Orgelstett, były starszy radca intendentury, zachowywał się z początku możliwie. Umiał pić z godnością czerwone wino, miał jednak tę słabość, że o późnej godzinie opowiadał dowcipy i anegdoty, które pasowałyby do garkuchni, co mi wskazywało, że człowiek ten doskonale czuł się w takich miejscach. Ja rozmów tego rodzaju zupełnie się nie nadaję.

Doktor Reitenbusch okazał się autentycznym prawnikiem. Stale próbował mi wyjaśnić, że pruskie nadprezydentury są zbędne i wszelką władzę należy skupić w prezydenturach rejencji, który to temat naświetlał z najrozmaitszych stron i w którym wydawał się dosłownie zakochany. Jego żona, baronowa von Fangern, miała rysy całkiem semickie i ciągle przypominały mi się słowa Suhma: My kmiecie jesteśmy bardziej szlacheccy od niejednego barona. Jednak przez wzgląd na Renatę robiłem dobrą minę do złej gry i tańczyłem jak szalony. Z Renatą, z pulchną madame Orgelstett, z jej obiema córkami, z których jedna tak się do mnie przymilała, jakbym był dobrą partią, i z panią Reitenbuschową, obwieszoną grubymi sznurami pereł. Słowem, udawałem, że świetnie się bawię.

Również Knarch był w pełni zaangażowany, a wręcz, jak to mówią, stanowił główną atrakcję. Tryskał dosłownie humorem i w kobiecym salonie snuł plan kuligu po którymś z jezior, przy czym obie panienki Orgelstett wpatrywały się weń dosłownie ze łzami w oczach.

Wreszcie i to dobiegło końca. Około drugiej nastąpiły pożegnania. Reitenbusch wychodząc szepnął mi jeszcze do ucha: Reforma administracji jest nieodzowna, proszę o mnie pamiętać, zaś gruby Orgelstett, pijąc ostatni kieliszek, zalał Löperowi winem czarne spodnie. Wszystko więc było w najlepszym porządku. Pożegnania trwały pół godziny, a potem posiedzieliśmy jeszcze trochę przy spustoszonym stole. Löper klął na wstawionego radcę intendentury, Corb drzemał, a Renata śniła na jawie, chłodząc się wachlarzem.

Dziś po południu przyszedł do mnie Suhm, niezapowiedziany i niezaproszony. Stanął nagle na środku pokoju. Uścisnął mi dłoń i rzekł po prostu: Przyszedłem do ciebie, Vincenzie Josuo, bo myślę, że jesteś bardzo samotny.

Dopiero wtedy zauważył krzyż. Długo mu się przyglądał. Teraz znałem już ten jego styl i nie dziwiłem się.

Wreszcie odwrócił się znowu do mnie i zapytał: Czy to dzieło należy do ciebie? – Tak, odparłem, podoba ci się? – Nic nie odpowiedział, za to wrócił do oglądania. Nigdy nie widziałem człowieka, który tak pogrążałby się w akcie obserwacji. Nagle przyszła mi do głowy myśl: Jak by to było, gdybyś mu go podarował? Jak by to musiało być?

Czy chcesz mi sprawić radość, Bergerinie? powiedziałem na głos.

W jakiż to sposób? zapytał.

Przyjmując ten krzyż jako drobny wyraz mej przyjaźni, wyjaśniłem.

Pozostał spokojny, nie zdziwił się i odparł: Nigdy i od nikogo nie przyjmowałem dotąd prezentów. Ale od ciebie chętnie przyjmę. Dziękuję ci. To królewski dar. – W tej chwili nasza przyjaźń została przypieczętowana.

Zażądał jakiejś płachty. W całym domu nie było żadnej. Zerwałem więc ciemnozielone zasłonki z regałów z książkami i owinąłem w nie krzyż. Teraz wyglądał jak w Wielkim Tygodniu.

Tymczasem zrobiła się noc. Znowu padał śnieg. Suhm nałożył sobie krzyż niczym tragarz i poszliśmy.

Zaspy były coraz wyższe. Przy kościele garnizonowym, gdzie spał król, wiatr czający się za rogiem nieomal nas przewrócił. Tak parliśmy naprzód, stanowiąc osobliwy pochód. Ciemny krzyż kołysał się Suhmowi nad głową i przyszło mi na myśl, gdy tak szedłem nieco za nim: Krzyż dźwiga jako my wszyscy i jako ty sam.

Siedzieliśmy do północy przy winie i świecach, a gotycki Chrystus w piwnicznej izbie spoglądał na nasz stół niczym żywy i trzeci do spółki.

Zamyślony szedłem do domu. Cóż mogło być więcej warte od jednego jedynego człowieka, który nam ufa – przyjaciela, towarzysza, sprzymierzeńca?

 

Sobota, 18 stycznia

 

W minionych dniach wiele czasu spędziłem z Suhmem. Corb i Löper są urażeni, że tak ich zaniedbuję, i odsuwają się ode mnie. Również Renata chadza własnymi ścieżkami. Nie mogę inaczej, muszę utrzymywać przyjaźń z tym człowiekiem, który przemawia mi prosto do serca, a całą resztę odpuścić. Ostatecznie odpowiadam tylko za siebie, a zazdrość u starszych panów i młodych dziewcząt to rzecz naturalna.

Suhm jest jak głębokie i tajemnicze źródło. Nie jest fontanną, która wysoko tryska i ku słońcu zwraca swój lśniący sztandar. Suhm nie lśni i nie błyszczy – on świeci. Nie przelewa się i nie bulgoce, bije spokojnie i niezależnie, będąc jasnym zwierciadłem dla świata i rzeczy.

Kocha to, co obiektywne. Ma w sobie coś ze starzejącego się Goethego, z Grillparzera i ze Stiftera od Witika. Nie jest spokojny z powodu niedostatku, lecz z powodu powściąganego nadmiaru. Jest pierwszą przyzwoitą osobą, jaką spotkałem.

Knarch oślepia, z Löpera zrobił się mizantrop, bo za bardzo był w sobie zakochany, a życie nie układało się po jego myśli, Corb to zacny człowiek, ale w dziedzinie ducha posiada jedynie ogródek, podczas gdy Suhm – majątek ziemski.

Nigdy nie zapomnę dni, gdy chodziliśmy razem po Berlinie.

Pewnego razu rzekł do mnie: Pochodzę ze Śląska, z mrocznego i niebezpiecznego kraju. Tam w wysokich górach grasują jeszcze duchy, a po lasach nawołują się skrzaty. To kraina dzwonu zatopionego, dmuchaczy szkła i tkaczy płótna, poetów i pogrzebanych bogów. Anioł-Ślązak jest ojcem duchowym nas wszystkich, a nieszczęsny Christian Günther naszym bratem.

To miasto jednak nie jest z naszej krwi, ani z naszej woli. Zmuszeni jesteśmy je nienawidzieć, bo zdaje się ucieleśniać zasadę, z którą się nie zgadzamy.

W Niemczech nigdy nie było jednej stolicy. Dawni cesarze mieszkali w obozie wojennym, w Akwizgranie, w Norymberdze, w Ratyzbonie, albo na polach pod Mediolanem. Inne ludy mogły powiedzieć: Patrzcie, tu jest nasze centrum, nasze słońce. Niemcy krążą wokół ukrytej gwiazdy, nie znamy jej.

To miasto jest dlatego kłamstwem, że leży w Niemczech. Dopóki było pruskie, było autentyczne – gdy zechciało stać się niemieckie, zrobiło się nieniemieckie. Dzisiaj ma ambicję stać się centrum Europy i przedstawia się jako światło i lampa, do której blasku ćmy lgną tysiącami, gąsienice ściągają z całej okolicy, by spijać jego nektar. O, miasto nocnych motyli, liszek i słodkiego nektaru! Nie mamy ze sobą nic wspólnego, ty i ja. Chodzę twoimi ulicami jak obcy! Nie wiem, czy tu jest Rosja, czy Ameryka, czy jeszcze coś innego, ale wiem, że Niemcy to nie są. – Podczas tych rozmów Suhm pozostawał sobą, mówił spokojnie i klarownie, ale słowa jego nabierały ostrości i były jak trzaśnięcia batem.

Innym razem powiedział: Bóg zdaje się wycofywać ze świata, jakby chciał nas zostawić samym sobie. Ludzkość osiągnęła trzydziesty rok życia i wkracza w wiek męski. To oznacza być samotnym, iść samotnie, a jednak musieć znaleźć drogę. Tak jak Chrystus, gdy udał się na pustynię i znalazł się na Górze Kuszenia.

Tu jest pustynia i tu jest Góra Kuszenia, bo gdzie byłby człowiek samotniejszy niźli w wielkich miastach i gdzie byłby bardziej niż w nich wystawiany na pokuszenie?

Innego razu poszliśmy do teatru. Dawano Hamleta. Ci aktorzy, powiedział Suhm w antrakcie, nie umieją już recytować wersów. Ich rytm i rytm wielkich poetów to dwie różne rzeczy. To, co tu widzimy, to ceremonia pogrzebowa. Martwych powinno się zostawić w spokoju, a zająć się żywymi.

Takie jednak jest całe to miasto. Ono kłamie. Zdobi się martwotą. Kupuje dla swych muzeów stare obrazy i posągi, a ludziom na Weddingu pozwala głodować. Tu wyciąga Hamleta spod ziemi, ale jeżeli ktoś kiedykolwiek nienawidziłby tego miasta, to z pewnością byłby to Hamlet. W żadnym innym mieście nie widziałem tylu konduktów pogrzebowych co tutaj. Tu przechadzają się tysięczni zmarli: Nefretete, Isztar, bogini z Attyki, Rembrandt, Feuerbach i wielu innych.

Sztuka toczyła się dalej. Siedzieliśmy dość blisko sceny. Było coraz żałośniej. Wyszliśmy w środku przedstawienia, a Suhm zawołał w stronę sceny: Nie odkopujcie mi zwłok Hamleta, wasze ręce nie są dość czyste!

Wywołało to sensację i nazajutrz pisały o tym wszystkie gazety.

Wczoraj wieczorem poszliśmy na Kurfürstendamm. W pobliżu kościoła garnizonowego ktoś wcisnął nam ulotkę do ręki. Głosiła:

 

Ludzie inteligentni i obdarzeni dobrym gustem

bawią się

najlepiej

w Palais Peccafortiter

Kurfürstendamm Nr…

 

Ku memu zaskoczeniu Suhm był za tym, żeby wejść do środka. Dlaczego nie mielibyśmy sprawdzić, co ludzie nazywają tu odważnym grzeszeniem? Weszliśmy.

Było około jedenastej wieczorem. Pokonaliśmy kilka korytarzy i weszliśmy po schodach na górę. Oczekiwał nas mężczyzna we fraku. Szukacie Peccafortiter? zapytał. Tak, tego właśnie szukamy. Zapłaciliśmy każdy niemałą sumę za wstęp, po czym zaprowadzono nas do ciemnej sali i wciśnięto w aksamitne fotele.

Chyba trafiliśmy na sam początek. Na niewielkiej scenie stał mężczyzna i bawił się z tresowanymi białymi myszkami. Wybiegały mu z rękawów, ze spodni i z dekoltu, podczas gdy on zmysłowymi ruchami udawał taniec. Śpiewał przy tym następujący tekst na modłę gregoriańskiego chorału: Wracam właśnie z pogrzebu kochanego pana Boga. Był już dość podeszły w latach i zmarł na zwapnienie żył. Moi państwo, było to wybawienie, wierzcie mi. Staruszek miałby ciężką jesień życia. Tak było lepiej. La la la! I co teraz robimy my, jego dziatki? Chcemy podzielić się jego spuścizną, tak, podzielić, la la la! Chcemy być szaleni i okrutni. Niebo jest nam bowiem niedostępne, a piekło splajtowało. Co nam pozostaje innego? Amen! Amen!

A potem, podczas gdy on nadal tańczył, zaczęło zeń – zdawało się, że bez jego udziału – spadać ubranie, najpierw frak, potem buty i spodnie i oto stanął nagusieńki na scenie i wtedy okazało się, że to kobieta.

Przeszedł mnie lodowaty dreszcz i pomyślałem, że zaraz zwymiotuję z obrzydzenia. Duszkiem opróżniłem kieliszek wina i zapaliłem papierosa. W świetle zapałki spostrzegłem, że Suhm zrobił się śmiertelnie blady. Ci tutaj grają naprawdę, rzekł mi cicho.

Kurtyna opadła i przez czas potrzebny do wypalenia papierosa nie działo się nic. Potem znowu się podniosła. Jakież było me zdumienie, gdy ujrzałem przed sobą Corbową kaplicę, całkiem taką, jaką ją owego czasu sprzedałem, w głębi wspaniały ołtarz z palącymi się świecami, z przodu dywan, kandelabry, obrazy na szkle, wszystko całkiem tak samo. Tylko po bokach umieszczono piękne stalle, a nad nimi barwną galerię naturalnej wielkości rzeźb barokowych.

Był to bajeczny widok. Rozległy się ochy i achy.

Za sceną zaczęła grać muzyka. Organy, skrzypce i flety. Nagle figury nad stallami ożyły. Byli to aktorzy i aktorki w historycznych strojach, którzy teraz zaczęli ze sobą rozmawiać: święty Sebastian, prawie nagi, Maria Magdalena, piękna pokutnica, święta Joanna, ubrana w szklaną zbroję, i co tam jeszcze. Następnie weszło trzech kardynałów, którzy odprawili requiem za zmarłego kochanego Boga. Było to nie do opisania i naprawdę nie mogę powiedzieć tu nic więcej, bo nie wiem, komu ten dziennik może kiedyś wpaść w ręce. Istotnie, ci tutaj grali naprawdę.

Potem nastąpiło jeszcze wiele więcej. Wszystko jednak było przyczynkiem do tematu: chwała Bogu, pan Bóg umarł! Było to tak szatańsko bluźniercze, że dziwiłem się, jak to możliwe, iż ziemia nie rozstępuje się, by nas wszystkich pochłonąć. I przypomniałem sobie słowa Suhma: Bóg zdaje się wycofywać ze świata.

Do domu wróciliśmy dopiero nad ranem.

 

Czwartek, 23 stycznia

 

Siedziałem dzisiaj wieczorem u siebie w pokoju i obmyślałem plan stworzenia nowej galerii, bo muszę przecież z czegoś żyć. Zamierzałem poświęcić się zwłaszcza sprzedaży dzieł sztuki z prywatnych kolekcji poczdamskich. Nagle rozległo się pukanie i wszedł Suhm.

Od tamtego wieczora w Peccafortiter wydawał mi się serdeczniejszy i życzliwszy. Zaczął mówić więcej o sprawach osobistych, o swym życiu, planach na przyszłość, a zwłaszcza o swej ojczyźnie. Nie dziwiłem się jego późnej wizycie, byłem do tego przyzwyczajony. Usiadł na sofie i przycisnął dłonie do skroni.

Wyglądało na to, że coś się wydarzyło. Co się stało? zapytałem, nieco wystraszony. Spojrzał na mnie i rzekł: Co się stało? Mało lub wiele, jak to mówią. Bóg wprawdzie nie umarł, ale się wycofał.

Nie rozumiałem z tego ani słowa. Jak to wycofał się? zapytałem. Co masz na myśli?

Wczoraj wieczorem wracałem z długiego spaceru, odpowiedział. I oto przed domem – znasz go przecież – ujrzałem tłum ludzi. Była tam straż pożarna. Dom płonął. Gdzieś przewróciła się lampa naftowa i – skracając opowieść – wszystko się spaliło. Również mój Chrystus znad Łaby.

Potem znowu zamilkł.

Na zewnątrz wył wiatr. I bez żadnego związku przypomniała mi się nagle strofa:

 

Pozwól mi być przy tobie

Gdy nad domem szaleją zimowe sztormy.

 

Przyniosłem wino.

Czy pamiętasz, zapytał Suhm, ową rozmowę, którą toczyliśmy podczas jednej z naszych wędrówek po Berlinie: że człowiek powinien iść w ciemność, tak jak Chrystus poszedł w ciemność przez pustynię? Pamiętasz ją jeszcze? A teraz Chrystus ode mnie odszedł, szybko i niespodziewanie. Zamyślałem zabrać go do naszego domu pod lasem i poosadzić w letnim ogrodzie pełnym ziół i chwastów – krzyżowe drzewo – a na zimę wstawiać do drewnianej izby, gdzie byłby jak wielki duch-przodek. Teraz to wszystko już przeszłość!

I zobaczyłem, że łka. Dotknęło mnie to do głębi. Chcę więc zawsze przy tobie pozostać, powiedziałem do niego cicho, zawsze, zawsze!

Miałem wrażenie, że potrząsnął smutno głową. Kto wie, rzekł.

Był to bardzo piękny i bardzo smutny wieczór. Czuliśmy się tak, jakby brakowało pośród nas trzeciego.

Jako że Suhm stracił dach nad głową, zatrzymałem go u siebie i właśnie ścieliłem mu na sofie, gdzie miał spać, gdy do pokoju weszła Renata. Na dźwięk otwieranych drzwi obróciłem się. Ona jednak nie zauważyła mnie; widziała tylko Suhma, który stał zaraz obok niej.

Spojrzała nań wielkimi oczami, jakby zobaczyła ducha, spłonęła intensywnym rumieńcem, zadrżała, zaczęła głośno szlochać i łkając wybiegła z powrotem na zewnątrz.

Kto zrozumie kobietę? Nawet jeżeli to własna siostra? Może wtedy jest jeszcze trudniej.

Nie ciągnęliśmy dalej tego wątku i poszliśmy spać.

 

Piątek, 24 stycznia

 

Dzisiaj wynająłem mieszkanie na Charlottenstrasse niedaleko Wilhelmsplatz, gdzie na parterze posiadam również przestrzenie sprzedażowe i wystawiennicze. Lokalizacja jest dobra i myślę, że sprawy pójdą znowu do przodu. Teraz trzeba ponawiązywać znajomości, by dowiedziało się o mnie środowisko poczdamskie.

Złożyłem wizytę niesympatycznemu panu Orgelstettowi, zachowywał się tak, jakby znał na wylot każdego w Poczdamie, poczęstował mnie również paroma swymi brzydko pachnącymi anegdotami. Pozwoliłem, by spłynęły po mnie niczym brudna woda, po czym zanotowałem kilkanaście adresów. Na odwiedzanie Reitenbuscha przeszła mi ochota, facet mógłby znowu zacząć swój wykład o potrzebie reformy administracji. Brr! Ale i bez tego dam sobie radę. Okręcik Vincenza Josuy Borna musi odzyskać pływalność.

 

Poniedziałek, 27 stycznia

 

Moja dawna relacja z Corbem i Löperem chyba ostatecznie się popsuła. Gdy obwieściłem im obu, że chcę ponownie uruchomić interes, żaden nie powiedział ani słowa.

Wreszcie Corb rzekł: I tak niewiele nacieszył się rodzeństwem. Prowadza się z wierszokletami, którzy ludziom takim jak my są wstrętni, a mademoiselle Renata zwiedza Berlin.

Löper wzruszył ramionami i powiedział: C’est la vie.

Naprawdę przykro mi było tak ich rozczarowywać, ale nie wiem, co sobie nawyobrażali. Czuję wyraźnie, że moją ścieżkę z Suhmem będę musiał przejść sam, a Renata musi prędzej czy później wrócić do Wiednia. Boli mnie tylko i wyłącznie myśl, że mogę być uznany za niewdzięcznika. Ale za kogo nie byłem już uznawany? Za oszusta i fałszerza obrazów.

Pewnie, Löper ma rację, takie jest życie. Ja wszakże jestem skłonny postawić wszystko na jedną kartę, ta karta nazywa się przyjaźń z Suhmem.

Czy uczucia, którymi darzę tych dwóch panów, mogłyby mi zastąpić żywe życie z Suhmem? Przenigdy! Czuję, że muszę się tu zdecydować i żeby w całości zdobyć jedno, muszę poświęcić wszystko inne, co przecież jest tylko połową. „Zgiń i znów się przemień!” Goethego to obecnie moje hasło przewodnie. On poszedł i sprzedał wszystko, co miał, i kupił perłę.

Głupiec ze mnie! Czegóż to już nie brałem za wielki klejnot – życia, ja, pieniędzy, ślepego współczucia. Żywych ludzi jednak pomijałem. I przypominam sobie jedno zdanie Suhma: Bóg pomaga ludziom tylko poprzez ludzi.

Przyjaźń musi w rzeczy samej liczyć się jako wartość najwyższa, jako klejnot niedościgniony, a ja miałbym teraz zacząć wahać się pomiędzy z jednej strony tym niezrównanym człowiekiem, a z drugiej tymi dwoma nieco upartymi i zazdrosnymi dziadkami?

Życie mam jeszcze przed sobą, otwarte i swobodne, rozciąga się cudownie szeroko niczym rzeka u ujścia do morza. Wyszedłem z gęstwiny i miałbym dobrowolnie wracać do zamętu, do niejasności i zaciemnień?

A więc bywajcie obaj, Corb i Löper. Wiele dla mnie znaczyliście, przyznaję, będę wam zawsze wdzięczny, nigdy was nie zapomnę, ale być wiecznym gościem przy waszym stoliku z czerwonym winem – na to jestem za młody. Pozbyłem się wielu złudzeń – pozbyć się musiałem – ale iluzji wolnego i wartościowego życia będę strzegł do końca i nie wyzbędę się nigdy.

Bez wątpienia Iwein zapodział się. Nie u kobiet, ale u dwóch panów, kulturalnych i pełnych wdzięku, pośród niejasnych, półmrocznych nastrojów, w atmosferze na poły wiedeńskiej, na poły poczdamskiej.

Umarł król – niech żyje król!

 

Piątek, 31 stycznia

 

Kiedy przewracam stronę i czytam, to nie wiem, czy nie lepiej byłoby podrzeć całą tę książkę. Myślę już spokojniej, obawiam się, że zbyt spokojnie. Dwukrotnie przeżyć tak straszną katastrofę to zbyt wiele.

Ach, zdradliwe morze! To morze, które, gdy człowiek wypływa, wydaje się gładkie jak lustro, a potem zamienia się w rozszalałego potwora.

Na Boga, nie wiem, co jeszcze mi się przytrafi. Jestem już taki stary, taki prastary. Całe moje życie zawarte jest na tych stronicach i to życie jest obecnie kompletną katastrofą albo bezwartościowym śmieciem wyrzuconym przez morze. Co teraz będzie?

Myślę, że jestem beznadziejnym tchórzem. Inny na moim miejscu byłby odważniejszy i przyłożyłby sobie do skroni zimną lufę rewolweru. Ja tego nigdy nie próbowałem.

No cóż! Tak miało być. Pozwolę się nieść nurtowi. A jeżeli mam w sobie jeszcze jakąś ciekawość, to tego, co jeszcze jest mi pisane.

Ludzie mieli rację: Bóg najwyraźniej umarł, bo inaczej takie rzeczy nie powinny mi się przydarzyć.

Przedwczoraj wieczorem, gdy wróciłem do mego nowego mieszkania na Charlottenstrasse, na biurku czekał na mnie list. Cały dzień składałem wizyty i byłem ledwie żywy. List ten wydał mi się od początku bardzo dziwny. Niezwykły! Chociaż na pozór był jak zwyczajny list. Nadano go w Cottbus. Rozdarłem kopertę i przeczytałem:

 

Lehde, w Spreewaldzie

wtorek, 28 stycznia

 

Drogi Vincenzie Josuo!

 

Wyjechałem z Poczdamu i Berlina. Nie pytaj dokąd. Jeżeli jesteś mym przyjacielem, nie wolno Ci o to pytać. Długo się wahałem, czy mam się z Tobą pożegnać. Postanowiłem tego nie robić. Myślę, że tak było lepiej. Udaję się na długie odosobnienie. I żebyś wiedział: kocham Twoją siostrę Renatę, ale obawiam się, że bez wzajemności. Dlatego lepiej było wyjechać. Ty nie jesteś niczemu winien. Nikt mi dotąd tak drogi nie był jak Ty. I będę Cię nosił w sercu niczym skrywany skarb. Biedny Vincenzie Josuo! Tam jak my wszyscy musisz sam podążać swoją ścieżką. Niech Chrystus i wspomożyciel, którego nam obiecał, będą zawsze z Tobą. Mnie nie szukaj. Jeżeli Cię zasmuciłem, wybacz mi. Ty jednak pozostań taki, byśmy – ja i ten trzeci w naszej relacji – mogli zawsze powiedzieć: ten jest naszym przyjacielem.

 

Twój,

Bergerin Suhm

 

Nie wiem, jakie uczucia towarzyszyły mi podczas czytania tego listu. Nie żal, nie smutek i nie zwątpienie. Było to coś całkiem innego. Dojmująca świadomość opuszczenia. Gdyby mi ktoś powiedział, że nazajutrz słońce nie wstanie na czas, wyśmiałbym go. Moje słońce odeszło.

Nie wiem, co mam teraz umieścić na mym nieboskłonie jako wielką gwiazdę centralną. Świat wydaje się szary, pusty i upiorny, jak podczas zaćmienia.

I znowu przypominam sobie te słowa: Pozwól mi być przy tobie, gdy nad domem szaleją zimowe sztormy. Wydają mi się wołaniem mego własnego serca, jakby były napisane dla mnie.

Wtedy dzieje się to, że ukrywam twarz w dłoniach i łkam.

Głód cierpieć jest źle, winnym być jest źle, ale najgorzej jest być opuszczonym.

A ja teraz jestem sam jak palec, nie wiem, co będzie.

Nazajutrz, czyli wczoraj rano, poszedłem do Renaty, która wciąż mieszka u Corba, i zastałem ją w jej pokoju. Właśnie przygotowywała się do wyjścia.

Przywitałem się i chciałem jej właśnie opowiedzieć o liście, kiedy widok czegoś, co leżało na toaletce, zmroził mi krew w żyłach.

Jeszcze teraz drżę na myśl o tym.

Była to mała, srebrna, sycylijska papierośnica Knarcha.

Podszedłem bliżej, wziąłem ją do ręki i spojrzałem na Renatę. Przeraziła się i zrobiła blada jak ściana.

Co to jest? zapytałem.

Głupiec ze mnie, jak mogłem jeszcze pytać. Bo pytając, wiedziałem już wszystko.

Pociemniało mi w oczach. Musiałem oprzeć się o krzesło, tak słabo mi się zrobiło.

Renata powoli odsunęła się ode mnie.

Podszedłem do niej i ponowiłem pytanie: Co to jest?

Znowu nie odpowiedziała, tylko przyglądała mi się wielkimi, przestraszonymi oczami.

Zapytałem po raz trzeci: Co to jest? Ponieważ znowu nie udzieliła odpowiedzi, położyłem papierośnicę na stole, usiadłem w fotelu i przemówiłem:

Powiem ci, co to jest. To prezent dla metresy.

Wiem jeszcze teraz, że to ostatnie słowo wymówiłem tak, jakby zawierał się w nim cały brud i smród burdelu. Wylałem je niczym kubeł pomyj na jej przyozdobioną warkoczem blond główkę.

Spełniło swoje zadanie, to słowo, jak cios pięścią. Renata osunęła się bezgłośnie na sofę.

Siedzieliśmy tak może kilka minut, ona na sofie, ja w fotelu. Potem wziąłem się w garść, zapaliłem papierosa – o, te śmiechu warte przyzwyczajenia, które człowiekowi pozostają wierne nawet podczas tajfunów i burz piaskowych! – i wyciągnąłem list Suhma.

Suhm właśnie mi pisze: Kocham Twoją siostrę Renatę, ale obawiam się, że bez wzajemności, powiedziałem.

Renata nie poruszyła się. Zwisła niczym martwa nad oparciem sofy. Podszedłem do drzwi i zamknąłem je na klucz. Dopiero wtedy podniosła przestraszony wzrok. Może bała się, że ją zastrzelę.

Bez obaw, panno Born, rzekłem, nic panience nie zrobię. Kładę tu na stole zegarek. Za dwadzieścia minut jest panienka gotowa do wyjazdu, jedziemy do Berlina na Anhalter Bahnhof, gdzie wsiada panienka do najbliższego pociągu do Wiednia. Proszę zatem się pospieszyć.
Nie protestowała. Dziesięć minut później siedzieliśmy w samochodzie, ja obok szofera, ona z tyłu.

Z Corbem i Löperem nie pozwoliłem jej się pożegnać.

Na dworcu dałem jej pieniądze. Chciała wziąć mnie za rękę. Nie podałem jej swojej. Gdy dojedzie panienka do Wiednia, powiedziałem, upraszam o telegram. Proszę wsiadać.

Nie obejrzałem się za nią ani razu, gdy pociąg wyjeżdżał z peronu.

Ta dziewka skradła mi przyjaciela i siostrę.

Ale my ludzie jesteśmy przecież tylko małymi głupkami!

Idąc do wyjścia, zobaczyłem nagle w tłumie Hildę Kronach. Nie zauważyła mnie. Wyglądało, że na kogoś czeka.

Skryłem się w ciżbie i czekałem. Nikt jednak się nie zjawił. Rozczarowana i zmęczona opuściła peron. Widziałem, że obcasy jej butów są krzywe.

I wtedy przemówił do mnie ostry jak brzytwa głos, nie wiem czyj i skąd: Teraz jesteśmy kwita.

A gdybym miał wtedy oponenta przed sobą, to byłbym zbyt zmęczony, być choć zacisnąć dłoń w pięść.

Byłem kompletnie wyczerpany. Pojechałem do domu i gapiłem się na ściany, nie wiedząc, czy jeszcze żyję, czy może niedawno umarłem.

 

VI.

 

Niedziela, 2 lutego

 

Jakież upokorzenia musiałem znieść! Gdy próbowałem wyjaśnić staremu Corbowi nagły wyjazd Renaty, myślałem, że zapadnę się pod ziemię. Nie pozwolił mi skończyć, wyszedł powoli do drugiego pokoju, zamknął drzwi i zostawił mnie samego.

Po jakimś czasie wrócił, wyglądał na dziesięć lat starszego. Dopiero teraz zauważyłem, jak jest stary. Stanął przede mną i rzekł: Żołnierz nie powinien nigdy popadać w zwątpienie, poruczniku Born. Löpera powiadomię.

Podał mi rękę i poszedłem. I myślę, że do tego domu nigdy już nie wrócę. Wstydzę się.

Zima nie ma końca. Długie ulice są zimne i opustoszałe, a jeżeli wcześniej mogłem radować się bielą śniegu i otwartą przestrzenią, to teraz widzę tylko pustkę samotności i ponure, chmurne dni.

Nie mogę się nadziwić, ile człowiek znosi. Często jest tak, jakbym nie był już tym, kogo znam od początku, ale jakimś zewnętrznym obserwatorem. Jest we mnie niemożliwe do nazwania uczucie pustki. I co ciekawe, w tym stanie widzę ludzi i rzeczy klarowniej i wyraźniej niż wcześniej. Może dlatego, że jestem obiektywny. Bo jakoś nic już mnie nie obchodzi. Robię, co trzeba, ale duchem jestem nieobecny.

Zaczynam lepiej rozumieć Löpera i jego filozofię. Być może przeżył rzeczy, o których nie mam pojęcia.

Cierpiąc, robimy się bardziej wyrozumiali. Więcej pojmujemy, mądrzejemy.

Dzisiaj cały dzień składałem wizyty. Coś, co wcześniej było mi wstrętne, teraz niemal lubię jako wypełnienie bezużytecznego czasu.

Stojąc w pokoju gościnnym, ciekaw jestem, kto wyjdzie mi naprzeciw i z których drzwi.

Zakładanie się ze sobą samym może być zabawne. Ten pierwszy we mnie mówi: Z tamtych drzwi wyjdzie, z pewnością mężczyzna, obwieszony orderami, pułkownik albo oficer sztabu generalnego. Będzie wielkopański i wyniosły.

A ten drugi na to: Bynajmniej. To nie będą tamte drzwi, ale te. I to nie będzie mężczyzna, ale pani domu. Pułkownik ożenił się późno. Jest szczupła, piękna, szarmancka. Będzie nadzwyczaj miła i powie: Cieszę się, że pana poznałam.

Takie rzeczy mnie cieszą, szkoda. Nieraz obawiam się, czy nie postradałem rozumu. A jeżeli tych dwóch wystarczająco się nadyskutuje, a pokojówka wyjdzie i powie: Państwo proszą o ponowną wizytę jutro – to co wtedy? Wtedy śmieje się ten trzeci. Wcześniej takie sytuacje doprowadzały mnie do szału, teraz się uśmiecham, kłaniam się pokojówce niby królowej i schodzę po obitych wykładziną schodach, tak powoli, że mogę je policzyć. Ustaliłem, że na każde półpiętro przypada zwykle dwanaście stopni. W nowych domach jest to tylko osiem.

Na dole zapalam sobie papierosa i stawiam krzyżyk przy nazwisku państwa, co oznacza: Wrócić!

Nie wiem, dlaczego to wszystko robię. Ani mnie to ziębi, ani grzeje. Jest jak film, który nas nie interesuje, ale go oglądamy, bo nie mamy nic lepszego do roboty. Czym innym miałbym się zająć?

Oczywiście nie wszędzie jestem odprawiany z kwitkiem. Polecenia Orgelstetta otwierają mi wiele drzwi.

Dzisiaj przed południem przyjął mnie hrabia Zuppow, człowiek, o którym powiadają, że odgrywał pewną rolę w ministerstwie spraw zagranicznych. Nosi on tytuł królewskiego szambelana.

Przyjmując mnie, miał na sobie strój jeździecki i biały krawat. Jeszcze nigdy nie widziałem u mężczyzny tak upierścienionych dłoni. Stanął w pewnej odległości ode mnie i lustrował mnie wzrokiem.

Przedstawiłem się i opowiedziałem o mojej nowej galerii.

Dobrze, powiedział, wciąż stojąc i nie oferując mi żadnego krzesła, wrócę do pańskiej oferty. Czy podjąłby się pan sprzedania Rayskiego?

Rozmawiał ze mną, jakbym był Turkiem i mieszkańcem wysp południowego Pacyfiku, obracając przy tym w dłoni szpicrutę.

Jak najbardziej, panie hrabio, odpowiedziałem. Jeżeli wolno mi zwrócić na to pańską uwagę, to nie jestem głupim młodziankiem znikąd, a raczej doktorem filozofii po uniwersytecie praskim. Mój ojciec był archiwariuszem ziemskim i koronnym Królestwa Czech z tytułem cesarskiego i królewskiego szambelana, a moja matka była hrabiną von Truchsess, który to ród jak wiadomo należy do starej szlachty.

Następnie wziąłem sobie fotel i usiadłem.

Przez moment mężczyzna w jeździeckim dresie był niepewny. Zamrugał oczami i zastanawiał się.

Potem poszedł do mnie, podał mi rękę i rzekł, całkiem odmieniony: Och, pardon, nie spojrzałem dokładnie na pańską wizytówkę. Naturalnie. Bardzo mi miło.

I dziesięć minut później miałem pisemną umowę na sprzedaż dwóch Rayskich.

Takim ludziom trzeba najpierw dać kopniaka w brzuch, zanim przyjdą do siebie.

Wyznaję, że te wizyty te są drażniące, jakbym wchodził do wanny pełnej igieł świerkowych.

W południe odwiedziłem księcia Eduarda von Chorinsky’ego, o którym słyszałem, że chce upłynnić wartościową kolekcję dzieł sztuki.

Przyjął mnie osobiście. Siedział w ogromnym gabinecie, przez który trzeba było przejść na skos, by stanąć przed jego biurkiem.

Gdy byłem w połowie drogi, wyszedł mi naprzeciw, podał rękę i rzekł: Czy pan jest synem byłego czeskiego archiwariusza koronnego?

Ja: Zgadza się, wasza książęca mość, jestem.

On: To mnie cieszy. Poznałem nieco pańskiego ojca. Pomagał mi wtedy przy reorganizacji archiwum rodowego. Czy nie ma pan również siostry?

Ja: Nie, wasza wysokość, jestem tylko ja.

On: Ale czy nie było jeszcze dziewczynki? Czy też się mylę?

Ja: Miałem siostrę, wasza wysokość, ale niedawno zmarła.

On: Och, moje kondolencje, to mnie głęboko zasmuca. A zatem chce pan zająć się moją galerią?

Ja: Bardzo chętnie, wasza wysokość, jeżeli to możliwe.

Książę zaprosił mnie do stołu i zjedliśmy obiad w bajecznym salonie, ozdobionym ślicznymi obrazami Lorraina i Watteau.

Musimy jeść sami, powiedział, moja au pair jest niestety chora.

Gdy o drugiej opuszczałem pałac księcia Chorinsky’ego, miałem w kieszeni, że tak powiem, jedenaście obrazów szkoły francuskiej i niderlandzkiej.

Niedzielną pracę uznałem za wykonaną i schowałem notatnik.

Po południu pojechałem do Berlina. Ogrody Sanssouci budzą we mnie gorzkie uczucia. Za każdym krzakiem widzę tam Suhma.

W Berlinie człowiek jest samotniejszy.

Po drodze naszła mnie fantastyczna myśl: A co zrobisz z Knarchem? Wciąż nosiłem w kieszeni jego srebrną papierośnicę.

Czy powinienem pójść i go zastrzelić? Po prostu strzelić mu w łeb jak parszywemu psu? Czy też powinienem się z nim pojedynkować? Nad którymś z jezior, z samego rana, gdy żołądek ma się jeszcze pusty? A może powinienem zmusić go, żeby ożenił się z Renatą?

Jedno śmieszniejsze od drugiego. Co zyska świat na śmierci tego typa? Czy też mam pozwolić, żeby zrobił ze mnie kalekę i poszedł za to do twierdzy? A Renata, którą dzisiaj u Chorinsky’ego uznałem za zmarłą?

Wczoraj rano przysłała telegram: Już w Wiedniu. Renata.

Jakimż byłbym łajdakiem, gdybym chciał ją z powrotem wmusić Knarchowi, który by ją dzień i noc zdradzał!

A zatem nic nie robić? Pozwolić, żeby Knarchowi uszło na sucho i nie wręczyć mu żadnego listu dziękczynnego? Sam nie wiem. Kto dał mi list dziękczynny, gdy uwiodłem Hildę Kronach? Śmieszny jestem w roli sędziego.

Jadę gdzieś kolejką podziemną. Film się wyświetla, widzę ludzi, domy, ulice. Ludzie przepychają się, nadeptują sobie na buty.

Kurort Kudowa szczyci się tym, że umie chorych uzdrawiać.

Luźno cytuję Gottfrieda Benna:

 

Berlin, to asfaltowe wyrobisko!

My chcemy jechać do Kudowy.

 

Na Leipziger Strasse wciskam papierośnicę Knarcha do kratki ściekowej. Przechodzi z trudem i wpada w mętną czeluść. Podchodzi ochroniarz i pyta, co robię.

Ściągam przed nim kapelusz i idę dalej. Ludzie się śmieją.

Wieczorem chętnie poszedłbym do Palais Peccafortiter. Ale lokalu już tam nie ma. Idę Kurfürstendammem i patrzę na okna, gdzie był mój „Klejnot”. Agencja ubezpieczeniowa wyniosła się. Zamiast niej pyszni się szkoła handlowa.

Wszystko przemija. Tam, gdzie jaśniała witryna z pięknym obuwiem, stoją teraz w ogromnej hali, opartej ryzykownie na słupach grubości zapałki, błyszczące auta, w których lakierze i chromie przeglądam się tysiąckrotnie. Co to wszystko ma być? Nie znajduję nigdzie żadnego sensu, żadnej wartości…

Wlekę się wielką ulicą niczym starzec. Zagadują mnie dziewki, mijają pędem samochody, domy płoną, idę i idę, ciągle dalej i dalej, jakbym jeszcze dziś musiał dotrzeć na koniec świata.

 

Wtorek, 4 lutego

 

Mam już dość obrazów i innych dzieł sztuki, by otworzyć lokal. Nie jest to żaden klejnot, ale spodziewam się, że mnie wyżywi.

Kazałem wydrukować ilustrowane prospekty, zaprosiłem prasę, rozesłałem wizytówki.

Na ścianach wisi dwadzieścia pięć obrazów, wszystkie dobre i czyste. Niektóre są ponadprzeciętne, Teniers od Chorinsky’ego i Altdorffer od starej panny von Gelmar.

Zwłaszcza ten Altdorffer jest bardzo piękny. Nie jest większy od płytki dachowego łupka. Ale to, co na tej przestrzeni wyobrażono, jest wspaniałe. Stoją tam drzewa, chłodne i już przechodzące z zieleni w błękit, przytulone do siebie niczym wielkie anioły. Na polanie święty Michał na białym koniu spogląda na krainy w dole, które rozzłocone ciągną się aż po horyzont: miasta, wsie i wiele zamków. Przejścia barwne od płynnego złota pod horyzontem po chłodny błękit prześwitujący zza wierzchołków drzew na pierwszym planie, te przejścia są nie do opisania.

Być może zachowam go dla siebie.

Dziełom sztuki przyglądam się teraz spokojniej i bardziej rzeczowo. Nie jestem już rozpływającym się w zachwytach entuzjastą, który pada na kolana przed promiennym słońcem piękna, a raczej prastarą kamienną górą, grzejącą się w świetle wielkiej, odchodzącej gwiazdy.

I znowu – któryż to już raz? – muszę pomyśleć o Suhmie, o niezapomnianym, i o tym, co pewnie powiedziałby o tym obrazie.

Gdzie on może teraz być? Z powrotem w rodzinnej wiosce, której nazwy nigdy nie poznałem, w ogrodzie pełnym ziół i chwastów? Czy myśli o mnie i o utraconej ukochanej? Albo gdzie błąka się jego wszechogarniający duch i czy nas wszystkich zapomniał?

Nie, czuję, że jest w jakiś sposób przy mnie. Nie zapomniał mnie, wiem to. Mam wrażenie, że przygląda mi się zza jednego z tych drzew na obrazie Altdorffera, a one szumią jego głosem.

Ach, jest daleko stąd, nie wiem gdzie i mógłbym wszystko wziąć i cisnąć do głębokiego dołu zapomnienia.

 

Piątek, 7 lutego

 

Również temu pozwolę spokojnie przeminąć. Zniosę to, będę myślał, że to klejnot, a kiedy los przyjdzie i weźmie mi go z ręki, będę jak grzeczne dziecko bawił się w piaskownicy mej pustej przyszłości i ani razu nie zapłaczę.

Gdy się straciło tyle co ja, jest się wdzięcznym za najmniejszą iskierkę. Przyjmijmy zatem, że była to igraszka, słodki flircik, motyl, ze skrzydeł którego zwisają krople światła. Co z tego zostaje – garść, co ja mówię, szczypta barwnego pyłu, nic więcej.

Och, los znam teraz bardzo dobrze. Wiem dokładnie, jak ze mną gra. Gra ze mną w Tantala. Podaje mi klejnoty, a kiedy wyciągam po nie rękę, okazują się bańkami mydlanymi i pękają. Znam to doskonale.

Złożyłem sam sobie uroczystą przysięgę, że będę ostrożny. I gdybym miał już nigdy nie mieć szczęścia, to przynajmniej chcę uchronić się przed nieszczęściem. Nie chcę się z nikim więcej wiązać, chcę zostać buddystą i wyrzec się pragnienia życia.

Nie odczuwam już głodu i nie odczuwam już pragnienia, mam tylko w sobie wielką tęsknotę za spokojem. Niech mi dadzą spokój.

Ale nie chcę tu filozofować, chcę relacjonować.

Dzisiaj przed południem chciałem porozmawiać z księciem. Chodziło o sprzedaż jego obrazów. Galerzysta Mara z Berlina pytał o ceny.

Gdy pociągnąłem za dzwonek, zjawił się kamerdyner i powiedział, że jego wysokość wraca dopiero za godzinę i czy chcę tyle czekać.

Na poły bezwolnie wszedłem do środka i pozwoliłem się zaprowadzić do salonu, który już znałem. Sześciokątny, średniej wielkości pokój wyłożony japońskim jedwabiem i wymyślnym parkietem na podłodze. Kamerdyner poszedł.

Z salonu tego ma się widok na piękny francuski ogród. Przycięte żywopłoty i cisowe szpalery były zasypane śniegiem. Wyglądały jak z waty. W oddali po zamarzniętym jeziorze ślizgali się łyżwiarze. Była to scena niczym z Aschenbacha.

Przyszły mi na myśl wszystkie ogrody, które zdążyłem poznać: Schönborna w Pradze, gdzie jako dzieciak bawiłem się z Renatą, Schönbrunn, niezapomniany Schönbrunn, i Laxenburg z jego stawami i pałacami. Przypomniałem sobie parki w Rosji, przez które maszerowałem jako żołnierz, w ciężkich buciorach i z wszami za kołnierzem. Wspomniałem ogród mojej willi w Grunewald, gdzie spędziłem zakochane tygodnie z Hildą, park Sanssouci z Suhmem i przydomowy ogród Corba.

Te wieczne wspomnienia! Jakbym był starcem, który spisuje swe memuary.

Ośmieliłem się i nacisnąłem klamkę drzwi prowadzących do długiego korytarza. Po lewej ciągnął się rząd okien, po prawej wisiały stare portrety von Chorinskych, rozpoznałem herb.

Z tego korytarza otwarte drzwi prowadziły do głównych pomieszczeń. Coś ciągnęło mnie, by przez nie przejść. Wszystkie były urządzone z książęcym przepychem i pełne dzieł sztuki wartych fortunę.

Przeszedłem przez kilka salonów. Jedna sala przylegała do następnej. Wreszcie dotarłem do średniej wielkości pokoju, skąd wychodziło się do oranżerii. Było tu bardzo ciepło. Podszedłem do przeszklonej ściany i zajrzałem do środka.

Rzadkie orchidee stały tam szeroko rozpostarte pośród ciemnych palm, turecka fontanna pluskała pod baldachimem z lian i tygrysówek. Wtedy nagle usłyszałem, że ktoś zakaszlał. Obróciłem się przestraszony. W głębi pokoju, na skos ode mnie, leżała na otomanie dama. Była owinięta wełnianym pledem, a w prawej ręce trzymała książkę. Spojrzała na mnie i uśmiechnęła się lekko.

Byłem zmieszany. Przepraszam, moja pani, zapewne panią przestraszyłem? Nazywam się Vincenz Josua Born, marszand. Sprzedaję dla jego wysokości kilka obrazów i…

Przerwała mi z uśmiechem: Nie ma za co, drogi panie Born. Domyśliłam się, że to pan. Nie przestraszył mnie pan. Jego wysokości nie ma?

Ja: Nie, moja najłaskawsza, kamerdyner powiedział, że wraca dopiero za godzinę i mogę poczekać.

Ona: Och, to wspaniale, może mi pan zatem dotrzymać towarzystwa, oczywiście jeżeli pan chce. Jestem mianowicie nieco przeziębiona i muszę o siebie dbać. Inaczej poznałabym pana już w niedzielę. Proszę, może chce pan sobie przyciągnąć tamten fotel.

Ja: Bardzo chętnie, jeżeli mogę.

Ona: A więc czy obrazy się sprzedały?

Ja: Praktycznie tak, najłaskawsza. Chciałem właśnie poczynić ostatnie ustalenia z jego wysokością księciem.

Ona: To go ucieszy. To znaczy trochę tak, trochę nie. Niechętnie pozbywa się tych obrazów, ale rzeczywistość go do tego zmusza.

Rozmawialiśmy następnie o wszystkim innym. A raczej to ona mówiła, podczas gdy ja przyglądałem się jej i słuchałem tonu jej głosu.

Nigdy nie widziałem takiej kobiety. Wyglądała na cierpiącą. Twarz i dłonie miała bardzo blade, a usta zdawały się rozpalone od gorączki. Wszystko to jednak wzmacniało jej wyjątkowy urok. Nie jest właściwie piękna, ale jest pełna wdzięku. Ma brązowe oczy i czarne włosy, momentami lśniące niemal granatowo. Nie potrafiłbym powiedzieć, do jakiego typu należy, z pewnością ma w sobie wiele krwi słowiańskiej albo południowej. Jej oblicze jednak nie jest szerokie ani pełne, a raczej wąskie i uduchowione.

Podobnie jej dłonie. To istne dzieła sztuki. Najdelikatniejsze i najszlachetniejsze, przywodzące na myśl szlachetne srebro albo porcelanę, kiedy się na nie patrzy.

Możliwe, że gra dużo na fortepianie albo organach.

Po godzinie nadszedł książę. Zastał nas zajętych ożywioną rozmową i całując ją w dłoń, powiedział: Metello, nie powinnaś tyle mówić, musisz bardziej słuchać lekarza.

Teraz znałem przynajmniej ich imiona. Metella. A więc jednak z Południa. Pożegnałem się i przeszedłem z księciem do jego gabinetu. Wkrótce się dogadaliśmy i pół godziny później sprzedałem telefonicznie Marze siedem obrazów za pięćdziesiąt dwa tysiące marek. Ponieważ mam dziesięć procent prowizji, to za jednym zamachem zarobiłem pięć tysięcy dwieście marek.

Nie mogę zaprzeczyć, że jestem z tego zadowolony. Podjąłem pieniądze po południu w banku w Poczdamie, przelałem główną sumę na konto księcia, zatrzymałem swoją część i ruszyłem niemal wesoło w zapadający zmierzch.

W pewnym momencie znalazłem się koło urzędu pocztowego. Wszedłem do środka i zrobiłem przekaz na tysiąc marek dla panny Renaty Born, Wiedeń, Prinz-Eugen-Strasse 17a. Potem poszedłem dalej.

W pobliżu Pałacu Marmurowego znajduje się niewielka kafejka, której właściciel musi być człowiekiem oryginalnym. Urządził swój lokal w stylu japońskiej herbaciarni: siedzi się na niskich plecionych fotelach, ma pod nogami bambusowe maty i popija wyborną herbatę.

Ściany są puste, tylko przed rodzajem ołtarzyka domowego stoi waza z pałkami trzciny i liśćmi czerwonego klonu.

I wtedy stało się dla mnie jasne: Born, uważaj. Grozi ci, że się zakochasz. Masz przecież doświadczenia w tym zakresie. Czyż Hilda cię nie zdradziła, a Renata nie zawiodła? Trzymaj ręce z dala od kobiet, Vincenzie Josuo!

Wciąż jednak na powrót pogrążałem się w rozmyślaniach na temat tej osobliwej damy. Tak, czy była właściwie wolna, zamężna, owdowiała? Kim w istocie była? Książę traktował ją jak światową damę. Au pair? Ale zwrócił się do niej przecież per „ty”. Hmm, przypomniały mi się aux pairs Knarcha. Gdybym był malarzem, chciałbym ją sportretować, na Boga. Chciałbym ją słowami opisywać, gdybym był poetą. Co by Suhm powiedział, gdyby ją zobaczył?

A teraz siedzę u siebie w mieszkaniu i piszę to. Na zewnątrz dzwonią dzwonki sań, skrzypi śnieg, migocą gwiazdy.

I naraz wydaje mi się czymś wstrętnym, gdybym miał się dalej oszukiwać. Innym można z konieczności kłamać, siebie samego okłamywać się nie powinno. Nie, tego nie powinno się robić.

Vincenzie Josuo Bornie, przed kim odgrywasz tę komedię? Przyznaj, kochasz ją! Powiedz to jasno i otwarcie!

Nie wiem, czy ją kocham. Czy to, co czuję, nazywa się miłością. Hildę Kronach kochałem inaczej.

Tego właśnie chcesz uniknąć, tego ostatecznego wyznania. Kochasz ją. Czym była dla ciebie Hilda Kronach? Miłostką, przygodą, romansem. Ale Metella?

Ach, sam ten dźwięk, Metella, czy to imię nie brzmi jak dzwon z ciemnego mosiądzu? Czy nie jest jak jej głos – piękne, pełne i ciemno zabarwione? Metella: widzę rzymskie ogrody, w nich kobiety barwy brązu idące po wodę z dzbanami na głowie, jedną ręką trzymające gliniany uchwyt.

Vincenzie Josuo, ty roisz. Jesteś zakochany. Takie poetyckie wizje są najpewniejszą oznaką zakochania.

Mylisz się, starszy młodzieńcze, nie jestem zakochany. Znam kobiety, dlaczego nie miałbym poetycko opisać jednego typu, który jest naprawdę poetycki, a którego jeszcze nie znam?

Tylko ta kobieta zdaje się nam zawsze poetycka, którą kochamy.

Hilda Kronach była miła i ładna, ale nie poetycka.

Hildy Kronach też nie kochałeś, głupcze. Bawiłeś się z nią tylko i flirtowałeś. Może to była namiętność, ale nie żadna miłość.

Ten wewnętrzny dialog zaczyna mnie bawić. Naturalnie nie jestem zakochany. Ta kobieta interesuje mnie z psychologicznego punktu widzenia, cóż więcej? Marszand może w pewnych okolicznościach być również trochę artystą, dlaczego nie?

Dlugo jeszcze chodzę w kółko po pokoju. Jak by to było, gdyby Metella kiedyś mnie odwiedziła? Nagle i niespodziewanie?

Ogarnia mnie wielki lęk. Zaczynam sprzątać w środku nocy. Porządkuję książki na regałach. Te niepozorne ustawiam w tylnym rzędzie, na przód daję te ze złoconymi grzbietami i oprawne w skórę.

Ścieram kurz z korony Nefretete.

Idę do drugiego pokoju, gdzie moje obrazy wciąż leżą ułożone w stosy, i zaczynam wbijać gwoździe w ścianę.

Jest w pół do jedenastej. O tak późnej porze w śpiącym domu nie powinno się hałasować. Może rano przyjdzie właścicielka i mnie wyrzuci. Próbuję wciskać gwoździe w ścianę ręką.

Tak mogę zawiesić przynajmniej kilka obrazów. Rozwijam moje dwa autentyczne tureckie dywany i czyszczę poczerniały od sadzy samowar specjalnym proszkiem.

Właściwie to jest to barbarzyństwo! Ta sadza to patyna tego dzielnego urządzenia. Ale co tam, wszystko ma lśnić czystością.

Po dwóch godzinach pokój jest jak odmieniony. Dzwon na którejś z dzwonnic bije pierwszą.

Otwieram okno i wpuszczam do środka mroźne powietrze.

I gdy tak stoję nad śpiącym miastem, tak, przyznaję, kocham ją, kocham ją, kocham ją jak nic innego na świecie!

 

Sobota, 8 lutego

 

Gdy się rano obudziłem, było późno. Dochodziła dziesiąta. Oba pokoje skąpane były w słońcu. Jedwabiście błękitne niebo rozpościerało się nad miastem, zwałami śniegu i lśniącym szronem.

Nie wiem, było mi nieopisanie dobrze. Założyłem szlafrok i usadowiłem się z filiżanką mokki i papierosem przy oknie.

Ten szron jest największym grafikiem stulecia. Świat jest czarno-biały, tylko niebo ma błękitną barwę. Wszystko jest jasne, ostre i jak wyryte diamentowym rylcem w szkle.

Druty telegraficzne, które biegną z mego okna na skos ponad dachami i których dotąd nie widziałem, są teraz jak grube, obszyte futrem generalskie akselbanty. Pilastry i kariatydy domów wyglądają na pokryte białym jedwabiem, co sprawia całkiem wytworne wrażenie. I liczne dachy. Drzewa, ach, każde z nich jest jest poematem, a niebo lśni tak błękitnie, i nie da się pojąć, dlaczego wszyscy ludzie nie są szczęśliwi i dlaczego świat nie miałby być najlepszą możliwością ze wszystkich, nie, tego się pojąć nie da.

Moje cztery tysiącmarkowe banknoty i dwieście marek w srebrze leżą wciąż jeszcze na stole w pokoju dziennym, gdzie je wczoraj wieczorem położyłem, i miło mnie nastrajają.

Promienie słońce ześlizgują się po książkach i oto moja biblioteka wygląda jak jakiegoś księcia. Nawet Nefretete uśmiecha się słodko, a tureckie dywany rozkwitają w skąpym świetle niczym klomby w Sziraz albo słynne różane ogrody Omdurmanu.

Ja, głupi, dopiero teraz pojmuję, dlaczego jestem taki szczęśliwy: Metella. Jej obraz stoi mi przed oczami, muszę je zamykać z czystej radości. Tak, co mam robić? Uśmiechać się, śmiać, radować, wiwatować, krzyczeć – łkać.

Do diabła z losem, kocham ją, kocham ją, kocham ją jak nic innego na świecie!

Namydlając się do golenia, słyszę pukanie do drzwi. To pani Betty Settelbaum, wdowa po radcy królewskiej izby obrachunkowej w służbie czynnej, Erichu Settelbaumie, właścicielka domu, w którym mieszkam.

Przyszła porozmawiać o tajemniczym wbijaniu gwoździ zeszłej nocy i udziela mi poważnych i stosownie dobranych napomnień.

Śmieję jej się po prostu w twarz, prosto w nos, całkiem zdumionej wdowie po radcy królewskiej izby obrachunkowej Erichu Settelbaumie, i mówię: Widzi pani, madame, my Austriacy jesteśmy wszyscy trochę szaleni. Rozumie pani, szaleni, rzeczywiście, naprawdę szaleni. Wczoraj wieczorem chciałem się powiesić, ale nie znalazłem żadnego gwoździa. Rozumie pani, że w takiej sytuacji nie mam obowiązku brać względu na bliźnich. Niestety wieszak na spodnie, na którym chciałem się powiesić, złamał się. Tak, droga pani Settelbaum, tak właśnie jest, okazałem się o pięć funtów za ciężki.

Na Boga, tak nią zakręciłem, po czym dałem jej dziesięć marek i wypchnąłem za drzwi, śmiejąc się tak, że trzęsły się ściany. Myślę, że teraz naprawdę mi wymówi. Aleppo rzekłby: Co mi z tego?

Potem włóczyłem się po ulicach, na Bassinplatz dołączyłem do prawdziwej bitwy na śnieżki toczonej przez ulicznych wyrostków, strząsałem laską szron z gałęzi i i ogólnie psociłem.

Do diabła, dlaczego nie miałbym sobie raz pozwolić na radość? Kto mi tego zabroni?

W tym nastroju wszedłem do pałacu.

Dopiero gdy stanął przede mną kamerdyner, zadałem sobie pytanie, czego tu właściwie dzisiaj szukam. Chwała Bogu, książę wyjechał na tydzień. Czy można porozmawiać z łaskawą panią? Czekam. Wiem na pewno, że… Łaskawa pani każe prosić.

Cały dzień spędziłem z Metellą. Cały dzień! Jak mam to opisać?

Wiem, ona mnie kocha. Jej oblicze pojaśniało, a spojrzenie zabłysło, gdy podszedłem. Siedziała tym razem na krześle z podłokietnikiem i podniosła się, gdy ucałowałem jej dłoń. Usiedliśmy najpierw w oranżerii przy pięknej, cicho szemrzącej tureckiej fontannie.

Nie wydawała się wcale zdziwiona, że dzisiaj znowu tu jestem. Jakby mnie oczekiwała. Niemal bez wysiłku wznowiliśmy rozmowę w miejscu, w którym przerwał nam ją poprzedniego dnia książę.

Metella posiada rozległą wiedzę, zna się na historii sztuki, literaturze, muzyce. Zdaje się też, że wiele podróżowała. Opowiadała o Cejlonie, Jawie, Egipcie.

Ale z tą erudycją jest jej do twarzy. Pewnie dlatego, że mówi wyłącznie o rzeczach, które są dla niej stosowne.

Okazało się, że oboje uwielbiamy japońską poezję. Przy tym zatrzymaliśmy się na jakiś czas. Czy przeczyta mi pan kilka haiku? zapytała. Bardzo chętnie, odpowiedziałem. Była to cudowna godzina.

Wiele utworów znałem na pamięć i recytowałem je żarliwie i z natchnieniem:

 

Bieli się jeszcze śnieg na szczycie góry

Lecz w ogrodzie kwitnie już brzoskwinia.

Powiedz, drogie dziecię, kiedy

Do mej biednej bambusowej chaty trafi miłosny list,

By mi powiedzieć, żebym przybył?

 

Spojrzała na mnie wielkimi, ciemnymi oczami, a ja poczułem, jak gorąca krew pulsuje mi w rękach. Ledwie mogłem opanować drżenie.

Czytaliśmy następnie z włoskiej podróży Goethego, kartkowaliśmy Mörickego i Stefana Georgego. Oglądaliśmy angielskie grafiki, które rozwiesiła u siebie w pokoju, rozmawialiśmy o wszystkim, co jest piękne, dobre, wspaniałe i miłe.

Piliśmy herbatę, z paleniem poprosiła, żebym się wstrzymał. Ciężko mi było, ale się zmusiłem. Czegóż bym dla niej nie zrobił?

Wieczorem – w oranżerii zrobiło się już ciemno – zagrała mi na fortepianie utwory Mozarta i Beethovena, z Czarodziejskiego fletu, Uprowadzenia, wielkie arie z Fidelia, które zdaje się szczególnie lubić.

Nie wiem jeszcze, czy to wszystko mi się nie przyśniło. Było zbyt piękne, by mogło być prawdziwe. A przecież wydarzyło się, wydarzyło się dzisiaj, wydarzyło się przed niewieloma godzinami.

Na pożegnanie uścisnęła mi dłoń, mówiąc cicho i – jak mi się wydawało – znacząco: Proszę wkrótce przyjść znowu, drogi przyjacielu! Jestem bardzo samotna!

Przyjacielu, powiedziała. Jestem bardzo samotna! Gdyby wiedziała, jaki ja jestem samotny.

Nie mogłem iść do domu. Wędrowałem lśniącymi i błyszczącymi ulicami, w sercu tajemna muzyka:

Powiedz, drogie dziecię, kiedy

Do mej biednej bambusowej chaty trafi miłosny list?

Ach, głupiec ze mnie, jak mogłem tak pomniejszać życie, jak mogłem tak pogrążyć się w zwątpieniu. Świat na nowo się otworzył się przede mną, jestem odmienionym człowiekiem. Rysuje się przede mną vita nuova, nowe życie, jakiego sobie nie wyobrażałem nawet w najśmielszych snach.

Kocham ją, kocham ją, kocham ją jak nic innego na świecie!

Sobota, 15 lutego

 

To był pewnie najpiękniejszy tydzień, jaki kiedykolwiek przeżyłem.

Codziennie byłem u Metelli. Książę wyjechał na cały tydzień. Byliśmy więc niemal cały czas sami.

Skłaniała się ku mnie niczym słodki, mieniący się kwiat.

Przyniosłem jej kilka książek, o których jej wspominałem i które chciała przeczytać. I do jednej z nich wsunąłem kartkę z kilkoma wierszami jej poświęconymi.

Dla niej stałem się poetą. Przepiszę tutaj te wiersze dla mej wiecznej pamięci. Jest ich siedem:

 

D o n i e j !

 

1

 

Obejmują ciebie obie moje dłonie

Moja ty wyrzucizno morska, którąm sobie zdobył

Którą mi z głębin zsyłają bogowie

Gdy mi morze, ach, tak wielkie poczyniło szkody.

 

Muszę i chcę całkiem rozpłynąć się w tobie

Ty żyjesz, choćby złotą flotę pochłonęły wody

Jak z dawnej morskiej legendy opowieść

O biednym rybaku, co syrenę złowił.

 

I tak jak rybak sieć zarzuca z pluskiem

I patrzcie, skarb darowuje mu morze

Tak ty jesteś moja zgodnie z prawem ludzkim

 

I jesteś moja zgodnie z prawem Bożym

I jesteś moja duszą i ciałem

O wyrzucizno moja, obca, słodka pani!

 

2

 

Obca mi jesteś, a bliska przecie

Jakbym przed niejedną epoką

Długo patrzył na ciebie w jakimś innym świecie

I do serca wziął sobie głęboko.

 

I nawet jeśli zwątpienia sieć mnie oplecie

I tysięczne o przyszłość pytania obskoczą

Serce me zawsze odpowie ochoczo:

Siostrą lub narzeczoną była kiedyś temu poecie.

 

O, wierz mi, ja znałem twoje dłonie

Gdyśmy się pierwej ujrzeli przy zimowym ogrodzie

Byłem szczęśliwy, żem cię odnalazł ponownie

 

I do ciebie, długo poszukiwanej, zbliżyć się mogę.

O, to nie było żadne zapoznanie

Wierz mi, to było ponowne spotkanie!

 

3

 

A jeśli mnie zapomnisz

To co mam wtedy czynić?

Byłbym jak pierścionek

Rzucony na dno skrzyni.

 

A jeśli mnie zawiedziesz

O, słodka ty dziecino

To byłbym jak ten kielich

Co w ziemię leje wino.

 

A jeśli ty mi umrzesz

To nie wiem, co ja zrobię

Wiem tylko, że bez ciebie

Żyć nijak ja nie mogę.

 

4

 

Kiedy wiatr w zimowych śpiewa drzewach

Słyszę ciebie!

I kiedy w domu dźwięczy skrzypiec melodia rzewna

Słyszę ciebie!

 

I gdy wspina się księżyc po ciemnym nieboskłonie

Widzę ciebie!

I gdy niebo gwiazd milionem płonie

Widzę ciebie!

 

I gdy jestem pośród ludzi w tłumie

Jestem przy tobie!

I gdy sam stoję, patrząc chłodno i dumnie

Jestem przy tobie!

 

5

 

Wiele kobiet poznałem

Piękną była niejedna z nich

Żadnej słowa nie dałem

Żadna nie była tak piękna jak ty.

 

U mego boku się pojawiały

I zaraz znowu nie było ich

Za żadną iść ochoty nie miałem

Żadna nie była tak piękna jak ty.

 

Jasny jedwab, czarny atłas

Mantylka złota, bucik pstry

Pereł sznury, biżuterie

Żadna nie była tak piękna jak ty.

 

Nie miały z tobą porównania

Jak piosenki ton przestygły

Wszystkie je już zapomniałem

Ciebie nie zapomnę nigdy.

 

6

 

Przy tobie jest błogość, jakiej nie znałem

Z dala od ciebie rozlewa się cierpień rzeka

I to, co zawsze sobie bajką zwałem

Teraz jest tu i na mnie czeka.

 

Zapada się przestrzeń, zamyka czasu powieka

I staje me serce, które kiedyś tak gnało

I wszystko, co mnie płomieniem tak rozpalało

Gaśnie i o przemijaniu orzeka.

 

Tyś wszak jest mi wielka i nieprzemijalna

I gdy padniesz ty, rozpadnie się cały mój świat

I jedna tylko dręczy mnie myśl fatalna:

 

Wizja bez ciebie spędzonych lat:

Jak meteor, co po niebie pędzi

I bezsensownie nieznane zatacza kręgi.

 

7

 

Kobierzec mego życia, szeroki w skrajach

Tysiącem przeszywany nici

Nieraz niby we śnie przed nim staję

I wspominam swe przeżycia.

 

Wtedy się wielka przestrzeń roztacza

Strun ton cichy stamtąd wypływa

I pod krzepką ręką tkacza

Stare dzieło na nowo ożywa.

 

Widzę wpierw niejasne sploty

Lecz już przeczuwam, co tkwi w ukryciu

I czuję, jak mnie łańcuch złoty

 

Ku nieznanemu ciągnie życiu.

Kobierzec goreje niby w żarze słońca

A w mym sercu wzbiera rozkosz – bez końca.

 

Te siedem wierszy – spisanych i zszytych zieloną jedwabną nicią w zeszycik – włożyłem do jednej z książek.

Następnego dnia nie powiedziała nic, kolejnego też nic. Książki leżały na sekretarzyku, nie śmiałem podejść i ich przekartkować, by sprawdzić, czy zeszycik wciąż tam jest.

Ale czułem, że przeczytała moje wiersze. W jej oczach pojawiał się często miękki blask i zdawało mi się, że nieraz szukała mych dłoni, gdy brała ode mnie książkę, albo gdy wertowaliśmy tekę grafik, albo gdy dawała mi do potrzymania bukiecik orchidei, przy czym w sposób nieunikniony jej palce dotykały moich, a ja miałem wrażenie, że drżą osobliwie i są gorące, a przez jej wargi przebiega dreszcz.

Dzisiaj w południe powiedziała mi na pożegnanie: Drogi przyjacielu, jutro rano wraca książę. Nie powinien mnie pan już tak często odwiedzać.

A gdy poruszony ucałowałem ją w dłoń, rzekła: Bywaj, bywaj zdrów!

I poszedłem, nie oglądając się za siebie ani razu, i wciąż jeszcze dziwię się swej dzielności. Jak inny Orfeusz poszedłem, ale czułem, że ona patrzy za mną, a może nawet za mną płakała.

 

Poniedziałek, 17 lutego

 

Dzisiaj rano pani Settelbaum przyniosła mi do pokoju paczkę. Otworzyłem, były to moje książki od Metelli. Na nich spoczywał list, brzmiący mniej więcej tak:

 

Drogi przyjacielu!

Z najlepszymi podziękowaniami odsyłam Panu książki, które był Pan tak dobry mi pożyczyć. Były to pod wieloma względami bardzo wartościowe lektury. Dziękuję Panu raz jeszcze.

Jego Wysokość Książę każe Pana pozdrowić i pyta, czy uczyni nam Pan tę przyjemność i w najbliższą środę napije się z nami herbaty. Jesteśmy właściwie całkiem samotni.

 

Pozdrawia Pana

 

Metella von Eiff

 

Dopiero tym sposobem poznałem jej nazwisko: Metella von Eiff.

Przycisnąłem list pewnie sto razy do warg i oszołomiony kartkowałem tomy, gdy nagle z jednego z nich wypadł obrazek. Był to fotograficzny portret Metelli, bardzo wierny. Na odwrocie napisała: „Bardzo pięknie dziękuję! Pańska Metella”.

A więc jednak! Kocha mnie, wyznaje swą miłość. Powierza mi swój portret. Teraz wszystko jest jasne. Teraz muszę działać, zdeklarować się, otwarcie wypowiedzieć.

Nie mogę doczekać się środy. Praca mnie irytuje. O galerię mało się troszczę, ale mimo tego kwitnie. Wczoraj sprzedałem Altdorffera. Nabyło go Muzeum Germańskie w Norymberdze.

Zuppow robi się coraz łaskawszy. Myślę, że wkrótce przyzna mi Order Zielonej Małpy domu von Zuppow, tak bardzo mnie lubi. Kiedy ci ludzie widzą pieniądze, będą handlować też z Żydem czy Hotentotem.

W Poczdamie wszędzie teraz otwierają się przede mną drzwi. Przebąkuje się, że moim następnym klientem będzie książę. Skąd taki blask w mojej psiej budzie?

To jednak, co wcześniej mnie cieszyło, teraz stało się obojętne w porównaniu z jednym: Metellą.

Metella von Eiff. Sięgam po rocznik genealogiczny. Szlachta z nadania, pierwotnie z Nadrenii. W 1711 w elektoracie Kolonii. Marszałek arcybiskupa. Kardynał Eiff nuncjuszem papieskim w Wiedniu w 1799. Dwóch Eiffów poległych podczas wyprawy Napoleona do Rosji w 1812. Posiadłości pod Grevensbroich i nad rzeką Ahr. Nowszych wiadomości brak.

A więc zapewne katoliczka. Skąd ta obca krew u niej? Rodzina wydała wiele córek za mąż do Luksemburga i Brabancji. Elementy walońskie i galijskie. Tak wyjaśnia się to i owo.

Najważniejsze jest, że mnie kocha. „Bardzo pięknie dziękuję! Pańska Metella”. Czy to nie mówi wszystkiego? Czy ja, głupi, mogę jeszcze wątpić? Czy może wyraźniej powiedzieć, kim dla niej jestem?

Pani Settelbaum istotnie mi wymówiła. Do 1 kwietnia muszę opuścić jej gościnny dom. Oznajmiła mi to listem poleconym. Tej kobiecie nie da się pomóc. My Austriacy jesteśmy po prostu trochę szaleni.

 

Wtorek, 18 lutego

 

Tej nocy znowu miałem dziwne sny. Spałem niespokojnie, rozgorączkowany. Często budziłem się i widziałem izbę pełną księżycowego blasku.

Miałem wrażenie, że stoję na ogromnym murze. Był to Wielki Mur Chiński, ciągnący się kilometrami przez pustynię.

Była noc. Żółty księżyc przycupnął nad lądem, mur był całkiem dobrze widoczny.

Jechałem na wielbłądzie kawałek w noc. W którymś momencie zauważyłem, że obok mnie, każdy również na wielbłądzie, jedzie trzech mężczyzn

Pierwszym był Li Bai, wielki chiński poeta. Na szyi miał flet zawieszony na jedwabnym sznurze, a na ramieniu czarną małpę.

Drugim był Laotse, który wydał mi się nieco zarośnięty. U pasa dyndała mu tykwa, a na czubku jego wysokiego spiczastego kapelusza z jagnięcej wełny siedział sokół.

Trzecim wreszcie był faraon Ramzes, Ramzes Wielki. Skąd ten się wziął na Chińskim Murze, nie mam pojęcia. Był w każdym trzecim do spółki, dzierżył berło z zakończeniem w kształcie liścia lotosu, a na czole przysiadł mu święty skarabeusz.

Wszystko to widziałem bardzo wyraźnie. Nie kłamię. Opowiadam tylko, co wyraźnie widziałem i co jeszcze dokładnie pamiętam.

Jechaliśmy jakiś czas w milczeniu obok siebie. Potem dotarliśmy do placyku utworzonego przez jajowate pogrubienie muru.

Tutaj trzej panowie zsiedli z wierzchowców i zsiadłem również ja.

Ramzes wycelował we mnie berłem i rzekł: Marszand Vincenz Josua Born z Berlina musi umrzeć.

I oto byłem już martwy. Poszło całkiem bezboleśnie. Leżałem w grobie i patrzyłem, jak tamci trzej przykucają wokół niego. Księżyc wciąż świecił.

Ramzes ujął berło i zatknął je w grobie. Ono urosło i zamieniło się w piękną orchideę. Laotse odkorkował dzban i podlał kwiat winem. Wtedy ten zaczął tajemniczo dźwięczeć jak harfa. Li Bai wreszcie chwycił za flet i wtórując roślinie zagrał pieśń, przy czym, co osobliwe, grając, jednocześnie śpiewał:

Powiedz, drogie dziecię, kiedy

Do mej biednej bambusowej chaty trafi miłosny list?

Było to zarazem piękne i smutne. Następnie wsiedli panowie z powrotem na wielbłądy i odjechali po wielkim murze, zostawiwszy mnie całkiem samego w mym grobie.

Kto ma takie dziwaczne sny jak ja? Nie słyszałem nigdy, żeby ktoś śnił tak niezwykłe rzeczy. Przysięgam, że nie kłamię, że mówię samą prawdę.

Moje sny są czymś więcej niż próżnymi odbiciami codzienności. Ich porządek jest w jakiś tajemniczy sposób znaczący, są napisane alfabetem, którego jeszcze nie znam, ale przez to nie muszą być pozbawione sensu. Zawierają w sobie sens, trudny do rozszyfrowania, ale głęboki i wieloznaczny.

Gdy się zbudziłem, za zamarzniętym oknem zachodził jeszcze księżyc, a mróz wymalował na ślepej szybie nieopisanie piękne kwiaty.

 

Środa, 19 lutego

 

O piątej zapukałem do znanej mi dobrze furty książęcego pałacu. Zaprowadzono mnie od razu do pokoju herbacianego, którego jeszcze nie znałem, pomalowanego na żółto-czerwono i ozdobionego wyszywanymi tkaninami z Indii.

Były tam cztery osoby: książę, Metella, siostra księcia, wydana za włoskiego arystokratę, bodajże diuka Manfredonii, oraz młody bratanek księcia, hrabia von Prüm.

Piliśmy herbatę i rozmawiali o tym i owym. Przeziębienie Metelli najwyraźniej jeszcze nie ustąpiło, bo książę prosił ją wielokrotnie, by piła herbatę, póki gorąca, i pozwoliła raczej mówić innym.

Ona uśmiechała się na te napomnienia i jakby chcąc wytłumaczyć jego przesadną troskę, powiedziała do mnie: Książę chce dla mnie jak najlepiej.

Książę zapytał, jak mi idzie, i słuchał z wyraźnym zadowoleniem, gdy opowiadałem o ostatnich transakcjach. Dam panu jeszcze kilka adresów, rzekł, myślę, że będą z korzyścią dla pana. Poleciłem pana dalej.

Po herbacie my, trzej panowie, rozegraliśmy partyjkę bilarda, wygraną przez księcia, a następnie przeszliśmy z damami do oranżerii, gdzie ja prowadziłem księżną, a książę i Prüm z Metellą szli za nami. Obejrzawszy się, zobaczyłem, że prowadzą ją i podtrzymują troskliwie, jakby mogła upaść.

W oranżerii było chyba jeszcze piękniej niż wtedy. Palmy zaczęły właśnie kwitnąć i rozsiewały słodką, oszałamiającą woń, od której bolała mnie głowa. Na lianach kołysały się papugi, a na agawie siedział czarny koczkodan, podobny do tego, którego widziałem we śnie na ramieniu Li Baia.

Książę wkrótce się pożegnał, stwierdzając, że ma sprawy do załatwienia. Ja zostałem jeszcze trochę. Spacerowaliśmy pod ramię po sporej cieplarni, Metalla i ja oraz księżna z bratankiem księcia.

Przypadek chciał, że tamtych dwoje wkrótce udało się z powrotem na pokoje, może starszej damie przeszkadzała silna woń palm. Tak więc zostaliśmy sami.

Usiedliśmy w kącie oranżerii. Pocałowałem Metellę w rękę i powiedziałem, cały czas zachowując spokój: Metello, jestem pani winien wyjaśnienie. Jest pani dla mnie czymś więcej niż panną von Eiff, albo au pair księcia, albo przelotną znajomością. Czymś o wiele więcej, słyszy pani?

Zamknęła oczy i nieco odchyliła głowę do tyłu. Była bardzo blada.

Potem otworzyła oczy i nachyliła się ku mnie. Uśmiechnęła się. Podniosłem jej głowę i pocałowałem całkiem delikatnie i lekko jej śliczne usta.

Trzeba nam iść, drogi Born, zimno mi, powiedziała następnie. Podałem jej ramię i odprowadziłem do pokoju. Gdy całowałem ją w rękę na pożegnanie, ujęła moją głowę w dłonie i rzekła: Bywaj zdrów, kochany – i mrugnęła, bym szedł.

Poszedłem, pożegnałem się z księżną i hrabią i wyszedłem w zimowy wieczór.

 

Sobota, 22 lutego

 

Dzisiaj około siódmej rano zadzwonił telefon: Tu hrabia Prüm. Stryj każe pana natychmiast prosić do siebie. Chodzi o ważną sprawę.

Chciałem zapytać o jaką, ale już się rozłączył i zostałem z otwartymi ustami.

Ubrałem się prędko i pojechałem taksówką do pałacu. Ulice były jeszcze niemal ciemne.

Stary książę przyjął mnie w gabinecie i tym razem nie wyszedł mi naprzeciw. Pozostał za biurkiem. Przyszła mi do głowy straszna myśl, że może posłyszał o mojej aferze z Feuerbachem.

Był bardzo poważny. Wydawał się o wiele starszy niż wtedy. Przedziałek miał śnieżnobiały.

Podał mi rękę i poprosił, bym usiadł. Byłem gotów na wszystko.

Powiedział:

Drogi panie Born, wie pan, że obdarzyłem pana pełnym zaufaniem. Jest pan synem człowieka, którego wysoko ceniłem, znałem również pańską matkę.

Przekazałem panu kilka obrazów na sprzedaż. Wypełnił pan to zadanie ku memu pełnemu zadowoleniu. Chciałbym panu za to raz jeszcze podziękować. Nieczęsto spotyka się dzisiaj ludzi uczciwych.

Od tego czasu bywał pan często u mnie w domu. Częściej, być może, niż o tym wiem. Czy nie? Nie potrzebuje się pan czerwienić. Odwiedzał pan, jak zakładam, mieszkającą u mnie au pair. Gawędził pan z nią i zajął jej trochę czas, nieprawdaż?

Jesteśmy mężczyznami, drogi Born. Czy pomylę się, kiedy powiem, że poczuł pan sympatię do Metelli? Nie odpowiada pan, zatem przyjmuję, że mam rację.

Ta sympatia, drogi Born, przynosi panu chwałę. Metella to wspaniałe i niezwykłe ludzkie dziecię, do której żywię bardzo serdeczne uczucia. Rozumiem pańską sympatię i nie chcę pana łajać.

Domyśla się pan, że nie zaprosiłem pana do siebie o tak niezwykłej porze, by panu to opowiadać. To był jedynie wstęp.

Teraz muszę panu powiedzieć coś innego: zauważył pan pewnie, że Metella jest chora. Kaszlała i była stale przeziębiona.

Dzisiaj w nocy – proszę siedzieć spokojnie, drogi Born – dzisiaj w nocy dostała krwotoku. Rozumie pan? Krwotoku. Natychmiast wezwałem dwóch lekarzy z Berlina, którzy jeszcze u niej są.

Długo leżała nieprzytomna, jakąś godzinę temu odzyskała zmysły i dała znać, że można ją odwiedzać.

Dlatego pan tu jest, drogi Born.

To nie moja sprawa, co jest między panem i Metellą. Muszę pana wszelako prosić o jedno: aby pan nad sobą absolutnie panował. Najmniejsze wzruszenie może ją zabić, rozumie pan? Jeżeli pan to umie, to może pan do niej wejść.

Umiem wszystko, czego się ode mnie zażąda. Umiem iść cichutko na paluszkach, umiem drzwi otworzyć jak Zefir, umiem patrzeć na białe łóżko i jeszcze bielszą twarz i nie krzyczeć, nie szlochać, nie mrugnąć nawet powieką.

Stary żołnierz musi umieć wszystko, a ja jestem weteranem.

Wolno mi być u niej dwie minuty. Otworzyła oczy, gdy wszedłem, i podała mi dłoń, próbując się uśmiechnąć. Potem po prostu tylko na mnie patrzyła.

Nic nie mówiła, patrzyła na mnie, stale, spokojnie, długo.

Co przeżyłem przez te minuty, wiemy tylko ja i sam Bóg.

Gdy lekarze i książę, którytymczasem się zjawił, dali znak, żeby kończyć wizytę, uśmiechnęła się raz jeszcze i mrugnęła do mnie okiem.

I szedłem znowu na zewnątrz, lekko jak tchnienie, bezszeletnie jak cień, i nie łkałem, nie szlochałem i swą zatroskaną duszę trzymałem mocno w garści, jak trzymałoby się małego drżącego ptaka. Stary żołnierz musi wszystko umieć. Musi umieć umierać i się przy tym uśmiechać. A ja jestem starym żołnierzem.

 

Wtorek, 25 lutego

 

A więc dzisiaj! Dzisiaj były moje urodziny. Skończyłem trzydziesty drugi rok życia. Renata napisała pełen skruchy list, Corb przysłał pięć butelek czerwonego wina, a Löper podarował mi książkę. Wszystko odłożyłem na bok.

Dzisiaj były moje urodziny, przez cały dzień. A o czwartej po południu zmarła Metella. Byłem przy niej. Trzymałem ją za ręce. Odeszła spokojna, uśmiechnięta, pogodzona z losem. Odetchnęła raz całkiem głęboko swymi chorymi płucami i chwilę później już nie żyła.

Długo siedziałem przy jej śmiertelnym łożu.

 

Powiedz, drogie dziecię, kiedy

Do mej biednej bambusowej chaty trafi żałobny list?

 

Środa, 26 lutego

 

Wczoraj po południu po długich, z chrześcijańską cierpliwością zniesionych cierpieniach, zaopatrzona w sakramenty naszego świętego Kościoła odeszła do domu Pana w wieku lat 25 moja nade wszystko ukochana pasierbica

 

hrabina Metella von Eiff

z domu księżna von Tully

 

Pogrążony w najgłębszym bólu

 

Eduard książę von Chorinsky

 

Prosimy o nieskładanie kondolencji. Pogrzeb odbędzie się w krypcie rodzinnej w Grevensbroich.

 

Poniedziałek, 3 marca

 

Dzisiaj wróciłem z pogrzebu. Teraz Metella spoczywa w wąskiej ciemnej krypcie w wielkim starym kościele, biały kwiat, który rozświetlał me życie przez dwadzieścia jeden dni.

Nie będę się skarżył.

 

A jeśli ty mi umrzesz

To nie wiem, co ja zrobię

Wiem tylko, że bez ciebie

Żyć nijak ja nie mogę.

 

Książę jest dla mnie wzruszający. Siedzimy razem, a on opowiada mi niejedno o jej życiu:

Metella była córką mojej żony z pierwszego małżeństwa. Jej ojciec zmarł młodo. Wychowywała się u niemieckich benedyktynek w Rzymie. Chciała iść do klasztoru, ale jej nie pozwoliłem. Już wtedy była słabego zdrowia. Za radą lekarzy wysłałem ją na Cejlon i do Egiptu, bo tamtejszy klimat doskonale jej służył. Zawsze wracała do domu promienna.

Mając lat dwadzieścia dwa, wyszła za hrabiego von Eiffa. Zapewne nigdy go nie kochała, małżeństwa chciała jej matka. Nie żyli ze sobą szczęśliwie. On zdradził ją z pokojówką już miesiąc po ślubie. Po roku odeszła od niego. Zamieszkała u nas. W zeszłym roku zmarła moja żona, od tego czasu byliśmy oboje sami.

Nie zaznała wiele szczęścia w życiu. Czuła być może od dawna, że musi umrzeć młodo. Na jej twarzy stale malował się wyraz smutku i przygnębienia.

Drogi Born, ja straciłem wiele, pan wszystko. Kiedy pomyślę, jak mi jest na sercu, to mogę zrozumieć, że jest pan u kresu sił. Ale proszę zrobić dla mnie jedno – i jest pan to winien też Metelli. Wie pan, co mam na myśli. Dobrze, trzymam za słowo! –

Boże, obiecuję wszystko, wszystko, wszystko! Wczoraj znowu zamknąłem galerię, wszystko jest mi tak obojętne, że boję się, iż oszaleję, gdybym musiał zrobić coś, co oderwałoby mnie od rozmyślań.

Na razie muszę żyć, ale umrzeć muszę o wiele bardziej. Chętnie bym umarł! Jak by to było? Wiem, jak to jest. Z grobu wyrasta kwiat lotosu, z dzbana leje się wino, a flet śpiewa:

 

Powiedz, drogie dziecię…

 

Jakże jednak wszyscy poeci kłamią:

I gdy padniesz ty, rozpadnie się cały mój świat.

I patrzcie, słońce wschodzi co rano jak zawsze i zachodzi co wieczór jak zawsze, gwiazdy są na swoich miejscach, wiatr jest ten sam, miasta dalej stoją, domy trwają, a ludzie zajmują się swoimi sprawami, odbywają się chrzciny, śluby i pogrzeby, wszystko jest jak zawsze i tylko me biedne serce jest samotne i dziwi się, że wszystko tak pędzi do przodu i nikt nie zatrzyma się i nie zapyta: Dlaczego ty płaczesz, biedne serce?

I gdy padniesz ty, rozpadnie się cały mój świat.

To przecież nie jest żadne kłamstwo. Rozpadł się i to, co jeszcze się tam na zewnątrz ciągnie, to martwa, wypalona rzecz, która już mnie nie obchodzi.

Udam się w gdzieś w wielką ciszę i spróbuję umrzeć.

 

VII.

 

Praga, 20 marca

 

Nad miastem wisi niesamowita delikatna złota mgiełka. Szyby okien na Hradczanach są jak ze srebra, a jutrzenka oblała liczne wieże i dachy płynną purpurą.

Kiedy wychylam się przez okno, mam ponad niewielkim ogrodem widok wprost na Wełtawę. Jej wody są zielone i wiosennie jasne. Czy nie przypływa tu prosto z lesistej krainy Witika? Gdzie teraz na drzewach pojawiają się pierwsze liście, gdzie w głębokich jarach kwitną teraz pierwiosnki i kukułka pomiędzy brzozami woła miły długi dzień?

Aż pod moje okno pnie się stary buk i rozpościera swą szeroką koronę, bym mógł napawać się jej widokiem. Brązowe pąki są już na poły otwarte i błyszczą zielono.

Po rzece płyną jasne barki. Petřín okryty jest delikatnym puchem niczym dojrzewająca brzoskwinia, a niebo jest nieopisanie błękitne.

Rzeczywiście nadchodzi wiosna. Mężczyźni wyciągają z szafy ubrania w jasnych barwach, a dziewczęta znowu śpiewają. Malá Strana lśni teraz pełnym blaskiem. Triumfują liczne kościoły, przede wszystkim św. Mikołaj ze swą imponującą miedzianą kopułą.

Na moim nadwornym buku siedzi zięba i pogwizduje.

Co teraz będzie? Ty głupcze, będzie wiosna i nowe życie i nowy początek.

Zamykam okno. Bo nie wolno mi jeszcze rezygnować z nadziei i przyszłości, najpierw muszę się rozliczyć i raz jeszcze zapuścić się w ciemne zakątki przeszłości, by zrobić rachunek sumienia.

Kartkuję gruby dziennik i znajduję na końcu smutny i ponury pomnik: Metella nie żyje!

Jak mam opisać dni i tygodnie, które potem nastąpiły? Chodziłem jak po ciemku. Jeżeli odejście Suhma było wielką ciemnością, to odejście Metelli jawiło mi się jak duszny mrok.

W owych dniach nie żyłem wcale. Próbowałem uniknąć śmierci. Wiedziałem bowiem, że Metella nie zaaprobowałaby tego, gdybym gwałtownie wtargnął w bramy zaświatów.

Więc odpuściłem to.

Topniałem, tak jak topniały zwały śniegu, budząc obawy tym razem o zalane miasto. Obawy okazały się bezpodstawne. Rozpuszczał się powoli i wstydliwie. Aż wreszcie któregoś dnia nie było go już wcale.

Tak rozpuszczałem się ja. Nie wiał żaden fen, który by to powodował. Zapadałem się w sobie, blakłem, mogłem obliczyć dzień, w którym już mnie nie będzie.

Mieszkałem wciąż jeszcze u księcia. Godzinami siedzieliśmy w pokoju Metelli, skąd ma się widok na oranżerię, i nie mówiliśmy ani słowa. Każdy trzymał się własnych rozmyślań i nie chciał przeszkadzać drugiemu.

Aż ogarnął mnie lęk. Sam sobie wydałem się na poły martwy. Miałem wrażenie, że pokój jest pełen świec, a ja leżę martwy pośród nich i opłakuję sam siebie.

Potem mogło się pewnie dziać to, że wypadałem w przedwiosenną noc i biegłem kilometrami, by wcześnie rano wrócić wyczerpany i paść na łóżko. Ale nie pokrzepiał mnie żaden miłosierny sen.

Sprzedałem trochę rzeczy. Interes zlikwidowałem i połowę pieniędzy przesłałem Renacie. Nie wiedziałbym, co z nimi zrobić.

Do ludzi przestałem chodzić. Nie widywałem się ani z Corbem, ani z Löperem. Suhm nie pisał, a Renata nie miała odwagi przepraszać brata-zatwardzialca.

Tak mijały dni.

Któregoś razu książę podwiózł mnie swoim autem do Berlina, gdzie miał sprawy. Wysiadłem przy ogrodzie zoologicznym.

Okolica, którą kiedyś tak często odwiedzałem, teraz wydała mi się obca i nieznajoma. Zdarzało się, że po prostu traciłem orientację. Chodziłem ulicami bez celu. Bo dokąd miałbym iść?

Akwarium było tego dnia zamknięte. Wlokąc się przez Tiergarten, patrzyłem, jak pracują ogrodnicy, ale nie ja, lecz ktoś obcy we mnie. Przy Bramie Brandenburskiej siedziałem godzinami na ławce, obserwowałem tysiące samochodów przemykających przez wąskie przejazdy i czekałem na wypadek. Na próżno jednak.

Poszedłem Aleją Zwycięstwa i dwa razy wszedłem i zszedłem po schodach Reichstagu. Ale nie wzbudziło to we mnie żadnych uczuć.

Po południu wstąpiłem do kina, ale nie potrafię dzisiaj powiedzieć, co tam oglądałem. Patrzyłem i nie widziałem.

Na Kurfürstendammie pomieszczenia, gdzie niegdyś mieścił się mój „Klejnot”, były znowu na wynajem. Duże plakaty obwieszczały, że piękne przestrzenie dostępne są tanio jak barszcz. Również tu nie odczułem nic, co by mnie poruszyło, ani smutku, ani radości, ani bólu, ani nadziei.

Istotnie byłem już martwy.

Na Olivaplatz coś się działo. Podszedłem bliżej. Na trawniku stał oddział Armii Zbawienia; śpiewali i mówili kazania. Jeden mężczyzna w czymś w rodzaju uniformu i z gitarą pod pachą wygłaszał właśnie przemówienie.

Mówił powoli i niepewnie, mechanicznie poruszając dłońmi i spoglądając na niebo.

Powiedział:

Drodzy przyjaciele! Chcemy wam zrobić prezent. Chcemy na zakończenie podzielić się z wami piosenką. Spróbujcie, proszę, nauczyć się tych paru słów na pamięć i zaśpiewać z nami.

Na jego znak zagrał tuzin gitar, a on sam i otaczające go allelujanki zaśpiewali:

 

Wspaniała, wspaniała

Boża miłość jest wspaniała!

 

Wszystkich nas ubogaca

Dla wszystkich taka sama

 

Wielka Boża miłość jest wspaniała!

 

Wszyscy stali ciasno skupieni wokół niewielkiej grupki. Ale nikt nie śpiewał.

Mężczyzna znowu przemówił:

Moi państwo! Z zamkniętymi ustami nie da się śpiewać. Usta należy otworzyć. Czy też wam diabeł je pozawierał?

Kilku bezrobotnych próbowało się zaśmiać. Mężczyzna spojrzał na nich i rzekł: Przyjaciele, czemu się śmiejecie? Nie wierzycie w diabła? Opowiemy wam pewną historię. Posłuchajcie.

Naprzód wystąpiła kobieta w brzydkim granatowym czepku i śmiesznym uniformie. Widać było, że jest bardzo ładna, ale policzki miała rozpalone, chyba chorowała na płuca.

Ustawiła się pośrodku i powiedziała: Byłam wielką grzesznicą. Tańczyłam w rewiach i kabaretach. Moje grzechy były większe od gór i czerwieńsze od szkarłatu. Aż któregoś dnia zobaczyłam, jak umiera pijany człowiek. Wtedy przyszedł do mnie mój Zbawiciel, przenajsłodszy Jezus, i powiedział: Tak i ty kiedyś umrzesz, jeżeli nie porzucisz swego występnego życia. Wtedy wejrzałam w siebie i nawróciłam się.

Wróciła na poprzednie miejsce, a chór zaśpiewał:

 

Wspaniała, wspaniała

Boża miłość jest wspaniała!

 

Wszystkich nas ubogaca

Dla wszystkich taka sama

 

Wielka Boża miłość jest wspaniała!

 

Teraz niejeden już śpiewał, a za trzecim razem i ja poruszałem ustami.

Tłum rozszedł się, a ja znowu ruszyłem ulicami przed siebie.

Po głowie kołatało mi się stale: Wszystkich nas ubogaca,

dla wszystkich taka sama, wielka Boża miłość jest wspaniała!

Było tak, jakby ktoś stał za mną i bez końca nucił mi ten śmiechu wart wers do ucha. Zaczynało mnie to irytować.

Wstąpiłem do staroniemieckiej piwiarni, by zjeść co nieco na kolację.

Radio grało szlagiery:

 

To przemówił marabut

Bielutki marabut…

 

Ale musiała to być jakaś diabelska sprawka, bo nagle zacząłem słyszeć dwie melodie: piosenki o białym marabucie i tej o wspaniałej Bożej miłości śpiewanej przez mężczyznę z Armii Zbawienia.

Zjadłem szybko, zapłaciłem i wyszedłem.

Tymczasem zrobiło się całkiem ciemno. Wyciągnąłem zegarek. Było po dziesiątej.

W większych lokalach panował karnawałowy zgiełk. Panowie i panie w grubych futrach spieszyli ulicami, ale spod futer wystawały spodnie Arlekina albo skrawek barwnego jedwabiu, spieszyli na bal maskowy.

Nagle znalazłem się przed budynkiem, który wydał mi się znajomy. Wszedłem do środka, pokonałem długi korytarz i wspiąłem się po schodach, gdzie napotkałem pana, który mnie uprzejmie zapytał, czy szukam Peccafortiter.

Skinąłem głową, zapłaciłem i zostałem wprowadzony.

Tym razem wnętrze było na poły oświetlone i urządzone w stylu rzymskiej łaźni.

Siedziało się na skraju basenu przy niewielkich stolikach pośród palm i mocno pachnących orchidei.

Zanim się obejrzałem, przysiadło się do mnie roznegliżowane dziewczę i zaczęło ze mną flirtować.

Skłamałbym, gdybym powiedział, że byłem zdziwiony. Nie zaprotestowałem i zamówiłem dwie butelki szampana.

Ładna istota paplała o tym i owym. To, co mówiła, nie było ani szczególnie inteligentne, ani szczególnie głupie. Usta miała spierzchnięte, bezwiednie pomyślałem o allelujance na Olivaplatz.

Ta noc była bardzo smutna. Na koniec znalazłem się w wyłożonym czerwonym jedwabiem pokoju przy fajce z opium. Obok mnie siedziały dziewczęta i psociły. Wszedł gruby mężczyzna i wręczył mi rachunek.

Gdy nań spojrzałem, pomyślałem, że chyba go znam. Świtało mi długo w otępiałym czerepie, wreszcie go rozpoznałem – był to Bourbaçon, właściciel Peccafortiter, ten sam, który wtedy kupił ode mnie kaplicę domową Corba.

Nie byłem w stanie wracać do domu. Poszedłem do hotelu i spędziłem tu godziny do wieczora w stanie, który nie był jawą ani snem, ale pozwalał zapanować nad pustką.

Potem wróciłem do Bourbaçona. Szczycił się tym, że wynalazł formę opium, która już przy pierwszym zażyciu wywoływała najosobliwsze sny i halucynacje. Nazwał swój wynalazek konstruktywnym opiumizmem i reklamował jako szczyt przyjemności.

Istotnie te opiumowe sny tym się charakteryzowały, że w pewnym sensie miało się je w garści, można było nad nimi panować i kierować je w dowolną stronę.

Kilka z nich chcę opowiedzieć.

Śniłem o potopie. Padało i padało. Siedziałem na ogromnym szklanym tarasie w mym zamku w górach Atlas. U mych stóp leżały nałożnice, Hiszpanki, Berberki i niewolnice z czarnego Sudanu. Z tarasu miało się rozległy widok na Saharę.

Padało już siedemdziesiąt dni. Wciąż jednak do fundamentów pałacu brakowało jakichś trzystu metrów. Zabawiałem się, wrzucając do wody lwy, hieny albo gazele. Cieszyło mnie, kiedy stały drżące na skalnym występie, a ja przez podniesienie ręki dawałem znak, by postępowano bezlitośnie. Trzydziestego piątego dnia postanowiłem, że sam skoczę. Owinięty jedwabną tkaniną, ześlizgnąłem się na purpurowym łożu.

To spadanie było nie do opisania. Przyjemności tego uczucia nic nie przebije. Zanurzałem się coraz głębiej.

Pośród dziwnych alg i w paszczy ośmiornicy obudziłem się. Byłem znowu w palarni opium u Bourbaçona.

Innym razem trafiłem do piekła. Szatan ogromnych rozmiarów kazał mnie przywiązać do drewnianego kozła i zawiesić nad ogniem, tak że wrzeszczałem z niewysłowionego bólu.

W trakcie tych nocy umierałem po stokroć. O, te dnie, te noce, gdy mój zegarek stał, kalendarz sam się kartkował bez mego udziału, a ja nie wiedziałem już nic o świecie, ludziach i swej nieśmiertelnej duszy. Gdy wpadałem po czubek głowy w każdą błyszczącą kałużę. Nic już nie wiedziałem, nic nie czułem, nic nie chciałem. Chciałem się tylko rozpuścić.

Bourbaçon obserwował mnie uważnie. Kiedy wyłaniałem się z siarczanych oparów mych snów jako ten Wergiliusz z Piekła, siadał często przy mnie i rozmawialiśmy.

On: Ostro pan idzie. Rujnuje pan sobie zdrowie. Prawdziwy koneser musi traktować swą głowę jak cenny i delikatny instrument.

Ja: Po co? Co miałbym robić, by się pilnować, i dla kogo?

On: Jest pan prawie na końcu. Na przedostatniej stacji, że tak powiem.

Ja: A co mnie czeka na ostatniej?

On: Rewolwer albo gaz… albo miłosierdzie Boże.

Przestraszyłem się, nic nie powiedziałem, zapłaciłem i poszedłem. Moje zasoby finansowe topniały jak śnieg tej wiosny. Miałem nadzieję, że nie skończą się wcześniej niż mój strach przed skończeniem ze sobą.

Tymczasem włóczyłem się po Berlinie, po spelunkach pełnych szumowin. Nie było wody, przez którą nie przebrnąłem, ani ognia, w którym się nie piekłem…

A potem przyszedł cud.

Nie pojmuję, jak ludzie dzisiaj dostrzegają wszystko oprócz cudu. A przecież cud jest najwyższą rzeczywistością. Chcę o tym opowiedzieć.

Szedłem któregoś wieczora – był piętnasty marca, nigdy nie zapomnę tej daty – ulicami Berlina na zachodzie, gdy spostrzegłem kościół, który wydał mi się znajomy. Była sobota i jeszcze paliło się tam światło. Był to ten sam, do którego wtedy wszedłem i gdzie spowiadały się dzieci.

Znowu ludzie stali przed konfesjonałami i modlili się. I znowu biała kapłańska dłoń spoczywająca na parapecie drzwiczek wystawała zza ciemnej zasłonki.

Szatan podkusił mnie, by też podejść i temu nieznanemu człowiekowi bezczelnie nakłamać.

Opowiem wszystko po kolei.

Uklękłem w kącie przed okratowaną ciemnością i czekałem, co będzie. Czekałem jak na wielką sensację. Wreszcie ksiądz odwrócił się do mnie, uczynił nade mną znak krzyża i przyłożył ucho do drewnianej kratki.

Drżałem z radości. Zacząłem. Przypisałem sobie trzy morderstwa, przeciągnąłem go przez wszystkie rynsztoki Berlina i opisałem mu najniesłychańsze sceny z rozmachem godnym powieści obyczajowej. On nie poruszał się. Po prostu słuchał. Słyszałem tylko, jak oddycha. Nie widziałem, czy jest stary czy młody, ładny czy brzydki. W kościele robiło się coraz ciemniej. Byłem ostatni.

Niemal przez godzinę opowiadałem legendę o złym, pół prawdę, pół zmyślenie. Bo mimo że kłamałem, to była w tym też głębsza prawda. Wierzyłem, że kłamię, i opisywałem sam siebie.

Gdy skończyłem, mężczyzna głęboko odetchnął, uczynił nade mną znak krzyża i powiedział: Absolvo te a peccatis tuis.

To było wszystko. Zaczął się zbierać do wyjścia. Byłem bardzo rozczarowany.

Przy drzwiach kościoła spotkaliśmy się. Jeżeli nie ma pan nic lepszego do roboty, powiedział, to może zajdzie pan do mnie na chwilkę na górę?

Poszedłem. W sąsiednim domu wspięliśmy się po schodach na drugie piętro i weszliśmy do dużego, spartańsko urządzonego pokoju. Zapalił światło i dopiero wtedy zobaczyłem, że jest dość wiekowy i ma bardzo jasne i inteligentne spojrzenie. Przypominał mi nieco Fryderyka Wielkiego.

Zaprosił mnie do stołu. Jedliśmy chleb z serem i popijaliśmy mlekiem. Potem zapaliliśmy.

Nagle powiedział do mnie: Powinien pan przestać okłamywać pana Boga.

Byłem bardzo zdumiony. On jednak ciągnął dalej: Chciał pan okłamać pana Boga, ale w pana wielu kłamstwach tkwiła cała prawda: pańska dusza umiera.

Skąd pan to wie? zapytałem przekornie.

Skąd to wiem? powtórzył. Od siebie samego. Sam kiedyś byłem taki jak pan dzisiaj, drogi przyjacielu. Ale Bóg nie pozwala się okłamywać, proszę mi wierzyć.

Potem znowu zamilkł. Nagle zgasło światło. Pewnie nastąpiło zwarcie, albo elektrownia przerwała dostawę prądu. Naraz siedzieliśmy w ciemnościach, żarzyły się tylko czubki papierosów.

Potem wstał, chwycił skrzypce i zagrał pieśń. I wtedy wydarzył się żywy cud.

Nagle znalazłem się z powrotem w krainie młodości, siedziałem z matką w izbie w domu, obok mnie Renata, ojciec akompaniował nam na skrzypcach i śpiewaliśmy po kolei wszystkie strofy:

 

Witaj, Gwiazdo morza

O Maryjo dopomóż

Matko Boża słodka

O Maryjo dopomóż

Maryjo, dopomóż nam wszystkim

Oddal nasze nędze!

 

Wtedy rozpadł się czas, rozpadła się przestrzeń i rozpadło się me czcze życie, a gdy na powrót zapaliło się światło, byłem zbawiony.

Oto na powrót należałem do ziemi, i do ludzkości, i do Boga i wszystkich jego aniołów. Piekielny klincz ostatnich tygodni puścił w strumieniu wyzwalających łez. Łuski jakby opadły mi z oczu i znalazłem się wysoko w górach, otoczony przez straszne przepaście i jęzory lodowców.

Cudownego nie da się opisać, nie mówiąc o jego wytłumaczeniu. Przebija się jak złoty promień słońca przez ciemne chmury, wybija jak uzdrawiające źródło spod suchej ziemi. Przetacza się niczym srebrzysty deszcz nad wysuszonymi polami, płonie niczym błyskawica nad przestraszonymi ludzkimi siedzibami. Jest wielkie jak wszystko niezrozumiałe i o wiele większe od wszystkiego, co człowiek zdoła pojąć.

Dzięki ci, księże-przyjacielu, którego nazwiska nie wolno mi podać. Ty nie przyjąłeś podziękowań, lecz powiedziałeś tylko: Boża dobroć jest cudowna, a mnie zdumiało, że wyznawcy Boga mówią wszędzie tym samym językiem. Albowiem duch Boży tchnie kędy chce, tak powiada już Jan. Moje grzechy były większe od gór i czerwieńsze od szkarłatu, a jednak Pan mnie uratował. Ja nie widziałem, jak umiera ktoś obcy, ale patrzyłem, jak umieram ja sam, a gdy w następnych dniach czytałem Wyznania Augustyna, to znajdowałem tam też siebie.

Na Boga, czas cudu nie przemija. Cud mój był większy od cudu Łazarza, a moje nawrócenie było tak wielkie jak Szawłowe.

Nie do wyśledzenia są drogi łaski. Stara pieśń była jarzmem, za pomocą którego Bóg wyciągnął mnie z bagna.

Wciąż jeszcze przechodzi mnie dreszcz, gdy myślę o tej pieśni i o słodyczy melodii skrzypiec. Jak pudełko z drewna potrafi śpiewać i łkać i szlochać. Zaiste, człowiek z Olivaplatz miał rację: Wielka Boża miłość jest wspaniała!

To, co nastąpiło potem, było tylko regulacją, uporządkowaniem, ustaleniem szczegółów. Tak jak rozprowadza się użyźniający strumień po polach.

Musiałem jeszcze niejedno wyrównać i naprawić. Stworzyłem sobie plan i nosiłem go w sobie.

Najpierw udałem się do Knarcha. Dalibóg, dość ciężko mi było zadzwonić do jego drzwi i wejść do pomieszczeń, które były świadkami mego zagubienia.

Gdy Knarch wyszedł mi naprzeciw, był pobladły. Proszę się nie obawiać, drogi Knarch, powiedziałem, nic panu złego nie zrobię. Pan wprawdzie wyrządził mi złego wiele, niech panu Bóg przebaczy, tak jak ja panu przebaczyłem. Chcę tylko zapytać o jedno: czy zna pan adres Hildy Kronach?

Odetchnął, gdy usłyszał, o co mi chodzi, i pomógł mi. Pożegnałem się szybko i pojechałem do Spandau, gdzie ponoć mieszkała Hilda.

Trafiłem na nią jako kelnerkę w jednej z kawiarni. Czerwieniła się raz po raz, gdy do niej przemawiałem. Smutny to był wieczór. Szliśmy, mijając budowy, przez wyrobiska wapienia, po cegłach, przez zarośla. Cuchnące kanały ciągnęły się nieopodal, a na zachodzie wisiała brudna łuna wieczoru.

Jak moje poprzednie życie była ta okolica.

Opowiedziała mi z wahaniem: Knarch przekazał ją komuś następnemu i bardzo szybko zjechała po drabinie, aż wylądowała w kawiarni w Spandau.

Zjadłem z nią kolację i powiedziałem jej, żeby od razu zrezygnowała z pracy. Pojechaliśmy razem do Berlina i przenocowaliśmy w hotelu przy Friedrichstrasse. Była bardzo zdziwiona, kiedy wziąłem dwa osobne pokoje. Nazajutrz ubrałem ją na nowo, kupiłem jej buty, kapelusze i co tam jeszcze potrzebowała, i wyłuszczyłem jej me plany. Powinna porzucić dotychczasowe życie i rozpocząć nowe. Przestudiowała osiem semestrów historii sztuki i zapewne miała wszelkie podstawy, by studia ukończyć i uzyskać dyplom. Chciałem poprosić Corba, by pozwolił jej zamieszkać w domku kawalerskim i otoczył ją opieką. Resztę studiów opłaciłbym ja.

Podziękowała mi z głębokim błyskiem w nieodmiennie pięknych oczach. Zaraz pojechaliśmy do Poczdamu i przedstawiłem sprawę Corbowi.

Z początku się wahał. Kiedy opowiedziałem mu o mej przemianie i zakląłem go na pamięć Renaty, zgodził się.

Razem z Hildą uporządkowałem domek i stopniowo dziewczyna budziła się jakby ze złego snu. Podarowałem jej wszystkie moje meble, niemal wszystkie książki i obrazy, a do tego połowę z pozostałego mi majątku, wynoszącego około dziewięciu tysięcy marek. Za te pieniądze może ukończyć studia i znaleźć stabilne zatrudnienie. Przekazałem pieniądze Corbowi, a stary podał mi rękę i rzekł: Poruczniku Born, obiecuję panu, że będę się nią opiekował jak własną córką.

Pogodziłem się również z Löperem i przeżyliśmy jeszcze dwa melancholijne wieczory w dawnych przestrzeniach, gdzie tyle razy zasiadaliśmy i miło biesiadowali.

Potem pożegnałem się z całą trójką, Hilde chlipała, od tego czasu nie widziałem żadnego z nich.

Świadomość, że pomogłem Hildzie, sprawiła, że spadł mi kamień z serca i muszę w tym upatrywać szczególną łaskę niebios.

Następnie udałem się do księcia Chorinsky’ego. Wyjaśniłem mu, jak zamyślam zorganizować swe przyszłe życie, a on słuchał uważnie. Udostępnił mi na pobyt w Pradze swój dom nad Wełtawą, tenże sam, w którym teraz siedzę i wszystko to piszę, i również z nim pożegnanie było zacne i piękne.

Poszedłem jeszcze sam do pokoju Metelli, poszedłem jeszcze do oranżerii i ruszyłem ku furcie, spokojny i z pociechą w sercu.

Co miałem jeszcze do zrobienia?

Odwiedziłem Aleppa. Wciąż leżał w szpitalu więziennym, ślepy i zgrzybiały.

Ujrzawszy go, zrozumiałem, że jego życie dobiega kresu. Nie dałem jednak nic po sobie poznać, położyłem mu w milczeniu bukiet kwiatów na łóżku i przez jakiś czas trzymałem jego wychudzone dłonie w swoich. Coś bełkotał, czego nie rozumiałem, potem ponownie zapadł w otępienie. Wtedy się wymknąłem.

I oto nie miałem już w tym mieście nic do roboty. Schowałem pozostałe mi pieniądze do kieszeni, zapakowałem dwa kufry z ulubionymi rzeczami, kupiłem bilet do Pragi przez Drezno i Bodenbach i wczoraj, 19 marca, o w pół do siódmej rano wyjechałem z Berlina.

W przedziale siedziałem całkiem sam. Pociąg powoli wytaczał się z hali peronowej. Za oknem przesuwały się domy i ulice, z oddali nad rzędem budynków wyłaniały się wieże, mijałem fabryki, osiedla, ogródki działkowe, potem świerkowe lasy, łąki, pola, senne wioski.

Uśmiechałem się bardzo rozluźniony. Wreszcie uwolniony z wielkiego karceru, w którym byłem uwięziony przez sześć miesięcy. Czułem się, jakby rosły mi skrzydła, chociaż nie da się zaprzeczyć, że w beczce miodu wolności pływała kropla dziegciu melancholii.

Po południu byłem w Pradze. Renata, którą zawezwałem telefonicznie, czekała na mnie na dworcu. Gdy ją ucałowałem, odwróciła się i zapłakała.

Pojechaliśmy razem do domu Chorinsky’ego nad Wełtawą i resztę zeszłego wieczora spędziliśmy razem.

Długo rozmawialiśmy. Opowiedziała mi wszystko. Pozwoliłem jej mówić, widząc, że dobrze jej to robi.

Ująłem jej dłonie i nie mówiąc ani słowa, poprosiłem o wybaczenie. Nie godziło się bowiem, bym był jej sędzią.

Była szczęśliwa, że odzyskała brata, a jej radość mąciły tylko me nieodwołalne postanowienia na przyszłość.

Potem omówiliśmy jej perspektywy. Dałem jej całą resztę pieniędzy, tak że stałem tam jak żebrak – ale jak szczęśliwy żebrak – i poprosiłem, by napisała do Chorinsky’ego. Jest ci bardzo przychylny. Od Suhma tak jak ja nie miała żadnych wiadomości.

Dzisiaj rano odjechała, długo żegnając się ze mną, i teraz znowu jestem całkiem sam.

Myślę, że na tyle, na ile pozwalały na to me wątłe siły, wszystko dobrze poregulowałem.

Zrobiło się późno. Ledwie mogę odczytać to, co piszę. Malá Strana za rzeką rozpływa się w mroku wieczoru, tylko krzyże Strahova pałają jeszcze złociście.

Rzeka szumi głucho. Zerwał się wietrzyk i kręci koroną buka przed moim oknem jak szprychowym kołem. Jest to dla mnie jak muzyka młodości.

Na tym więc kończę dzisiejsze zapiski. Był to dzień rozliczeń, pożegnań i zakończeń. Teraz chcę zstąpić do wieczornego miasta i przejść się trochę po miejscach mej młodości.

 

Niedziela, 23 marca

 

Wczoraj wieczorem długo włóczyłem się po rodzinnym mieście. Dochodziła północ, gdy wróciłem do domu.

Rozpoznałem wszystkie ukochane miejsca mej młodości, a one rozpoznały mnie.

Najpierw poszedłem na Rynek, gdzie teraz wznosi się pomnik Husa, ale jego przeskalowana forma jest niczym w porównaniu z majestatem kościoła NMP przed Tynem, który ze swymi dwiema ciężkozbrojnymi wieżami wznosi się w noc niczym rycerski zamek.

Przeszedłem obok kościoła św. Mikołaja, obecnie należącego do husytów, i mijając Clementinum z jego ogromnymi murami dotarłem do Mostu Karola.

Jego wiele latarni płonęło w nurcie rzeki. I znowu widok tego obrazu mnie przytłoczył. Bogobojni ludzie zbudowali to miasto! Jakże często jako chłopiec stałem w tym miejscu, a teraz znowu tu byłem – za mną całe me życie, wojna i niewola, śmierć rodziców i czasy „Klejnotu”.

To uczucie jest nie do opisania. Powoli i niemal z drżeniem przeszedłem przez most, mijając świętego, który tu cierpiał męczeńską śmierć, i przez wielką bramę wkroczyłem do lewobrzeżnej części miasta.

Kościół św. Mikołaja po tamtej stronie wznosił się niczym wizja na tle gwiazd. Długo stałem pod arkadami rynku, oparty o filar, spoglądając na wieżę i zieloną kopułę. Potem zanurzyłem się w gęstwinę małych, lubych, wyśnionych uliczek, które zdawały się wyglądać tak, jak je zostawiłem, jakby piętnaście minionych lat było jak sen.

Odnalazłem też dom ojcowski – kto by go nie odnalazł, tego najświętszego miejsca na ziemi – ten szary pałacyk na trawiastym placyku, gdzie spędziłem najpiękniejsze lata życia.

Wstawały dawne cienie, wysoki, barczysty ojciec z głową uczonego i bursztynową laską, którą z rewerencją oglądaliśmy, gdy wieczorem udawał się do Collegium philosophicum, do kręgu swych uczonych przyjaciół.

Tam matka, wysoka, szczupła kobieta o blond włosach Madonny i delikatnych, szlachetnych dłoniach, praski anioł, jak mój ojciec zawsze są nazywał.

A tam mała roześmiana dziewczynka, Renata, której ojciec na dziesiąte urodziny podarował dwa charty angielskie, zawsze ubrana na jasno i z błyskiem słońca w jasnych oczach. Bezlik wspomnień atakował mnie ponad wszelką miarę!

Musiałem oprzeć się o drzewo, tak było to przemożne.

A potem odważyłem się podkraść do starego domu i pogłaskać wielką klamkę i z wilgotnymi oczami czytałem nazwy jakiegoś obcego poselstwa, gdzie kiedyś wisiała mosiężna tabliczka: Dr. phil. et jur. Gideon Born.

 

Niedziela, 30 marca

 

W zeszłym tygodniu ponownie głęboko wejrzałem w siebie. Pojechałem pociągiem w rejon górnej Wełtawy, gdzie zaczynają się już rozległe lasy.

Krajobraz jaśniał przedwiosennie. Pola były już po części zaorane i miały brązowy kolor ziemi, który tak lubię. Mógłbym też zostać rolnikiem.

Moje nieszczęście polegało na tym, że przyjechałem do wielkiego miasta, gdzie życie nie jest już warte życia, wierzę dziś nieomylnie, że wielkie miasta są nieszczęściem Europy. Jak to ktoś już powiedział: Bóg stworzył ląd, człowiek miasto, a diabeł metropolię. Czuję, że niczym gorąca gąbka wysysają one z ludzi najlepsze siły. Są jak ogniste piece topnicze, jak rozpalone do czerwoności ruszty.

Trzy rzeczy, myślę, musi mieć człowiek, by człowiekiem pozostać: drogę do siebie, drogę do bliźniego i drogę do Boga. W dzisiejszych wielkich miastach wszystkie te drogi są jednak zagrodzone murem.

Jak kiedykolwiek miałbym odnaleźć siebie w Berlinie, albo jak miałyby odnaleźć siebie miliony innych? Człowiek pędzi, człowiek goni, by zarobić na bochenek powszedniego chleba, a bicz egoizmu i widmo głodu sprawiają, że kręci się to wszystko jak kolorowy bąk-zabawka.

Człowiek jednak potrzebuje pobyć sam, by odnaleźć siebie. W wielkich miastach jest zwykle samotny, ale rzadko sam. To właśnie nazywam pierwszym nieszczęściem.

Spędzono jak do zagrody miliony ludzi, ale człowiek to nie koń czy bydlę.

Robi się zły i słaby, kiedy nie może być nieraz sam. I zamienia się w zwierzę, kiedy się robi z niego bydło zagrodowe i człowieka masowego.

Wstałem wcześnie rano, obudzony przez narastający zgiełk ulicy. Potem wciągnął mnie wir dnia roboczego, pracować, pracować, pracować! To absurdalne i szatańskie uwielbienie pracy, tego bożka, do którego ludzie się modlą. Czy sam się mu nie oddałem i nie chciałem pieniędzy dla samych pieniędzy?

I te niedziele! Były jeszcze gorsze od tygodni pełnych znoju i wyczerpania. Człowiek się otępiał, ale nie znajdował orzeźwienia.

Jakże tęskniłem w owych tygodniach za drzewem, za kwiatem, za gwiazdą płonącą nad samotnym lasem.

Drzewa w wielkich miastach są zakurzone, kwiaty przywiędłe, a blask gwiazd z trudem przebija się przez mgłę wyziewów i elektrycznego światła.

Szczęśliwy ten, kto nie musi mieszkać w wielkim mieście. Każdy kmieć to wielki książę w porównaniu z miastowym, a każdy pachołek to pół-baron.

Miastowi nie mają też kontaktu z bliźnimi. Jest ich zbyt wielu, by mogli znać wszystkich. Ludzie się nie znają, a kiedy się nie znają, to się nie kochają.

Nienawiść powstaje w przepełnionej przestrzeni. I tam najpierw.

Człowiek zmuszony jest starać się drugiego przebić, przelicytować, prześcignąć.

Nie wiem, jak tej sytuacji ma pozostać chrześcijaninem. Ci, którzy twierdzą, że pozostaje, to literaci i pismacy, którzy na papierze niemożliwe czynią możliwym, papier jest cierpliwy. Ale prawdziwe życie jest bardzo niecierpliwie i wygląda inaczej niż biurko nędznej kałamarnicy.

Ci żałośni czeladnicy, co nigdy nie mają odwagi powiedzieć w danej sprawie tak lub nie. Ci na pół rozdarci są zawsze tylko za połową. Mówią pół tak i pół nie, mówią „tak, ale” i klajstrują swą marną prawdę marnym kłamstwem i są gorsi od tych kłamliwych i nieprawdomównych.

Niech Bóg im przebaczy. Kręcą się w kółko, te brzęczące bąki, wydając z siebie – jakżeby inaczej – przykry nieharmonijny dźwięk.

Nie myślą też o duchu. Bo gdyby im powiedzieć: Ceterum censeo urbes delendas, to odpowiedzą: Co za głupek, nie da się cofnąć czasu! A przecież, chociaż wyśmiewano starego Katona, to Kartagina istotnie uległa zniszczeniu, bo po jego stronie stała większa wiara.

Tym jednak, czego w wielkich miastach jest najmniej, jest Bóg. Gdzie miałby pójść i zamieszkać? Mało Boga widziałem w Berlinie przez te wiele tygodni.

Całkiem niedawno czytałem w jakiejś gazecie wypociny żydowskiego pisarczyka o tym, że i buczenie tramwajów, i warkot samochodów, i szum maszyn, i tysiąckrotny zgiełk wielkiego miasta – wszystko to jest hymn pochwalny na cześć Boga Wszechmogącego, jedno wielkie Te deum laudamus.

Ludzi, którzy piszą takie nikczemne bzdury, należałoby surowo karać, bo uprawiają duchowy nierząd i są przeciw świętemu Duchowi.

Dziękuję Bogu, że uszedłem z tego pałającego pieca, tej niemiłosiernej Golgoty. A poza tym sądzę, że wielkie miasta należy zniszczyć.

Jak ja, głupi, mogłem sobie wyobrażać, że tam zdobędę swój klejnot? Trzymać go mogą tylko czyste ręce, a kto potrafiłby takie tam zachować? Może paru świętych, których nie znamy.

Bóg poddał mnie ciężkiej próbie. Teraz rozumiem wszystko. I to, co kiedyś uważałem za nieszczęście, dzisiaj uważam za szczęśliwe zrządzenie.

Bo co by ze mnie było? Byłbym zagłuszył wołanie duszy pracą, wysiłkiem, życiem, pospiechem, gonitwą. Miałbym willę, pieniądze, kobiety i wszystko inne, ale tego jednego, co konieczne, nie.

Jakże wyjątkowo piękne i ludzkie jest zdanie Augustyna: Inquietum est cor nostrum donec requiescat in te! Albo to w Piśmie: Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł!

Ścieżki mych poszukiwań były osobliwe, lecz ścieżki Bożej łaski są cudowne. Jego głos nigdy nie pozwolił mi całkiem zasnąć, a kiedy teraz rozmyślając kartkuję te wyznania, to wszędzie znajduję ślady Boga.

I cóż byłaby warta historia człowieka, gdyby nie widział w niej obecności Boga, miłościwego. I czym byłaby historia ludzkości, historia świata, bez śladów łaski? Dopiero ona czyni ludzkie życie ludzkim i sprawia, że historia świata staje się nauką.

Dzisiaj wiem oczywiście, że goniłem za błędnymi ognikami, fałszywymi klejnotami, których mętny blask szybko przemija.

Czym jest życie, za którym tak namiętnie goniłem? Szałem, pędem, jednym wielkim bezsensownym ruchem.

Czym jest ja, którego następnie poszukiwałem? Szukałem pod-ja i poza-ja, szukałem pobudzenia, podniety i samozapomnienia – i znowu nienawidziłem jasności i szukałem półmroku. Na Boga, byłem człowiekiem, który szedł w półmrok.

Szukałem mamony i byłem na tyle kłamliwy, że sam przed sobą ukrywałem prawdę. Okadzałem złotego cielca ofiarnym dymem mej próżności i skrapiałem pachnidłem pięknych słów. Chciałem być niezależny, by móc lepiej służyć sztuce, a w rzeczywistości chciałem siebie, tylko siebie samego.

Oddałem się współodczuwaniu i wydawałem się sobie nie wiadomo jak głęboki. Nie miłość mną jednak powodowała, lecz żałosny masowy instynkt barana-przewodnika. Znowu chciałem prowadzić, kierować i być na czele, okadzony dymem mej żarliwej pychy. Klejnot z łajna!

Potem pojawił się Suhm i postawił przede mną świątynię przyjaźni. Tu Bóg po raz pierwszy głośno i wyraźnie zapukał do mych drzwi. I zabrał mi wielki skarb, by mi dać jeszcze większy: Tylko z Bogiem masz się wiązać!

Tak też zabrał mi klejnot Metellę, poszedłem wtedy przed siebie z zamkniętymi oczami.

Teraz mam nareszcie mój największy klejnot, mój ostatni klejnot, z którego wszystkie inne pochodzą. Poszedłem i sprzedałem wszystko, patrzajcie, by uzyskać ten jeden.

Jest we mnie wielka i silna radość. Mógłbym nazywać się Jukund. Czuję się tak, jakbym miesiącami przebywał w mieście ogarniętym epidemią, gdzie z każdym oddechem połyka się tysiąc zarazków, a teraz wyszedł na swobodę i mógł znowu odychać pełną piersią i płuca napełniać cennym Boży darem, jego nieskończonym eterem.

Gdyby jednak ktoś miał czytać po mnie te zapiski, to chcę mu powiedzieć: Jeżeli mieszkasz gdzieś w pobliżu natury i w pobliżu Boga, to choćby to było miejsce jałowe, zostań i nie wyjeżdżaj! Jeżeli jednak mieszkasz w piecu topniczym i nosisz w sobie jeszcze iskrę tęsknoty, to zbieraj się prędko i uchodź, nie oglądając się za siebie!

Myślę, że teraz przedstawiłem, a przynajmniej zasugerowałem wszystko, co mną powoduje, i jeżeli ktoś będzie chciał to zrozumieć, to znaczy, że nie napisałem tego na próżno.

 

Poniedziałek, 31 marca

 

Wstałem wcześnie rano, wcześniej niż kiedykolwiek w życiu. Od dzisiaj codziennie będę tak wstawał.

Ten dzień był chyba najbardziej znaczący.

Siedzę po raz ostatni w domu Chorinsky’ego nad Wełtawą. Minął kolejny pogodny dzień. I codziennie nowy jest Boży blask i każdy kolejny dzień jest niejako jak ten pierwszy. I każdy może też być twym ostatnim.

Siedzę przy oknie i spijam niewysłowioną wspaniałość poranka niczym nektar. Stare mury Hradczanów lśnią w pieszczotach młodzieńczego światła, mury, które widziały tyle wydarzeń historycznych, tyle krwi, tyle wyroków losu.

A potem wstanę i pójdę. Nic ze sobą nie wezmę, ni kufra, ni bagażu, tylko mój kapelusz, płaszcz i laskę.

Raz jeszcze udam się na jeden z wielkich dworców i będę się dziwował ludzkiej głupocie. Będę patrzył, jak przyjeżdżają i odjeżdżają pociągi i myślał, że wszyscy chcą dotrzeć do jednego celu, ale nie celują wystarczająco wysoko.

Potem raz jeszcze posłucham zgiełku ulicy, trąbienia aut, turkotu wozów, bieganiny tysiąca ludzi.

Będę patrzył, jak biegają wszyscy za chlebem, ale nie samym chlebem człowiek żyje.

Może zatrzymam się przed jakąś galerią sztuki, których jest tu wiele, i zaśmieję się z własnej głupoty i będę rad, że się jej pozbyłem jak gorszego ubrania.

Potem pójdę na Plac Karola i będę podziwiał fontannę ze srebrnym pióropuszem wody wystrzelającym w górę i opadającym niczym podskakująca bezszelestnie tancerka. Będę obserwował pracę ogrodników i zabawy dzieci wychodzących ze szkoły.

Tymczasem zrobi się południe. Zjem naprzeciwko giełdy, zadowolony, że pieniądze nie będą już brudzić mi rąk. Przy św. Mikołaju pomodlę się za Aleppa, żeby miał dobrą śmierć, stary ślepiec. By jego ślepota przyniosła mu wieczną jasność!

Dojem mięso i dopiję wino. Będę spożywał z wdzięcznością, ale nie chcę już przywiązywać się do dobrego jedzenia i picia, bo człowiek musi umieć kosztować rzeczy wyższych.

Po południu zajdę na pocztę główną, gdzie wyślę siedem listów: do Hildy, Löpera, Corba, Knarcha, księcia Chorinsky’ego, Renaty i księdza. Będę je powoli, jeden po drugim wrzucał do skrzynki.

Potem zostaną mi trzy, może cztery godziny. Jedną  spędzę na Moście Karola, chłonąc wielką scenę niczym wieczny obraz.

Takie mogą być mieszkania niebian, tylko jeszcze większe i o wiele bardziej wyniosłe.

Będę malarzom zaglądał przez ramię i popatrzę trochę na cierpliwych wędkarzy, którzy stoją na brzegu i moczą kije w nurtach Wełtawy.

Potem powoli i z nabożeństwem przejdę przez most. Każdej figurze przyjrzę się dokładnie, a w miejscu świętego chcę spojrzeć na Wełtawę i zmierzyć wzrokiem wysokość.

Teraz jestem już po drugiej stronie. Przy św. Mikołaju chcę się pomodlić i pozwolić, by duch mój niczym sokół wzleciał ku wysokiej kopule, będącej jakby naśladownictwem niebieskiego sklepienia.

Odwiedzę też Dzieciątko Jezus u Panny Marii Zwycięskiej i przypomnę sobie mój sen z Laotsem, który

okazał się tak proroczy.

Domu ojcowskiego nie chcę już odwiedzać.

Chcę raczej pójść w lewo i powoli, z namysłem wejść schodami na zamek. Chcę stać na wielkich, królewskich dziedzińcach i podziwiać katedrę św. Wita. Przy grobie św. Wacława i srebrnym sarkofagu św. Jana Nepomucena chcę się pomodlić za Pragę, by ją Bóg strzegł i prowadził, tak jak poprowadził mnie.

Potem przejdę się trochę Złotą Uliczką, ciesząc się tym, jak promienie słońca padają skośnie z ciemnej szczeliny na stare, kryte łupkiem dachy.

Z przedmurzy będę spoglądał na wiele wież i domów miasta i patrzył, jak z kominów podnosi się wieczorny dym. Tu na górze panuje już spokój.

Słońce wisi za Petřínem, spowijając go niezrównaną aurą świętości.

Pójdę dalej i wstąpię do cichego klasztoru loretańskiego, gdzie wieczorne słońce delikatnie ogrzewa kruszący się kamień.

Przy furcie, gdzie zawsze siedzą żebracy, oddam ostatni grosz i pójdę dalej ubogi i pozbawiony środków do życia.

Tam zacznie mi bić serce. Będę szedł coraz wolniej, zbliżam się bowiem do celu.

I oto wyłania się już gęstwiny mieszczańskich kamienic – Strahov, wielki klasztor.

Obie wieże błyszczą w ostatnich promieniach słońca, a dachy lśnią. Mury pogrążyły się już w mroku.

Wkraczam na niesamowity dziedziniec, który jest jak przedsionek do wieczności, tam stanę, odetchnę i zamknę oczy. I wszystko, co mi zagrażało w czasach „Klejnotu”, powróci raz jeszcze jako wielki strach i wielka pokusa.

Potem pewnym krokiem podejdę do furty i nacisnę na klamkę.

Furta, przez którą się wchodzi, ale już nie wychodzi. Nieodwołalny krok będzie wtedy zrobiony, chwała Bogu!

I będą ze mną cienie – Knarch, Hilda, Corb, Löper, ślepy Aleppo, martwy Guthals, ksiądz-spowiednik, allelujanki, Bourbaçon, Renata, Suhm, książę i Metella. Przejdę przez furtę, a je zostawię na zewnątrz, wszystkie, wszystkie!

Vincenz Josua Born umrze i będzie martwy, ale nieśmiertelny handlarz klejnotów zmartwychwstanie i będzie żył wiecznie.

Tak będzie i na tym kończę. Jest koło ósmej, muszę iść, by dotrzeć do celu.

Droga Renato!

Powierzam Ci tę książkę. Zrób z nią, co uważasz. Ja byłem niemiłosierny wobec ciebie, Ty jesteś miłosierna.

Jeżeli spotkasz kiedyś Suhma, przekaż mu ją, jeżeli będziesz ją jeszcze posiadać. Pozdrów go ode mnie, niech czasem o nim pomyśli, tak jak będę zawsze myślał o nim.

O Tobie też nie zapomnę, Renatko.

Będę Cię wspominać przy ołtarzu. Nie współczuj mi, raczej zazdrość.

Wiesz, że od młodości przywiązany byłem głęboko do piękna, a teraz posiadam piękno wieczne i jestem w rzeczy samej marszandem do pozazdroszczenia.

Każdy powinien iść własną drogą, jeżeli tylko prowadzi go do celu. Ja poszedłem moją i stoję u celu.

Bóg jest celem. Dróg jest bez liku, ale ostatecznie tylko te będą się liczyć, które prowadzą do niego.

Masz pisać do mnie i informować o swoim życiu, być porządna i zachowywać się tak, by nasi rodzice, gdyby jeszcze żyli, nie musieli się ciebie wstydzić. Troszcz się też o ich groby, matka zawsze lubiła róże, nie zapominaj o tym. Traktuj też z szacunkiem swój stary modlitewnik, a gdybyś miała kiedyś dzieci, to wychowaj je w bojaźni Bożej.

Jestem bardzo szczęśliwy.

 

Twój brat,

Vincenz Josua

 

Ciebie jednak będę wychwalał zawsze, litościwy Boże. Zaiste, twa dobroć jest wspaniała, a twe oko mieszka też w głębinach południowego Pacyfiku.

Tonąłem w odmętach występku, lecz i tam mnie znalazłeś, bo twe oko widzi wszystko.

Groziło mi, że uduszę się w Judaszowym płaszczu własnej zdrady, ty zdjąłeś mi go z ramion i podarowałeś w zamian szatę swego zmiłowania.

Tak jak niegdyś spadł na nas żyrandol w twoim sanktuarium, tak teraz ogień twej łaski spadł na mą spustoszoną duszę.

Jedną pieśnią ściągnąłeś mnie z powrotem do królestwa twego pięknam, o wielki, dobry Wszechmiłosierny! Zesłałeś mi niedolę i ból, rozstanie i śmierć, a ja, głupi, walczyłem z własną duszą i nie rozpoznawałem twych posłannictw.

Byłem bowiem, o Panie, zbyt dumny i arogancki, a ciebie kochają tylko pokorni. Zrzuciłeś mnie na dno i pokazałeś męki piekielne, bym wiedział, jak straszny jest twój gniew. Moje grzechy były większe od gór i czerwieńsze od szkarłatu, a jednak mnie ocaliłeś. Bo mieszka twe oko również w głębinach południowego Pacyfiku.

Dlatego bądź pochwalony, Wszechmiłosierny, wielki skarbie, najwyższa piękności, obrazie wszystkich obrazów, klejnocie klejnotów, ostatni klejnocie.

 

KONIEC



* Niem. Geier, „sęp”.

* Zakazujący aborcji.