COSMUS FLAM
OSTATNI
KLEJNOT
DROGA
MARSZANDA VINCENZA JOSUY BORNA
Cosmus Flam, Das letzte Kleinod. Der Weg des Kunsthändlers Vincenz Josua Born, Breslau
1931
(c) przełożył Marcin Wawrzyńczak
I.
Berlin, poniedziałek, 2 września 1929
Dzisiaj wreszcie otworzyłem moją
galerię sztuki. Mieści się przy Kurfürstendammie, za Uhlandstrasse, a przed
Knesebeckstrasse, gdy patrzy się w stronę Charlottenburga.
Architekci Schulz i Sowade zaadaptowali
ją bardzo gustownie z dużego mieszkania prywatnego.
Z klatki schodowej wchodzi się najpierw
do długiego, ciemnego wcześniej korytarza, w ściany którego kazałem wbudować małe,
czarujące gabloty, oświetlone elektrycznie od góry z niewidocznego źródła. Tu
można bardzo korzystanie prezentować grafiki, ryciny i drzeworyty. Gabloty
kazałem od wewnątrz wyłożyć jedwabną tkaniną koloru piaskowego, a z zewnątrz
pomalować na srebrnoszaro. Pośrodku stoi parę foteli na wysoki połysk. Na
podłogę dałem długi chodnik z jasnoniebieskiego aksamitu, który niestety
znacznie nadszarpnął moje zasoby. Koniec końców trzeba jednak powiedzieć, że ta
mroczna wcześniej sień zamieniła się w jasny hall. Oraz ekslibris gustu Borna.
Po pięciostopniowych, utrzymanych w
biało-złotej tonacji schodach wkracza się do środkowego przedpokoju, który
można już nazwać małą salą. Ściany obite są chabrowym adamaszkiem, a
matowosrebrne rokokowe arabeski dzielą je na kwatery, gdzie mogę wieszać główne
obrazy mej galerii. Światło wpada spokojnie i czysto przez trzy wysokie okna
tak, że wszystko sprawia najlepsze wrażenie. Jest też miejsce na plastykę. Lakierowane
białe drzwi skrzydłowe z mosiężnymi okuciami w starym hamburskim stylu prowadzą
na lewo i prawo do niewielkich gabinetów wyklejonych japońskim papierem
drzewnym, jeden chryzoprazowozielonym, drugi flamingowoczerwonawym. W tych
przypokojach będą pokazywane małe, kameralne dzieła, meble, tapiserie, kość
słoniowa i temu podobne.
Od hallu w stronę podwórza mieści się
wreszcie mały kantor, gdzie trzymam biurko, szafkę na akta i szeroki turecki
dywan. Będę tu sobie może ucinał południową drzemkę, gdy będę zbyt zmęczony, by
wracać do domu, a mieszkam niestety dość daleko stąd. W ramach częściowej wymiany
dostało mi się puste dwupokojowe mieszkanie przy Kronprinzenufer, niedaleko
Reichstagu. Po zachodniej stronie niepodobna było znaleźć cokolwiek stosownego.
Również tu wszystko jest takie drogie.
Dzisiaj zatem otworzyłem mój salon
sztuki. Całymi dniami rozsyłałem wizytówki ślicznie wydrukowane na czerpanym
papierze. Zachęcałem prasę. Wczoraj wreszcie nad wejściem zainstalowano napis złożony
z ogromnych kasetonowych srebrnych liter:
KLEJNOT
IZBA SZTUKI VINCENZ JOSUA BORN
Myślę, że dwa imiona i nieco staromodna
forma dają dobry efekt. Imiona przy tym pokryte jakby szlachetną patyną. Bo kto
w Berlinie nazywa się Vincenz albo Josua? Nikt. A że piszę te słowa, to muszę
niespodziewanie pomyśleć o mym mieście ojczystym Pradze, gdzie większość ludzi
ma takie zacne imiona.
Aleppo powiedział mi wczoraj: Znakomicie,
młody przyjacielu, całkiem znakomicie. Josua! Wspaniały! Ludzie będą pana brali
za Żyda, chociaż pan nim nie jest. Będzie pan miał szanse u żydowskich dam, przeszanowny!
Pański interes będzie kwitł, jasnowłosy panie Born! Kwitł i więdł, takie jest
życie! – I stary Żyd zaśmiał się tak gwałtownie, że monokl spadł mu z tłustego
łuku brwiowego.
Ponadto naprawdę uważam, że mój salon
da się oglądać.
W sieni zewnętrznej wywiesiłem
trzydzieści kilka rycin o tematyce groteskowo-erotycznej autorstwa młodego,
bardzo utalentowanego Holendra nazwiskiem Berchemdahl.
Przebywa on od dłuższego czasu na Jawie
i uległ tam niejakiemu zepsuciu. Stale poszukuje perwersji, chociaż uważa się
za buddystę najściślejszej reguły. Rysować jednak ten chłopiec umie tak, że
radość bierze. Rzuca swe kreski i linie tak jak indonezyjski czarownik swe
kostki i drewienka. Widać dosłownie, jak jeszcze drgają.
W sali mam sztukę rokoka: cztery dużego
formatu obrazu pędzla nieznanego, prawdopodobnie czeskiego mistrza – Wiosna, Lato, Jesień i Zima. Kupiłem
je niedawno za bezcen na licytacji w jednym ze śląskich pałaców. Będę się
nazywał Aleppo, jeżeli nie przyniosą mi dziesięciokrotnego zysku. Alegoriami
trudno je nazwać, są na to zbyt realistyczne. Są olśniewająco pięknie
namalowane, swobodnie i soczyście, a przy tym zarówno w sposobie prowadzenia
pędzla, jak i doborze barw nieprzekraczające granic dobrego gustu.
W gabinecie zielonym stoją
dalekowschodnie brązy i rzeźby z drewna, między innymi arcydzieło z czasów
dynastii Ming: Laotse, wielki chiński filozof, jadący na ośle. Nieprędko
znalazłby człowiek coś piękniejszego. Przekazano mi go w komis z masy
spadkowej. Poza tym zdumiewające jest, co ludzie dzisiaj sprzedają. Dokonuje
się zmiana własnościowa na tak ogromną skalę, że chyba musimy znajdować się w
punkcie zwrotnym między dwiema epokami.
Gdybym miał pieniądze, sam kupiłbym
tego Laotsego. Kto wie, przez ile rąk już przeszedł, kto wie, w jakie jeszcze
przejdzie. On wszakże uśmiecha się filozoficznie i nadzwyczaj łagodnie.
Ręka,
co ciebie, Laotse, wyrzeźbiła
Już
dawno rozpadła się w kurz
Ty w
obcych nieznanych ci halach
Żyjesz,
uśmiechasz się obco i już.
Chyba piszę wierszem.
Ale dalej. W gabinecie czerwonym
pokazuję osiemnastowieczne emalie, brosze, tabakiery i miniatury. Pół setki. Są
obecnie bardzo poszukiwane. Poza tym triumfy święci dzisiaj rokoko. Rokoko i
Azja wschodnia. Zalotna erotyka i cudzoziemska wrażliwość! Muszę wykorzystać
ten nurt, by trochę się odkuć. Mam długi. Wojna wiele mnie kosztowała,
mianowicie zdrowie, studia pochłonęły pieniądze po ojcu. Nędzne resztki pożarła
inflacja. Chcę wreszcie stanąć na własne nogi. Do diabła z wiecznym studentem!
Już o siódmej rano byłem dzisiaj u
siebie w salonie, drżący z niecierpliwości.
Trzy kwadranse na dziesiątą przyszedł pierwszy
gość: Knarch, recenzent piszący dla pewnej sporej gazety. Zdejmując płaszcz i
szal, roztoczył wokół siebie chmurę przyjemnych zapachów.
Czy można tu palić? zapytał grzecznie,
wyciągając jednocześnie papierośnicę. S’il vous plaît, odparłem z lekkim
ukłonem. Uprzejmie podał mi płaskie etui. Srebro, ładna sycylijska robota. W
środku były małe czarne „rosyjskie”, które palił jeszcze mój ojciec. Mnie
wydają się nieco perfumowane.
Od razu zauważyłem, że Knarch to znawca
sztuki. Znam go przelotnie z pewnej wystawy. Jego relacje są słynne, recenzje
osławione. Aleppo przedstawia go jako lamparta w skórze angorskiego kota, którego
sierść elektryzuje się, gdy nad nią przeciągnąć ręką. Ale pazury ma bestia
ostre jak sztylety.
Bestia – nie mogę zaprzeczyć – dobrze
wychowana i dowcipna. I w każdym razie wpływowy człowiek.
Najpierw obejrzał ryciny Berchemdahla. Poczynił
kilka notatek. Ten człowiek zna Orient, stwierdził od niechcenia. Ja też. Ale
on, zdaje się, zna go jeszcze lepiej. Musiał oczywiście jakiś czas podróżować
bez siodła. Byłby w stanie zilustrować szczęśliwą wyspę van Zantena. I to
byłoby coś pięknego. Zarobi pan na nim, panie Born.
Następnie wszedł po schodach do sali. Pory Roku wyraźnie zrobiły na nim
wrażenie. Widziałem to po nim. Rewelacja, powiedział i lekko zmrużył oczy.
Ogarnął go jakiś rodzaj łakomstwa. Potem zwrócił się do mnie i zapytał: Co pan
jeszcze ma, panie Born? Pokazałem mu najpierw emalie. – Nieistotne. Te błyskotki
nigdy mnie nie interesowały. Szablony dla nauczycieli rysunku w wyższych
szkołach dla dziewcząt, nic więcej. Życie musi zawsze oddziaływać żywotnie,
dopiero wtedy jest to sztuka. I co jeszcze?
Zaprowadziłem go do gabinetu
chińskiego. Nigdy nie zapomnę, jak stanął przed Laotsem.
Na niebiosa, rzekł dość stanowczo, a jego
gładko ogolona twarz zrobiła się osobliwie blada i pomarszczona. Jakby założył sobie
nagle maskę ze starego pergaminu. Skąd pan to ma? I nie czekając na odpowiedź,
mruknął cicho i jakby tylko do siebie: To jest istotnie całkiem wspaniałe.
Obszedł rzeźbę kilka razy dokoła,
zaciągnął nieco storę, tak że strumień wczesnego pełnego wrześniowego światła
padał skupiony w całości na dzieło, po czym usiadł w fotelu.
W tej chwili na zewnątrz zadźwięczał
dzwonek. Wyszedłem, by otworzyć. Przed drzwiami stała młoda dama. Przeczytałam
w gazecie, powiedziała, że szukacie asystentki. Czy dobrze trafiłam?
Jak najbardziej, moja pani, odparłem i
przeszliśmy do biura. Pokazała mi świadectwa z poprzednich miejsc pracy.
Przestudiowała siedem semestrów historii sztuki. Nazywa się Hilda Kronach.
Spodobała mi się i od razu podpisaliśmy umowę.
Ma przyjmować gości, pilnować
eksponatów, troszczyć się o bieżącą korespondencję i wklejać do pięknej
czerwonej teczki wycinki z gazet.
Potem wróciłem do Knarcha. Na odchodnym
powiedział mi: Nie mam zbyt wysokiego mniemania o filozofach, a tym bardziej o
chińskich. Ale jeżeli inspirują powstanie takich dzieł, to jestem skłonny ich
zaakceptować.
Po południu przyszli dwaj Japończycy i
kupili kilka rycin Berchemdahla. Poza tym nie było nikogo.
Jestem zmordowany!
Wtorek, 3 września
Już w południowej gazecie ukazał się
artykuł Knarcha. Ten człowiek pracuje w tempie maszyny drukarskiej. Artykuł
zacytuję tu dosłownie:
Wraz z początkiem sezonu wszędzie na
zachodzie otwierają się nowe izby ze sztuką. Wcześniej „salon”, teraz „izba”.
Myślę, że chodzi tu o podkreślenie niemieckiego charakteru. Napis: KLEJNOT IZBA
SZTUKI VINCENZ JOSUA BORN. Czy nie kojarzy się to z czcigodnym kupcem w
kantorze Hansy albo handlarzem wina w Holandii, starszym jegomościem, co pływał
po morzach, dzisiaj w szlafroku w tulipany, gliniana fajeczka, wizerunek
żaglowca na szczycie domu? Chwała Bogu nic z tych rzeczy. Raczej: gustowny
apartament o (mimo to!) wyrafinowanej kolorystyce, dyskretny, nienarzucający
się luksus. Prawdziwe noblesse, niemal zawsze niedopowiedziane. Aromat:
erotyka, Chiny, rokoko. Całkiem znośne. Co więcej, nawet zachęcające.
Kosmopolityzm, porządna przestrzeń dla paneuropejczyków.
Zawartość: Po pierwsze żywe arabeski z
Indii Wschodnich autorstwa artysty nazwiskiem Berchemdahl. Atmosfera pałacu
maharadży, jawajskie tancerki. Zaklinacze węży, kurtyzany. Nowy Bayros, o
dziwo! Gładkie biodra w gładkim jedwabiu, hennowe manikiury, palmy i lotos.
Po drugie: Cztery alegorie pór roku,
malowane impastami, z majątku ziemskiego na Śląsku (tzn. dawnego. Kryzys
agrarny niszczy resztki kultury na wschodzie. W polityce uważa się te regiony
za konserwatywne). Kto chce przyozdobić swą nowobogacką rezydencję naprawdę
dobrym rokoko? Ancien regime jako
wielka moda nowej niemieckiej demokracji. Spieszcie się, bo należy oczekiwać,
że obrazy te wnet znajdą chętnego. Nie mówcie potem, że nie uprzedzaliśmy.
Po ostatnie: Zdumiewająca praca,
chińska rzeźba w drewnie (który sinolog wie, co to za gatunek?), Laotse na
ośle. Wyznaję, że nie wiem, na czym polega związek między filozofem i osłem. Wiem
tylko, że u nas długie uszy mają świadczyć o głupocie, a na Dalekim Wschodzie
brane są za oznakę mądrości. Poza tym czy nie na ośle wjechał Nazareńczyk do
miasta Dawidowego? Coś więc te osły muszą w sobie mieć. Ad red nostram, zarówno śmiejący się filozof (Richard Wilhelm
zniemczył nam niedawno jego głębokie poematy. Ja ich wszakże nie czytałem), jak
i osioł są cudowni. Drugiego takiego filozofa i drugiego takiego osła w naszym
mieście stołecznym się nie znajdzie. Panie ministrze kultury, czy nie szuka pan
aby tradycyjnej rzeźby do gmachu Akademii Literatury?
Człowiek, któremu zawdzięczamy takie
smakołyki, nazywa się, jak powiedziano, Vincenz Josua Born. Młody, szarmancki,
typ frontowca. Ale żaden niemiecki gbur, absolutnie nie. Można tu nawet palić. Fumari potest. Miejmy nadzieję, że ten
wyjątkowy człowiek nie będzie rozrzutny. Że w miejsce jego klejnotu nie
powstanie jakieś studio fotograficzne czy szkoła krasomówstwa. Szkoda byłoby
tego obiecującego klejnotu. Bóg wie. Ja tedy – jednym słowem – polecam iść.
Knarch
Aleppo pogratulował mi telefonicznie
tego sukcesu i obiecał też kiedyś zajść.
Panna Kronach z powodzeniem wciąga się
w obowiązki. Bardzo uprzejmie przyjmuje odwiedzających, ma dobre maniery i
ubiera się prosto, ale gustownie.
Po południu wezwano mnie na Olivaplatz,
bym dokonał wyceny kilku francuskich obrazów postimpresjonistycznych.
Zamknęliśmy około piątej. Poszedłem
Kurfürstendammem w stronę Kościoła Pamięci. Mówi się, że to pierwsza ulica
Europy. Jej luksus jest bajkowy, jej blask urzekający. Lubię iść tu spacerem od
sklepu do sklepu i oglądać wystawy. Mam przecież czas.
Pewna paryska firma pokazuje damskie
buciki. Kosztowne kreacje z aksamitu, jedwabiu, garbowanej skóry i wężowej
skórki. Przedmioty te rzucają na mnie silny czar. O ileż bardziej muszą być
nimi oczarowane kobiety i dziewczęta. Łuk konturów, czubków, obcasów, śmiało
ukształtowanych sprzączek, wszystko to jest jak jedna z nowych melodii,
melancholijnych i utrzymanych w ciemnej tonacji, a jednak słodkich i
przymilnych niczym fale ciepłego prądu morskiego. W obliczu tych rzeczy
człowiek staje się całkiem bezwolny. Aksamitne pantofelki z Florencji stoją
kapryśnie obok polskich botków. Na cennym stoliczku z czerwonej laki lśni para
jedwabnych chińskich sandałków. Z błękitnego wazonu zwiesza się nad nimi
kwitnąca gałązka śliwy – teraz, na początku września, gdy u nas śliwki
zaczynają już dojrzewać – kwitnąca gałązka śliwy, z której do jedwabnych
bucików spadają białe, muśnięte różem płatki. Kto nie wspomniałby tu wonnych
wersów Akahito?
Zostawiła
buty na progu
I
weszła śmiało do mej komnaty.
Nocny
wiatr kwiatami śliwy
Jej
jedwabny pantofelek wypełnił niczym statek.
Długo stałem przed tą wspaniałą wizją jak
urzeczony.
Drugą witrynę urządzono jako buduar
rokokowej damy. Po lewej stało wysokie lustro w rzeźbionej ramie z drewna
orzechowego, a przy nim płonęły dwa pięcioramienne lichtarze z prawdziwymi
woskowymi świecami. Widać było, jak złotożółty wosk skapuje na srebrne talerzyki.
Na ścianie po prawej wisiała przepiękna
scena pasterska, która mogłaby wyjść spod pędzla Watteau.
Tło zaś tworzyła jedwabista udrapowana
granatowa kotara, spod której wystawały dwie nader zgrabne kobiece nogi; twórca
dopasował do nich wyszywane złotą nicią atłasowe baletki.
Zestawienie barw, rozkładu światła,
ślicznie ukształtowanych, srebrnobiało połyskujących nóg, ich lśniącego i
błyszczącego odbicia w lustrze po drugiej stronie, przepięknych złotych bucików
z atłasu, kapiących kropli wosku – wszystko to sprawiło, że popadłem w głębokie
rozmarzenie. Oprócz mnie przed witryną nie było nikogo. Wiał zimny wiatr od
Charlottenburga, pędząc ulicą zwiędłe jesienne liście.
Przypomniały mi się oszałamiające słowa
Liliencrona:
W
ciemności powozu umieść
Ufnie
bucik atłasowy…
Przeczucie czegoś niewypowiedziane
słodkiego przepełniło mą duszę, nieokreślonego cudu, który gdzieś na mnie
czekał. Wtedy – sen czy jawa? – nogi poruszyły się. Podczas gdy wcześniej prawa
spoczywała na lewej, teraz zmieniły położenie. Widziałem to całkiem wyraźnie.
Za granatową kotarą musiała siedzieć żywa kobieta. Na Boga!
Przeraziłem się śmiertelnie. Nie
wiedziałem, co się ze mną dzieje. Tak niespodziewane było to przeżycie, że
puściłem się biegiem niczym sztubak przyłapany na głupim psikusie.
Jak dotarłem do domu, sam już nie wiem.
Trzęsącymi się rękami otworzyłem drzwi do mieszkania i od razu ustawiłem
ogrzewanie na najwyższy poziom. Potem marzłem. Marzłem żałośnie.
W samowarze zaparzyłem sobie czarkę
aromatycznej Korei. Wtedy zrobiło mi się lepiej. Herbata uspokaja mnie w
niemalże mistyczny sposób.
Teraz mogę też spokojniej pomyśleć o
tamtym osobliwym sklepie z obuwiem. Przerażenie, w jakie wpadłem, na poły mnie
rozbawiło. Może stałem się ofiarą halucynacji. Może to podświadoma pamięć
erotycznych grafik Berchemdahla zabarwiła to, co widzialne.
W każdym razie niezwykłe miasto ten
Berlin. Co za pomysł – umieszczać żywych ludzi w sklepowej witrynie!
Teraz chcę iść spać. Do łóżka wezmę Japońską wiosnę Bethgego i poczytam
sobie jeszcze o Akahito i księciu Narihirze.
Środa, 4 września
Tej nocy miałem nadzwyczajny sen. Byłem
u siebie w Pradze. Stałem na początku Mostu Karola, przy posągu cesarza Karola
IV, skąd ma się ów śliczny widok ponad Wełtawą na Hradczany i katedrę św. Wita.
Nad miastem zaległa niebywała świetlistość.
Jej źródłem była wieczorna zorza, jaśniejąca za górami. Wieże klasztoru na
Strachovie wyglądały jak namalowane na złotym tle.
Katedra miała fantastyczną wieżę,
wyrastającą ze skrzyżowania naw, jakiej nigdy nie widziałem. Nie potrafiłbym
jej też teraz narysować, ani opisać. Nie czuję się na siłach. Wiem tylko, że
jawiła mi się jak rosnąca na moich oczach prastara, wyniosła, srebrzysta
topola.
Wody Wełtawy były całkiem jasnozielone.
Zdawało mi się, że na drugim brzegu stoi wielu ludzi.
Obróciwszy się nieco, ujrzałem naraz,
że na cokole obok mnie nie siedzi już cesarz Karol, ale przepiękna kobieta. Widzę
wciąż wyraźnie, jak wyglądała. Nosiła wysoką, przypominającą kapelusz złotą
koronę, ściśle przylegającą do skroni. Odziana była w obszerny, lśniący
błękitny płaszcz. Spod niego wystawały błyszczące nogi w wyszywanych złotą
nicią bucikach. Nie potrafiłbym też już opisać jej twarzy. Wiem tylko, że była cudownie
piękna.
Zwróciłem się ponownie ku miastu i
patrząc ponad rzeką, ujrzałem Praskie Dzieciątko Jezus, stojące w strachovskim
klasztorze i mrugające do mnie okiem. Było o wiele większe od obu wież. Sięgało
nieba. Unosiło ręce w swym lśniącym od złota brokatowym płaszczu i puszczało do
mnie oko.
Przez pusty most w moją stronę jechał jeździec.
Most, potężny, kamienny most, zadrżał dostrzegalnie. Było tak, jakby jechała
cała armia.
Ale był to tylko pojedynczy jeździec.
Gdy zbliżył się dostatecznie, rozpoznałem go: był to Laotse na ośle. Ale zaraz
potem wcale nie Laotse, tylko Knarch.
Wtedy się obudziłem.
Co myśleć o takim śnie?
Czwartek, 5 września
Dzisiaj odniosłem pierwszy duży sukces
– mianowicie sprzedałem Pory Roku.
Poszło szybciej, niż się spodziewałem.
Kupił je przemysłowiec z Zagłębia
Ruhry. Nie musiałem go długo przekonywać. Zapłacił rewelacyjną cenę i to od
razu. Wysłałem pannę Kronach z czekiem do banku. W nagrodę wypłaciłem jej
wrześniowe pobory z góry. Bardzo się ucieszyła i grzecznie podziękowała.
Teraz mogę uregulować połowę tego, co
wydałem na otwarcie lokalu. Lwią część dostają Schulz i Sowade. Sam tam
poszedłem i zapłaciłem. Byli nader zaskoczeni tak szybkim uregulowaniem
rachunku, zdaje się, że nie są do tego przyzwyczajeni. Moja reputacja rośnie.
Obrazy do września zostają na ekspozycji
u mnie, niestety z karteczką: Sprzedane.
Cieszę się niepospolicie.
Wieczorem w hebanowej sali u Rheingolda
dobrze pojadłem: sandacz z brązowym masłem, polędwica z jelenia z kiszoną
kapustą, pieczarki po prowansalsku, mocca
double. Potem wypiłem dobrą butelkę mojego ulubionego Boxbeutla. Będę
musiał sobie założyć piwniczkę na wino. Co się poza tym ma? Również ojciec
przykładał wielką wagę do dobrze zaopatrzonej piwniczki, która pośród praskich
Niemców cieszyła się pewną sławą i zaskarbiła mu honorowe miano Horacego. Przy
flaszy zacnego wina posługiwał się bowiem czystą klasyczną łaciną. Ale to już
dawne dzieje.
Muszę rano zadzwonić do Knarcha i
opowiedzieć mu o sprzedaży. Będzie się cieszył. On też zrobił dobrą reklamę.
Piątek, 6 września
Zaczynam powoli rozglądać się po
Berlinie. Osobliwe to miasto. Zupełnie inne niż Praga. Z czego widać, że
„miasto” to bardzo ogólnikowe pojęcie, które o tym, co duchowe, nie mówi nic.
Berlin to labirynt cyklopicznych rozmiarów, niezgłębiony twór. A jednak
tutejsze powietrze oszałamia. Jest coś zagadkowego w tej atmosferze. Nie sposób
jej pojąć, ale też nie sposób się od niej uwolnić.
Dzisiaj zafundowałem sobie pewną
szczególną rozrywkę. Przez trzy godziny jeździłem kolejką podziemną.
Już samo zejście pod ziemię to
tajemnicza sprawa. A potem jedzie się, a raczej pędzi przez ciemność.
Skądkolwiek – dokądkolwiek. Wielokrotnie lądując na rozświetlonych,
rozkrzyczanych wyspach. Drzwi gwałtownie się otwierają, ludzie pchają się na
zewnątrz, pchają się do środka. W tej pogoni i pędzie jest coś bezmyślnego, ale
może dlatego tak mnie to oszałamia, że zdaje mi się symbolem naszego życia.
Ja nie wysiadam. Raz po raz nurkuję w
wielką noc.
W półmroku widzę mnóstwo rur i
przewodów ciągnących się wzdłuż torów. Podróżuje się przez wnętrzności Berlina.
Kable poczty pneumatycznej, sznury telefoniczne, gazociągi, wodociągi, druty i
siatki. Cóż za niekończące się życie!
Szyby połykają nas i wypluwają z
powrotem. Dopiero co pośród robaków i szczurów, teraz na przyprawiających o
zawrót głowy wiaduktach wysoko ponad wieczornym miastem.
Wszędzie palą się miliony świateł.
Blady poblask wisi niby wiosenny deszczyk na niebie. Pędem mija się fasady
domów. Widzi się księgowych siedzących za biurkiem w snopie światła rzucanego
przez lampę z zielonym abażurem i trzpiotki strojące się na tańce i
przeglądające w migotliwym lustrze.
Tam przez miasto płynie kanał. Łodzie,
szerokie, ciemne łodzie odpoczywają leniwie w leniwym nurcie. Światła tańczą
rozciągnięte i rozproszone w czarnej wodzie niby płonące knoty w oliwie.
I nagle jest wokół mnie znowu noc.
Twarze siedzących przede mną są posępne i blade.
Tak, to musi być to. Życie samo musi
być tym, co mnie tak fascynuje w tym nieodgadnionym mieście. Życie samo, wielki
klejnot, ostatni klejnot!
Czyż nie wypisałem tego magicznego
słowa nad mą galerią z obrazami? To, co tam pokazuję, to tylko ostatni poblask
wielkiego pierwotnego blasku.
Życie mieni się i błyszczy i płonie i
ciska w powietrze rakietę za rakietą. Cóż za spektakl!
Jestem jak zaczarowany. Wszystko
przepływa obok mnie jak we śnie. Nie jestem głodny, nie jestem spragniony, nie
jestem zmęczony, nie radosny i nie smutny. Jestem tylko żądny wspaniałego
życia. I musiałem przybyć do tego tętniącego życiem miasta, by to zrozumieć.
A potem – nagle – stacja końcowa. Przesiadam
się i jadę z powrotem. Znowu mrocznymi szybami, po rozświetlonych wiaduktach,
mijając rozkrzyczane wyspy pełne światła i ludzi, przez wnętrzności wielkiego
miasta i jego sny. Coraz szybciej wielką szumiącą aleją życia. Takim je kocham.
Śnię o człowieku, fantastycznym i
mglistym, który całe życie spędza, zjeżdzając na dół i wjeżdżając na górę. W
tej jedynej w swoim rodzaju alei, w tym przedziwnym wielkim ruchu. I który musi
umrzeć, kiedy strajk generalny unieruchamia koleje.
A potem znowu się rozglądam. Chcę
widzieć, nie jakby widzieć. Dusza ludzka tkwi w oczach, gdzie indziej? Szum i
patrzenie. Bo nagle objawia mi się to z całą mocą, ruch i światło, to jest
życie. Tym musi być. I czy to przypadek, że jeden i ten sam elektryczny prąd
płynie pode mną i świeci mi nad głową? Światło i ruch, jedno i to samo, tylko
dla nas ludzi rozdzielone, bo jesteśmy wewnątrz i na zewnątrz.
Dlaczego nie jestem artystą, by ten
przemożny spektakl i to wzniosłe uczucie przedstawić też tępszym duszom?
Rysownikiem być może, który trafiałby w samo sedno rzeczy – strzała powinna drżeć
mi jeszcze na pniu życia, poświst jej pierzastej lotki powinien brzmieć jeszcze
jak wielka muzyka. Albo może jeszcze chętniej poetą, z paru słów spleść sieć i
niesłychanemu – życiu – zarzucić na głowę, tak by wrzeszczało.
Chciałem podejść je w tym mieście, tak
jak kowboj podchodzi bizona u wodopoju w stepie. Wszyscy kowboje powinni mi
zazdrościć…
Czuję, jak zimno zaczyna powoli
szczypać mnie w stopy. Jak przysypiam, jaki jestem zmęczony. Nie wiem gdzie,
wysiadam. Wlokę się powoli po schodach na górę. A raczej jestem współwleczony.
Oto stoję na rogu Potsdamer Platzu.
Niczym na skraju gigantycznego krateru. Wulkanu zgiełku i światła. Lawa wylewa
się na wszystkie strony i lawa wlewa się z powrotem. Jest około dziesiątej
wieczór. Wieżowce ślą na plac nawałnice jasności. Deszcz światła. Pod ścianami
wytryskują wysokie fontanny przenikliwego hałasu i szerokie kaskady mrocznych
dźwięków, szybko ginące, rozproszone, rozbite. Wszystko krzyczy, wszystko mnie otępia.
Zamykam oczy. Ledwo dochodzę do
taksówki. Podaję szoferowi adres, potem zapadam się śmiertelnie znużony w oparcie,
podczas gdy pode mną motor szczeka i warczy niczym pies pustyni i długimi
sprężystymi susami niesie mnie do domu. Po lewej ciemnieje Tiergarten.
Poznałem dzisiaj to miasto. Szał, amok,
najintensywniejsze życie! Powinno nazywać się Dionizja!
Sobota, 7 września
Dzisiaj rano miałem okropny ból głowy.
To ta szalona noc w metrze. Mam wrażenie, że panna Kronach uśmiała się na mój
widok. Co sobie mogła pomyśleć!
Kupiłem kilka miniatur w kości
słoniowej.
Zadzwonił Knarch z pytaniem, czy chcę
go jutro odwiedzić. Będzie niewielkie towarzystwo. Zgodziłem się. Na krótko
przed zamknięciem przyszedł Aleppo. Miał na sobie bajeczne futro, chociaż nie
jest przecież jeszcze wcale zimno. Przeciwnie, przez okno wpadało dzisiaj
łagodne, ciepłe powietrze. Świeciło słońce. Stary kasztanowiec, którego konary
widzę, poruszał się i szeptał, jakby szło na maj, a nie na październik.
Aleppo bardzo mnie pochwalił. U mnie w
gabinecie wypił dwa kieliszki czeskiej śliwowicy, którą trzymam na podorędziu
dla wybranych gości.
Znakomita, powiedział i mlasnął
językiem z zachwytu. Co pan ma na myśli, panie radco handlowy, zapytałem
skromnie, moją galerię czy śliwowicę? Ani jedno, ani drugie, odpowiedział ze
śmiechem i pozwolił nagle, by monokl spadł mu do ręki. Pańską asystentkę.
Przeurocze dziecię. Znakomita! A pan ma tu taką piękną szeroką wersalkę, dodał
frywolnie. Śliczne dziecię i brak sumienia, wtedy śpi się najlepiej. Adieu, mon cher!
I poszedł. Impertynencki osobnik.
Jednak w stosunku do człowieka tak wpływowego nie można być niegrzecznym.
Niedziela, 8 września
Dzisiaj jest niedziela. Delikatna,
połyskliwa mgła poranna wisi nad miastem. Niczym złota para niebiańskiej
kawiarki. Błoga pogoda.
Mam dzisiaj dużo czasu. Najpierw wezmę
gorącą kąpiel i przy okazji przeczytam korespondencję.
Oto jest list od mojej siostry Renaty w
Wiedniu. W Boże Narodzenie chce mnie odwiedzić w Berlinie. Już się na to
cieszę.
Pan von Corb, generał-porucznik w
służbie czynnej, Poczdam, Willa Ferbellin, przeczytał w gazecie artykuł Knarcha
i oferuje mi do sprzedaży komisowej trzy pokoje wiedeńskiego baroku. Może
kiedyś go odwiedzę. Załączone fotografie obiecują wiele. Niechby połowa z tego
okazała się prawdą. Zobaczymy!
Jest oficjalne zaproszenie od Knarcha,
purpurowy druk na holenderskim papierze czerpanym. Człowiek posiadający gust i
poczucie estetyki.
Następnie czytam gazety. Berlińska
prasa jest bez wyjątku nudna i pełna bezguścia. Dany tytuł oceniam zawsze po
felietonach. Wstępniaków z zasady nie czytam. Niemiecka polityka jest
kompletnie błaha, chociaż dodać muszę, że nasza austriacka jeszcze bardziej. My
jednak umiemy przynajmniej pisać pod kreską. Berlińskich felietonistów powinno
się wszystkich zwolnić bez wypowiedzenia. Jedynym zabawnie piszącym jest
Knarch. Dzisiaj rozważa kwestię kobiecą. Przyznaje, że nie rozumie, czego
ludzie chcą. O kobiety pytają wszak tylko mężczyźni, on zawsze pytał tylko o
jedną i odwrotnie – istnieje tylko jedna kwestia kobieca, mianowicie kwestia
zamążpójścia i tak pewnie zostanie do końca świata.
Z kilku arkuszy gazet składam
stateczek, tak jak robiliśmy to w dzieciństwie, po czym kolanami wzbijam w
wannie potężny sztorm. Wyobrażam sobie, że jestem Posejdonem, a w stateczku
siedzi Odyseusz. Wydaje mi się to lepszą zabawą niż cała Liga Narodów.
Przyjmuję następnie obfite śniadanie i
wychodzę. Dokąd? Cóż za pytanie! W niedzielę nie idzie się gdzieś, ale
gdziekolwiek, używa się chodzenia jako takiego, czystego, uwolnionego od
przyczyny i celu, filozoficznego, perypatetycznego chodzenia, chodzi się, by
chodzić.
Drzewa w Tiergarten stoją wszystkie w
świetlistym oparze. Listowie mają złote i purpurowe. Tu i ówdzie, zataczając
obszerne kręgi, brokatowy liść spada na ziemię. Wszędzie to promienne ślizganie
się i zataczanie, które mnie przyjemnie nastraja.
Brama Brandenburska wznosi się w jasnym
świcie niczym grecki wynalazek.
Miasto jest jeszcze wymarłe.
Idę Charlottenburger Chaussee aż do
Großer Stern i tam skręcam w Fasanerieallee. Po drodze nieraz usadawiam się na
ławce i obserwuję, jak powoli słońce pokonuje mgłę.
W piaskownicy bawią się dzieci. Drobny,
ciemnooki, przeuroczy żydowski chłopiec, dziecko-poezja, sypie swej bonie garść
piasku do oczu. Ona prycha i pluje, a potem mówi jakby przepraszająco: Ależ
Reinhardzie, gdyby to widziała mamusia! – To uśmiałaby się do łez, odpowiada
Reinhard.
Przy Neuer See dwoje zakochanych całuje
się bezwstydnie w najbielszy dzień.
Młoda dama chce zrobić zdjęcie
łabędziowi, biega z aparatem tu i tam i potyka się wreszcie o niewysokie
ogrodzenie, które berliński zarząd parków podstępnie pomalował na zielono. Doskakuję
i pomagam jej wstać: Czy łaskawa panienka czegoś sobie nie zrobiła, pytam
troskliwie. Nie, dziękuję, odpowiada i znowu biegnie za łabędziem.
Humorystyczne niedzielne przedpołudnie.
Przypadek
prowadzi mnie w stronę ogrodu zoologicznego. Zwierzęta w klatkach są mi
wstrętne. Zwierzyniec w wiedeńskim Lainzu podoba mi się bardziej od wszystkich
zoo świata.
Idę zatem do działu akwarium – i jestem
zafascynowany. Czegoś takiego nigdy jeszcze nie widziałem. Spędziłem trzy bite
godziny w tych fantastycznych katakumbach. I skoro tylko będę miał czas, idę
tam znowu. Byłem jak oszołomiony, przeniesiony do innego świata, wręcz jakbym
opuścił zwykłe ciało.
Bajkowy świat! Raki o długich
szczypcach pełzną ociężale po mszystym żwirze. Ryby wszelkich barw i kształtów
wypełniają perlące się zbiorniki. Ogromny żółw przytyka różowy pysk do zielonej
szyby.
Niczym nie różnię się od chłopców,
którzy z rozdziawionymi buziami stoją przed morskimi dziwami i marzą o
czarodziejskim rejsie po południowym Pacyfiku. Strzykwę obserwuję przez pół
godziny.
Cóż za pełnia życia! Wszystko się wije,
pełza, pływa, wiruje! Dlaczego żyję tylko parę marnych lat, a nie setki, nie
tysiące, by móc podążać za życiem po wszystkich jego śladach? Nie pojmuję, jak
ludzie mogą odbierać sobie życie. Wyrzucić je jak kamień, który noszą w teczce,
bo myśleli, że zawiera złoto, a teraz zrobił się za ciężki. Mógłbym zrozumieć,
że ktoś popełnia samobójstwo, bo nie jest w stanie udźwignąć pełni życia. Czy
na początku rewolucji francuskiej pewien człowiek nie zabił się, wołając: Zbyt
wiele jest chęci życia? Mnie ten nadmiar bodźców zalewa niczym morska fala. Ma
dusza, czuję, jest jak kubek, o wiele za mały, by pomieścić te oceany. Cierpię
nagle z powodu mych ludzkich ograniczeń.
Przed jednym ze zbiorników zatrzymuję
się na dłuższą chwilę. Stoi w samym rogu, gdzie zbiegają się dwa korytarze. Jak
wszystkie pozostałe jest oświetlony od góry. Wewnątrz jednak nic nie widać. Tu
i ówdzie rosną falujące, splątane zielone wodorosty, piasek pokrywa dno, ale
nie widzę żadnej żywej istoty.
A potem naraz czuję się obserwowany. Ma
się mnie więcej to wrażenie, gdy wyczuwamy – bez udziału słuchu – że ktoś
podchodzi do nas od tyłu. Albo gdy w teatrze wiemy na pewno, że ktoś przygląda
nam się zza kurtyny, tylko my go nie widzimy.
Takie mam uczucie przed tym
zbiornikiem. Stoję tam całkiem sam. Jeszcze raz badam wzrokiem powierzchnię i
głębię. Potem stukam w szybę. Ryby są wrażliwe na stukanie.
Wtedy widzę, jak piasek porusza się.
Zalega tam duża ryba o szerokim ciele. Teraz ją zauważam. Cała jest zagrzebana
w piasku. I teraz widzę też, że przygląda mi się jej wielkie oko, wielkie,
czerwono mieniące się oko, które wcześniej uznałem za kamyk.
To śmieszne, wierzyć, że ona mi się
przygląda. Ale tak właśnie mi się wydaje. Hipnotyzuje mnie dosłownie swym
opalizującym spojrzeniem. Czytam tabliczkę z opisem: Boże oko. Zamieszkuje
głębiny południowego Pacyfiku.
Nie da się opisać, jakie uczucia
wzbudziły we mnie ta nazwa i ten krótki suchy opis. Wciąż jeszcze zdanie to
dźwięczy mi w głowie niczym niebiańska muzyka: Boże oko zamieszkuje głębiny
południowego Pacyfiku.
Są rzeczy, od których nie uwolnimy się
przez cały dzień: Kawałek melodii, gdzieś zasłyszanej, a jednak niezapomnianej.
Urywki wyłapanej rozmowy, fragmenty, które w swym rozczłonkowaniu pozbawione są
znaczenia, a jednak rezonują. Pojedyncza linijka wiersza.
Przypominam sobie, jakie wrażenie
zrobiła na mnie pewna strofa. Było to przed laty, wiersz całkiem zapomniałem,
nie wiem już, kto go napisał, ale ten wers wciąż pamiętam i zawsze, gdy go
recytuję, robi mi się błogo. Brzmi on: Wędrowiec śpiewa w siną dal… Może to
dziwaczne, ale tak właśnie jest.
I podobnie trafiła mnie ta tabliczka w
dziale akwarium: Boże oko zamieszkuje głębiny południowego Pacyfiku.
Muszą być chwile, kiedy jesteśmy
całkiem bezbronni, bo nie spodziewaliśmy się ataku i odłożyliśmy i zbroję, i
miecz. Wtedy właśnie trafia nas strzała nieskończoności życia.
To niedzielne przedpołudnie zakończyło
się dziwnie. Kto nazwał to stworzenie Bożym okiem? I dlaczego właśnie tak? Czy
człowiek ten miał podobne przeżycia jak ja? Może to nie przyrodoznawstwo jest
najciekawsze, ale jego historia. I być może w każdym prawie natury odkrywa się
tylko stale na nowo człowiek.
Powoli idę przez pustoszejące zoo do
domu. Jem u siebie i chcę się zdrzemnąć. Nie mogę. Rozmaite obrazy atakują mnie
i przeciągają nade mną niczym gwiaździsty globus nieba. I w tym półśnie raz po
raz rozbrzmiewa niezapomniana fraza: Boże oko zamieszkuje głębiny południowego
Pacyfiku.
Wstaję. Mam jeszcze tyle czasu. U
Knarcha potrzebuję być dopiero około piątej. Zbieram się, by zacząć porządkować
bibliotekę, która po przeprowadzce w nikczemnym chaosie wypełnia zatłoczone
regały.
Buduję wielki stos z poetów: Szekspir,
w zielonej skórkowej oprawie, Goethe, wydanie ostatnie, ze złoconym grzbietem,
Horacy i Dante, Hindusi, Persowie, Chińczycy.
Następnie wznoszę babilońską wieżę z
grubych tomiszcz historii sztuki, ciężkich i ważkich, odzianych w surowe
szarobure togi wiedzy.
Na koniec trochę filozofii i historii,
stara encyklopedia Brockhausa i modlitewnik odziedziczony po matce.
Teraz mogę zapełnić półki. Robota idzie
zręcznie. Wnet pysznią się złoto tłoczone i skórkowe grzbiety na rzeźbionej
krawędzi i po godzinie tam, gdzie dopiero co był nieporządek, panuje wzniosły
ład. Ostatnie promienie słońca muskają ten uczony przepych i długo jeszcze
oświetlają głowę Nefretete, która śmiejąc się szyderczo spogląda z góry na
bezistotne.
Do szczęścia brakowałoby mi jeszcze
ekslibrisu. Usadawiam się i szkicuję amatorski projekt: panorama Pragi,
widziana z mostu, a ponad nią, być może w srebrze, symbol niewyczerpanego
życia, przesytu, który teraz tak mnie dręczy. Może ankh, krzyż egipski,
umieszczony na koronie odkopanej królowej, znak życia. Wyglądałoby nieźle. A na
dole ciężką, klasyczną antykwą: VINCENZ JOSUA BORN.
Poniedziałek, 9 września
Przeżyłem wczoraj coś niezwykłego. Muszę
spróbować opowiedzieć wszystko po kolei, bo wciąż mam jeszcze mętlik w głowie.
Uporządkowawszy książki i opisawszy
przedpołudnie w dzienniku, położyłem się z lekturą na dywanie. Była to historia
Rzymu w wiekach średnich Gregoroviusa. Chyba jednak nie przeczytałem ani jednej
linijki, bo zaraz zasnąłem.
Gdy się obudziłem, w pokoju było
całkiem ciemno. Zapaliłem światło i z przerażeniem odkryłem, że jest trzy po
szóstej. O piątej miałem być u Knarcha. Przez chwilę rozważałem, czy nie
odwołać. Potem stwierdziłem, że jednak pojadę.
Zamówiłem taksówkę, ubrałem się na
galowo i pojechałem. Knarch mieszka w Grunewald. W wątłym srebrzystym blasku
zachodzącego wrześniowego słońca widziałem ponad wierzchołkami drzew wieżę
radiową przy Kaiserdamm, ten kolosalny obelisk ze stali!
Odźwierny wprowadził mnie do hallu i
gestem dał znać, bym szedł dalej, państwo już dawno się zebrali.
Wkroczyłem do ciemnego pokoju, z której
widziałem już następny. Tam siedziano wokół pięknego włoskiego kominka i zdaje
się opowiadano sobie historie.
Nikt mnie nie zauważył. Jedynym źródłem
światła były płonące polana, a podłogę wyściełały grube dywany. Podszedłem dość
blisko siedzących tak, że nikt mnie nie zobaczył, ani nie usłyszał, po czym
usadowiłem się w fotelu i jąłem słuchać.
Ktoś najwyraźniej skończył właśnie
opowiadanie, bo Knarch, siedzący najbliżej kominka, zwrócił się ku starszemu
panu, którego mądra głowa odcinała się ciemno od czerwonego żaru, i rzekł:
Jesteśmy panu nadzwyczaj zobowiązani za tę relację, panie profesorze. Bardzo
trudno byłoby znaleźć wytłumaczenie dla tych spraw i zostawiam to – tak jak na
początku uzgodniliśmy – do przewidzianej na koniec dyskusji. Następny w
kolejce, jeżeli się nie mylę, jest nasz drogi Melchior Mara.
Skłonił się, nie wstając, przed panem,
który siedział przy uczonych, zwrócony do mnie tyłem tak, że nie widziałem jego
twarzy. Zaczął od razu swoją relację, przy czym uderzyło mnie bardzo wysokie
brzmienie jego głosu. Jak u kobiety albo dziewczyny:
Moi państwo, wiecie, że odbyłem
rozległe podróże po Rosji i Azji Środkowej. Wiecie też pewnie, że na zlecenie
wpływowych mecenasów poszukiwałem tam dzieł sztuki, by sprowadzić je
bezpiecznie do Europy. Bo po tym wszystkim, co przeżyłem, muszę powiedzieć, że
dzisiejsza Rosja z trudem zalicza się do Europy.
Moja uwaga skupiała się głównie na schedzie
skasowanych klasztorów i kościołów, które często kryły niebywałe skarby,
pobożnie gromadzone przez tysiąc lat.
W 1924 roku pojechałem z Astrachania w
głąb Rosji ze zleceniami od amerykańskich kolekcjonerów; towarzyszył mi doktor
Evans z British Museum w Londynie, młody naukowiec, szukający tego samego co
ja. Poznaliśmy się w Teheranie.
Rybackim parowcem popłynęliśmy w górę
Wołgi do Carycyna, skąd chcieliśmy dojechać autem do Woroneża, oddalonego od
Carycyna o około sześćset kilometrów.
Nie macie pojęcia o stanie tych
rosyjskich dróg. Jeżeli za cara składały się z wyrw, to za Sowietów te
zamieniły się w kratery.
Pod koniec drugiego dnia dotarliśmy do
miasteczka Minołuck. Hotelarz – jeżeli to słowo nie jest tu przesadą – Niemiec,
nazwiskiem Mayfeld, poinformował nas, że przed około trzema tygodniami decyzją komitetu
ateistów wielki kościół i starożytny klasztor antonianów zostały wysadzone w
powietrze.
Zapytaliśmy znacząco, czy uratowano coś
może ze sprzętów liturgicznych albo obrazów, jesteśmy nimi zainteresowani.
Mayfeld od razu pojął, w czym rzecz, zaprowadził
nas na swe prywatne pokoje i zdradził, że pewien pop, zwany Pamfalon, z
pewnością coś zabrał. Większość rzeczy została oczywiście wysłana przez
państwowych komisarzy do Moskwy. Jednocześnie błagał nas, byśmy nic nikomu nie
mówili.
Jeszcze tegoż wieczora odwiedziliśmy
batiuszkę. Mieszkał w całkiem zaniedbanym domu na starym mieście. Wkupiliśmy
się z Evansem w jego łaski, kładąc na stół kilka paczuszek tytoniu i dwie
butelki winiaku z Azerbejdżanu.
Wtedy Pamfalon zrobił się rozmowny.
Miał jeszcze kilka skrzyń, których zawartość chciał nam sprzedać. Żeby tylko
nie wpadły w ręce bezbożników. I tak zaklął, że przeszły nam ciarki po plecach.
Rzeczy, które trzymał schowane w
starej, wilgotnej piwnicy, obejrzeliśmy przy świetle elektrycznej latarki, dopełniwszy
wprzódy wszelkich możliwych środków bezpieczeństwa. Doskonale bowiem zdawaliśmy
sobie sprawę, że ryzykujemy gardłem i głową, bo jeszcze dzisiaj handel dziełami
sztuki jest w Rosji najsurowiej zakazany.
Odkupiliśmy od Pamfalona cudowne złote
hafty, dwa stare bizantyjskie lichtarze, ikonę oraz mnóstwo drobiazgów.
Chcieliśmy spróbować dowieźć je autem do poselstwa w Moskwie, skąd zostałyby
wysłane pocztą dyplomatyczną. Rzecz nie była aż tak trudna. Poza tym obaj
znaliśmy Lenina osobiście, zawsze więc mogliśmy mieć nadzieję, jego nazwisko
otworzy nam wszystkie drzwi. Powiedzieliśmy to też staremu mnichowi.
Znacie ojczulka Lenina? zapytał z
niedowierzaniem, wlewając do gardła ostatni łyk winiaku. Musicie więc zrobić
coś dla mnie. Zawieźcie ten kuferek do Moskwy i powiedzcie ojczulkowi Leninowi:
Niech Bóg was błogosławi, ojczulku Leninie. Wasz brat Pamfalon z wysadzonego w
powietrze klasztoru świętego Antoniego w Minołucku przesyła wam tę piękną starą
szatę, byście się nią ozdobili. Gdy bowiem przybywają ludy Europy i Azji, by
was wielbić, musicie być przyodziani jak sam pan Bóg.
Spoglądał przy tym na nas tak szalonym
wzrokiem, że wszystko mu obiecaliśmy i przysięgliśmy na niebo i piekło, że
dowieziemy kuferek do ojczulka Lenina. Ostrożnie przenieśliśmy zakupione skarby
do oberży, gdzie czekał na nas Mayfeld, i jeszcze tejże nocy zapakowaliśmy je
do auta, wyposażonego w najwymyślniejsze skrytki do przewożenia zakazanych
rzeczy. Tylko kuferek dla ojczulka Lenina wzięliśmy ze sobą do pokoju, by
zobaczyć, co zawiera.
Moi państwo, jakież było nasze
zdumienie, gdy znaleźliśmy w środku szatę tak wspaniałą, że żaden z nas takiej
jeszcze nie widział. Składała się z czerwonego brokatu, przerwanego w wielu
miejscach z powodu sędziwego wieku, gęsto zdobionego kamieniami
półszlachetnymi, perłami i złotą blaszką. Najosobliwsze wszakże było
trzydzieści sztuk srebra wielkości talara, osadzonych w mosiężnych oprawach i
opadających na ramiona niczym łańcuch honorowy.
Wiek szaty oceniliśmy na kilkaset lat.
Może więcej. Srebrne monety wydawały się arabskiego pochodzenia, o tyle, o ile
mogliśmy cokolwiek odczytać w wątłym oświetleniu.
Niech mnie diabli, powiedział Evans,
jeżeli zawieziemy tę szatę ojczulkowi Leninowi. Podzielimy się nią, a Leninowi
damy pusty kuferek.
I wszedł na krzesło, by zaprezentować
szatę w całej okazałości. Teraz dopiero ukazała ona cały niesłychany przepych
swego azjatyckiego blasku, tak że nie wiedzieliśmy obaj, jak sobie gratulować. Co
ciekawe, była całkowicie pozbawiona chrześcijańskiej symboliki. Postanowiliśmy
nazajutrz podzielić ją na osobne części i schować w pustym baku na benzynę. Ponieważ
jednak nasz pokój – jak zdecydowana większość w Rosji – nie posiadał zamka do
drzwi, a bezpieczeństwo w owych czasach spadło do minimum, to Evans ze śmiechem
owinął się szatą i tak rzucił się na łóżko.
Zostało nam poza tym niewiele godzin do
świtu. Szybko zasnąłem. –
Zauważyłem, że Mara lekko wzruszył
ramionami, gdy doszedł do tego miejsca. Urwał na chwilę, by przytknąć ogień do
czubka papierosa. Wszyscy wpatrywali się weń w napięciu.
Moi państwo, nie chcę was zanudzać. Obudziwszy
się rano, spostrzegłem, że Evans jeszcze śpi i naciągnął sobie szatę na głowę.
Poranne powietrze było przenikliwie zimne. Szturchnąłem go i rzekłem: Evans,
wstawaj! Mamy jeszcze wiele do zrobienia!
Ściągnąłem mu szatę z twarzy… był
martwy. Twarz miał strasznie wykrzywioną, jakby stoczył wyczerpującą śmiertelną
walkę, albo jakby ktoś go udusił. Skóra była obrzękła i niemal tak czerwona jak
szata.
Możecie sobie wyobrazić, jak mi było na
duchu. Przez jakiś czas byłem całkiem rozbity, nim nie przyszedł Mayfeld, by
sprawdzić, co nas tak długo zatrzymuje. Przypuściłem go do zaufania – cóż
innego mi pozostało? Ujrzawszy szatę i martwego, zapadł się niczym drzewo
złamane przez wiatr.
A więc to jednak prawda, jednak prawda,
wymamrotał, bijąc czołem o oparcie krzesła. – Co pan ma na myśli? zapytałem.
Dopiero po dłuższej chwili wyjaśnił mi,
że według legendy w zburzonym klasztorze w Minołucku przechowywana była
osobliwa relikwia, mianowicie szata Judasza, w której tenże zdradził Pana i się
następnie powiesił. Podczas gdy – jak wiadomo – szata Chrystusa przechowywana
jest w klasztorze świętego Andrzeja w Kijowie.
Wielu despotom, Iwanowi Groźnemu i
wielkiemu mogułowi Babakanowi, wysyłano tę szatę jako diabelski podarek i
obdarowany szedł do piekła, skoro tylko ją założył. Miałem to jednak wszystko
za legendę, jakich wiele w Rosji. Bóg jeden wie!
Wyznaję wam, moi państwo, że za tę
śmieszną gadkę najchętniej bym Mayfelda udusił. Dużo ważniejsze od wszelkich
legend było dla mnie w tej chwili pytanie, co robić.
Wieczorem następnego dnia pochowaliśmy
Evansa – Mayfeld i ja – w ogrodzie za oberżą. Wziąłem zwiniętą i obwiązaną
sznurkiem szatę, której zaciekle teraz nienawidziłem, wrzuciłem ją do wozu i
najbledszym świtem odjechałem.
W Kołomnie przed Moskwą zatrzymano mnie
i znaleziono gałgan. Załatwiłem sobie audiencję u Lenina i przekazałem mu
zawiniątko z tymi samymi słowy, z którymi wręczył mi je Pamfalon. O reszcie
przezornie zmilczałem.
Lenin zaśmiał się – co czynił nader
rzadko – i kazał sekretariatowi przesłać szalonemu mnichowi podziękowania.
Zjadłem z nim w południe w kasynie robotniczym przy moskiewskiej fabryce
amunicji. Wtedy się pożegnał.
Pięć dni później miał na sobie szatę
podczas wielkiego pochodu ateistów na Placu Czerwonym, a nazajutrz rano już nie
żył.
Moi państwo, nie znam przyczyny śmierci
Lenina. Nikt jej nie zna. Wiele o tym mówiono, mądrze i głupio. Wiem tylko, że
miał na sobie tę podniszczoną szatę z klasztoru antonianów w Minołucku.
Od tego czasu nie byłem więcej w Rosji.
– Na tym skończył Mara. Przez dłuższą chwilę w pomieszczeniu panowała
przytłaczająca cisza. Czułem się nader osobliwie. I wtedy znowu usłyszałem
wyraźnie, jakby ktoś stanął obok mnie i wyszeptał mi do ucha: Boże oko
zamieszkuje głębiny południowego Pacyfiku.
Wstałem równie cicho, jak przybyłem,
cofnąłem się do hallu, wziąłem kapelusz, płaszcz i nie dzwoniąc na odźwiernego
wyszedłem.
Czwartek, 12 września
W ostatnich dniach nie działo się nic
godnego uwagi. Grafiki Berchemdahla sprzedały się prawie wszystkie. Emalie idą
gorzej, niż zakładałem. Być może dlatego, że Berlin jest akurat zalany tego
typu rzeczami.
Piątek, 13 września
Po południu pojechałem autem do
Grunewald, by stawić się u Knarcha. Chciałem mu podziękować za skuteczną pomoc
i poprosić o dalsze wsparcie.
Odźwierny dał mi znać, że pana doktora
nie ma w domu, powinien jednak lada chwila wrócić. Postanowiłem zostać i
poczekać.
Zaprowadzono mnie do niewielkiego
salonu, gdzie wisiały bardzo piękne francuskie obrazy i skąd przez okna miało
się widok na park, rozciągający się o wiele dalej, niż przypuszczałem. Niedługo
potem przyszła do mnie dama. Miała na sobie prostą czarną suknię, bardzo
obcisłą i ozdobioną jedynie złotą szpilką. Proszę siadać, rzekła po powitaniu.
Ja: Chciałbym z całego serca
podziękować pani mężowi za protekcję, jakiej mi udzielił.
Zaśmiała się lekko. Nie wiedziałem, co
to ma oznaczać. Wpatrywała się przy tym w czubki swych jedwabnych pantofli.
Groziło nam, że rozmowa zamrze.
Ja: Po drugie chciałbym poprosić panią,
wielce szanowna łaskawa pani, o wybaczenie niezręczności, jaką popełniłem w
pani domu.
Spojrzała na mnie przelotnie i z
niejakim zaskoczeniem, po czym zapytała: A mianowicie?
Ja: Zaprosiliście mnie państwo na
spotkanie w zeszłą sobotę. Byłem ostatnim, który przyszedł, i pierwszym, który
wyszedł. W obu przypadkach bez podzięki i pozdrowienia.
Ona: Przykro mi.
Ja: Usłyszałem akurat dziwną historię,
którą opowiedział niejaki pan Mara…
Ona: Ach, tę okropną rzecz ze starą
szatą? Pewnie było panu u nas nudno?
Ja: Ależ skąd, najłaskawsza pani, wręcz
przeciwnie. Ta opowieść tak mnie poruszyła, że potem nie byłem w stanie
powiedzieć nic sensownego.
Ona: Poradziłam Marze, żeby sprzedał
swój towar Hannsowi Heinzowi Eversowi. Nie sądzę, by rzeczona szata posiadała
jakieś mistyczne moce. Mogę sobie jednak wyobrazić, że była bogata w zarazki i
patogeny. A to, na co zmarł Lenin, nie jest już przecież tajemnicą.
Ja: Z pewnością, łaskawa pani, ale ta
opowieść nauczyła mnie jeszcze czegoś, a mianowicie że wszystkie rzeczy mają
podwójną przyczynę. Można je wyjaśnić tak, albo tak. To jednostka decyduje,
które wyjaśnienie wybiera.
Ona: Jak pan to rozumie?
Ja: Moja najłaskawsza, pani zdecydowała
się na zarazki, ja wybieram mistyczne moce.
Ona: Mówi pan poważnie?
Ja: Jak najbardziej. Chcę powiedzieć,
że życie jest głębsze, niż wszyscy sądzimy. Zapiera dech w piersiach nie tylko
swą rozległością, ale o wiele bardziej swą głębią. Byłoby dostatecznie
wspaniałe, gdyby składało się tylko z zdarzeń, nastrojów, refleksji i czego tam
jeszcze. Znaczenia nabiera jednak dopiero wtedy, gdy zdamy sobie sprawę, że
wszystkie te rzeczy mają jakąś przyczynę. Że życie, zdaje mi się, to nie tylko
tajemnicza skrzynia pełna rzeczy najcudowniejszych i najwstrętniejszych, ale
też skrzynia o podwójnym dnie. Dudni pusto, gdy się tam zapuka.
Ona: I usłyszał pan to dudnienie
podczas opowiadania o szacie Lenina?
Ja: Bardzo dobrze, łaskawa pani. To
właśnie mam na myśli. A doświadczenie było dla mnie dlatego tak znaczące, że
groziło mi, iż tu w Berlinie skupię się na powierzchni i zapomnę o głębi. Generalnie
wydaje mi się, że Berlin to dość lekkomyślne miasto. Wypływa się tu daleko w
morze i nie myśli o niebezpieczeństwach głębi.
Ona: Jest pan od niedawna w Berlinie?
Ja: Od miesiąca.
Ona: I jak się panu u nas podoba? Tylko
całkiem szczerze, proszę.
Ja: Z pewnością, całkiem szczerze. Wyznać
muszę, iż o tym, co nazywają metropolią, miałem wcześniej bardzo blade jedynie
pojęcie. Znam tylko Wiedeń i może Rzym. Ale Berlin jest całkiem inny. Wiedeń to
tylko wielkie miasto, Berlin to metropolia.
Ona: I jak się panu ta metropolia
podoba?
Ja: Ponad wszelką miarę. Rytm pani
miasta wydaje mi się czarujący. On porywa, ożywia, uskrzydla. Czyni z nas
rodzaj istoty wyższej. Madame, proszę się nie śmiać. W Wiedniu siedzi się w
kawiarni, a tu się handluje, tu się żyje, tu się jest częścią cyklu uwydatnionego
i przyspieszonego. Zdobywa się widoki i perspektywy.
W trakcie tej rozmowy miałem okazję
podziwiać jej urodę. Wydawała się umalowana, ale nie mógłbym powiedzieć, że jej
to nie przystawało. Jej ekspresja była bogata i zmienna. Jej twarz była jak tablica,
na której stale ktoś pisał coś nowego, a potem to ścierał. Ta zmienność nastroju
i bogactwo wyrazu urzekły mnie i całkiem zafascynowały.
Kazała podać herbatę.
Ja: Miałem niedawno okazję odkryć
pewien talent pani małżonka, którego wcześniej nie znałem.
Ona: Który mianowicie?
Ja: Widziałem w jakiejś gazecie
fotografie, podpisane nazwiskiem pani małżonka. Zakładam, że były jego
autorstwa.
Ona: Z pewnością. Co pan tam widział?
Ja: Dwóch z nich nie zapomnę. Pierwsze:
marmurowe schody, prowadzące aż po górną krawędź zdjęcia, a na nich wielki
ciężki cień, ewidentnie wchodzącego po nich mężczyzny. Podpis: Dyrektor
generalny. Drugie: Pojemnik na śmieci w obskurnym podwórku i kółka dziecięcego
wózka. Tytuł brzmiał, jak mi się wydaje: Proletariat. Ta kompozycja wywarła na
mnie całkiem nadzwyczajne wrażenie.
Ona: To nawet nie były jego najlepsze.
Poza tym Knarch porzucił tę dziedzinę i zajął się obrazami ruchomymi, filmem.
Pokażę panu parę innych rzeczy.
Zadzwoniła i służący przyniósł dużą
teczkę z fotografiami. Były tam najprzeróżniejsze rzeczy: kwiaty, muszle,
konstrukcje matematyczne, akty, motyle, portrety, studia chmur i wiele innych,
wszystko ujrzane na nowo i oryginalnie oświetlone.
Pochyliliśmy się oboje nad stolikiem,
by lepiej widzieć zdjęcia – na zewnątrz zrobiło się już blado i srebrnoszaro –
tak że mogłem poczuć zapach jej kasztanowobrązowych włosów, który mnie bez
reszty oczarował. Przyklękła przy tym na krześle.
Nagle zapaliło się światło. Zaskoczeni
i boleśnie oślepieni zamrugaliśmy oczami. W drzwiach stał Knarch i przez chwilę
dziwnie nam się przyglądał.
Dzieci zabawiają się oglądaniem książek
z obrazkami, wycedził, podczas gdy na jego ustach wykwitł wymuszony uśmiech.
Poczułem się niezbyt zręcznie. Zmieszanie
próbowałem ukryć pod powodzią słów, słów podziękowań i przeprosin.
Knarch był zbyt uprzejmy, by się dłużej
boczyć. Macie szczęście, oznajmił. Za kwadrans będziemy mieli tu gości na
herbacie, między innymi sekretarza stanu Geyera. Próbowałem zainteresować go
figurką Laotsego. Proszę się na niego zasadzić. Nie zna się wprawdzie na
sztuce, ale jest człowiekiem wpływowym.
Pół godziny później siedzieliśmy w
chińskim salonie herbacianym, wyposażonym w piękne malowidła na jedwabiu. Usadowieni
byliśmy wszyscy wokół dużego okrągłego stołu z laki. Panów było czterech:
Sekretarz stanu Geyer, duży, kanciasty mężczyzna o grubych, czerwonych dłoniach
z brylantowymi pierścieniami na palcach. Jego czarny garnitur trzeszczał
dosłownie na wszystkich szwach, tak obciśle się nosił. Następnie marszand Mara,
o bladym, zapadniętym obliczu, nerwowo bębniący palcami o lakowy blat. Dalej
nowoczesny architekt, Kurt Kupetzky, najwyraźniej Żyd, z wypartym kompleksem i
tryskający elokwencją. Nie miał nic z urody swej rasy, za to wszystko z jej
bezczelności. Wreszcie literat, który przedstawił się jako baron von Thule i twierdził,
że też zna Wiedeń.
Kupetzky nieustannie próbował grać
pierwsze skrzypce. W jego głosie było coś, co w osobliwy sposób kojarzyło mi
się z chorym marmurem.
Knarch wciągnął mnie do rozmowy z
sekretarzem stanu i wskazał na mnie: Oto jest człowiek, u którego stoi bajkowy
osioł z filozofem. – Bardzo ciekawe, zawtórował sekretarz stanu. Pan minister
chętnie nabyłby parę rzeźb do sali posiedzeń i tak dalej. Jeżeli pański filozof
by się nadawał, jak pan sądzi?
Skłoniłem się i uprzejmie poprosiłem o
wizytę. Już zanotowane, drogi przyjacielu, rzekł sekretarz stanu nieco
protekcjonalnie, już zanotowane. Każę się wcześniej zapowiedzieć.
Krótko potem pożegnałem się.
Niedziela, 15 września
Dzisiaj jest pochmurny i deszczowy
dzień. Pan von Corb zaprasza mnie w środę do Poczdamu, bym obejrzał jego pokój
barokowy.
Zaszywam się całkiem w mieszkaniu,
czytam nieco, porządkuję teki z grafikami i piszę długi list do Renaty. Jest w
trakcie egzaminów i przydadzą się jej słowa wsparcia. Po południu wychodzę.
Stawiam wysoko kołnierz płaszcza i włóczę się, gdzie mnie nogi poniosą.
Tiergarten stoi pusty niczym pierwotny moczar. Jakże szybko przeminął jego
jesienny przepych! Auta pryskają wodą na metr na mokrych ulicach.
Gdy jestem przy Leipziger Strasse,
zaczyna mocniej padać. Nabieram nagle ochoty, by iść do kina.
Wiedeń w deszczu to idylla, Praga w
deszczu to bajka, a deszczowy Berlin zaczyna robić się nudny. Dlaczego tak?
Dochodzę do dużego iluzjonu. Właśnie
skończył się seans. Nad wejściem płonie ogromny napis: LUCILUDIUM.
Najosobliwsze kino, jakie dotąd
widziałem. Wyobraźmy sobie owalne pomieszczenie, owalnie sklepione również na
górze i na dole. Kuse sklepienie zawierało scenę, a w każdym razie tak
przypuszczałem, bo widać jej nie było.
Ściany, sufit i podłoga – jeżeli przy
owalnym kształcie pomieszczenia można w ogóle mówić o takich elementach
architektonicznych – składają się z mętnej, szklistej substancji,
prześwietlonej od zewnątrz. Stąd wynika to, że nie widzi się żadnych źródeł
światła, a raczej całą salę wypełnia jednolita, stonowana jasność. Ponieważ ta
wlewa się ze wszystkich stron, to ludzie i przedmioty, jak niegdyś Schlemihl,
nie rzucają cienia, przez co ma się wrażenie, jakby stało się w świetle dnia
pod dziwnie pomniejszonym niebem. Spojrzawszy na podłogę, miałem skojarzenie z
matowym, brudnym lodem.
W istocie nigdy nie widziałem nic
podobnego. Byłem całkiem oszołomiony. Nie mogłem zrozumieć, jak ktoś mógł wpaść
na tak absurdalny pomysł.
Wdałem się w pogawędkę ze starszym
jegomościem z fotela obok. Ma pan rację, rzekł, człowiek siedzi tu jak w
gigantycznym, podświetlonym kurniku.
I oto zaczynał się już pokaz. Zadzwonił
donośny gong, jakby waliła się porcelanowa wieża z Nankinu, światło powoli
zgasło i nagle przód kopuły jakby się rozdzielił. Niczym dewizka ogromnego
zegarka odskoczyła mosiężna klapa i rozpoczęła się projekcja.
Najpierw kronika tygodniowa.
Oglądaliśmy, jak zbiera się sok kauczukowca, jak ćwiczyła amerykańska flota,
jak rywalizowano w turnieju tańca w Paryżu. Dalej aktualności: prezydent Rzeszy
odsłaniający pomnik, książę Walii, podpisanie umowy handlowej.
A potem nagle na ekranie pojawił się
napis: Kurt Kupetzky, genialny twórca Luciludium, w swoim domu.
Tak, to był on. Z twarzą bolszewika,
fanatyczną, ściągniętą, wąską twarzą z płonącymi oczami. Czoło ponad miarę
okrągłe niczym metalowa klapa, mieszkanie dziwacznych myśli.
Takim też zapamiętałem go z herbatki u
Knarcha. A zatem to on zbudował Luciludium, to osobliwe wnętrze, w którym się
obecnie znajdowałem.
Nie tylko w fakty przebogate jest
życie, jeszcze bogatsze jest w możliwości. Każdy człowiek skrywa niesłychaną
pełnię możliwości, jest jakby potencjałem prostej rzeczywistości, trzecim
wymiarem życia, tak jak zdarzenia są pierwszym i przyczyny drugim.
Odpłynąłem myślami. Tego, co działo się
na ekranie, nie widziałem, aż na powrót zrobiło się jasno. Włączyła się muzyka.
Rozpoczął się główny pokaz. Nie zwracam większej uwagi. I oto znowu pojawia się
przede mną znajoma twarz. Kobieta o dużych ckliwych oczach i burzy włosów. Żona
doktora Knarcha. Gra główną rolę.
Jej gra jest godna podziwu. Znowu
jestem pod wrażeniem. Czy się mylę? Skąd ona na ekranie?
W przerwie kupuję program i czytam: Eva
von Aagen. To musi być jej pseudonim zawodowy albo nazwisko panieńskie.
Akcja filmu toczy się na placach
eleganckiego świata, w Paryżu, Nicei, Neapolu. Ona we wszystkim wygląda
czarująco. Ten Knarch to żaden pechowiec!
W podniosłym nastroju maszeruję przez
mrok wieczoru do domu. Pociągi są przepełnione. Mierzi mnie myśl o staniu w wilgotnym,
parującym tłumie.
Wtorek, 17 września
Dzisiaj w południe zadzwonił radca
ministerialny z pytaniem, czy jestem w stanie po południu przyjąć wizytę pana
sekretarza stanu. Podziękowałem uprzejmie i zgodziłem się.
Z pomocą panny Kronach przeniosłem
Laotsego z bocznego pokoju do sali błękitnej, gdzie łatwiej rzeźbę obejść
dookoła. Również oświetlenie jest tu korzystniejsze.
Około wpół do czwartej bajeczną
limuzyną zajechał sekretarz stanu z czterema panami. Przeniesienie Laotsego do
sali okazało się dobrą decyzją. Oglądali go ze wszystkich stron, pukali i
macali, jeden z panów, niski, krótkowzroczny mężczyzna, powąchał go nawet, a
potem wszyscy rozpłynęli się w pochwałach. Spostrzegłem wnet, że również żaden z
nich nie miał najmniejszego pojęcia o sztuce. Sekretarz stanu zapytał o cenę,
przy czym zapalił grube cygaro i rzucił zapałkę na podłogę. Podałem cenę, w
ostatniej chwili nieco jeszcze podwyższoną.
Sprawa załatwiona, młody przyjacielu,
rzekł i schował swe wielkie ręce do kieszeni spodni. Panie radco, proszę
przygotować umowę.
Kwadrans później Laotsego nie było, a
na moim biurku leżał pokaźny czek z państwowego banku.
Nie odczuwałem jednak żadnej radości.
Siedziałem na krześle w sali i gapiłem się na pusty postument. Czułem się,
jakby ktoś mi umarł. Nie wiem, jak długo tak siedziałem.
Było już ciemno, gdy usłyszałem, jak
panna Kronach zamyka drzwi wejściowe. Przykryła maszynę do pisania i pożegnała
się. Zauważyłem, że przygląda mi się poważnie i jakby ze współczuciem.
Naszły mnie wątpliwości, czy potrafię
być porządnym marszandem. Kiedy prawie mógłbym się popłakać tam, gdzie inni by
się śmiali? Czyż to nie był świetny interes z tym Laotsem?
Środa, 18 września
Przed południem pojechałem do Poczdamu,
by złożyć wizytę panu von Corbowi.
Poczdam to świat sam w sobie. Trudno
pojąć, jak dwie rzeczy tak różne jak Berlin i Poczdam mogą być położone tak
blisko siebie. Na wszystkich ulicach i wokół wszystkich gmachów jeszcze dzisiaj
wyczuwa się ducha wielkiego króla. Uderzyło mnie, jak wiele się o nim mówi. Tak
wiele o Marii Teresie już się w Wiedniu nie mówi. Jest tak, jakby nie umarł, a
jedynie oddalił się na chwilkę, by wrócić w dogodnym czasie.
Poczdam jest nadzieją starych Prus,
poczułem to. Pojąłem tu również, czym jest duch, który Prusy uczynił wielkimi i
który słusznie nazywa się duchem Poczdamu.
Grób w kościele garnizonowym przykryty
był kwiatami. Starsza dama położyła wieniec na niewielkiej trumnie, mówiąc do
mnie: Co on mógłby sobie o nas pomyśleć?
Poruszające, jak ten lud trzyma się
swego króla. Nie wiedziałem, co powiedzieć, skinąłem tylko głową i powoli
skierowałem się do wyjścia.
Na zewnątrz nad wielkim placem
ćwiczebnym wisiało ciepłe powietrze, zielone dachy pałacu miejskiego rozkwitały
w blasku czarownego jesiennego słońca. Na stare kamienne wazy spadały z
kasztanów wielkie złote liście. Było nie do opisania.
Pan von Corb mieszka w małej uliczce,
jakich w Poczdamie są dziesiątki. Dom stoi nieco z tyłu w starym ogrodzie o
wyglądzie parku. Na starannie utrzymanych klombach więdły ostatnie astry.
Generał-porucznik to postać okazała,
piękna, męska. Może być już po sześćdziesiątce. Mimo tego trzyma się dobrze i
ma mocny uścisk dłoni.
Ja: Dziękuję waszej ekscelencji za miłe
zaproszenie.
On: To raczej ja panu dziękuję, że
zechciał się pan do mnie pofatygować.
Ja: Ależ nie ma o czym mówić,
ekscelencjo. Połączyłem zarazem odwiedziny u pana ze zwiedzaniem Poczdamu,
którego dotąd nie znałem.
On: To mnie cieszy, Born. Proszę
siadać! A więc nie jest pan rodzonym Berlińczykiem?
Ja: Urodziłem się w Pradze, gdzie mój
ojciec był archiwariuszem ziemskim korony czeskiej. Wziąłem udział w wojnie, a
później studiowałem w Wiedniu.
On: A zatem, by tak rzec, Austriak pełnej
krwi. Sans phrase, to mnie cieszy,
lubię ten typ ludzi. Moja żona, z domu Wolkenburg, też była z Wiednia. I jak
podoba się panu w Poczdamie?
Ja: Szczerze powiedziawszy,
ekscelencjo, nadzwyczajnie. Nie wiem, czy znam drugie miasto, które
pozostawałoby tak wierne swej najgłębszej istocie.
On: Doskonale, panie Born, a gdzie pan
znajduje tę najgłębszą istotę?
Ja: Powiedziałbym, że w jego
fryderycjańskim duchu. Myślę, że jako Austriak jestem w stanie to ocenić. Właśnie
jako obcokrajowca uderza mnie, jak ważną postacią Fryderyk pozostaje dla tego miasta,
niczym jego genius loci.
On: Czy ten duch wydaje się panu
sympatyczny?
Ja: Jest inny od naszego. Ale muszę
powiedzieć, że cieszę się za każdym razem, gdy odkrywam niezwykłe bogactwo
niemieckiego charakteru, którego Poczdam i Fryderyk są przecież tylko częścią. Niełatwo
sobie wyobrazić większe przeciwieństwa niż Fryderyk i Teresa, a przecież oboje
byli Niemcami w stu procentach. Właśnie dlatego że ta niemieckość obejmuje dwa
bieguny takie jak Wiedeń i Poczdam, Schönbrunn i Sanssouci, to wewnętrzne
bogactwo sprawia, że czuję się jakoś szczęśliwy, bardzo szczęśliwy. I gdybym
miał wybierać raz jeszcze, to nie chciałbym być nikim innym niż znowu Niemcem.
On: To przynosi panu chwałę. Ale czy
nie przeżył pan chwil, kiedy musiał się pan właśnie dziś wstydzić, że jest
Niemcem?
Ja: Co pan ma na myśli, ekscelencjo?
On: Myślę w tym momencie o tym, że
mieszka pan w Berlinie, a niczego mniej przyjemnego znaleźć obecnie w Niemczech
według mnie nie można.
Ja: Ależ ekscelencjo, mówi pan poważnie?
On: Jakże inaczej, panie Born? Nie
potrafię wyobrazić sobie niczego wstrętniejszego od tego miasta. Już dawno tak
się oddaliło od niemieckiego charakteru – o pruskim nie wspominając – że
wstydzę się, siedząc tu, by tak rzec, na skraju tego bagna. Wiatr zawiewa
stamtąd brzydkie zapachy. Akurat, gdy pan nadjechał, czytałem w gazecie o
wykładzie, który wygłoszony został w kręgu berlińskich architektów, i tam jest
to powiedziane wprost, muszę to panu przeczytać:
„Berlin musi wreszcie przestać być
stolicą Niemiec, tak jak w 1870 roku przestał być stolicą Prus. Musi stać się
metropolią Paneuropy…
Te ambitne projekty, duchowe, jak
również matematyczne, wymagają wszakże nowego stylu. Nowego zarówno pod
względem sposobu życia, jak i architektury. Stanowiska monarchii,
Hohenzollernów i ich feldmarszałków, ich żałosne pomniki i aleje zwycięstwa,
ich zamki i kościoły, krótko mówiąc, cała przestarzała tandeta ich wspaniałości
nie może już w przyszłości stanowić przeszkody na drodze ku paneuropejskiej
metropolii. Luka ziejąca między Paneuropą i Wilhelmem II musi zostać wypełniona
w duchu zdecydowanego internacjonalizmu. Oddech Berlina musi stać się
energiczny i gorący jak tchnienie stalowej rewolucji…
Ten, kto myśli ciasno reakcyjnie, może
spokojnie przenieść się do Poczdamu, na grób tak zwanego wielkiego króla. Niech
Poczdam stanie się prusko-niemieckim muzeum i mauzoleum, idyllą książąt
Hohenzollernów i azylem dla ich licznych, niestety już nieżyjących dam dworu i
stajennych. W czym problem? Berlin jednak musi być żywy…”
Co pan na to powie?
Ja: Te opinie to zupełna miernota. Czy
mogę zapytać, kto miał czelność je wygłosić?
On: Niejaki Kurt Kupetzky. – Podał mi
gazetę. – Zapewne Żyd, którego kołyska stała gdzieś na Wołyniu albo na bagnach
Prypeci. Czy mylę się, mówiąc, że miasto, w którym pozwala się wygłaszać i
publikować takie tezy, nie powinno już rościć sobie pretensji do bycia częścią
Niemiec?
Ja: Muszę się z waszą ekscelencją
zgodzić.
On: Ci ludzie nie pojmują mianowicie,
że fundamentem teraźniejszości jest przeszłość. Że życie, innymi słowy, to dom
piętrowy, a my mieszkamy w ogrodzie na jego dachu. Niższych pięter nie wolno
jednak niszczyć. Życie jest niczym innym jak sumą historii. Zakłamując
historię, odbieramy mu stabilność. I to właśnie zarzucam Berlinowi. Nie zbudowano
go dopiero 9 listopada 1918 roku. Powstał już wcześniej. Był sceną historycznych
wydarzeń i sam tworzył historię. Korzeniami sięga wczoraj i przedwczoraj, ale
zachowuje się tak, jakby urodził się dzisiaj. Być może Aleja Zwycięstwa nie
jest w dobrym guście, ale Kolumnę Zwycięstwa zdobią lufy zdobycznych armat. A
gdyby nie tak zwany wielki Fryderyk, to Berlin byłby może dzisiaj rosyjskim
posterunkiem granicznym i ów pan Kupetzky oszczędziłby nam swych andronów.
Widzi pan, panie Born – cieszę się, że mogę rozmawiać z człowiekiem, który
uważa swą niemieckość za szczęście – widzi pan, Berlin stał się miastem bez
historii. Niszczy własną przeszłość, a tym samym siebie. Prawdziwe rewolucje
prowadzą z powrotem ku historii, jednak oderwanie od historii prowadzi do
śmierci. Życie to w dużej części forma, prawo, porządek, tradycja. – Ale dajmy już
temu spokój, nie przyjechał pan tu, panie Born, na pogadankę o polityce,
przyjechał pan obejrzeć moje barokowe meble. Proszę wybaczyć, jestem już stary,
a starzy ludzie lubią gadać.
Zaprowadził mnie do następnego
pomieszczenia. Tu stały rzeczy, o których była mowa: szafy, stoły, krzesła,
obrazy, wazony oraz wysoki barokowy ołtarz, sięgający aż po sufit. Wszystko
wspaniały wiedeński barok.
Ja: Jestem zaskoczony, ekscelencjo,
znajdując taki piękny wiedeński barok w Poczdamie. Czy mogę zapytać, jak wszedł
pan w jego posiadanie?
On: Już panu wspominałem, że moją żoną
była hrabina Wolkenburg. Odziedziczyła te rzeczy po swym ojcu, generale
artylerii. Mieliśmy wcześniej większy dom, ale teraz muszę się ograniczać.
Prawdę powiedziawszy, życie rzuca mi kłody pod nogi.
Sporządziłem dokładny spis wszystkiego,
przy bliższych oględzinach odkrywając jeszcze inne cenne przedmioty: stolik z panoramą
Wenecji w mozaice z kamieni półszlachetnych, dwie złote repusowane puszki
florentyńskiego pochodzenia, piękny portret księcia Antona von Tilly’ego, duży
rzeźbiony żyrandol i wiele więcej.
Najpiękniejszy bez wątpienia jest
wszakże ołtarz. Cały w bieli i złocie, ze śliczną dekoracją malarską
przedstawiającą wniebowzięcie Maryi, mocno niestety pociemniałą. Mam jednak
nadzieję, że da się ją rozjaśnić. Po bokach stoją cztery marmurowe figury
świętych: św. Katarzyna i św. Antoni po lewej, św. Maurycy i św. Cecylia po
prawej. Ten ołtarz zauroczy wszystkich znawców. Gratuluję sobie.
Sporządziliśmy umowę komisową i
porozumieliśmy się co do transportu. Potem wstałem, by się pożegnać.
Ja: Czy mogę prosić waszą ekscelencję,
by mnie przedstawił łaskawej małżonce?
On: Dziękuję, panie Born, ale moja żona
od dawna nie żyje. Zmarła na atak serca w 1917 roku, dowiedziawszy się, że
poległem pod Aisne. Pewien oficer przekazał ten nazbyt pospieszny meldunek. Gdy
ciężko ranny wróciłem, mogłem już z nią porozmawiać tylko przez grobowy
kopczyk.
Uśmiechnął się lekko do siebie, a potem
rzekł: Wypije pan ze mną filiżankę kawy? Pański pociąg odchodzi dopiero za
półtorej godziny, jeżeli się nie mylę. Czy też przyjechał pan autem?
Ja: Pociągiem, ekscelencjo. Z
wdzięcznością przyjmuję zaproszenie.
Stary hrabia przyciągnął maszynkę do
kawy i zapalił płomień. Moi obaj synowie polegli we Flandrii, jeden pod
Langemark, drugi pod Ypres, powiedział. Jestem bardzo samotny. Pan też był na
froncie?
Ja: W Rosji, ekscelencjo.
On: Proponuję, drogi przyjacielu, byśmy
darowali sobie tytulaturę. Pan nazywa się Born, a ja Corb. Zacne niemieckie
nazwiska, tak że dodatkowych tytułów nie trzeba, a jako frontowcy jesteśmy
towarzyszami broni, n’est-ce pas?
I podał mi dłoń.
Ja: Ja byłem w Rosji, najpierw w
Karpatach, potem na bagnach Prypeci. Szturmowałem twierdze na Wołyniu i tam
dostałem się do rosyjskiej niewoli. Cztery lata spędziłem na Syberii. Wróciłem
w ramach wymiany zorganizowanej przez Czerwony Krzyż dopiero w 1920 roku.
On: Dzielnie, bardzo dzielnie, drogi
panie Born. Podoba mi się pan. Widzi pan, nasza epoka jest dlatego taka licha,
że tak wielu najlepszych brakuje. Życie ciurka tak skąpo, bo śmierć zbyt wiele
go wypiła. A my żołnierze frontowi o śmierci zapomnieć nie możemy. Ja do 1916
roku walczyłem na pierwszej linii, generałem zostałem dopiero w 1917. O śmierci
zapomnieć nie możemy. Inaczej cenimy życie, bo od lat dostrzegamy jego
najgłębszą wartość. Żądamy od życia więcej niż inni, którzy śmierć spotykają
tylko przypadkowo, gdy samochód ulegnie awarii, albo wykolei się pociąg. My
mieliśmy śmierć koło siebie godzina za godziną. Znamy ją lepiej. I dlatego też
znamy lepiej życie. Wodę ceni tylko ten, kto często był spragniony.
Nalał parującą kawę do delikatnej
wiedeńskiej porcelany i siedzieliśmy razem aż do zmroku.
Potem pożegnałem się, poszedłem
ciemnymi ulicami w stronę pałacu miejskiego i przez Długi Most wróciłem na
dworzec.
… my żołnierze frontowi o śmierci
zapomnieć nie możemy.
Sobota, 21 września
Jestem właściwie wyprzedany: Pory Roku poszły, Laotse poszedł, z
rycin Berchemdahla zostały nędzne resztki w postaci trzech sztuk, a emalie szły
ostatnio dobrze.
Zamknąłem dzisiaj galerię i wywiesiłem
duży napis od frontu: Tymczasowo zamknięte. Ponowne otwarcie: 1 października,
wystawa Wiedeński barok.
Około jedenastej przed południem stałem
w hallu wejściowym, gdy usłyszałem na ulicy hałas i krzyki. Podszedłem do okna
i ujrzałem ogromny pochód komunistów maszerujący Kurfürstendammem. Tysięc, dwa
tysiące, trzy tysiące demonstrantów. Wszyscy mieli czerwone opaski na prawym
ramieniu. W większości proste chłopy. Maszerowali do taktu wyznaczanego przez
prowadzących, którzy biegali z boku niczym psy pasterskie, wykrzykując
nieustannie: Lewa! … Lewa! … Lewa! … – jakby szli do boju.
Kurfürstendamm, najelegantsza ulica
Europy, ze swymi sklepami i domami, ze swymi salonami mody i kabaretami, drżał
od żelaznego kroku tych kohort.
Niesiono transparenty. Z uwagi na
odległość nie mogłem ich odczytać, ale z pewnością zawierały jakieś
prowokacyjne hasła.
Otworzyłem skrzydło okna i wychyliłem
się daleko poza parapet, by lepiej widzieć pochód. Kilku demonstrantów
pogroziło mi zaciśniętą pięścią.
Nagle coś zadźwięczało w sali obok,
wróciłem tam i ujrzałem, że szyba w jednym z dużych okien została stłuczona kamieniem,
który leżał na podłodze. Był owinięty w czerwony papier.
Rozwinąłem papier i przeczytałem
wypisany wielkimi literami tekst: Precz z bogatymi nierobami! Na szubienicę z
pasożytniczymi łobuzami! Lud maszeruje! Nadchodzi rozliczenie!
Od odoru tej nienawiści, który bił od
czerwonej kartki i dosłownie zatruwał całe powietrze, poczułem się jak
otępiały. Nadchodzi rozliczenie! Było tak, jakby nagle obok mnie pojawiła się
śmierć, ohydna, cuchnąca śmierć, która niczym brudny pies z długim ogonem
pchała się we wszystkie kąty i lizała mnie swym jęzorem.
Czwartek, 26 września
Knarchowie zaprosili mnie wczoraj na
herbatę. Szedłem z mieszanymi uczuciami. Po południu spotkałem w metrze Aleppa,
który wie o wszystkim, co dzieje się w Berlinie, i zapytałem go o żonę Knarcha.
Żona Knarcha? powtórzył i jak zawsze, kiedy jest zaskoczony albo chce kogoś
zaskoczyć, pozwolił, by monokl spadł mu do prawej dłoni. Żona Knarcha? Lampart
nigdy nie jest żonaty, powiedział. Ma pan na myśli jego au pair? Jak się
nazywa, nie wie nikt; przedstawia się jako Eva von Aagen. Podłapał tę pluskwę w
jakiejś spelunce i zaprotegował ją do filmu. To być może dziesiąta dama u
niego, jaką znam. Zatrudnia je na trzy kwartały, potem sprzedaje gdzie indziej
i załatwia sobie następną. Czy całował ją pan w rękę? Proszę sobie potem
przepłukać usta whisky, trzeba zapobiegać. Pluskwy zawsze przenoszą zarazki, to
naukowo dowiedzione.
Pojechałem, nieufnie nastawiony, do
Grunewald. Herbatę piliśmy we troje. Rozmawialiśmy o tym i owym. Tego dnia Eva
von Aagen miała na sobie tulipanowożółtą suknię, obszerną u dołu i skąpą u
góry. Prawdę rzekłszy, wyglądała uroczo, ale Aleppo już wsączył mi swój jad do
ucha.
Knarch był szarmancki. Opowiedziałem mu
o Corbie i moich nowych nabytkach. Życzył mi sukcesu. Powtarza pan w pewnym
sensie historię sztuki, tyle że w odwrotnej kolejności, rzekł z uśmiechem.
Najpierw rokoko, potem barok. Już widzę, jak kończy pan przy Sumerach.
Dlaczego właściwie jest pan tak
strasznie nienowoczesny? wpadła mu w słowo Eva von Aagen, dlaczego nie ma pan
nic z nowej rzeczowości? Ja tych historycznych dziwactw nie lubię wcale. Nie
pojmuję, kto kupuje takie rzeczy.
Ja: Nie jestem nienowoczesny, łaskawa
pani, uważam jednak, że właśnie w sztuce tradycja jest wszystkim. – Musiałem
pomyśleć tu o Corbie.
Ona: Nonsens, tradycja. To, co
najlepsze, tworzone jest zawsze poza tradycją. Wierzę też, że powstaną całkiem
nowe rodzaje sztuki.
Ja: Zupełnie pani nie rozumiem,
najłaskawsza.
Ona: Weźmy na przykład fotografię. Oto
ma pan taką nową dziedzinę. Albo film. Jak chce pan tu mówić o tradycji? Albo
nowa muzyka eteryczna, cudowne tony wyczarowywane z niczego. Gdzie tu pański
Ben Akiba?
Ja: Celne trafienie, łaskawa pani. Ale
mam pytanie: nie wiem, czy mnie wzrok nie mylił, czy też widziałem dobrze –
pani gra w filmie?
Ona: Dla zabawy, mój drogi. O którym
filmie pan mówi?
Ja: Widziałem panią w Markizie Adelajdzie.
Ona: I jak się panu podobała moja gra?
Ja: Nadzwyczajnie, madame. Byłem
zaskoczony.
Ona: Czy ma pan ochotę pojechać teraz z
nami? Knarch chce nakręcić trochę nastrojowych ujęć do mojego nowego filmu,
który rozgrywa się w wielkim mieście.
Ja: Nie wiem, doktorze Knarch, jakie
niespodzianki ma pan jeszcze dla mnie w zanadrzu. Pisze pan najlepsze recenzje
w Berlinie, robi pan wyborne zdjęcia, a teraz słyszę, że pan również filmuje?
Knarch: Dla zabawy, drogi Born, tylko
dla zabawy. Coś trzeba robić w wolnym czasie.
Ja: I film znajduje pan w jakiś sposób
adwekwatnym?
On: Z pewnością! Widzi pan, najlepsza
fotografia to wciąż tylko obraz, nieruchomy, skamieniały, zamrożony. Człowiek
przechytrza naturę, lecz jej nie odsłania. Dopiero film wydaje mi się
najpełniejszą możliwością oddania życia takim, jakie jest – wiecznie żywe,
toczące się, w ruchu. Dwie rzeczy przynależne są życiu: światło i ruch. Dopiero
obraz ruchomy – film – potrafi uchwycić życie prawdziwie.
Ona: A zatem przyłączy się pan?
Ja: Jeżeli mogę, to bardzo chętnie.
Pierwszy raz będę świadkiem czegoś takiego.
Ona: O, to pięknie. Nie jest pan żadnym
sztywniakiem, drogi Born. Spodoba się panu. A potem musi pan z nami wybrać
najlepsze ujęcia. To jest ciekawe.
Knarch zadzwonił po służącego i zamówił
auto: Wietrznego Psa poproszę.
Ja: Co to oznacza?
Knarch: Kazałem sobie zbudować
specjalny samochód do filmowania. Musi mieć obszerne wnętrze, by zmieściła się
kamera, i zapewniać dobrą widoczność, również do góry, toteż dach jest
otwierany. Musi po trzecie być zwrotny i szybki. Może się zdarzyć, że zauważę
przed sobą jakiś ciekawy motyw i będę chciał go dogonić. Słabszy wóz mógłby
mnie zawieść. Z uwagi na jego szybkość nazywamy ten pojazd Wietrznym Psem.
Wyszliśmy. Eva von Aagen narzuciła biała
pelisę na nagie ramiona i zaraz do nas dołączyła. Samochód był długi i wąski. Eva
i ja siedzieliśmy z tyłu, przed nami na obrotowym taborecie siedział za kamerą Knarch.
Obok siebie położył kasetę z taśmami, jakieś dwa tysiące metrów. Z szoferem
porozumiewał się przez tubę.
Wyruszyliśmy. Na początku
Kurfürstendammu Knarch zaczął kręcić. Cichy poszum przesuwającej się taśmy
wypełnił wnętrze auta. Zwracał się to w prawo, to w lewo.
Tej przejażdżki nigdy nie zapomnę. Przed
nami rozciągała się szeroka, błyszcząca jezdnia. Wszystko było rzęsiście
oświetlone. Neony zapalały się i gasły.
Skręciliśmy na plac z Kościołem Pamięci
Cesarza Wilhelma.
Światło i ruch, dopiero tym jest życie!
Tak, to było życie, gorączkowo poszukiwane, głęboko wymarzone, żarliwie kochane
życie.
Rakiety świetlne pełzły w górę i w dół
po fasadach domów. Olbrzymie litery płonęły i jarzyły się. Pieniste perły
spływały do ogromnego smukłego kieliszka i rozpływały się w powietrzu, i tak w
kółko. Portale kin były gigantycznymi płonącymi kabłąkami, witryny sklepów
żarzącymi się, kuszącymi rajami światła. Było to nie do opisania!
Knarch kręcił korbką. Dookoła, zawołał przez
tubę.
Objeżdżaliśmy kościół, który stał
opuszczony w tej kipieli światła, zgiełku i ruchu.
Knarch kręcił. Szarpał kamerą to tu, to
tam.
Rzuciłem okiem na mą towarzyszkę. Siedziała
obok mnie, pelisę zsunąwszy z ramion, w swej tulipanowożółtej sukience i
wyglądała jak z obrazka. Żółty jedwab trzeszczał dosłownie pod pieszczotami
wlewającej się do środka, łamiącej się, falującej świetlistości.
Zauważyłem, jak założyła nogę na nogę.
Miała na sobie pończochy cielistego koloru. Przy jednej widać było białą
jedwabną podwiązkę.
Przez ułamek sekundy spoglądała na mnie
triumfująco. I jak się to panu podoba? zapytała z uśmiechem.
Nadzwyczajnie, odpowiedziałem i
zapaliłem papierosa, by jakby zdmuchnąć dwuznaczność jej pytania.
Dookoła, krzyknął Knarch przez tubę i
znowu objeżdżaliśmy plac, po raz drugi, trzeci, piąty, siódmy, potem przestałem
liczyć. On zdawał się nienasycony. Kręcił nieustannie i teraz jego twarz, którą
widziałem z boku, rzeczywiście zdawała się mieć w sobie coś z drapieżnego
zwierzęcia. Zasadzał się na życie.
Stopniowo poczułem się, jakbym śnił. Wszystko
widziałem jak przez mgłę. Czy to gonitwa świateł mnie oszołomiła, czy uśpił
wirowy ruch, czułem się tak, jakbym tonął w głębokim, bezdennym morzu.
Znowu zerknąłem na bok. Tulipanowożółta
suknia zsunięta była ze zwróconego ku mnie ramienia, widziałem nagie ramię,
ozdobione złotą bransoletą.
Knarch odsunął dach i zwrócił kamerę
niby strzelbę ku niebu.
Ciemna, wielka, nieziemska wznosiła się
w noc ogromna wieża kościoła. Nie do pomyślenia był jakikolwiek większy obiekt.
Przeraziłem się. Myślałem tylko to:
Tak stoi ta wieża dzień w dzień, noc w
noc, w tej kipieli, kompletnie sama. Jeżeli istnieje Bóg, to musi być bardzo
samotny.
Pojedyncze wyblakłe gwiazdy wisiały w
zimnym, mętnym waporze, wypełnionym jeszcze przez miliardy wirujących
cząsteczek światła wielkiego miasta.
Tiergarten, zakomenderował Knarch przez
tubę.
Patrzyłem, jak zagłębiamy się w
ciemniejsze dzielnice. Niczym robaczki świętojańskie kołysały się tu i ówdzie w
ciemności łukowe lampy. Otoczyły nas fantastyczne cienie.
Knarch kręcił. Taśma przesuwała się z
cichym drżącym poszumem.
Gorąca dłoń namacała moją. Przylgnęło
do mnie miękkie ramię. Głowa, jakby nie należała już do mnie, opadła mi
bezwolnie na bok i na mych biednych wargach zapłonął długi gorący pocałunek.
Rozpaloną dłonią gładziłem trzeszczący jedwab.
Knarch kręcił. Czy nie wykręci wkrótce
tych dwóch tysięcy metrów, myślę.
Para zakochanych, mocno do siebie
przytulonych, idzie przez snop światła rzucanego przez samotną lampę. My
jesteśmy gdzie indziej.
Znowu mnie całuje, długo, gorąco,
namiętnie, za plecami tamtego, który siedzi przed nami i kręci.
Nagle czuję czubek jej języka niczym
węża.
Wtedy się budzę. Pluskwa, myślę,
gryzie. Ktoś siedzi obok mnie i mówi: Proszę sobie potem przepłukać usta
whisky. Obrzydliwe! Czuję ścisk w gardle. Naraz wydaję się sobie brudny.
Odpycham od siebie tulipanowożółtą damę
i zapadam się w kanapę.
Słyszę, jak ona mówi: Pan doktor Born
chyba niedobrze się poczuł.
Knarch odwraca się i pyta: Naprawdę? – Nie
rozpoznaję już jego głosu.
Mówię: Tak, proszę zawieźć mnie szybko
do domu, Kronprinzenufer. Jest mi niedobrze.
Knarch woła przez tubę: Kronprinzenufer!
Jesteśmy tam za chwilę. Pozdrawiam ich,
coś tam mówię, wysiadam chwiejnie, stoję.
Otwieram drzwi, wspinam się po schodach
i padam wyczerpany na łóżko.
Miałem potem straszne sny. Pamiętam
tylko tyle: Jechałem, zataczając ogromny krąg, przez wielki ciemny kraj, o
którym skądinąd wiedziałem, że nazywa się Rosja. Po lewej i prawej na
szubienicach wisiały szaty, szaty i nic tylko szaty i wszystkie przypominały
szatę Judasza.
Były jednak tulipanowożółte i podszyte
na górze futrem. I ciągle słyszałem to przerażające słowo, rozbrzmiewające w
mrocznej krainie rozciągającej się za powiewającymi szatami: Boże oko
zamieszkuje głębiny południowego Pacyfiku. Nagle w czoło trafił mnie czerwony
kamień, wtedy się obudziłem.
Trzęsie mną gorączka. Lekarz mówi, że
muszę przeleżeć parę dni w łóżku. Coś zepsuło mi się w środku. Nie wiem co.
Życie nie przedstawia mi się już pociągająco. Wydaje się bezsensowne, jak mój
sen. Czyż nie powiadają wszyscy poeci, że jest snem?
Ale gdzie jest sens?
Jestem bardzo zmęczony. Bardzo zmęczony
i bardzo rozczarowany.
II.
Wtorek, 1 października
Spędziłem kilka dni w łóżku. Jeszcze
dzisiaj nie do końca pozbyłem się gorączki. Z trudem mogę przejść kilka kroków
dzielących łóżko od okna.
Dużo czytałem. Co innego miałoby się
robić? Przeczytałem zatem prawie wszystko Nietzschego, co mam u siebie, dramaty
Ibsena i Hauptmanna, Raskolnikowa
Dostojewskiego.
Lekarz, który się mną zajmuje, nazywa
się doktor Löper. Starszy, rozumny człowiek. Jego włosy, które nosi genialnie
zaczesane niczym aktor, są już nieco przyprószone siwizną. Jakby właśnie
wyszedł z młyna.
Opowiedział mi prawie całe swoje życie.
Po nieszczęśliwej młodzieńczej miłości pływał jako lekarz okrętowy po świecie i
wiele przeżył. Był długo w Indiach i Chinach, zna arabski, hiszpański i chiński
i sądzi, że naprawdę przywiózł ze sobą do domu coś z duchowej pełni świata. Należy
do charakterów, które naturalnie skłaniają się ku epikureizmowi i są żarliwie
przywiązane do kultu piękna, chociaż w obliczu ludzi obojętnych bardzo dobrze
umieją o tym milczeć.
Pod surową powierzchownością skrywa się
tu dusza tak wrażliwa, że człowiek jest nieraz zaskoczony. Nie zapomnę na
przykład jak przeglądał moje książki i od razu na początku trafił na Hiszpanów,
którzy prezentują się nader godnie. Posiadam po ojcu kilka wybitnych wydań
Calderóna, nieśmiertelnego Don Kiszota w różnych wersjach, a także
najważniejsze rzeczy z nowszej literatury. Zauważyłem, jak to odkrycie
sprawiło, że od razu wszedł ze mną w zażyłą relację i mnie, młodego człowieka,
zaczął traktować niemal jak swego rówieśnika. Nawet jeżeli brakuje mi jego
doświadczenia i erudycji, to mógł sobie jednak pomyśleć, że noszę w sobie
zalążki bliskich mu idei.
W tych dniach i szczególnie wieczorami
aż do późna w nocy prowadziłem z nim nader ożywione rozmowy, w których chętnie
uczestniczyłem. Umiał bowiem każdą rzecz ukazać z nowej strony, nie tyle
dlatego że tak chciał, albo uważał, a raczej dlatego że z natury skłonny jest
do kontestacji. Nawet jeżeli nie we wszystkim można przyznać mu rację, to
jednak przy bliższym oglądzie trzeba podziwiać oryginalność i świeżość jego
myśli i przyznać, że się nieźle przy tym korzysta.
Zapytałem go któregoś wieczora wprost i
bez większych ceregieli, jak znosi życie w tym Berlinie.
Pańskie pytanie, drogi Born,
odpowiedział, to w istocie pytanie podwójne. Najpierw Berlin. Krąży na ten
temat wiele opinii. Czegóż nie powiedziano o wielkim mieście. Parę wnikliwych
umysłów pozwoliło sobie nazwać nasze wielkie miasta hańbą i natychmiast
zawodowi literaci w Niemczech, dla których każde jasne i nieco mocne słowo jest
nie do zniesienia, zaczęli przetaczać problem w tę i we w tę, jak święte
skarabeusze swą kulkę łajna. I tak przeczytałem niedawno w szanowanej gazecie
tezę miernego publicysty, iż Berlin jest polem bitewnym Niemiec, pierwszą linią,
by tak rzec, a cała reszta to tyły. Taki absurd cuchnie pod niebiosa.
Berlińczycy śmialiby się, gdyby przeczytali takie bzdury. Ale nie mają na to
czasu. Ja uważam, że nasze metropolie, z Berlinem na czele, to – używając
terminologii medycznej – czyraki, w których zbiera się zła krew narodu. A zatem
o Berlinie nie mogę powiedzieć nic więcej niż to: W Salzburgu, albo w Lubece,
albo w San Remo, albo na wyspie na południowym Pacyfiku mieszkałbym chętniej.
Do diabła z pierwszą linią!
Co zasię tyczy życia w Berlinie, drogi
Born, to jest to, że tak powiem, pytanie fałszywie postawione. Nie powinno
brzmieć: Jak znosimy życie, ale raczej: Jak znosimy nasze ja, samych siebie.
Widzi pan, życie to takie romantyczne coś, co jeden wyobraża sobie tak, a drugi
inaczej. Nie istnieje żadna definicja tego osławionego życia. Jest ono, by tak
rzec, nielogiczne. Ponieważ jednak przyzwyczajony jestem myśleć tylko
logicznie, to dla mnie ono nie istnieje. Dla mnie istnieje tylko ja, istnieję
ja sam. Jestem solipsystą. Cogito ergo
sum. Skoki myślowe, jakich dokonuje Kartezjusz, by przejść od ja do życia,
są w ogóle nietrafne. Nie wiem, czy pan mnie rozumie.
Ja: Ocenia pan zatem życie wyłącznie w
odniesieniu do własnego wewnętrznego doświadczenia?
On: Bliskie prawdy, dla mnie istnieją
tylko doświadczenia wewnętrzne. Nie ma nic obiektywnego. Co dla jednego sową,
dla drugiego słowikiem. Dla mnie Berlin jest czyrakiem, dla pana takiego czy
innego okopem na pierwszej linii. Żartobliwe pytanie: jakie jest podobieństwo
między okopem i czyrakiem?
Ja nikogo nie będę nawracał, ale też
niech każdy mnie zostawi w spokoju. Ludzie byliby szczęśliwsi, gdyby – mówiąc
filozoficznie – zostali solipsystami. Za bardzo troszczą się o siebie nawzajem.
Na tym polega kłopot.
Ja: Ale pan jako lekarz…
On: Co ja jako lekarz, mój drogi?
Wyznam panu w zaufaniu: nie lekarz leczy, ja leczy. Najlepszy lekarz może
przyjść i recytować formułki i kręcić pigułki, ale jeżeli ja chorego nie
wykazuje chęci, to najlepszy lekarz pozostaje patałachem. Nie możemy chorych
leczyć, a jedynie przyzywać ich ja, nic więcej.
Ja: Czy to tylko pańska opinia?
On: Moja i wszystkich rozsądnie
myślących. Oportuniści nadal oczywiście dzielnie studiują diagnozy i
opowiadają, założywszy wielkie rogowe okulary, o obiektywności ogólnej
sytuacji. My augurzy uśmiechamy się.
Niezwykły człowiek! Zdaje się jednak
mieć rację. Zauważam to po sobie. Być może brakuje mi siły woli, by wyzdrowieć.
Nie mogę się do tego zmusić. –
Panna Kronach przychodzi codziennie w
południe i relacjonuje mi to i owo. Kilku ludzi zajmuje się aranżacją środkowej
sali na barokową kaplicę. W mojej galerii musio panować niezły bałagan. A ja
leżę tu chory!
Środa, 2 października
Dzisiaj w południe był u mnie Löper i
rzekł: Born, zabieram pana na przechadzkę. Byłem bardzo zaskoczony. Ależ
oczywiście, powiedział, chce pan tu zgnić?
Wziąłem się w garść i poszedłem z nim.
Nie do opisania jest, jak piękny może być znowu świat, gdy się było chorym. Człowiek
musiałby właściwie co roku chorować raz na serce, by na nowo doświadczać piękna
świata.
Niebo jest uroczyście błękitne.
Człowiek idzie ulicami Berlina i ciągle myśli: Hellada! Na drzewach zostało już
niewiele liści, ale te nieliczne płoną i pałają niebywale. Idzie się po
purpurze i szkarłacie.
Naraz czuję się zupełnie zdrowy. Mówię
to Löperowi. Ja zwyciężyło, orzeka i podaje mi pierwszego papierosa, którego
mogę zapalić. Siedzimy na ławce w Tiergarten i ze zdwojoną wprawą wydmuchujemy
sine kółka w niesłychanie błogie niebo.
Przejedziemy się jeszcze autem, oznajmia
następnie Löper. Macha na taksówkę i mówi kierowcy: Ale proszę nie przekraczać
dwudziestki.
Zapuszczamy się w największy tłok. Löper
komenderuje, jakby chciał przeprowadzić oceaniczny parowiec przez rafę
koralową. Ale wciąż tylko dwadzieścia. Suniemy więc spokojnie przez rozwirowany,
rozpędzony, roztańczony Berlin.
Wszystko jedzie szybciej!
Wszystko nas przegania!
Niezwykle przyjemnie jest jechać powoli
przez Berlin. Potwierdzać swoje własne ja w tym życiu.
Rozpieramy się na kanapie, palimy
papierosy i machamy damom, które nas wyprzedzają. Śmiejemy się do siebie.
Löper to rewelacyjny lekarz.
Rzeczywiście mnie uzdrowił, a raczej przyzwał moje ja, by mnie uzdrowiło.
Musimy napić się gdzieś kawy, mówi on.
Wysiadamy, nie znam miejsca. Pijemy mokkę, która wcześniej była mi zabroniona.
Siorbię ją błogo, wdycham jej aromat, kosztuję smak quasi duobus sensibus, nosem i językiem.
Wdzięczy się do nas muzyka! Panie Boże,
jakie to wszystko jest nowe i niesłychane. Jakby moje pierwsze życie dzieliły
od drugiego setki lat.
Głowa mówi mi, że to wszystko: kawa i
muzyka i dziewczyna, która siedzi przy sąsiednim stoliku i się maluje, że to
wszystko jest bardzo banalne. Moje ja wszelako, me serce, mówi: Patrz, jakie to
wszystko znowu może być cudowne.
Ja, głupi, szukałem życia w metrze i w
kinie i towarzystwie i w akwarium, tylko nie tam, gdzie go szukać miałem – w
sobie samym.
Z wdzięcznością ściskam Löperowi dłoń.
Płacimy i idziemy. Skręcamy na rogu w zatłoczoną ulicę. W błękitnosrebrnym
świetle lśni na fasadzie na wprost mnie napis:
KLEJNOT
IZBA SZTUKI VINCENZ JOSUA BORN
Zaskoczony przystaję. Widzę, że pan
wyzdrowiał, drogi Born, mówi Löper. Pozwalam panu jeszcze dzisiaj trochę
popracować. Rachunek przyślę panu jutro.
Roześmiał się i zniknął w tłumie. Postałem
chwilę, a potem przeszedłem radośnie przez jezdnię. Wielkimi susami niczym
gończy pies wbiegłem po schodach i pospiesznie zadzwoniłem.
Otworzyła mi panna Kronach. Uśmiechnęła
się i zapytała: Jest pan już znowu zdrowy?
Bogu dzięki, odrzekłem. Czas był
najwyższy, trzeba działać.
W przejściu panował bałagan: skrzynki,
ramy, skrawki papieru, można było dostać mdłości. Wszedłem po schodach,
nacisnąłem klamkę i wkroczyłem do sali.
Kto jednak opisze moje bezgraniczne
zdumienie, bo oto znalazłem się w cudownym świecie.
Nie poznawałem mojej błękitnej sali. Naprzeciwko
drzwi, pomiędzy dwoma zewnętrznymi oknami, ale tak że środkowa część
pozostawała zakryta, wznosił się ołtarz od Corba. Włączyłem elektryczne
światło, które miękko wytrysło z dużego rzeźbionego żyrandola.
Dopiero teraz ołtarz ukazał się w całym
przepychu swego piękna. Lśnił bielą i złotem. Skręcone podwójne kolumny,
otoczone złotym filigranem, obramowują centralny obraz, Wniebowzięcie Maryi, który
tymczasem oczyszczono z osadu powstałego od dymu kadzideł i świec. W błogiej
ekstazie unosi się Błogosławiona na obłokach, zwracając piękną głowę ku niebu,
z którego spływa na nią aureola aniołów. U jej stóp kołysze się srebrny
księżyc, Plejady służą jej jako diadem. Błękit płaszcza jest najgłębszy
możliwy, złożone dłonie lśnią różanym blaskiem – słowem, jest to obraz sztuki
doskonałej.
Błyszczą i lśnią po bokach kolumn
złocone figury świętych, dzierżących swe symboliczne atrybuty niczym palmę
zwycięstwa.
Predella to hebanowa rama, na której
rozpięto jedwabny haft z przedstawieniem Ukrzyżowania.
Ale nie dość na tym.
Sprzed ołtarza aż do drzwi rozciąga się
piękny stary włoski tkany dywan, zapewne sardyńskiej roboty. Po lewej i prawej
na jego skraju wznoszą się dwa ogromne kandelabry w barokowym stylu. Święte
obrazy w starych ramach zdobią ściany. Na prawo od drzwi stoi w swobodnej pozie
czarujący, niemal naturalnej wielkości amor z brązu w zwiewnych szatach i z
szumnymi skrzydłami, trzymający w dłoniach spiżowe naczynie z wodą święconą, którą
oferuje wchodzącym niczym morze oczyszczenia i nabożności.
W oknach wreszcie zawieszono dwa duże
obrazy na szkle, które wprawdzie nie pochodzą dokładnie z tego samego okresu,
ale pasują do całości; jeden przedstawia ukamienowanie Stefana, drugi Kazanie
na górze. –
Wyłączyłem światło. To, jak ostatni
blask dnia wpadał przez barwne szklane tafle, było nie do opisania. Złocone
głębie ołtarza płonęły, dywan jaśniał, jakby był zrobiony ze szlachetnych
kamieni, taki nastrój panował w tym pomieszczeniu, że niczym w prawdziwym
kościele wstrzymałem oddech.
Musiałem szybko strząsnąć z siebie ten
czar. Otworzyłem drzwi i zszedłem z powrotem do hallu.
Kto tak wspaniale to wszystko wykonał?
zapytałem pannę Kronach. Uśmiechnęła się do mnie promiennie, tak że od razu
znałem odpowiedź, po czym rzekła: Ach, nie było tak wiele do aranżowania, panie
Born. Ekscelencja von Corb przysłał od razu fotografie pokazujące, jak
poszczególne rzeczy pierwotnie stały, musiałam zatem tylko to odtworzyć.
Z wdzięcznością podałem jej dłoń.
Zrobiła to pani rewelacyjnie, panno Kronach, powiedziałem. A jak z małymi
pokojami?
Również one były już gotowe. W zielonym
wystawione były meble świeckie, bardzo eleganckie i gustowne, w czerwonym
wisiał portret księcia von Tilly’ego, kilka widoków miast, głównie weduty Rzymu
i Wenecji, oraz portrety kilku duchownych. W hallu chciałem tym razem umieścić
rzeczy bibliofilskie: oprawy, ilustracje do Opitza i Abrahama a Santa Clary,
winiety i ekslibrisy, w nadziei że pozostanę w klimacie pomieszczenia z
ołtarzem i ponownie stworzę pełną i domkniętą całość.
Byłem bardzo zadowolony z siebie, a
jeszcze bardziej z panny Kronach, która zaprezentowała się jako znakomity
pracownik merytoryczny, tak że postanowiłem w przyszłości zlecać jej w
przyszłości zadania czcigodniejsze od pisania na maszynie i prowadzenia rejestru.
Zapytałem, czy sprawi mi tę radość i zje ze mną kolację gdzieś na mieście.
Wahała się przez mgnienie oka, a potem
powiedziała tak. Zrobiliśmy jeszcze jaki taki porządek w hallu, spaliliśmy
papiery w piecyku, który trzymam u siebie w kantorze, i poszliśmy.
Odwiedziliśmy uroczy lokalik, nazywający się, o ile pomnę, „Sen w Sorrento”, w
pobliżu Charlottenburger Chaussee, i tam ucztowaliśmy wybornie i radośnie.
Szczególnie zabawne było, gdy kelner,
wziąwszy nas za parę szczęśliwych nowożeńców, zaczął tytułować pannę Kronach
„łaskawą panią”, co też ona z godnością przyjęła.
Poprosiłem ją, by zestawiła menu
całkowicie wedle własnego gustu, a ona okazała się tak znakomitą smakoszką, że
się zdumiałem. O wybór wina zatroszczyłem się ja.
Potem odwiozłem ją taksówką do domu
przy Bayerische Strasse.
Błogo toczyłem się do domu, a przed
oczami wciąż stał mi, połyskując złoto, pokój-kaplica. Niewiele widziałem
przyjemniejszych obrazów.
Sobota, 5 października
Doktor Löper odwiedził moją galerię i
był szczerze zachwycony. Ciągle klepał mnie po ramieniu i mówił: Całkiem
wybitne, całkiem wybitne. A gdyby tak zorganizował pan w tym wspaniałym pokoju
czytanie wierszy barokowych, do tego trochę muzyki, pieśni kościelne i tak
dalej? Czy nie byłaby to gigantyczna idea? Czy mogę to dopracować, drogi Born?
I niczym naelektryzowany zeskoczył ze
schodów, obiecując mi, że zrobi rzecz taką, jakiej Berlin jeszcze nie widział.
Poniedziałek, 7 października
Dzisiaj rano musiałem zmitrężyć sporo
czasu w banku. Gdy wróciłem, panna Kronach zameldowała, że był doktor Knarch.
Obejrzał wystawę z wielkim zainteresowaniem i bardzo ją chwalił. Przekazała mi
wizytówkę od niego, na której skreślił następujące słowa: Dlaczego pan nas tak zaniedbuje?
Najlepsze pozdrowienia!
Środa, 9 października
Dzisiaj w gazecie ukazała się recenzja
Knarcha. Jest znowu wybitna i tak jak pierwszą zacytuję ją tu w całości:
Coś takiego powinno być uważane za
niemożliwe w naszym rozwiązłym i skupionym na tym, co materialne, mieście. O
ileż bogatsze były przecież dawne czasy, a przynajmniej tak się zdaje.
Wyobraźmy sobie pokój, który wypełnia
ciężkie, przesycone złotem światło. Promienie słońca załamują się na dużych
sakralnych malowidłach na szkle, przedstawiających Kazanie na górze i śmierć
arcymęczennika. Naiwnie oddane sceny robią poruszające wrażenie w obliczu
nieskończoności światła. I te szklane tafle wydają się podwójnie symboliczne. Z
jednej strony zamykają przestrzeń w delikatnych granicach uroczystej
pobożności, wykorzystując światło ziemskiego słońca do iluminacji swych pełnych
tajemnicy cudownych opowieści. Po drugie w tym jasnym półmroku pozwalają
ludziom dostrzec słońce nieziemskie, rozbłyskujące w tle za wszystkimi
zdarzeniami jako przyczyna bytu, jako wielki ogień centralny.
Jak sen, jak wizja, jak ekstaza wznosi
się pośrodku domostwo boskości, istny boski dom, wspierany przez kolumny
muszlowej barwy, niczym dom króla, pośrodku Matka Boża, fala wonnych obłoków,
chór anielski, widok na sfery niebieskie i na ich tle zachwycająca postać
wielkiej matki, magna mater, mniej tu
jednak matczynej, a bardziej ukazanej w nieopisanym triumfie jaśniejącego
dziewictwa, jak niegdyś Diana, księżycowa bogini Greków.
I rzeczywiście na sierpie księżyca
wspierają się stopy niebiańskiej dziewicy, a Plejady otaczają jej dziecinnie
niewinne czoło. Jaki musi być Bóg, skoro już taka jest jego Matka?
Czworo świętych stoi po bokach, dumnych
jak senatorowie i Rzymianki, silnych, pięknych, niebiańskich i zarazem doczesnych.
Ich szaty powiewają, ich gesty są jak kwietne girlandy oplatające się wokół
niewypowiedzianego Imienia, girlandy niezwykłej pobożności, arabeski ludzkiego
serca w XVII wieku.
Dwa potężne kandelabry flankują stopnie
Bożego tronu niczym dwaj właśnie wyświęceni diakoni. Są godne mszy odprawianej
przez kardynała, godne grzmiących patriarchów i arcymetropolitów, dostojnika w
czerwieni i złocie i o gestach weneckiego doży.
Tych wielkich panów godzien jest też
kobierzec, w podszytych wiatrem chatach Toskanii albo Sardynii utkany przez
wieśniaczki, które nie wiedziały, że po ich dziele będą kiedyś stąpać złote
sandały i ocierać się o nie będą rozwiane purpurowe płaszcze. Być może wplotły
w tę tkaninę wspomnienie swych młodzieńczych zawodów miłosnych. Może dlatego
tak tajemniczo mieni się ona i połyskuje. Lecz przez niwy tego ślicznego dywanu
przeszły już burze modlitw, przesłaniały go chmury kadzidlanego dymu i
przesiąkła go woda święcona wielu błogosławieństw.
Przy wejściu stoi duży anioł, trochę
nieubrany, trochę genialny, lecz wspaniały w lucyferycznym przepychu swej
brązowej cielesności. Tu wszystko jest krągłe, plastyczne i stanowi radość dla
oczu. Jego skrzydła są jeszcze wydęte od podmuchu wiatru, niczym żagiel
wielkiego statku. Z trudem utrzymuje spiżowe morze naczynia z wodą święconą, w
którym można by się przekąpać, takie jest wielkie. W obliczu tego naczynia
pojmujemy ideę świętej i uzdrawiającej mocy wody, kultywowaną zwłaszcza na
Południu.
Odbywszy godzinki, odwiedzamy jeszcze
po sąsiedzku księcia Antona von Tilly’ego, który, o szarmanckim wyglądzie
południowca, patrzy swobodnie na świat, a zaraz obok jezuitę ojca Silvio
Salvatiego, wielkiego fizyka, z niezwykłym uśmiechem na księżych wargach.
Z izby artystycznej Borna wychodzi się
ubogaconym. Przy wyjściu szuka się instyktownie puszki na datki, by móc tam
zostawić niewielką jałmużnę na rzecz Boga i sztuki. Aż do drzwi wyjściowych
jest się w religijnym nastroju.
Jak słyszę, wszystkie te skarby były
wcześniej własnością generała-porucznika Maximiliana Ludwiga von Corba, niegdyś
zamieszkałego w Wiedniu. Mogło mu być trudno rozstać się z tymi klejnotami.
A kto nabędzie je teraz?
Knarch
Piątek, 11 października
Moja barokowa kaplica stała się
atrakcją dla socjety. Raz po raz dźwięczy dzwonek przy wejściu. By odciążyć pannę
Kronach, zatrudniłem i przebrałem w kostiumy weneckich paziów dwóch młodych,
hożych, dobrze zbudowanych chłopaków i teraz oni pełnią honory i uroczyście
witają gości. Mój personel zatem się rozrasta. Zacząłem brać markę za wejście i
tylko wczoraj wpłynęło z tego tytułu 210 marek.
Administracja domu Habsburgów pisze mi
z Wiednia, że są zainteresowani księciem von Tillym. Chcą przysłać agenta, by
omówił ze mną zakup, proszą, by do tego czasu nie sprzedawać.
Kaplicę chętnie sprzedałbym w całości.
Pojedyncze mniejsze obrazy i meble już znalazły nabywców.
Aleppo był tu znowu dzisiaj rano i prawił
mi głębokie komplementy. Ten żydowski sposób wyrażania uznania jest mi
oczywiście nie do końca w smak. Zaprosił mnie na jutro wieczór na bal
kostiumowy organizowany przez stowarzyszenie marszandów. Tak naciskał, że
wreszcie się zgodziłem, acz pod warunkiem że będę mógł wziąć ze sobą pannę
Kronach. Zgodził się bez żadnych dwuznaczności.
Muszę tej biednej dziewczynie okazać
trochę życzliwości. Pracuje dzień i noc w moim interesie, na dłuższą metę nie
będę już mógł traktować jej jak zwykłego pracownika.
Około południa był u mnie Löper,
pogodny i radosny jak zawsze, i przedstawił mi swój plan wieczoru artystycznego
w kaplicy.
Z początku cała historia wydała mi się
raczej trzpiotną błazenadą, on potrafił mi ją jednak tak gustownie przedstawić,
że w końcu się zgodziłem.
Naturalnie jako wydarzenie prywatne,
rozumie się.
Wynalazł mały czterogłosowy chór, o którym
sądzi cudowne rzeczy i który chce zaangażować, by wykonał wybrane dawne religijne
i świeckie utwory muzyczne, niemieckie, łacińskie i włoskie. W tym celu chce
wstawić do kaplicy niewielki pozytyw, który akurat ma na podorędziu, oraz
podest-estradę, na którym śpiewacy zajmą miejsce. Wszyscy, rozumie się, w
kostiumach z epoki.
Kogo na coś takiego zaprosić?
Miłośników sztuki, ludzi zamożnych, może również kręgi kościelne, a zatem
ludzi, według niego, którym coś takiego sprawi radość, a którzy mają pieniądze,
by sobie tej radości nieco również pokosztować.
Sporządziliśmy listę około trzydziestu
osób: kilku znanych kolekcjonerów, dyrektorzy muzeów, historycy sztuki, trzech
sławnych berlińskich poetów, czterech teologów obu odcieni, do tego Knarch i
dwóch jemu podobnych, ekscelencja von Corb oczywiście jako realny właściciel
tych skarbów, Aleppo wszakże nie, bo zbyt jest obleśny i niesympatyczny.
Jest to w sumie naprawdę świetne i
błyskotliwe towarzystwo, a rzecz może wyjść ładnie.
Podczas wydarzenia, które nie powinno
trwać dłużej niż dwie godziny, uczestnicy muszą siedzieć na krzesłach, które
jednak można pewnie udrapować tkaniną.
Trzeba takoż zapewnić duże, grube
świece woskowe, bo stonowane światło elektryczne byłoby zbyt wbrew stylowi.
Jedyną trudność stanowi kwestia, jak
wygłuszyć dźwięki otoczenia, bo nie byłoby miło, gdyby w trakcie religijnego
madrygału zatrąbił klakson albo dały się nagle słyszeć okrzyki komunistycznych
demonstrantów.
Löper porozmawia z tapicerem i każe
uszczelnić okna.
Zajmie się również zaproszeniami i
wszystkim, co z tym związane. Nie muszę się o nic, ale to o nic martwić.
Powinienem tego wieczora pojawić się jako gość, który chce po prostu przeżyć
piękną godzinę.
Potem poszedł. Osobliwe, dopóki był u
mnie, pomysł wydawał mi się nadzwyczaj ujmujący, ale skoro zniknął, nie mogłem
pozbyć się uczucia niepokoju.
No cóż, zobaczymy.
Niedziela, 13 października
Znowu jest niedziela. Któraż to, od
kiedy jestem w tym niezwykłym mieście? Ostatnie dwa dni były chyba najważniejsze
z tych, które tu przeżyłem. A ponieważ postanowiłem sobie przynajmniej w tym
dzienniku być szczery i prawdomówny, to postaram się również te przeżycia
opisać możliwie najwierniej.
W sobotę wieczorem zapytałem pannę
Kronach, czy chciałaby pójść na bal kostiumowy stowarzyszenia marszandów. Zgodziła
się niespodziewanie szybko, nie stawiając żadnych warunków.
Postanowiliśmy pojawić się jako para
szlachecka z Czech, posiadam bowiem dwa tego rodzaju stroje po rodzicach,
doskonale zachowane i mające tę zaletę, że oryginalne. Zwłaszcza strój damski stanowi
arcydzieło czeskiego rzemiosła, jest cały wysadzany imitacjami rubinów i
naprawdę robi wrażenie.
Przyszedłszy do domu, zapakowałem strój
bardzo starannie i wysłałem pannie Kronach do mieszkania.
Tymczasem zebrałem się, żeby
przymierzyć mój strój i ujrzałem, że wybornie mi pasuje. Wams był z białego
jedwabiu z dużymi, marszczonymi bufiastymi rękawami, niebieskie sukienne
spodnie wciskały się w cholewy niesznurowanych butów z garbowanej skóry, a długi,
srebrny sztylet dyndał mi przytroczony do szerokiego, wysadzanego perłami pasa,
za który dla efektu zatknąłem jeszcze dwa pistolety. Do tego miałem blond
lokowaną perukę i kapelusz z piórami, żółte skórkowe rękawiczki i złoty łańcuch
zakonny na szyi.
Pewnie kwadrans prężyłem się przed
lustrem, podziwiając siebie.
Potem zawołałem właścicielkę mojego
budynku, starszą panią nazwiskiem von Owen, która dosłownie przeraziła się,
ujrzawszy mnie w tym przebraniu, i krzyknęła w niebogłosy, gdy poczyniłem ku
niej śmiały wypad ze sztyletem.
Ach ta młodzież, westchnęła i
przyniosła mi, odrobinę bojaźliwie, a jednak promieniejąc radością, jakbym był
jej synem, kolację, którą spożyłem na stojąco, nie chcąc uwalać sobie pięknego
jedwabnego wamsu.
O ósmej owinąłem się ciemnym, obszernym
płaszczem i wślizgnąłem do zamówionego wcześniej auta, przezornie rozglądając
się wokoło, by nie spowodować zgorszenia. Następnie podjąłem pannę Kronach.
Również ona przywdziała ciemną pelerynę, a gdy ciekawie chciałem uchylić nieco
rąbka tajemnicy, klepnęła mnie ze śmiechem w palce i rzekła: Chce pan być
szlachcicem, mój panie?
Z całą skromnością muszę stwierdzić, że
w istocie byliśmy na tym balu pewnie najpiękniejszą parą.
Hilda Kronach wyglądała porywająco. Jej
kamizelka i plisowana spódnica były z atłasu barwy ziemi i – jak powiedziano –
wysadzane gęsto ognistymi granatami. Do tego miała na sobie czeską szubkę ze
wstążkami oraz długie, wyszywane białą nicią rękawiczki. Istna poezja.
Spostrzegłem od razu, że robimy furorę.
Aleppo, należący do zarządu stowarzyszenia, rzucił się w naszą stronę i zaczął
nas kwieciście witać, co powoli stało się przykre, bo o wiele za długo się nami
zajmował, aż wreszcie posadził nas w miejscu, do którego w żadnym razie nie
rościliśmy sobie pretensji.
Wnet jednak irytacja minęła, bo oto
zaczął się bal. Była to kameralna, a zarazem gustowna i przyjemna impreza. Fakt,
że większość uczestników zawodowo miała do czynienia ze sztuką i rzeczami
artystycznymi, sprawił, że pewna szlachetność była dla nich obowiązkowa. Mało
widziało się błyskotek, za to cały szereg znakomitych autentycznych strojów, z
których niejeden z pewnością kosztował niewielki majątek.
Grała znakomita muzyka. Do tego
wszystko – sala, jedzenie, wina – było tak harmonijne i stosowne – że można
było poczuć się bardzo dobrze.
Aleppo promieniał i przepijał do nas
często szampana.
Około północy zjawił się Knarch z
nieznaną mi damą, oboje w stroju chińskim. Usiedli niedaleko. Knarch podszedł
wtedy do nas i przywitał się.
Wiele tego wieczora tańczyliśmy. Odbywszy
obowiązkowe tańce z żonami członków zarządu i z pulchną panią Aleppo,
poświęciłem się całkowicie pannie Kronach, od której ledwie mogłem oderwać
wzrok. Bez wątpienia była najpiękniejsza na sali. Widziałem, jak polowali na
nią panowie i jak wzbudzała powszechne poruszenie również u dam. Wszędzie
słyszałem, jak ludzie pytają, kim właściwie jest czeska szlachcianka.
Strój pasował jej nad wyraz. Blond
włosy lśniły na tle lamowanej szubki, jakby ta oprószona była złotym pyłem. Do
tego jej niebieskie oczy, stale przywodzące mi na myśl błękit morza. Była
nieumalowana i właśnie to czyniło jej urodę doskonałą. Tańczyła z wielką gracją
i gdy o późnej godzinie zaryzykowała ze mną krok hiszpański, na któryśmy się ze
śmiechem wcześniej umówili, pozostałe pary przestały nagle tańczyć, tak że
wirowaliśmy całkiem sami w obszernej sali, aż nagle gromka burza oklasków
wybudziła nas z naszych snów na jawie i ujrzeliśmy, żeśmy tańczyli jakby na
pokaz.
Zostaliśmy ogłoszeni ulubieńcami towarzystwa.
Wszyscy cisnęli się do naszego stolika, bukiety róż piętrzyły się przed
miejscem Hildy.
Musiała też teraz tańczyć z innymi
panami, co niezbyt mi się podobało, a gdy nawet gruby, tłusty Aleppo przyszedł
i ją uprowadził, musiałem najwyraźniej spochmurnieć, bo po powrocie dał mi
lekkiego klapsa swym wachlarzykiem z kości słoniowej i rzekł z uśmiechem: Myślę
wręcz, że wielki szef jest zazdrosny.
Wtedy powrócił mi dobry nastrój i śmialiśmy
się z siebie jak dzieci.
Stopniowo zabawa dobiegała końca. Pito
jeszcze niemal tylko szampana i zrobiło się nieznośnie gorąco. Zaproponowałem
Hildzie, by iść. Zgodziła się od razu. Ukłoniliśmy się na wszystkie strony i
poszliśmy. I znów nas oklaskiwano, jakbyśmy byli książęcą parą.
Wsiedliśmy do auta i gdy siedzieliśmy
tak blisko siebie w ciemnościach, naszła mnie naraz przemożna myśl.
Kronprinzenufer, powiedziałem do kierowcy. I zwróciwszy się ku Hildzie,
dodałem: Musi pani wypić jeszcze ze mną filiżankę mokki, droga Hildo.
Dziwi mnie teraz, że się zgodziła. Nie
robiła żadnych obiekcji. Posłała mi tylko długie, osobliwe spojrzenie.
Wysiedliśmy i jeżeli do tego momentu
byłem jakoś oszołomiony i nieco pod wpływem szampana, to wtedy nagle
wytrzeźwiałem i działałem z przytomnością, która mnie samemu zdała się niesamowita.
Czułem się tak, jakbym nie był
pojedynczym człowiekiem, a raczej rozszczepionym na dwóch, z których jeden działał,
a drugi przyglądał się temu chłodno, wyczekująco. W efekcie następujące
wydarzenia wryły mi się głęboko w pamięć.
Przyniosłem najpierw imbryk do kawy i
zapaliłem spirytusowy płomień, co udało mi się dopiero za trzecim razem. Potem
stary szafkowy zegar wybił pierwszą.
Hilda zrzuciła pelerynę, znowu
zamieniając się w czeską szlachciankę, po czym przeszła się w milczeniu wokoło,
oglądając książki i liczne grafiki. Uderzyło mnie, że pelerynie pozwoliła po
prostu zsunąć się jej z ramion. Ta leżała teraz na dywanie pośrodku
pomieszczenia.
Podniosłem ją i położyłem na krześle.
Nie, nie chcę opisywać i opowiadać
całej reszty. Nie chcę i też nie mogę.
Hilda stała się tej nocy moją kochanką.
Jednak nie to wprawia mnie w
bezgraniczne zdumienie, a raczej nurtuje mnie pytanie, czy to ona stała się
moją kochanką, czy ja jej kochankiem. Kto z nas rozpalił płomień w duszy
drugiego? Czy też było tak, że oboje się ku temu skłoniliśmy jakby na
wewnętrzny rozkaz? Czy bieg wydarzeń był wcześniej zdeterminowanym losem,
którego nie mogliśmy uniknąć?
A co czuję teraz? Jestem wzburzony jako
górskie jezioro, gdy na zboczach zrywa się szkwał.
Ale czy jestem szczęśliwy? Myślę, że
nie. Jestem właściwie smutny. Nie wiem dlaczego.
Löper, z którym rozmawiałem kiedyś o
miłości, twierdzi, że miłość to istotne życie ja, że dopiero w miłości ja
naprawdę się spełnia.
Rzeczywiście odczuwam teraz moje ja bardziej
niż przedtem, ale nie jestem z tego powodu szczęśliwszy, w istocie mam nastrój
nader smętny.
Hilda poszła wtedy, ale wcześniej
nacisnęła kilka klawiszy fortepianu i przyglądając mi się, rzekła cicho:
Zaczyna się piosenka…
Potem poszła, uśmiechając się
zagadkowo. Kto zrozumie duszę kobiety?
Odprowadziłem ją do taksówki i gdy
wróciwszy na górę usiadłem za fortepianem, miałem nagle wrażenie, że ktoś mówi
całkiem wyraźnie i cicho: Piosenka się kończy.
Niespokojnie chodziłem po pokoju do
rana. W pewnej chwili przypomniałem sobie owo tajemnicze zdanie: Boże oko
zamieszkuje głębiny południowego Pacyfiku.
Potem zapadłem w długi, głęboki sen bez
marzeń. Obudziłem się około trzeciej po południu.
Poczta leżała na podłodze, wrzucona
niedbale przez otwór w drzwiach.
Kilka listów. Pan Bourbaçon prosi o
cenę łączną za kaplicę Corba. Widział ją już i pragnie ją nabyć. Zaprosiłem go
na jutrzejszy wieczór muzyczny, proponując negocjacje na miejscu.
Jest też list od Aleppa, prosi, bym
niebawem odwiedził go w pilnej sprawie zawodowej. Czego ten stary Egipcjanin
może ode mnie chcieć?
Właściwie muszę teraz odwiedzić Hildę. Ale
nie mogę. Boję się, że spotkam ją nazajutrz rano. I chwilami nie mogę sobie
przypomnieć jej twarzy. Biegnę wtedy przed lustro i przyglądam się sobie, jakby
ona mogła pojawić się za mną i uratować mnie od zapomnienia. Czy u niej może
dziać się podobnie?
Boję się jutrzejszego dnia. Mam
nadzieję, że Löper dobrze wszystko przygotował.
Czego chce ode mnie Aleppo? I kim może
być ów pan Bourbaçon?
Wtorek, 15 października
Wczoraj rano, gdy wszedłem, Hilda była
już na stanowisku. Podbiegła do mnie i namiętnie mnie pocałowała. Co ja w tę
niedzielę zrobiłem?
Była w ślicznej sukni koloru morskiej
zieleni, którą założyła od razu na wieczór. Z uwagi na rozmaite zadania musiała
zostać dłużej.
Potem przyszedł Löper i omówiliśmy
jeszcze to i owo.
Około dziewiątej wieczorem pojawiłem
się anonimowo przed lokalem. Przede mną szedł nieznany mi niski mężczyzna o
wydatnym brzuszku, ocierając spocone czoło dużą, białą chustką. Miał pełną,
okrągłą twarz i czarną bródkę.
Pan też na imprezę, powiedział do mnie,
gdy stanęliśmy obaj przed drzwiami.
Tak, odpowiedziałem po prostu, urażony
jego lekceważącym tonem. Weszliśmy i od razu zaprowadzono nas do kaplicy.
Tutaj zgromadzili się już panowie i
damy, którzy rozprawiali półszeptem, jakby byli w kościele, zwracając uwagę na
ten czy inny detal.
Przeszedłem się dookoła, witając
wszystkich. Löper był już też na miejscu. Gdy doszedłem do grubaska z bródką,
ten skłonił się i rzekł: Bourbaçon.
A więc to był człowiek, którzy
przyszedł na „imprezę”, a wręcz chciał nabyć ten cudowny eksponat.
Z samej uroczystości pamiętam tyle co
nic. Odpłynąłem myślami w dalekie rejony. Śpiew wysokich kobiecych głosów i
słodki ton fletu zanikał i wracał. Tylko tyle pamiętam.
Dwa rzędy przede mną siedziała Hilda w
swej ślicznej zielonej sukni, istny obraz nabożnego skupienia. Dopiero teraz w
pełni doceniłem jej urodę.
Dalej na prawo siedział Knarch, który
przybył sam i który ciągle, jak dobrze widziałem, dosłownie pożerał Hildę
wzrokiem. Raz po raz spoglądał na mnie, wtedy szybko patrzyłem przed siebie,
albo udawałem zasłuchanego w muzykę.
Właśnie jeden z chórzystów zaintonował
głęboką, szumną pieśń kościelną. Wydało mi się, że jestem w Rzymie i słyszę,
jak spod ziemi tryska woda którejś ze starych królewskich fontann, i widzę, jak
księżyc swym blaskiem zatyka złotą gałązkę wawrzynu na spienionej srebrnej
chorągwi.
Potem znowu popadłem w zamyślenie.
Gdzie właściwie stałem? Nie chodziło mi już o życie. Szukałem ja, ale go nie
znajdowałem. Jakby moja dusza była nierozwikłanym labiryntem, po którym się
błąkam. Brakowało mi ratowniczej nici Ariadny i gdy tak spieszyłem z korytarza
w korytarz, coraz bardziej pogrążałem się tylko w niepewność.
Potem znowu zobaczyłem przez sobą złotą
głowę, Hilda. Nad nią wisiał wielki drewniany żyrandol z grubymi, żółtymi
woskowymi świecami. Gdy tak siedziała w świetle niczym bogini południa,
poczułem radość w sercu i musiałem pomyśleć: Głupcze, oto jest twoja Ariadna!
Potem znowuż poczułem, jakby kogoś
brakowało. Rozejrzałem się i istotnie – nie było Corba.
Wreszcie rzecz dobiegła końca, przy
czym nie byłbym w stanie powiedzieć, czy już się odbyła, czy nie, i czy zrobiła
jakiekolwiek wrażenie na obecnych.
Sala pustoszała. Ściskano mi dłoń,
wypowiadałem konwencjonalne zwroty i byłem szczęśliwy, gdy wreszcie usiadłem u
siebie w kantorze.
Löper zapytał, czy jestem zadowolony.
Tak, bardzo, odpowiedziałem rozkojarzony. To było naprawdę przepiękne. – Wtedy dopiero
spostrzegłem, że nie jesteśmy sami. W kącie siedział Bourbaçon i nam się
przyglądał.
Pardon, rzekł z obcym akcentem w
głosie, zaproponował pan negocjacje ustne. Chciałbym sfinalizować sprawę.
Löper pożegnał się, zostaliśmy więc we
troje – ja, Bourbaçon i Hilda. Wymieniłem znaczną sumę, zapewniającą mi sowity
zysk.
Bourbaçon podkręcił czarną bródkę i
rzekł: Panie Born, wysoko ceni pan przedmioty kultu. Musi pan mieć
wyidealizowane wyobrażenie o Bogu.
Zawrzałem, facet robił się arogancki:
Mój panie, nie zmuszam pana do kupowania kaplicy. Ale obraźliwe uwagi sobie
wypraszam!
Och, och, powiedział z uśmiechem.
Widzę, że nie jest pan berlińczykiem, nie zna się pan na naszych żartach.
Nie, odparłem, Bogu dzięki, w Wiedniu
ludzie są uprzejmiejsi. A zatem życzy sobie pan nabyć całą kaplicę. Wymieniłem
ostateczną sumę, teraz musi się pan tylko określić, tak czy nie.
No cóż, tak, westchnął i wyciągnął
książeczkę czekową. Hilda zaczęła spisywać umowę sprzedaży, którą dyktowałem,
chodząc w tę i z powrotem.
Nagle dał się słyszeć przeraźliwy huk,
jakby dom się zawalił.
Pobiegliśmy do sali, zapaliliśmy
światło i zobaczyliśmy wielki drewniany żyrandol leżący na podłodze,
roztrzaskany na setki kawałków. Popatrzyłem na Hildę. Zrobiła się całkiem blada
i wyjąkała tylko: Szczęście, że…
Bourbaçon wszelako, który ciekawie za
nami pospieszył, rzekł ze swym nieznośnym uśmiechem: Takie żyrandole trzeba
lepiej przymocowywać.
Spojrzałem nań wrogo, ale opanowałem
się i wróciliśmy do kantoru.
Mało brakowało, a cały interes nie doszedłby
do skutku. Przywiązywałem bowiem wagę do tego, by kaplica co najmniej przez
tydzień została jeszcze na wystawie. Bourbaçon nie przystał na to. Nie był też
skłonny pójść na żaden kompromis.
Powiedział wprost: Albo kaplica jest
moja i jutro rano ją zabieram, albo jest pańska i niech pan z nią robi, co pan
chce.
Próbowałem mu wytłumaczyć, że jest to
wbrew wszelkim zwyczajom.
Cóż tu znaczą zwyczaje, wzburzył się. Kiedy
takowe powstaną, jak pan mówi, to będę pierwszym, który wyrzuci je na śmietnik.
W dzisiejszych czasach prawo własności trzeba stabilizować niczym rocher de bronze.
Podniecony przeszedł kilka kroków w tę
i z powrotem. Jego czaszka lśniła srebrno. Poza tym, rzekł nagle, kaplica nie
jest żadnym eksponatem, wokół którego przechadzają się takie Żydówki z pieskiem
na piersi.
A czym? zapytałem.
Wtedy spojrzał na mnie tak dziwnym
wzrokiem, że się przestraszyłem. O tym nie wie pan nic, drogi panie. Chcę mieć
nadzieję, że kiedyś dowie się pan więcej. Jest pan jeszcze bardzo młody.
Zrozumiałem, że ten człowiek posiada
czaszkę z żelaza albo granitu i zakończyłem negocjacje: Proszę tu podpisać i
rano może pan zabierać kaplicę. Wyciągnął z kieszeni kolorowe wieczne pióro i
podpisał dużą złotą stalówką: Henri Honoré Bourbaçon.
Co zrobi pan z kaplicą? zapytałem.
Podniósł w zamyśleniu pióro i błądząc
wzrokiem w oddali, rzekł niemalże ze wzruszeniem: Otworzę tu w Berlinie kabaret
dla ludzi inteligentnych. Nazwę go może Ostatnia Oaza, albo Popokatepetl, albo
inaczej. Tam umieszczę kaplicę i zaadaptuję ją na bar. Sączyć francuski koniak
i jednocześnie wdychać zapach kadzidła to musi być świetna sprawa. Co?
Zdębiałem. Coś takiego jeszcze mi się
nie przydarzyło. On jednak w ogóle nie zwracał na mnie uwagi; wyszedł z kantoru
i skierował się po schodkach do ciemnej sali.
Zobaczyłem jeszcze przez szparę w
drzwiach, przez którą przeciskała się wąska smuga światła, jak wspina się na
ołtarz i zapala świece.
Wtedy ogarnęło mnie nieopisane
przerażenie, chwyciłem płaszcz, kapelusz i wypadłem na zewnątrz.
Środa, 16 października
Przez cały dzień biegałem po wielkim
mieście. Sam już nie pamiętam, gdzie dokładnie byłem. Miałem poczucie, jakbym
coś stracił. Wszystko było mi podejrzanie obojętne.
Och, ten człowiek! Ciągle widziałem go
przed sobą, jego szerokie bary, srebrną łysą czaszkę, irytującą postać.
Nieraz doganiałem jakiegoś grubasa,
który wydawał się doń piekielnie podobny, wyprzedzałem go i obcesowo patrzyłem
mu prosto w twarz. Ale to nie był on.
Był to jakiś drobniejszy, tłustszy
Żyd-spekulant, astmatyczny globtroter, stary, zniszczony sybaryta, który spoglądał
na mnie smutno i ze zdziwieniem opuchniętymi oczami.
Gdybym naprawdę spotkał Bourbaçona,
myślę, że bym go udusił.
Przy Potsdamer Platz wsiadłem wreszcie
zmęczony do taksówki i pojechałem do Knarcha. Krótko przed końcem trasy
zmieniłem jednak zdanie i kazałem się zawieźć do wieży radiowej.
Wspiąłem się do restauracji, który wisi
tam między niebem i ziemią, i wypiłem mokkę i kilka sznapsów.
Potem pojechałem jeszcze wyżej.
Dotarłszy na górę, wyszedłem na
platformę i chwyciłem się wysokiej, stalowej poręczy.
Pode mną leżało miasto-olbrzym. Rozciągało
się aż po nieco wygięte skraje horyzontu. Leżało tam niby kupa surowego,
rozkładającego się mięsa w ogromnej rzeźnickiej misce. Z głębin podnosił się
opar, od którego robiło mi się niedobrze.
Oglądany z tego miejsca, Berlin jest
niebywale płaski.
Widać, jak klei się do ziemi. To, czego
mu zbywa na wysokości, próbuje nadrobić szerokością.
To wielki, rozwałkowany psi herbatnik.
Jego punkty orientacyjne giną, małe i
nieznaczne, na rozległym, ciemnym, bezbarwnym pustkowiu.
To, co tam na dole huczy jako wielkie
życie, tu jest tylko hałaśliwym dysonansem. Pociągi są jak pełznące po ziemi
wstrętne gąsienice, auta to małe, nikczemne pluskwy, które ślizgają się po
rozjeżdżonych ulicach, a potem wgryzają gdzieś w lepką masę domów. Jakby
chciały tam wyssać krew.
Fabryki, spichlerze i kopuły budynków
publicznych wyglądają jak krecie kopczyki, które nieznaczne stworzonko
wyrzuciło na powierzchnię ziemi i roi sobie, że szturmuje niebo. O, te
pseudogiganty! Nade mną wisiało szare, martwe niebo, niczym odlane z bladego
żelaza. Od dołu zawiewał ciepły wietrzyk, brzydko pachnący.
A więc to jest Berlin, o którym na początku
można pomyśleć, że jest wielkim, bajkowym, dionizyjskim ogrodem życia. Ta
nędzna ceglana pustynia, to skupisko cementu i asfaltu, ten gąszcz torów i
ulic, to beznadziejne nic i mniej niż nic, ta mdła metropolia!
Löper miał rację. Życie, pah, zdmuchuję
je jak leżące mi na ręce ziarenko sadzy. Plwam na to miasto i życie w nim. Nic,
nic, zupełnie nic! Ja, głupi, wierzyłem, że życie to coś absolutnego, a czym
ono jest? Odbiciem, projekcją ja, moim dziełem i moim przedstawieniem. Löper
miał rację.
Jak kiedyś powiedział: Nie jesteśmy tu
po to, by napawać się wzniosłymi uczuciami. Tak, ale po co w takim razie? By
popadać w beznadzieję?
Czuję, że wszystko przewyższam, czuję,
że w rzeczy samej stoję na wieży, ale na co mi wieża, kiedy również tu na górze
nie świeci słońce, a nad życiem w dole zalega warstwa brudu i kurzu?
Zauważam po raz pierwszy, jak wieża się
kołysze. Zdaje się naśladować ruchy masztu na morskim okręcie. Czuję całkiem
wyraźnie, jak lekki wiatr wprawia ją w drżenie.
Zaczynam obchodzić platformę dookoła.
Nagle zza zakrętu nadciąga wichura. Zrywa mi kapelusz z głowy. Robię
rozpaczliwy gest, bo kapelusz już mi uciekł i spływa na moich oczach w
bezimienną głębię. Nie spada, nie leci, powoli się obniża. Momentami wygląda, jakby
wisiał nieruchomo. Wznosi się z powrotem na swych szerokich czarnych skrzydłach,
niby sęp, by wreszcie osunąć się stopniowo, w błoto i wyziew i otchłań bez dna.
Muszę przytrzymać się poręczy. Bo
nachodzi mnie pokusa, by skoczyć w ślad za nim. Widzę całkiem wyraźnie, jak
spada, koziołkując, na szeroką, lśniącą jezdnię. Przejeżdża po nim furgon i
teraz kapelusz leży w rowie, rozklapciany i niekształtny, niczym niezgrabny
bochen czarnego chleba.
Mimowolnie znowu muszę się uśmiechnąć.
Czeka mnie zejście z gołą głową.
Nieszczęścia chodzą parami, mawiała stale moja matka, postanawiam zatem uważać.
Na stałym gruncie wypijam znowu kawę i
znowu parę sznapsów. Potem jadę taksówką do położonego niedaleko domu
towarowego, by sprawić sobie nowy kapelusz.
Wybieram najładniejszy, jaki mają, ale
i on mi się nie podoba. Mój stary był o wiele ładniejszy. Stary kapelusz
posiada charakter, styl, istotę. Pasuje człowiekowi. Nowy jest nieoswojony,
obcy, ciśnie jak hełm, który zrabowało się martwemu żołnierzowi na polu bitwy.
Idę przed lustro, ledwie siebie
poznaję. Stoi przede mną nieznajomy i głupio się uśmiecha.
Jadę powoli z powrotem przez puste
miasto. Wydaje mi się tak martwe i wypalone jak moje wnętrze. Powódź świateł,
tak zazwyczaj oszałamiająca, dzisiaj jest bezsensownym chaosem, od którego bolą
oczy.
Z pewną żądzą nienawiści rozwiązuję
berlińskie zagadki. Napawam się wymyślaniem nikczemnych porównań.
Kościół Pamięci przykucnął jak ropucha
na bagnie, czarny i chytry. Kojarzy mi się ze ślepą, nagą traszką, leżącą na
cynowym talerzu.
Światło jest mętne i klei się do ciała
jak brud.
Reklamowe teksty pełzną po fasadach
budynków niby wielkie fosforyzujące robaki.
Jawię się sobie jak potępieniec w
czeluściach oceanu. Gdybym opuścił teraz szyby w aucie, woda wpadłaby z
gulgotem do środka i zatopiła mnie.
Zostawiam okna zamknięte. Stopniowo
robi się gorąco jak w piecu.
Wyczerpany osuwam się do tyłu. Brakuje
jeszcze tylko, żeby obok mnie siedziała tulipanowożółta dama z założonymi
nogami i w pelisie podstępnie zsuniętej z ramienia.
Szofer ma gruby kark jak Bourbaçon.
Opanowuję chęć, by grzmotnąć go zaciśniętą pięścią w łysą czaszkę. Bayerische
Strasse, wołam.
Wieża kościoła św. Ludwika wznosi się
ponuro w kotłującej się toni niczym olbrzymi termometr.
Po co właściwie Berlinowi tyle
kościołów?
Głowa mnie boli. Czuję się tak, jakby
leżał na niej wór mąki. Przeklęte sznapsy! Zamykam oczy i owijam się płaszczem.
Trzęsę się z zimna, mimo że na czole perli mi się pot.
Wreszcie jesteśmy przed domem Hildy. W
pierwszej chwili mnie nie poznaje. To przez ten nowy kapelusz. Potem śmieje się
i radośnie wciąga mnie do środka.
Zamieszkuje dwa śliczne pokoje na
parterze. Spuszcza rolety w oknach i spieszy nastawić herbatę. Ja opadam wyczerpany
na szeroką biedermeierowską sofę.
Co się dzisiaj działo, pytam
bezdźwięcznie. Och, nic szczególnego, odpowiada Hilda, na moich oczach
zakładając piękną perską piżamę, Bourbaçon zabrał swoje rzeczy. Wyglądamy teraz
jak drzewo bez liści.
Przy tym roześmiała się w głos, co
zabrzmiało tak, jakby zaśpiewał mały, uroczy ptaszek.
Tego wieczora nie miałem barier. Byłem
chyba bardzo zły. Coś we mnie otworzyło się niczym stara, lękliwie skrywana
skrzynia. Była we mnie taka nienawiść, że sam się siebie bałem. Była tak
głęboka, że sam siebie nienawidziłem.
Gdy wstawałem rano z posłania, zdarzyło
się to, że w ciemnościach zrzuciłem sobie okulary na podłogę. Szkło pękło.
Zapaliłem małą lampkę i jąłem szukać odłamków. Bez okularów byłem bezradny jak
dziecko. Stanąłem przed lustrem i ujrzałem tam niewyraźnie kogoś, kogo nie
mogłem uznać za siebie.
Cicho podszedłem do łóżka, gdzie spała
jeszcze Hilda, i przyjrzałem się jej z bliska. Wydała mi się tak nieznajoma,
jakbym tej nocy spoczywał obok zupełnie obcej osoby.
Ubrałem się i wyszedłem od śpiącej bez
pożegnania.
Środa, 23 października
W zeszłym tygodniu spacerowałem i
zacząłem obserwować ludzi. Bo jeżeli tylko ja noszę to w sobie, tę pustkę, tę
głuszę, ten bezimienny chłód, to znaczy, że muszę iść do psychiatry.
Ujrzałem jednak, że inni mają tak samo.
Wszyscy zagubili gdzieś swoje ja, a jeżeli jeszcze je mają, to robią wszystko,
by je otępić.
Jak inaczej człowiek miałby żyć w tym
mieście? W tym wielkim mieście pełnym nienawiści, pełnym kurzu, pełnym ludzi.
Byłem w tancbudach, gdzie buzują
drożdże – sprzedajne dziewczyny, które w dzień znikają, a wieczorem trudzą się,
by z miłości uczynić dorywcze zajęcie i dzięki bogatemu sponsorowi powiększyć
swe szczupłe dochody.
Byłem w eleganckich lokalach tanecznych,
gdzie chodzą ludzie szlachetni i ich taniec zdawał mi się bardzo bezsensowny, a
ich rozrywki nader płytkie. Siedzą na wysokich barowych stołkach i nieustannie
sączą małe trujące sznapsy, a swe pijaństwo nazywają nastrojem i dobrym
humorem.
Byłem w teatrach i jeżeli widziałem
sztukę, która nie zaczynała się w łożu małżeńskim i nie kończyła w łożu
rozkoszy, to zaczynałem się dziwić. Konferansjerzy, śmiejąc się, opowiadali
puste dowcipy uszminkowanymi ustami. Przez tę błazenadę przebija jęk duszy.
Tancerki mają zawiązaną maskę. Pokazują swe ciała w blasku reflektorów,
zniszczonych twarzy nie. Wszyscy uciekają przed samymi sobą. Nie lubią się
spotkać, a jeżeli mają możliwość się wyminąć, to chętnie nadłożą kawał drogi,
by następnie paść do łóżka śmiertelnie zmęczeni.
Niewielu spotkałem tu ludzi, którzy
zachowali czyste i niezmącone spojrzenie. Ja sam się zagubiłem. Nie chcę więc
zrzędzić.
Dusza mi odleciała jak ten kapelusz na
wieży radiowej. Całe moje jestestwo, wstrząsane przez niesamowitą i niepojętą
zawieruchę, drży jak owo rusztowanie ze stali i betonu, które zdaje się być na
wieczność, a przecież nawet przy umiarkowanym wietrze buja się na boki niczym
wiotki kwiat.
W ostatnich tygodniach zrobiłem się
krótkowzroczny. Rzeczy, które mnie kiedyś urzekały, stoją mi przed oczami
niewyraźne i drżące, umykają mi ich zarysy. I nie mogę nie myśleć o owej nocy z
Hildą, gdy stanąłem przed lustrem i ledwie poznałem sam siebie, a kochanka
wydała mi się zupełnie obcą osobą.
Zauważam, jak jesteśmy samotni. I
przychodzi mi na myśl wers przedwcześnie zmarłego Conradiego: O, jesteśmy
samotni, bezgranicznie samotni!
To wszystko jest filozofia Löpera? Uchwycić
się ja? Wejść do tej lodowej jaskini, w której jesteśmy uwięzieni niczym muszla
w głębinach morza?
To nie może być cała filozofia. Tutaj trzeba
umieć iść dalej – i dalej iść trzeba, bo dokąd miałoby się wracać?
Chcę być konsekwentny. Ciekaw jestem,
gdzie morze chce rzucić małą, zimną, bezdomną muszlę, którą jestem.
Niedziela, 27 października
Dzisiaj byłem z Hildą w Grunewald.
Wynajęliśmy willę, w której chcemy wspólnie zamieszkać.
Interes z Corbem przyniósł mi spory
zysk, spłaciłem wszystkie długi. Dlaczego nie miałbym pozwolić sobie na
utrzymankę, własne auto i służącego?
Dom, schowany głęboko w rozległym
ogrodzie, należał wcześniej do jakiegoś posła. Wynajęliśmy go na dwa lata.
Hilda ma dla siebie pięć pokoi.
Sypialnia jest cała w jedwabiu, czerwień, purpura, róż. Ogień i płomienie,
Eros, Dionizos, wielkie upojenie! Do tego buduar, bawialnia, salon i iście
książęca łazienka, niewielka sala w pompejańskim stylu.
Ona znajduje we wszystkim wiele
przyjemności i obejmuje mnie czule i z wdzięcznością.
Ja zamieszkuję drugie skrzydło, gdzie
mam dużą bibliotekę, pokój muzyczny, niewielką galerię i dwa salony.
Pomiędzy nami położona jest wielka,
wystawna sala jadalna, do której przylega oranżeria pełna bujnej zieleni.
Przyjemnie jest ładnie mieszkać.
Wyszukaliśmy sobie też auto,
amerykańskiego Stutza, który za każdym razem na nowo zachwyca Hildę swym
delikatnym, butelkowozielonym kolorem. Wiosną chcemy pojechać do Nicei i San
Remo.
Ecke, służący, umie prowadzić i może
codziennie wozić nas do pracy.
Rysuje się przede mną coś w rodzaju
życiowej stabilizacji. Kocham Hildę namiętnie. Jest bajeczną istotą, która
zyskuje w nowym otoczeniu. Tak jak gałązka kwitnącego migdałowca, która stała w
glinianym naczyniu, a którą kochająca dłoń przełożyła do złotego wazonu.
Gdy tanecznym krokiem idzie przez
pomieszczenie, albo zwinięta w kłębek jak kot leży obok mnie na sofie, jestem niemal
szczęśliwy. Potem zasiada przed fortepianem i odgrywa mi fragmenty Figara, podczas gdy ja leżę na otomanie
i wydmuchuję dym tureckich papierosów w perfumowane powietrze.
Wtorek, 29 października
Wczoraj odwiedził nas Knarch. W ogóle
nie wydawał się zaskoczony, stwierdził jedynie, mrugając w stronę Hildy: Każdy
piękny obraz potrzebuje pięknej ramy.
Gdy Hilda weszła do środka w długiej,
srebrnoszarej sukni wieczorowej, z galanterią ucałował czubki jej palców i
rzekł: Łaskawa pani, witam panią jako największy klejnot Borna.
O pardon, zaprotestowała, w naszym
Tuskulum proszę nam nie przypominać o pracy. Poza tym jest pan tu zawsze mile
widziany. Musimy zorganizować coś w rodzaju życia towarzyskiego w Grunewald.
Znakomicie, łaskawa pani, odpowiedział,
musimy pielęgnować lokalny patriotyzm. Może pani liczyć na moją pomoc.
Środa, 30 października
Dzisiaj rano już koło dziewiątej był u
mnie w galerii Aleppo i poprosił mnie o rozmowę. Poszliśmy do małej winiarni
przy Knesebeckstrasse. Zamówił znakomite Haut-Sauternes i poczęstował mnie
jednym ze swych grubych cygar.
Do rzeczy, panie Born, rzekł. Chce pan
ze mną zrobić całkiem poważny interes?
Ja: Jakiego rodzaju?
On: Tu muszę poczynić pewien wstęp.
Proszę posłuchać. Niedawno zaoferowano mi kilka obrazów z południa Niemiec. Po
bardzo dobrej cenie, ma się rozumieć. Sprowadzam je i jak pan myśli – co to
jest?
Ja: No?
On: Mówię panu, kolekcja nieznanych
Feuerbachów. Tu mam kilka zdjęć. Szkic do Koncertu,
większy i znaczniejszy od znanego obrazu, Homer
na ruinach Troi, następnie dwa portrety: matki artysty i rzymskiego
żebraka, wreszcie cztery szkice do Bitwy
galijskiej. Proszę spojrzeć. Co pan myśli, mój drogi?
Obejrzałem zdjęcia i zaniemówiłem:
Naprawdę?
On: Ha, mój drogi, naprawdę? Zęby na
tym zjadłem. Jakem Aleppo, to są oryginalne Feuerbachy. Wszystkie opisane i bez
wątpienia dobrze udokumentowane. Proweniencję można dokładnie prześledzić.
Ja: Pięknie, a jaka moja w tym rola?
On: Mój drogi, po pierwsze: cena za
wszystkie osiem sztuk wynosi siedemdziesiąt tysięcy marek. Ja jestem obecnie
mocno zainwestowany. Siedzę z kilkoma Manetami i Cezanne’ami jak ta przekupka
na targu z koszykiem zamarzniętych warzyw. Kolekcja oferowana jest wyłącznie w
całości. Po drugie: pan ma lepsze niż ja przestrzenie wystawiennicze. Cieszy
się pan dobrą opinią i rosnącą sławą, Knarch jest panu życzliwy, ma pan rozległe
znajomości. Musi pan zainteresować Geyera, rozumie pan? Tu jest do zrobienia
bombowy interes. Feuerbach pozostawił po sobie niewielką spuściznę. Jest
dzisiaj wysoko ceniony. Osiem nowych Feuerbachów, proszę pana – czy to nie jest
sensacja? Świat nadstawi uszu. A gdy zapytają, kto te rzeczy odkrył? Odpowiedź:
Born i Aleppo.
Ja: Muszę się z tym tematem przespać,
drogi panie radco. Ile musiałbym wyłożyć?
On: Pięćdziesiąt tysięcy, mój drogi. Kto
nie ryzykuje, ten nie zyskuje. Powiadam panu, pospieszny jedzie tylko raz.
Trzeba wsiąść w odpowiednim momencie, to wszystko. Musimy działać i to szybko. Mam
wyłączną opcję na zakup tylko do pierwszego listopada w południe. Potem on się
wycofuje i interes zrobi kto inny. To byłaby szkoda, mówię panu. Co tu jeszcze
trzeba rozważać? Całkiem nic.
Ja: Dzisiaj jest trzydziesty, pojutrze
pierwszy. Dam panu odpowiedź do dziewiątej rano pojutrze.
On: Jak pan sobie życzy, przeszanowny.
Proszę rozważyć, dziesięciokrotność! Na najbliższy miesiąc nie ma pan jeszcze
nic.
Ja: Skąd pan wie?
On: Wielkie nieba, no wie się. Musi pan
trzymać wysoki poziom dla swego klejnotu. Najpierw Laotse, potem kaplica Corba,
teraz Feuerbach, to byłaby pewna linia. Jest pan człowiekiem sukcesu, panie
Born. Proszę nie być osłem.
Brzmiało to jak z książki.
I jeszcze jedno, Born, dodał. Gdyby
gotówka nie była dzisiaj tak diabelnie rzadka, nie prosiłbym pana o to, może mi
pan wierzyć. Sam bym sprawę załatwił. Słowo! Czuję jednak do pana sympatię.
Chcę, by pan kwitł. A gdy nam się sprawa uda, będzie pan mógł trzymać sobie
dziesięć metres.
Ja: Co pan ma na myśli?
On: Boże, a co mam mieć? To, że panna
Kronach jest bardzo ładna, ale dwa lata z jedną i tą samą damą w tak pięknym
pałacu, Born, mówię panu, to jest nic. Nie wytrzyma pan tego. Variatio delectat, mówi łacinnik.
Czwartek, 31 października
Cały dzień chodzę zakręcony, jakbym był
pijany. Dziesięciokrotność! Zarobić ćwierć miliona, bez wysiłku i za jednym
strzałem zostać bogaczem.
Co wtedy? Na zimę pojechałbym z Hildą
na południe – jezioro Garda, Mediolan, Genua, Florencja, Rzym, Capri, Ateny. Zanieślibyśmy
naszą miłość ku południowym brzegom, by błękitne fale Morza Śródziemnego
uspokajały nasze gorące serca. Powiększyłbym galerię. Może donajął jeszcze
jedno piętro. Może urządził regularne aukcje, teraz, kiedy wszystko jest tak
tanio do dostania.
Sława, szacunek, piękny dom, auto,
Italia, słońce i morze, wszystko jest do zdobycia.
Czy powinienem zaryzykować z Feuerbachem?
Jutro o dziewiątej rozstrzygnie się twój los, Vincenzu Josuo Bornie. Czyż nie
było mottem twego ojca: Semper fauste!
A więc dobrze, semper fauste, ja też
zawsze chcę być szczęściarzem. I jakby łuski spadły mi z oczu.
Czym jest życie? To rzecz płaska,
wystawa na pokaz, pewne tak czy owak.
A czym jest ja? To ponura, jałowa
pustynia, na której nie zakwitnie żadna palma, choćbyś miał najpiękniejsze
marzenia. Pieniądze to twoje magiczne słowo, Born. Musisz być po stronie
szczęściarzy. Ryzykuję, Aleppo! Raz z tobą, potem dla samego siebie. –
Hilda leży w japońskim jedwabiu w swym
buduarze i wygląda malarsko. Jej uroda rozkwita z każdym dniem. Uśmiecha się na
mój widok i wyciąga ręce na powitanie. I oto pytam ją, tak na szczęście:
Powinienem czy nie? A ona, chociaż nie rozumie, odpowiada: Powinieneś!
I jest to dla mnie jak wyrocznia:
Powinieneś.
Całuję ją namiętnie i wieczór schodzi
nam na winie i miłości.
Gdy opuszczam jej buduar i wchodzę do oranżerii,
gdzie księżyc rozłożył między palmami złote tablice, jest mi tak, jakbym był
już na Capri i pode mną pluskało niebieskie nocne morze i każdy liść palmy,
każda fala, każda gwiazda i wszystko dookoła wołało do mnie: Semper fauste.
III.
Poniedziałek, 2 grudnia
Gdy kartkuję ten dziennik, trudno mi
uwierzyć, że od końca października do dzisiaj minęły zaledwie cztery tygodnie. Nieszczęście
spadło na mnie niczym wody wezbranego górskiego potoku. Co mi teraz ze
wszystkiego zostało?
Siedzę w pustym pokoju hotelowym na
wyblakłej skórzanej sofie, w jednym z tych posępnych pomieszczeń, po których
znać niepokój ich mieszkańców. Tam są brązowe odrapane drzwi, tam dzwonek
elektryczny, metalowe łóżko i niska szafka. Brr! Jak cela więzienna! Co się ze
mną działo przez te cztery tygodnie?
Pada śnieg z deszczem i wiatr ciska
szarą breję na szyby brudnego okna, przez które widać mokre tylne ściany domów
i głęboką, wilgotną czeluść podwórza
Marznę. Ogrzewanie pokoju kosztuje, a
ja nie mam pieniędzy. Wieczorem schowałem trzewiki do pokoju, żeby nie płacić
za czyszczenie. Właśnie zjadłem śniadanie z automatu za trzydzieści fenigów.
Kawa była letnia i smakowała pomyjami. Bułka była miękka i łykowata jak kawałek
garbowanej skóry.
Zapaliłbym, ale nie mam papierosów.
Spisuję te notatki na kilku kartkach,
które znalazłem w szufladzie i które musiał zostawić jakiś wcześniejszy gość.
Na awersie są rachunki, zapiski handlowe, adnotacje, obliczenia.
Jakże by to było, siedzieć sobie teraz
w ciepłym pokoiku, ze stopami w miękkich bamboszach i z papierosem w ustach.
Najgorsze jednak jest to, że nie mogę
się porządnie umyć, ani wyszorować zębów. Nie mam mydła ani pasty. Nie wiem, co
będzie.
Postaram się opisać przebieg wypadków,
których byłem uczestnikiem i które porwały mnie tak, jak lawina zabiera
pozbawione korzeni drzewo.
Pierwszego listopada około dziewiątej
rano zadzwoniłem do Aleppa i zaprosiłem go do siebie. Przybył niemożliwie
szybko. Jakby przyleciał. Albo trzymał auto przed drzwiami z włączonym
silnikiem.
Przybył i z uśmiechem rozejrzał się po
domu, w którym mieszkaliśmy. Szybko wspiął się pan po drabinie, rzekł do mnie.
A dlaczego pan dzwonił?
Chcemy razem zrobić interes,
odpowiedziałem. Przygotowałem pięćdziesiąt tysięcy marek. Czy sporządził pan
już umowę?
Pozwolił, by monokl spadł mu do prawej
ręki i powiedział: So? Przeciągnął to
słowo bezwstydnie długo, jakby się niezmiernie dziwił, układając przy tym usta
w dziubek, mały i okrągły jak ślubna obrączka.
Potem ściągnął futro. Ma pan dobrego
sznapsa, Born? zapytał. Zadzwoniłem. Ecke przyniósł tacę ze srebrnymi
kieliszkami do koniaku. Aleppo wychylił dwa czy trzy, po czym rzekł: A więc
dobrze!
Rozwinął duży arkusz papieru i
odczytał:
Umowa
Niżej podpisani, marszand Vincenz Josua
Born, zamieszkały w Berlinie, i marszand Abraham Aleppo, radca handlowy, zamieszkały
w Berlinie, zobowiązują się wzajemnie jak następuje:
1. Kupić wspólnie od malarza Alfreda
Guthalsa, zamieszkałego w Donaueschingen, osiem obrazów i dwa listy, które
tenże zaoferował in na sprzedaż. Są to:
I–IV. Cztery szkice do Bitwy galijskiej, 120 × 180 każdy,
ołówek na kartonie. Sygnowane A. F. 1871. Bez ram.
V. Portret: Starsza dama. Olej, 70 × 90. Bez sygnatury. W ramie. Na odwrociu
napis: Macocha Feuerbacha. Jego autorstwa.
VI. Portret: Stary Włoch. Olej, 60 × 75. Sygnowany: Romae A. Feuerbach pinxit
1875. W ramie.
VII. Obraz dużego formatu: Homer na ruinach Troi. Olej, 280 × 472.
Sygnowany: A. Feuerbach. p. MDCCCLXXV. Uwaga: Miejscami, zwłaszcza w rogach,
nieukończony. Bez ramy. Górna listwa częściowo mocno uszkodzona.
VIII. Szkic do obrazu Koncert. Ołówek na kartonie, 60 × 90.
Bez ramy. Częściowo podmalowany. Nieukończony. Bez adnotacji.
IX–X. Dwa listy Feuerbacha do macochy,
dotąd nieznane, datowane 1875 i 1876, w których mowa jest o Bitwie Galów i Homerze na ruinach Troi.
2. Cena wynosi 80 000
(osiemdziesiąt tysięcy) marek, płatne natychmiast. Z tego 50 000
(pięćdziesiąt tysięcy) wpłaca pan Born, 30 000 (trzydzieści tysięcy) pan
Aleppo.
3. Przekazanie dzieł następuje w
momencie zapłaty.
4. Dzieła będą wystawione na sprzedaż w
salonie pana Borna.
5. Czysty zysk podzielony będzie po
równo między obu niżej podpisanych. Różnica w wysokości wpłat początkowych
uwzględnia fakt, że pan radca Aleppo zainicjował transakcję i odkrył obrazy.
Jest on jednak gotów odstąpić panu Bornowi 1 (jeden) procent swego zysku na
pokrycie kosztów.
6. Koszty pieczęci i notariusza
pokrywają niżej podpisani po równo.
Berlin, 1 listopada 1929
Pamiętam wszystko tak dokładnie, jakby
to było wczoraj. Do tego zbyt często czytałem ten papier. Leży przede mną na
stole, ten przeklęty fundament mego nieszczęścia.
Zgadza się pan? zapytał Aleppo, na
powrót zakładając monokl.
Proszę, rzekłem, dodać punkt siódmy:
Niniejsza umowa w żaden sposób nie ogranicza handlowej niezależności obu
kontrahentów.
Dobrze, odpowiedział Aleppo i wpisał to
do umowy.
Przypominam sobie jeszcze, że swym
wiecznym piórem postawił przy tym dużego kleksa na śnieżnobiałym papierze,
mówiąc: To mi się bardzo podoba.
Nic nie umyka mej pamięci. Jest jak
czysta stalowa tablica, na której diamentem wyryto starannie wszystkie, również
najdrobniejsze wydarzenia.
Mogę na to wszystko przysiąc.
Potem Hilda przyniosła nam talerz
kanapek, przekąsiliśmy co nieco, zapaliliśmy po papierosie, a następnie
pojechaliśmy moim autem z powrotem do miasta.
Poszedłem do banku, podjąłem
pięćdziesiąt tysięcy w tysiącmarkowych banknotach, włożyłem je do portfela i
pojechaliśmy z Aleppem do jego mieszkania przy Tiergarten.
Zaprowadził mnie do dużej jadalni,
gdzie na wysokich sztalugach wystawione były obrazy i szkice.
Ponieważ pogoda była pochmurna, a
ciężkie firany przepuszczały niewiele światła, Aleppo zdejmował poszczególne
obrazy i niósł je ze mną do okna, gdzie długo się im przyglądałem.
Były to wszystko znakomite dzieła.
Zwłaszcza portret starego Włocha-żebraka oraz szkice do bitwy galijskiej bardzo
mi się spodobały.
Stan zachowania nie był jednakowy.
Szkice miały pozaginane rogi i były brudnawe. Zwróciłem na to uwagę Aleppowi.
Wzruszył ramionami i odparł: Ten, kto je kupi, może je dać do konserwacji.
W tejże chwili pokojówka zaanonsowała przybycie
notariusza. Tenże nazywał się doktor Brüll i był całkiem niewątpliwie Żydem.
Nałożył duże okulary w czarnej rogowej
oprawie i odczytał umowę słowo po słowie, poruszając przy tym ustami. Ubierając
niektóre fragmenty w bardziej prawniczo brzmiący język, jeszcze raz spisał
powoli całość, po czym podpisaliśmy. Następnie doktor Brüll pożegnał się.
Tymczasem zrobiło się wpół do
pierwszej. Malarz Guthals nie pojawiał się. Pewnie złapał gdzieś opóźnienie,
rzekł Aleppo, po raz dziesiąty wyciągając zegarek i przestępując z nogi na
nogę.
Nie będę pana dłużej zatrzymywał, rzekł
wreszcie.
Proszę zostawić tu pieniądze, dam panu
pokwitowanie i załatwię sprawę z Guthalsem. Proszę zabrać obrazy jeszcze
dzisiaj i zająć się całą resztą.
Dałem mu pięćdziesiąt tysięcy za
pokwitowaniem i pożegnałem się.
Już około piątej obrazy były u mnie i
iście gorączkowo wziąłem się za ich aranżowanie.
Zebrałem je wszystkie w sali na dole. Na
ścianie po prawej powiesiłem Homera, po lewej szkice do Koncertu i oba portrety, swymi czarującymi barwami przyciągające
wzrok każdego wchodzącego. Szkice do Bitwy
galijskiej wreszcie kazałem oprawić w pasujące szarawe ramy i umieścić na
sztalugach, gdzie łatwiej było po nie sięgnąć, niż gdyby były przytwierdzone do
ściany. Poza tym lekkie sztalugi można było szybko przesunąć pod okno.
Jeszcze tego samego dnia, późnym
wieczorem, przyszedł Aleppo i pochwalił całość. Usiedliśmy następnie u mnie w
kantorze i przygotowaliśmy rozmaite materiały prasowe pod hasłem: „Osiem nowo
odkrytych Feuerbachów”.
Gdzie ma pan ten czeski napitek
śliwkowy, który mi wtedy tak dobrze zrobił? zapytał Aleppo.
Podszedłem do biurka i nacisnąłem
guzik, by otworzyły się boczne drzwiczki, gdzie stały rzeczone butelki.
Pracowaliśmy do późna w noc. Wreszcie
wszystko było zrobione. Skończyliśmy. Poszedłem jeszcze poszukać kluczy. Aleppo
siedział na sofie.
Gdy wszedłem z powrotem, zauważyłem, że
grzebie mi w płaszczu.
Gdzie właściwie ma pan papierosy?
zapytał. Mam ogromną ochotę zapalić.
Poczęstowałem go i jeszcze długo
wznosiliśmy najwymyślniejsze powietrzne zamki w wirujących kłębach
aromatycznego dymu.
Już nazajutrz berliński świat sztuki
zelektryzowała wiadomość: Osiem nowych Feuerbachów u Vincenza Josuy Borna! O
roli Aleppa nie wspominaliśmy.
Podczas gdy Laotse uczynił z mej
galerii atrakcję do zwiedzania, a kaplica Corba nadała jej rangę salonu
towarzyskiego, to teraz „Klejnot” stał się świątynią i celem pielgrzymek.
Ludzie dosłownie się cisnęli: malarze,
studenci, historycy sztuki, profesorowie, uczeni, najlepsze towarzystwo.
Było to nie do opisania.
Nigdy bym nie przypuszczał, że takie
odkrycie na tej kamiennej pustyni wzbije tyle pyłu.
Już rano drugiego dnia zjawił się
Knarch, od którego zależała połowa sukcesu. Wiedziałem to bardzo dobrze.
Poprzedniego wieczora zaprosiłem go do
nas, by zreferować mu genezę całej sprawy z Guthalsem. On jednak od mojej
opowieści bardziej zdawał się cenić sobie rozmowę z Hildą i w ogóle okazał się
nią w tak miły sposób oczarowany, że miałem z tego niezły ubaw.
Na koniec usadowili się oboje przed
fortepianem i zagrali na cztery ręce Beethovena, muszę przyznać, że w ich grze
było wiele uczucia. Zaczynałem kochać Knarcha na nowo.
Tak więc wszystko było w najlepszym
porządku.
Już nazajutrz rano po jego wizycie w
galerii ukazał się artykuł i w rzeczy samej była to wygrana bitwa. Mam go tu
przed sobą, a brzmi on dosłownie tak:
Born odkrywa Feuerbacha
Młody marszand Vincenz Josua Born,
który na tych łamach był nieraz przedmiotem bardzo zasłużonych pochwał, jest o
krok od tego, by jednym posunięciem usadowić się na szczycie berlińskiego
świata sztuki.
Zawdzięczamy mu, jak sobie czytelnik
przypomni, owego nieśmiertelnego Laotsego na ośle, rzeźbę z drewna gruszy,
zdobiącą obecnie, jak słyszymy, salon w jakimś urzędzie. Zawdzięczamy mu owo
niezapomniane wrażenie, jakie na wszystkich miłośnikach sztuki, którzy mieli
szczęście ją oglądać, wywarła barokowa kaplica Corba. Teraz zaskakuje nas
odkryciem wyjątkowym w naszych czasach, a mianowicie ośmioma nieznanymi
Feuerbachami, które wraz z listami artysty odnalazł w południowych Niemczech.
Tym sposobem wyrasta Born dalece ponad
miarę zwykłego handlarza sztuką. Staje się badaczem i znalazcą, odkrywcą,
jakiego nie mieliśmy w Niemczech od czasów Bodego.
Nasza wiedza na temat genialnego
Feuerbacha zostaje oto genialnie wzbogacona. Zagłębiamy się w tajemnice tego
mistrza i już dziś możemy sądzić, że powołany jest on, by stać się lśniącym
punktem centralnym na mapie niemieckiej sztuki zeszłego stulecia.
Na czele postawiłbym wielkoformatowy
obraz, który Born zapewne słusznie opatrzył tytułem Homer na ruinach Troi. Patrzymy na gruzy Ilionu. Wielki bój o
twierdzę Priamową, zdaje się, właśnie dobiegł końca. Z zawalonych świątyń
wydobywają się jeszcze smugi dymu, niczym po złożeniu ofiar całopalnych,
mających ostatecznie uśmierzyć gniew niebios. Na ziemi leżą porozrzucane
pancerze, miecze, nagolenniki, a po prawej na pierwszym planie spoczywa
wspaniała okrągła tarcza z brązu w reliefie wypukłym, istna tarcza Achillesa. Kolumny
są przewrócone. Strzaskane leżą wizerunki bogów. Wielkie granatowe niebo
sklepia się nad tym obrazem zniszczenia aż po brzeg odległego morza, gdzie
niegdyś Achajów groźne zastępy zbudowały miasto namiotów.
Na zawalonym ołtarzu stoi Homer:
wysoki, ślepy, siwowłosy starzec. Gest jego prawej ręki jest nie do opisania:
unosi ponad pobojowiskiem dziewięciostrunową kitarę, jakby chciał zakląć w swej
lirze pieśń walki i zniszczenia, podczas gdy lewą przeciąga po ślepych oczach.
Takie mistrzostwo jest niedosiężne. A
nawet jeżeli przyznamy, że Feuerbachowi często było ono dane, to tu przeszedł
samego siebie. Nie waham się nazwać tego Homera jego arcydziełem.
Moc intuicji, oszałamiająca tonacja
barwna, rzadko u Feuerbacha osiągająca taką harmonię, wielkość postaci ślepego barda,
zawieszony horyzont, plastyczność obiektów, a przy tym ich malarski urok –
gdzież jeszcze to znajdziemy?
Rzut oka na warsztat malarza
umożliwiają nam cztery szkice do obrazu przedstawiającego bitwę galijską. Tu
możemy podziwiać niezmordowane studium ludzkiego ciała, wybitny rysunkowy
talent artysty. Jest hańbą jego stulecia to, że nie udostępniło mu ścian
jakiegoś koloseum, by je pokrył czarownymi freskami. To, że musiał umrzeć
niemalże w zapomnieniu i znaleźć ostatnie miejsce spoczynku w mieście Dürera,
Kraffta, Stossa, Pirkheimera.
Co można powiedzieć o dwóch portretach?
Jeden z nich przedstawia ukochaną macochę artysty, Henriette, drugi rzymskiego
żebraka.
I jak by się nie ceniło Leibla czy
Thomasa Antlitza, to Feuerbach dorównuje im, a wręcz myślę, że ich przewyższa.
O szkicu do Koncertu tylko słowo: wydaje mi się lepszy i bardziej znaczący od
ukończonego obrazu, który wisi w Karlsruhe i znany jest przecież na całym
świecie. W szkicu mistrz ogranicza się do trzech postaci, które tak uroczo
komponuje, że podziwiamy, jak w nowy i zaskakujący sposób ożywia klasyczny
statyczny motyw trzech gracji.
Z uwagi na duże zainteresowanie, jakie
wzbudzają nowo odkryte obrazy, zamieścimy ich reprodukcje w najbliższym wydaniu
naszego dodatku ilustrowanego.
Każdemu jednak, komu zależy na czymś
więcej niż na realizacji potrzeb edukacyjnych, kto chciałby kiedyś stanąć oko w
oko z geniuszem, radzimy odwiedzić „Klejnot” Borna przy Kurfürstendammie. Nie
chodzi tu o kwestię artystyczną, ale o zagadnienie niemieckiego i europejskiego
ducha w ogólności. Pruska administracja kulturalna ma niewątpliwy obowiązek
związać ze sobą artystyczny potencjał, jaki reprezentuje pan Born, i powierzyć
mu godne go zadania. Co więcej, państwo pruskie winno zakupić osiem nowych
Feuerbachów i stworzyć w ten sposób podwaliny galerii mistrza, której będą nam
zazdrościć Monachium, Norymberga i Karlsruhe.
Knarch
Ten artykuł podziałał jak bomba
zapalająca. W ciągu kilku dni cała niemiecka prasa rozgorzała jasnym
płomieniem.
Czasopisma artystyczne i główne
zagraniczne dzienniki wysłały specjalnych korespondentów.
Godzinami na wystawie tłoczyli się,
dokumentując obrazy, fotografowie pism ilustrowanych i kamerzyści kroniki
filmowej.
Berlińska rozgłośnia radiowa nadała
reportaż, dzięki któremu bajeczną historię poznały dziesiątki tysięcy
słuchaczy. Sam musiałem powiedzieć parę słów do mikrofonu.
Moje zdjęcie było wszędzie, w
dziennikach, w kinie, w żurnalach.
Na moim biurku dzień w dzień wyrastała
istna góra wizytówek i wieczór w wieczór była usuwana.
Kilka towarzystw miłośników sztuki
nadało mi honorowe członkostwo.
Odwiedzali mnie liczni uczeni, badacze
i malarze. Musiałem ściskać im dłonie, przyjmować ich życzenia sukcesu,
przełykać ich pochlebstwa.
Czułem się jak prezydent Stanów
Zjednoczonych w Nowy Rok.
Aleppo trzymał się skromnie w tle.
Czwartego dnia po artykule Knarcha
pojawił się w godzinach południowych sekretarz stanu Geyer ze świtą, między
innymi ze znanym historykiem sztuki profesorem doktorem Sackmannem.
Sackmann, wysoki, kościsty mężczyzna w
zielonym lodenowym płaszczu, bardziej przypominający Anglika w podróży niż
pruskiego profesora sztuki, jął wnikliwie badać obrazy i szkice. Ja tymczasem
zamknąłem główne drzwi i kazałem nikogo nie wpuszczać. Sprawdził warstwę
malarską, drewno, karton. Wziął nazwiska i daty pod lupę i opukał wszystko od
przodu i od tyłu. Na koniec ogłosił ze spokojem rzymskiego senatora: Panie
sekretarzu, uważam te dzieła za niewątpliwie autentyczne.
A czy ktoś w to w ogóle wątpił?
zaoponowałem.
Nigdy nie wiadomo, panie Born, rzekł
Sackmann. W dzisiejszych czasach wszystko jest możliwe. Ale bez obaw, to są autentyki.
– Następnie sekretarz stanu odciągnął mnie na bok i zapytał o cenę. Wyjrzałem
przez okno i odpowiedziałem prosto i spokojnie: Panie sekretarzu stanu, dla obu
stron niezobowiązująco: pół miliona.
Uniósł brwi dość wysoko i schował swe
wielkie rzeźnickie ręce do kieszeni spodni.
Bałem się, że lada chwila puszczą
wszystkie szwy jego opiętego garnituru.
Pół miliona, rzekł. A po ile oddałby
pan poszczególne sztuki? Pan minister, mój szef, zainteresował się zwłaszcza
obrazem z ruinami.
Panie sekretarzu stanu, odparłem, muszę
od razu zaznaczyć, że sprzedaję zbiór wyłącznie w całości. Powinienem panu
pokazać również te listy.
Jeden był z Pinakoteki monachijskiej, która
usilnie prosiła o kontakt, jest bowiem zainteresowana obrazami i gotowa je kupić
po każdej w miarę przystępnej cenie.
Drugi był z Zurychu, od dużego
międzynarodowego konsorcjum antykwarycznego. Zapowiadali rychłą wizytę i
radzili, bym nie podejmował ostatecznych decyzji przed zapoznaniem się z ich
ofertą.
Sekretarz stanu zakołysał się parę razy
w kolanach, po czym wyciągnął ogromne cygaro, którego końcówkę po prostu
odgryzł i wypluł na podłogę.
On: Proszę pana, drogi Born, wie pan,
że jestem pańskim przyjacielem. To ja kupiłem wtedy od pana tego osła. Proszę
zatem poczekać dwa czy trzy dni. Porozmawiam zaraz z moim szefem i dostanie pan
wiadomość możliwie najszybciej. Nie będzie pan robił trudności, prawda?
Ja: Ależ skąd, panie sekretarzu stanu.
Czekam, tak jak pan mówi, trzy dni na pańską ofertę i jeżeli nie będzie
znacznie odbiegała od innych, to mamy sprawę załatwioną.
On: Doskonale! Moi panowie, allons, no i do widzenia, drogi Born.
Byłem tego wieczora jak upojony. Wszystko
kwitło wokół mnie w oszałamiających barwach. Szedłem ulicami z uwzniośloną
duszą niczym attycki tancerz. Tym razem wzgardziłem autem. Chciałem doświadczyć
błogości marszu, spaceru, tańca. Musiałem dać jakiś wyraz mej euforii.
Pół miliona, z czego połowa dla mnie.
Minus pięćdziesiąt tysięcy równa się dwieście tysięcy netto. Byłem o krok od
zostania milionerem. Długów już nie miałem.
Moje nazwisko było teraz znane w całej
Europie. Otwierały się przede mną niewyobrażalne perspektywy. Bogactwo,
szczęście, szacunek były w zasięgu ręki i czekały na mnie.
Nic dziwnego, że byłem pijany
szczęściem, że ciągle zderzałem się tego wieczora z przechodniami, potrącałem
starszych panów i wpadałem dziewczętom prosto w objęcia. Mógłbym ich wszystkich
uściskać, wszystkich ucałować, wszystkich chcieć zaprosić na wystawną kolację.
Dwieście tysięcy – co za to można by
mieć! Piętnaście aut, tam gdzie teraz śmigało jedno, piętnaście ich – cała
lśniąca flota samochodowa, którą miałem wielką ochotę dowodzić jako admirał.
Bibliotekę, w porównaniu z którą ta tutaj księgarnia była nędznym kadłubkiem,
salę pełną regałów, wypełnioną aż po sufit książkami i albumami. Rozważałem już
system ich katalogowania i tak mnie to pochłonęło, że nieomal staranowałem
uroczą młodą damę. Pardon, rzekłem ze śmiechem, uchyliłem kapelusza i ruszyłem
w podskokach dalej.
Tak, i co dalej? Za dwieście tysięcy! Harem
mógłbym sobie kupić, cały pałac bajecznych odalisek i bajader, gdzie
siedziałbym cały dzień na otomanie i sączył mokkę, albo przechadzał się po
ogrodzie i podlewał kwiaty. I tancerki powinny być wokół mnie.
Próbuję ułożyć wiersz w stylu Arno Holza:
Mój pałac
nie będzie miał sobie równych
od Jipangu aż po słupy Heraklesa
Kararyjski marmur
zda się
na fundament parkowego muru
Reszta
jednak
będzie z onyksu i lapis-lazuli
ze złota, kości słoniowej i purpury
Taki ma być
I
cały świat
będzie mnie nazywał
człowiekiem
dla którego nawet marmur jest
pospolitym kamieniem
Ach
mój lśniący pałac!
Dopiero późnym wieczorem dotarłem do
domu. W dużej sali Knarch pił z Hildą rosyjską herbatę. Gdy ujrzałem ich
siedzących w wielkim pomieszczeniu, w którym prawie się gubili, zostałem przy
drzwiach i wyrecytowałem patetycznie:
I
cały świat
będzie mnie nazywał
człowiekiem
dla którego nawet marmur jest
pospolitym kamieniem.
Roześmiali się oboje, życzyli mi wiele
szczęścia, a Knarch raz po raz unosił kciuk do góry i powtarzał: Semper fauste! Semper fauste! Piliśmy i
bawili się tej nocy tak, że było to sztuką samą w sobie. Na zewnątrz padał
ulewny deszcz, który niczym srebrny perłowy welon ukrywał nasze hulanki przed
gwiazdami i swym dudnieniem o parkowe ścieżki przygrywał imprezie jak werbel.
Jeszcze słyszę ten brzęk i szum. –
Nazajutrz przyszedł do mnie Mara – ten sam, który opowiedział nam wtedy ową
fantastyczną rosyjską legendę – i przedstawił rzecz następującą: pracuje dla
grupy amerykańskich muzeów. Proponuje za osiem Feuerbachów ćwierć miliona
dolarów.
Nie wstając zza biurka, poprosiłem go o
papierosa. Gdy chciałem wyciągnąć swoje, zauważyłem, że dłonie odrobinę mi się
trzęsą.
Chwyciłem ołówek i pomnożyłem dwieście
pięćdziesiąt tysięcy przez cztery i dwie dziesiąte. Wynik zatańczył mi przed
oczami niby sala taneczna, która zaczyna wirować, gdy się wypiło dziesięć
Cordial-Medoców.
Mam podobne oferty, rzekłem spokojnie.
Jeszcze teraz dziwię się swojej zimnej krwi. Zechce pan pofatygować się tu
ponownie wieczorem?
Mara wstał i poszedł.
Zostałem za biurkiem i spryskałem sobie
kamizelkę odrobiną Eau de Cologne.
Potem zapełniłem cały arkusz papieru
liczbami, pisząc stale tylko tę jedną: 1 050 000.
Jest to liczba siedmiocyfrowa.
Weszła Hilda i przyniosła mi najświeższą
pocztę. Był tam list od Renaty. Z promiennym entuzjazmem opisywała, jaki jestem
sławny w Wiedniu. Jest ze mnie dumna. Wszyscy ją zaczepiają i pytają, czy
słynny Born w Berlinie, Born od Feuerbacha, to jej brat. Przyjeżdża w połowie
grudnia.
Odłożyłem list obojętnie i dalej
pisałem liczby. Gdyby Mara dał trzysta tysięcy dolarów, to wyszłoby
1 260 000.
Weszła Hilda i zaanonsowała człowieka,
który chce ze mną porozmawiać. Jak się nazywa? – Tego nie powiedział. – Kazałem
prosić.
Drzwi się otwierają i wchodzi dość
wiekowy mężczyzna, ubrany ze sfatygowaną elegancją. Siwe włosy tworzą czuprynę
przypominającą dziko rozrośnięty krzew. Sięgam po portmonetkę i chcę mu dać
jałmużnę.
Nie, mówi on, nie chcę jałmużny. Chcę
sprawiedliwości.
Ja: Nie rozumiem pana, jakiej
sprawiedliwości? Proszę na chwilę usiąść. Mam bardzo niewiele czasu.
On: Ja również. Chcę sprawiedliwości,
rozumie pan?
Ja: Niestety nie rozumiem pana wcale.
Kim pan właściwie jest?
On: Nazywam się Guthals.
Ja: Guthals? To nazwisko brzmi mi bardzo
znajomo.
On: Też tak myślę. Musiał mnie pan
właściwie poznać.
Ja: Guthals, Guthals? Jest pan pewnie
tym malarzem z Donaueschingen, od którego kupiliśmy Feuerbachy?
On: Zgadza się, mój panie.
Ja: No i?
On: Czy ma pan może sznapsa i
papierosa?
Ja: Proszę. A tu jest też sznaps.
On: Tak się łatwiej prowadzi interesy.
Ja: Nie pojmuję – jakie interesy?
On: Ależ, ależ, drogi panie, ja jestem
w potrzebie.
Ja: Tak, ale przecież właśnie dostał
pan swoje pieniądze.
On: To za mało. Słyszałem, że dobrze
pan zarobił na moich obrazach.
Ja: Wcale nie myślę dawać panu, mój
najlepszy, więcej niż było uzgodnione. Dostał pan swoje pieniądze. Reszta to
moja sprawa.
On: Tak pan mówi?
Ja: Ze wszech miar.
On: Jest pan wszak w błędzie.
Ja: Jak to?
On: Nie będzie pan robił żadnych
interesów.
Ja: Nie pojmuję.
On: Feuerbachy mianowicie nie są
prawdziwe.
Ja: ?
On: Ja je namalowałem. Nazywam się
Guthals. Napiję się jeszcze łyczek, jeżeli pan pozwoli.
Ja: Pan namalował Feuerbachy?
On: Poczekam do jutra do południa.
Wtedy ma na tym stole leżeć pięćdziesiąt tysięcy marek. W przeciwnym razie
jutro po południu cały Berlin dowie się, że Vincenz Josua Born ma podrobione
Feuerbachy. Widzi pan, szanowny panie, ja nie mam nic do stracenia, pan ma do
stracenia wszystko. Chcę tylko odrobinę na życie. Pan przecież wciąż dużo
zarabia.
Ja: Feuerbachy są oczywiście
autentyczne. Zgłoszę pana na policję jako szantażystę.
On: Jak pan sobie życzy. Ja mogę w
każdej chwili udowodnić, że są mojego autorstwa.
Ja: Wie pan, kim pan jest?
On: To mnie mało interesuje. Jestem
ubogim starym człowiekiem, który zarabia na życie pracą własnych rąk. A zatem
do widzenia, panie Born, do jutra do południa.
I łajdak poszedł. Zostawił w
pomieszczeniu niewysłowiony odór pospolitości.
Kwadrans siedziałem na krześle, nie
poruszając się. Miałem groteskową wizję: że siedzę na krześle elektrycznym i
powoli umieram.
Wreszcie odetchnąłem głęboko, zerwałem
energicznie więzy otępienia i kajdany desperacji i zadzwoniłem do Aleppa.
Odebrała pokojówka.
Gdzie jest pan radca?
Pan radca pojechał dziś rano pociągiem
do Lipska.
Kiedy wraca?
To nie jest pewne. Być może dzisiaj w
nocy, być może dopiero jutro rano. Pan radca nie dał żadnych konkretnych
wskazówek.
Wie pani, gdzie jest w Lipsku?
Tego niestety nie wiem.
Czy można rozmawiać z łaskawą panią?
Nie, łaskawa pani również pojechała.
Dziękuję!
Proszę!
Opadłem z powrotem na krzesło i gapiłem
się przed siebie.
Potem dałem Hildzie kilka poleceń,
odwołałem wieczorną wizytę Mary i poszedłem.
Na zewnątrz siąpił lekki, świetlisty
kapuśniaczek, który kiedyś wprawiał mnie w zachwyt. Dzisiaj nie widziałem go i
nie odczuwałem. Musiałem tylko co jakiś czas przecierać szkła okularów. Szedłem
ulicami bez celu. Nigdzie nie doświadczy się takiej samotności i pustki jak w
wielkim mieście.
Wszystko ociekało wodą. Złapałem się na
tym, że idę krawężnikiem, śledząc gulgoczące strumyki uchodzące do brudnych
rynsztoków. Przypominam sobie, że lubiłem tę zabawę już jako dzieciak.
Zdawało mi się, że popadam w coraz
głębszą beznadzieję. Szare wstęgu deszczu stężały i ulice robiły się coraz
pustsze. Na którymś rogu sunące bezszelestnie po mokrym asfalcie auto ochlapało
mnie od stóp do głów fontanną brudnej wody.
Skręciłem w ciągnącą się bez końca
ulicę, która obsadzona była drzewami. Zacząłem je liczyć, tak jak często
robiliśmy to jako żołnierze, gdy gdzieś w Rosji musieliśmy niemożliwie długo
maszerować jakąś drogą.
Przerażał mnie ogrom bezświetlnego
dnia. Musiałem trzymać się tego, co uchwytne, nawet jeżeli było to pozbawione
sensu.
Włócząc się tak, zaszedłem do małej Kaffee, jak to się nazywa w Berlinie.
Usadowiłem się przy oknie i obserwowałem liczne srebrzyste krople, które
ściekały po gładkim szkle, prześcigały inne, łączyły się z nimi, by wreszcie
spłynąć niby kaskadą.
Kelnerka przyniosła czekoladę i
uśmiechnęła się do mnie.
Wtedy właściwie po raz pierwszy
oprzytomniałem. Ten uśmiech nieznanej kobiety wydobył mnie z głębin zadumy.
Poprosiłem ją o gazetę z ogłoszeniami.
Potem powiedziałem do siebie, jakbym zwracał się do kogoś obcego: Born, musisz
myśleć zwięźle, jasno, logicznie. Jeżeli chcesz, możesz przedstawić swe wnioski
graficznie. Wiem, że lubisz ten typ wyjaśnień.
A zatem co się właściwie wydarzyło?
Fakt: autentyczność obrazów została podana w wątpliwość. Dobrze. Co z tego
wynika? Pierwsza możliwość: że twierdzenie to jest prawdziwe, druga: że jest
fałszywe. Weźmy ten drugi przypadek: obrazy są autentyczne. Co wtedy? Duży
interes można robić. Ten Guthals to podły szantażysta, który oszukał mnie
pistoletem-zabawką. Świetnie. Istnieje wszelako możliwość, że z zazdrości albo
kto wie czego rozpuści plotkę. Efekt: długie dochodzenia, głupie komentarze,
kupcy nabiorą nieufności. Co zatem robić? Szybko sprzedawać! Sprzedać do jutra
do południa, a faceta przekazać policji, unieszkodliwić. Świetnie. Kto kupi tak
szybko? Odpowiedź: dać ultimatum Marze, Geyerowi, Monachium, Zurychowi.
Negocjować natychmiast z wszystkimi czterema. Telegramy.
Odetchnąłem z ulgą. To zatem był
pierwszy ciąg myślowy. Czy zawiera jakiś błąd logiczny? Nie. Założenie wstępne:
obrazy są autentyczne. Dowód? Opinia Sackmanna, wyrażona przy świadkach. Mogłem
oczywiście kazać dać sobie coś na papierze. Trzeba to nadrobić. Wizyta u
Sackmanna. Bez względu na okoliczności wydobyć od niego opinię na piśmie.
Dobrze, a zatem konieczne dwie rzeczy:
telegramy i wizyta u Sackmanna. Obie jeszcze dzisiaj, najlepiej zaraz.
Pospiesznie dopijam czekoladę i
zamawiam następną. W niecałą godzinę wypaliłem dziesięć papierosów.
Drugi ciąg myślowy: obrazy są istotnie
nieautentyczne. Co wtedy robić? Iść na policję, Guthalsa jutro w południe
aresztować i kazać zabezpieczyć moje pięćdziesiąt tysięcy. A wtedy? Wtedy twoja
sława, drogi Born, pryska jak lśniąca bańka mydlana. Niby będą ci współczuć,
ale za plecami będą się z ciebie śmiać. Marszand nie może dać się oszukać. Po
co innego jest marszandem? A Sackmann? On nie ma nic do stracenia, a ty
wszystko. Kto wtedy coś od ciebie kupi? Taki blamaż. I może zbiegną się
brukowce i zaczną złośliwie dowcipkować: Kto wie, czy Laotse był autentyczny, a
kaplicę Corba trzeba natychmiast prześwietlić. Na niebiosa! Otacza mnie istne
panoptikum wstrętnych mord. Wtedy moją reputację diabli biorą. Tacy są ludzie! Niegodziwość
wybaczają prędzej niźli głupotę. Śmiech zabija skuteczniej niż jakakolwiek inna
broń. Wtedy już po twoim klejnocie, drogi Born, bierz tobołek i w drogę!
Ponuro gapiłem się na smętne strugi
deszczu. Nagle przyszła mi do głowy szalona myśl: załóżmy, że obrazy są
fałszywe, a ty i tak je sprzedajesz! Sprzedajesz je do jutra do południa,
dajesz facetowi jego pieniądze i gdzieś go wysyłasz, do Paryża, Ameryki czy
gdziekolwiek. Pozwalasz, by sprawa przycichła.
Czy byłoby to przestępstwo? Prostactwo
na pewno. Ale byłbym uratowany.
Znowu robi się wokół mnie jaśniej. W
każdym razie musisz sprzedać do jutra do południa. Facetowi dajesz jego
pieniądze i wysyłasz gdzieś daleko. Dajesz mu sto tysięcy i stawiasz warunek,
by nigdy nie wracał do Niemiec. Jak to przeprowadzić? Zatrudnić detektywa.
Dobrze. Punkt pierwsze: telegramy, punkt drugi: Sackmann, punkt trzeci:
detektyw.
Ale – szepce mi za uchem zły duch – czy
szantażysta będzie zawsze milczał? Czy przez całe życie nie będzie stał ci za
plecami jak cień? Czy twoje wino nie będzie zatrute, twój ogród upiorny, a godziny
rano i wieczorem, gdy przychodzi poczta, czy nie staną się okrutną męczarnią?
Pocę się wszystkimi porami. Jest
nieznośnie gorąco. Wciąż umiem bystro myśleć. Czy powinno się sprzedawać
rzeczy, o których się na pewno nie wie, czy są prawdziwe? Czy tak powinien
postępować uczciwy kupiec? Co powiedziałby na to twój ojciec, człowiek
powszechnie szanowany? „Uczciwość to najlepsza polityka” widniałoby na każdym
pucharze, z którego pijesz, w każdym pokoju, w którym mieszkasz, nawet w snach
widziałbyś wymalowane te straszne słowa. Co zatem robić?
Kolejna myśl przelatuje mi przez głowę,
która pracuje z prędkością motoru. Trzeba zapytać Aleppa. Bezwarunkowo trzeba
porozmawiać z Aleppem. Czy facet był też u niego? Aleppo jest cwany, znajdzie
jakieś wyjście. Może być w domu jeszcze dzisiaj wieczorem, powiedziała
pokojówka. Muszę na niego poczekać, nie mogę nic przedsiębrać, dopóki go tu nie
ma. Można by też zasięgnąć rady jego notariusza, tego Brülla, który powinien
być doświadczonym adwokatem. Całkiem niewątpliwie co trzy głowy to nie jedna. Szkoda,
że Aleppa tu nie ma. Facet chce pieniądze do jutra do południa. Może udałoby
się odwlec. Ale skąd wziąć pieniądze? Ja nie mam już nic.
Zamawiam trzecią czekoladę. I znowu
szepce mi za uchem zły duch, który mnie prześladuje jak szerszeń spoconego
konia: A jeżeli Aleppo i Guthals działają razem? Czy Knarch nie powiedział kiedyś
o Aleppie: Jemu można rękę podać tylko w rękawiczce? Nie znoszą się wzajemnie.
Być może Knarch przesadza. Aleppo to nie wzór cnót, ale mam go za uczciwego,
nawet jeżeli nieco ryzykanckiego kupca.
Tak, więc dlaczego sam nie kupił
obrazów? podszeptuje mi znowu zły duch. Czy naprawdę można uwierzyć, że nie
zdołał zebrać pięćdziesięciu tysięcy? Radca handlowy? Mógł zastawić swoje
Cezanne’y i Manety, wziąć pod nie pożyczkę. Czy wolał posłużyć się mną, bo
wielu ludzi myśli, że ręce ma nie do końca czyste?
Czy działa w zmowie z tym Guthalsem?
Chce mnie zrujnować? Zrobiłem mu coś złego? Jest o mnie zazdrosny? Jakoś mu
zawadzam?
Niemożliwe! Byłby istotnie łajdakiem,
gdyby chciał mnie wykończyć w tak pospolity sposób. Strząsam z siebie
szerszenia podejrzeń, a on odlatuje, brzęcząc, w ponury dzień. Wciąż pada. Jest
to deszcz, który wygląda, jakby miał nigdy nie ustać.
Na kartce nic jeszcze nie zapisałem.
A zatem:
Po pierwsze: Rozmówić się z Aleppem i
Brüllem.
Po drugie: Wysłać telegramy.
Po trzecie: Odwiedzić Sackmanna.
Siedzę jeszcze pół godziny, jakbym na
coś czekał. Nie wiem na co. Sprawa wydaje mi się coraz bardziej niejasna. Moje
myśli wypisane są na frydze, która kręci mi się nieustannie w głowie, wprawiana
w ruch rzemieniem przez wstrętnego i szatańskiego ducha.
Czy w ogóle musiałem robić ten interes
z Aleppem? Czy w ogóle musiałem przyjeżdżać do tego przeklętego miasta?
Podnoszę się wreszcie, płacę i niepewnym krokiem wychodzę z powrotem na deszcz.
Na którymś rogu napotykam urząd pocztowy. Wysyłam cztery telegramy: do Geyera,
Mary, do Zurychu i do Monachium. Dosłownie: Proszę do jutra do 9 rano podać
wiążącą dla Państwa cenę. Born.
Idę dalej. Czy to już było karalne? Czy
już wpadłem w którąś z pułapek kodeksu karnego? Cała moja nadzieja w
Sackmannie. Muszę powołać się na Sackmanna.
Stoję przed kościołem. Leje jak z
cebra. Płaszcz przemókł mi na wskroś. Marznę. Wchodzę do środka, by się nieco
uspokoić.
Jest to neogotycka budowla pełna
uroczych okropieństw. Siadam w ostatniej ławce.
W bocznej nawie na prawo ode mnie
dzieci stoją w kolejce do konfesjonału, który ma zaciągniętą ciemną zasłonkę.
Można by się nie domyślić, że w środku ktoś siedzi, gdyby nie dłoń spoczywająca
na parapecie drzwiczek, zacna, szczupła, kapłańska dłoń.
I gdy ją widzę, nachodzi mnie nagle
nieodparta chęć podzielenia się z kimś moją niedolą. Z kimkolwiek, z człowiekiem,
który ust nie kala. Nie chcę się spowiadać, chcę się jedynie zwierzyć i może
pocieszyć.
Jak by to musiało być? Gapię się jak
urzeczony na białą dłoń spoczywającą na ciemnym parapecie. Do kogo może
należeć? Wygląda tak, jakby się znała na dobrej radzie, na łagodnym słowie
pocieszenia.
Wstaję i ustawiam się za dziećmi na
końcu kolejki. Wszystkie się odwracają i patrzą na mnie bardzo przestraszone. Może
boją się, że widać po nich ich błahe dziecięce grzechy.
Gdyby dało się znowu być dzieckiem. Jak
wtedy, gdy chodziłem z rodzicami do kościoła krzyżowców, który stoi przy Moście
Karola. Na zewnątrz deszcz bębni w łupkowy dach. Woda ściekająca mi z płaszcza
utworzyła niewielką kałużę na kamiennych płytach posadzki.
Sackmann, przelatuje mi nagle przez
głowę. Bezwarunkowo jeszcze dzisiaj musisz pomówić z Sackmannem. Odwracam się i
pospiesznie wychodzę z kościoła.
Wchodzę do trafiki, proszę o księgę
adresową i ustalam jego adres. Mieszka przy Kupfergraben.
Czterdzieści minut później, już się
ściemnia, stoję przed małym, starym, eleganckim domem i ciągnę za mosiężny
dzwonek. Otwiera mi starsza dama, zapewne jego matka. Czy można rozmawiać z
panem profesorem? Niestety, pan profesor wyjechał dziś rano na kongres do
Kolonii.
Znowu stoję na ulicy w smętnym deszczu.
Dzwonię jeszcze raz do Aleppa. Wciąż jeszcze nie wrócił. Pociąg z Lipska
przyjeżdża około dziesiątej. Będę warował mu na progu.
Idę zjeść coś na kolację. Obojętnie
odsuwam jednak niemal nietknięte talerze. Idę Friedrichstrasse. Ogarnęła mnie
głęboka obojętność. Niech się dzieje co chce! Zagadują mnie tuziny ulicznych
dziewcząt. Mijam je obojętnie. Posykują za mną spod ociekających parasoli.
Skręcam w prawo w Leipziger Strasse. Deszcz
nieoczekiwanie ustał. Ciemne, strzępiaste chmury tłoczą się na niebie. Jezdnie
są jak lustra. Przede mną idzie jakaś kobieta. Odruchowo kieruję się za nią. Muszę
coś zamierzać, o czymś myśleć, by nie oszaleć. Idę za nią. Przy Leipziger Platz
ogląda kilka witryn w Wertheimie. Ustawiam się w pobliżu. Zerka na mnie z
ukosa. Zauważam, że jest bardzo ładna.
Idzie dalej, skręca przez plac i
kieruje się ku Tiergarten.
Wkraczamy w ciemny tunel cieni
rzucanych przez drzewa. Ziemia jest kleista i rozmiękła. Raz na jakiś czas
zimny promień lampy łukowej przecina mokrą gęstwinę.
Pod drzewami jest niemal ciepło.
Pachnie butwiejącymi liśćmi, jesienią i deszczem.
Dziewczyna usadawia się w pobliżu
jakiegoś pomnika, całkiem w cieniu. Widzę jej jaśniejące białe oblicze.
Siadam obok niej i mówię: Panienka to
pędzi jak ta burza. Prawie Nurmim zostałem, żeby dogonić.
Mój własny głos dźwięczy mi obco.
Dziewczyna śmieje się. Ma przyjemny, ciepły, żywy śmiech, który tkwi w głębi
gardła i wydobywa się nieco chichotliwy.
A kto kazał panu za mną iść? mówi.
Nabawi się pani wilka, siedząc na
mokrej ławce, odpowiadam. Proszę podejść tu bliżej i spocząć na moim płaszczu.
Podchodzi i przytula się do mnie. A
więc jest tylko małą ulicznicą. Ale gdy mocno ją obejmuję i czuję jej ciepło, jestem
nagle pocieszony.
Całuję ją. Prawie nie rozmawiamy. Po
długim, długim czasie ona mówi: Zimno mi. Nie chcesz pójść ze mną do jakiegoś
hotelu?
Zapalam papierosa i podczas krótkiego
rozbłysku zapałki ustalam, że jest za kwadrans dziesiąta. Myślę o Aleppie i
cały sen tej godziny zapomnienia znika. Znowu czuję, jak potwór chwyta mnie za
głowę żelaznymi łapami i powoli ściska.
Mówię: Nie mogę niestety iść z tobą,
panienko. Masz tu mojego papierosa i dam ci też trochę pieniędzy. Podejdź ze
mną do latarni!
Daję jej dziesięć marek i podaję rękę
na pożegnanie. Ona patrzy na mnie wielkimi oczami i mówi wreszcie: Jesteś
pewnie bardzo nieszczęśliwy…
Te słowa uderzają we mnie z siłą
kataklizmu. Uliczna dziewczyna musi mnie pocieszać! Potem pisze mi na paczce
papierosów swój adres i mówi: Może kiedyś do mnie przyjdziesz, ty! I całuje
mnie.
Biegnę dalej. Wkrótce pochłaniają mnie
głębiny parku, ale wciąż słyszę to słowo: ty!
Było w tym słowie wszelkie pocieszenie,
wszelkie współczucie. To mówił człowiek do człowieka i oto, gdy myślę o tej
dziewczynie, łzy płyną mi do oczu – coś, czego nie zdołał dokonać ten wstrętny
dzień: Może kiedyś do mnie przyjdziesz, ty!
Kieruję się stopniowo z ciemności ku
wielkiej ulicy, gdzie mieszka Aleppo. Staję w cieniu drzew i obserwuję kutą
furtkę wejściową. W mieszkaniu na górze jest ciemno.
Mijają mnie rozpędzone auta, wiozące
wyfiokowane damy na ten czy inny bal. Asfalt błyszczy, jakby był z elastycznego
metalu.
Stałem tam godzinę. Potem zmęczony
pojechałem do domu i od razu padłem jak zabity.
Łaskawa pani ma się dobrze, rzekł Ecke,
pomagając mi zdjąć płaszcz.
Nazajutrz około ósmej rano zadzwoniłem
ponownie do Aleppa. Państwo jeszcze nie wrócili, poinformowała mnie pokojówka.
Zadzwoniłem do Brülla. Pan mecenas jest
na spotkaniu, powiedziała pokojówka.
Za kwadrans dziewiąta przyszły trzy
telegramy: Monachium zaoferowało dwieście siedemdziesiąt tysięcy marek, Zurych
dwieście dziewięćdziesiąt tysięcy, a wszystkich przebił Mara, proponując dwieście
sześćdziesiąt tysięcy dolarów. Zadzwoniłem do Geyera, który wyjaśnił, że z
ofertą Mary nie miałby szans konkurować. Dał mi wolną rękę i zapewnił o swym
poparciu.
Wszystko to wydarzyło się w krótkim
czasie. Odmówiłem Monachium i Zurychowi i zawezwałem Marę. Zawarliśmy umowę. Pieniądze,
w postaci czeków dolarowych, chciał wręczyć mi o szóstej wieczorem u mnie w
mieszkaniu.
Odetchnąłem z ulgą. Biła dwunasta, gdy
wszedł Guthals.
Czy mogę prosić o moje pieniądze,
powiedział.
Posadziłem go na krześle i wyjaśniłem,
że pieniądze może dostać dopiero o siódmej wieczorem. Nie mam ich przy sobie.
Poza tym dam mu podwójną sumę, jeżeli wyjedzie z Niemiec i zobowiąże się
pozostać przez dłuższy czas za granicą. Musi się do tego zobowiązać pisemnie.
Zastanowił się przez chwilę i rzekł: Pan
chce mi poderżnąć gardło.
Ja: Jak to? Prędzej miałbym wrażenie,
że to pan chce mi to uczynić.
On: Chcę moich pieniędzy!
Ja: Wyjaśniłem już, że może je pan
otrzymać u mnie o siódmej dziś wieczorem.
On: Ile zarobił pan na obrazach?
Ja: To moja sprawa. Poza tym nie są
jeszcze sprzedane.
On: Zabiorę je więc z powrotem.
Ja: To pan może, jeżeli mi pan odda
moje pięćdziesiąt tysięcy.
On: Proszę, oto one.
Facet wyciągnął przetłuszczony portfel
i podał mi plik tysiącmarkowych banknotów. Zostawiłem je na blacie stołu.
Ja: Dziękuję. Nie chcę tych pieniędzy.
Obrazy są moje.
On: Ponownie zwracam pańską uwagę na
fakt, że obrazy są sfałszowane.
Ja: To już pan mówił. Ma pan na to
jakieś dowody?
On: A jakże, na przykład mam świadków,
którzy widzieli, jak je malowałem.
Ja: Cóż to za ludzie?
On: Na przykład pan radca handlowy.
Ja: Jaki radca handlowy?
On: Jaki? Cóż za pytanie. Pan Aleppo,
pański wspólnik.
Ja: Kłamie pan naprawdę nikczemnie.
On: Jak to? Przecież Homera namalowałem
według jego wskazówek. A włoski żebrak to mój autoportret, wystarczy spojrzeć.
Ja: Przekażę pana policji jako
szantażystę.
On: Ja pana zadenuncjuję jako oszusta.
Na minutę zapadło ciężkie milczenie.
Ja: Czego chce pan ostatecznie?
On: Połowy czystego zysku. Chcę zobaczyć
umowę, którą pan zawrze. Chcę sprawiedliwości, a potem nie zobaczy mnie pan
więcej, daję słowo. Pojadę do Paryża.
Ja: Spotkajmy się dziś wieczorem u mnie
w domu.
On: Ile tego jest?
Ja: Dostaje pan połowę od całości,
dwieście sześćdziesiąt tysięcy. Netto połowę.
On: Kiepsko pan sprzedał te obrazy,
mówię panu. A zatem do siódmej, au revoir!
Facet poszedł. Zapaliłem papierosa i
rozważyłem, co teraz muszę zrobić: jeżeli obrazy są autentyczne, to dostanie
swoją judaszową zapłatę. Jeżeli są fałszywe, to uczciwie zarobił pieniądze.
Już około trzeciej Mara zabrał obrazy.
Spojrzałem jeszcze raz na rzymskiego żebraka. Był to niewątpliwie Guthals. Około
czwartej sala w galerii była ponownie wysprzątana, wypastowana i nieskazitelna
jak moja niegdysiejsza uczciwość.
Pojechałem do domu. Aleppa wciąż
jeszcze nie było. Właściwie nie miało już większego znaczenia, kiedy wróci.
Kości zostały rzucone, kamień toczył się. No to teraz, Born, semper fauste!
Około szóstej siedziałem w gabinecie i
czekałem na Marę. Rano chcieliśmy z Hildą jechać do Wiednia i dalej do Wenecji.
Nagle, jakby wyrośli spod ziemi,
stanęło przed biurkiem czterech mężczyzn. Przeraziłem się śmiertelnie.
Jest pan aresztowany, panie Born,
powiedział jeden z nich i przedstawił się jako komisarz policji kryminalnej.
Nie pozwolili mi pożegnać się z Hildą. Wsiadłem z nimi do dużego, ciemnego
samochodu, który zawiózł mnie do aresztu śledczego.
Jeszcze tego samego wieczora
przesłuchał mnie sędzia śledczy. Był to sympatyczny, stosunkowo młody mężczyzna,
który nazywał się doktor Eschenbaur.
Usadowił się naprzeciwko mnie i rzekł,
jakbyśmy rozmawiali o najzabawniejszej rzeczy pod słońcem: Panie Born, jest pan
oskarżony o to, że sprzedał pan pewne obrazy, wiedząc, że to falsyfikaty. Co
pan na to?
Ja: Kto wysunął przeciwko mnie to
oskarżenie?
On: Marszand nazwiskiem… moment… -
zajrzał do akt – nazwiskiem Mara.
Ja: I na czym je opiera?
On: Na zeznaniach malarza nazwiskiem
Guthals z Donaueschingen.
Ja: Kompletnie nic z tego nie pojmuję.
On: Chce pan złożyć w tej sprawie zeznanie?
Ja: Dziękuję, panie sędzio śledczy. Dzisiaj
nie myślę już nic zeznawać.
Zaprowadzono mnie do celi, gdzie
spędziłem niezapomnianą noc.
Rano przedstawiono mi sytuację bez
owijania w bawełnę. Sprawy wyglądały tak: Guthals istotnie sfałszował obrazy.
Aleppo wiedział o tym i chciał wykorzystać mnie i moje dobre imię, by je
spieniężyć. Wcześniej zainteresował nimi Marę, wiedząc, że ten reprezentuje
amerykańskie muzea. Przez pośredników, samemu pozostając w tle, skutecznie go
omotał. Ja miałem być przynętą.
Tu jednak wszedł mu w drogę Guthals.
Posłyszawszy coś o bajecznych cenach obrazów, stary fałszerz wykonał swój
manewr szantażysty, najpierw wobec Aleppa, a gdy ten zniknął, wobec mnie. Ode
mnie poszedł do Mary, który w południowych gazetach zdążył już donieść o
transakcji i ostatecznej cenie. Guthals zażądał od niego prowizji specjalnej.
Marze wydał się on bardzo podejrzany i ten przy trzecim kieliszku koniaku
wyciągnął z niego tajemnicę. Zaraz potem kazał aresztować mnie i Guthalsa i
wysłać list gończy za Aleppem.
Jeszcze tegoż wieczora Aleppo został
zatrzymany w Königstein nad Łabą i przewieziony do Berlina.
Aleppo przyznał się do wszystkiego. Był
złamanym człowiekiem. Włosy miał potargane, a strach spowodował, że spuchły mu
ręce. Sędzia śledczy zapytał go, czy wiedział coś o fałszerstwach i oto myślę, że
strzela we mnie grom z jasnego nieba, gdy przestępca wskazuje na mnie i woła:
Tak, pan Born o tym bardzo dobrze wiedział. Guthals namalował większość obrazów
na jego oczach.
Załamałem się i przez cały dzień nie
byłem w stanie brać udziału w czynnościach. Balansowałem między życiem i
śmiercią. Wysoka gorączka, do której w ogóle mam skłonność, trzęsła mną tak, że
lekarz nieraz bał się, czy w ogóle z tego wyjdę.
Tymczasem prasa w Berlinie i daleko
poza nim wypełniła się sensacyjnymi doniesieniami. Później dostałem zbiór
takich wycinków. Leżą teraz przede mną na hotelowym stoliku i wciąż ze mnie
szydzą, tak że oblewam się rumieńcem wstydu, choć przeczytałem je już tuzin
razy.
Jedna z gazeta pisała: Gigantyczny
szwindel z fałszywymi Feuerbachami! Mieszcząca się przy Kurfürstendammie znana
galeria „Klejnot” (Izba Sztuki Vincenz Josua Born), o której ostatnimi czasy
sporo pisano, wystawiła przed kilkoma dniami osiem rzekomo nowo odkrytych
Feuerbachów, które wzbudziły powszechny zachwyt. Jak się jednak właśnie
dowiedzieliśmy, chodzi tu o gigantyczny przekręt, który wczoraj wieczorem
został wykryty przez policję kryminalną. Wszystkie obrazy sfałszował malarz
nazwiskiem Guthals, a marszand Born wystawił je do dalszej sprzedaży.
Przebąkuje się, że w aferę zamieszane są jeszcze inne wpływowe osobistości
berlińskiego świata sztuki.
Inna donosiła: Skandal z Feuerbachem! Przekupstwa
i malwersacje, które wszędzie zatruwają nasze życie gospodarcze i polityczne,
są jak epidemia, która obejmuje teraz również te obszary, gdzie dotąd uczciwy
kupiec był normą. Naszą berlińską policję kryminalną zajmuje obecnie afera
fałszerska wielkich rozmiarów. Marszand Born, który przed kilkoma miesiącami
przeprowadził się tu z Wiednia, został wczoraj wieczorem zatrzymany i jak
słyszymy, zeznał już, że osiem obrazów Feuerbacha kazał sfałszować malarzowi
nazwiskiem Guthals, by je następnie z dużym zyskiem sprzedać do Ameryki.
Guthals jako kolejnego wspólnika
wskazał znanego marszanda radcę handlowego A., który wczoraj wieczorem
zatrzymany został w Bodenbach nad Łabą, gdy już miał przekraczać czeską
granicę. Reputacja Berlina jako miasta sztuki została poważnie nadszarpnięta.
Trudno pojąć, jak to możliwe, że na fałszerstwie nie poznali się nawet
wykwalifikowani eksperci.
Knarch wreszcie napisał:
Knarch blamuje?
Czytelnik przypomina sobie, że niedawno
opisywałem wystawę u V. J. Borna, gdzie można było oglądać osiem nowych
Feuerbachów. Teraz okazuje się, że obrazy te są sfałszowane. Aha. A zatem
powinno z tego wynikać, że Knarch jest wielkim osłem i ignorantem.
W rzeczywistości mogłaby tak rozumować
dżdżownica. To owadzia logika, w stosowaniu której z nienawistną życzliwością
lubują się moi przeciwnicy. Albowiem po pierwsze: Nie jest dowiedzione, czy
wszystkie obrazy są sfałszowane i jak dalece. Jest całkiem możliwe, że
rzeczywiście odnalezione rysunki zostały nieco podczyszczone, by się lepiej
sprzedały.
Po drugie: Obrazy oglądałem nie tylko
ja, który jestem zaledwie człowiekiem pióra, lecz oglądali je też fachowcy i
pozwalam sobie powiedzieć, że pewien wysokiej klasy specjalista – zastrzegam
sobie prawo do przytoczenia jego nazwiska w odpowiednim momencie – że otóż nawet
ten koryfeusz po wnikliwych oględzinach uznał obrazy za autentyczne. Jeżeli coś
może przytrafić się słoniowi, to dlaczego nie miałoby spotkać też płotki?
Po trzecie: Nie waham się wyjaśnić, iż
obrazy były namalowane w tak genialny sposób, że jeżeli naprawdę są
fałszerstwami, to miłośnicy sztuki winni się wspólnie zrzucić na stypendium dla
ich autora. Jego niezwykła umiejętność dostrojenia się do ducha innego geniusza
musiałaby – gdyby zastosował ją wobec samego siebie – zrodzić najwspanialsze
owoce. Wyjaśniam zatem raz jeszcze, że uważam rzeczone obrazy za cudowne i
arcydzielne, bez względu na to, czy ich autorem jest Feuerbach czy Guthals.
Konkludując: Uczciwiej jest dać się
zwieść cudzej urodzie niż własnej podłości. Pulchritudine
decipi honestius malitudine. A zatem jeżeli się myliłem, to dlatego że
wprowadzono mnie w błąd. Moi przeciwnicy wszakże zwodzą siebie i innych, gdy z
ukrycia ślą w moją stronę zatrute strzały. Oczywiście uznali Guthalsa nie za
Feuerbacha, a raczej za Stucka albo Mackarta.
Knarch
Nie chcę tu ponownie przeżywać tych
wszystkich okropnych rzeczy, które działy się w tych dniach i tygodniach.
Śledztwo trwało. Aleppo i Guthals złożyli zeznania, twierdząc, że wiedziałem o
fałszerstwach. Umowa było tylko na pozór.
Moja sytuacja była niewesoła. Ciągle
rozmawiałem z mym obrońcą o tym, co mogę zrobić, by dowieść swej niewinności.
I oto ratunek przyszedł z
nieoczekiwanej strony. Sędzia śledczy przesłuchał mianowicie samego Guthalsa na
okoliczność fałszerstw i na koniec zapytał go jakby mimochodem, gdzie malował
obrazy. – U Aleppa. – Jak długo? – Miesiącami. – Kiedy skończył? – Wiosną. – I
pan Born się temu przyglądał? – Tak, dawał mi też rady. – Aha. Ale mamy dowody,
że pan Born przybył do Berlina dopiero 12 sierpnia. Wcześniej studiował w
Wiedniu.
Guthals się skompromitował.
Potem przyszła kolej na Aleppa. On
twierdził, że obrazy były gotowe dopiero pod koniec października. Słowo stało
przeciw słowu. Sędzia śledczy przycisnął wtedy Guthalsa, który po
siedmiogodzinnym przesłuchaniu załamał się i wyznał, że to Aleppo kazał mu
kłamać. Mnie wcześniej nie znał. Teraz przyznał się też Aleppo, moja niewinność
była dowiedziona. Na domiar wszystkiego znalazło się też pokwitowanie na
pięćdziesiąt tysięcy marek, które dałem Aleppowi. Teraz odpowiadałem już z
wolnej stopy. Wszystkie gazety donosiły, choć nie tak wielkimi literami jak
wcześniej: Born niewinny! Born ofiarą cynicznego oszusta! Aleppo i Guthals
złożyli zeznania!
Po czterech dniach opuszczałem areszt
śledczy. Löper czekał przy wyjściu i ruszyliśmy w wieczorne miasto. Żaden z nas
nie mówił ani słowa.
Czułem się, jakbym wyszedł z piekła.
Zjedliśmy coś na kolację, a potem Löper poprosił, bym przenocował u niego. Ja
chciałem jechać do Hildy. Odwiódł mnie od tego, nie wolno mi ryzykować żadnych
dalszych silnych wzruszeń, mogę to zrobić jutro.
Nigdy nie zapomnę Löperowi jego
dobroci. Był jedynym, który wspierał mnie w tym czyśćcu.
Przeczytał mi kilka fragmentów stąd i z
owąd, tak dobranych, by pomóc mi się uspokoić, a potem pokazał mi plik
artykułów, które zamieściły o mnie wiodące gazety. Zostałem zrehabilitowany.
Pieniądze oczywiście zniknęły. Guthals twierdził, że od Aleppa takowych nigdy
nie dostał, a Aleppo przeznaczył je zapewne na spłatę długów, które były niczym
gigantyczna skarpa, grożąca, że w końcu nań runie.
Ja zostałem z niczym. Przepadły dwa
miesiące pracy.
Nazajutrz w południe, gdy Löper wyszedł
do pacjentów, oddaliłem się, chociaż prosił mnie, bym bez niego nigdzie się nie
wypuszczał. Wziąłem taksówkę i pojechałem na Kurfürstendamm.
Mojego „Klejnotu” już tam nie było. Srebrne
litery zerwano z fasady, a otwory po mocunkach zatynkowano. Musiałem oprzeć się
trochę o bramę naprzeciwko, czułem się, jakbym miał paść na miejscu.
Wreszcie wziąłem się w garść. Przekroczyłem
jezdnię i powoli i z wysiłkiem wszedłem po znajomych schodach. Na drzwiach
wisiał duży szyld: Westfalia – Ogólnoniemieckie Towarzystwo Ubezpieczeniowe
S.A. – Wszystkie rodzaje ubezpieczeń – Główne przedstawicielstwo w Berlinie: H.
S. Hammerschmidt.
W tejże chwili otworzyły się drzwi i
wybiegł goniec. Udałem, że nie znam budynku i wszedłem na piętro.
Jak zszedłem z powrotem, nie mam
pojęcia.
Powlokłem się do kafejki i siedziałem
tam z godzinę. W skroniach waliło mi jak młotem. Raz po raz spoglądałem na owe
dobrze znane okna, za którymi przeżyłem tyle rzeczy pięknych i tyle
przerażających. To było nie do pojęcia. Wreszcie podźwignąłem się, zawołałem
taksówkę i pojechałem do Grunewald.
Na mojej willi wisiała tabliczka z
obcym nazwiskiem. Wyeksmitowano mnie jak przestępcę z powodu nieopłaconego
czynszu. Gdzie może być Hilda?
W skąpym blasku listopadowego słońca
poszedłem do Knarcha. Zaprowadzono mnie do salonu, w którym niegdyś gawędziłem
z Evą von Aaagen. Wszystko było jak wtedy, jakby w międzyczasie nic nie zaszło.
Czekałem długo. Znudzony otworzyłem leżącą
na stoliku teczkę z fotografiami Knarcha. Były to wszystko stare zdjęcia, które
znałem. Już chciałem zamknąć teczkę, gdy pośród wielu odbitek natrafiłem na
kilka osobliwych, nowych dla mnie. Przedstawiały Hildę w ogrodzie Knarcha. I na
wszystkich była roześmiana.
Nagle wszystko stało się dla mnie
jasne. Pochłonął mnie huczący wir pełen przenikliwych dźwięków i odgłosów. Fantastyczne
monstra! Tonąłem i tonąłem, nie napotykając stopami dna. I nie mogę powiedzieć,
by było to uczucie bolesne. Miałem nadzieję, że w końcu spocznę w głębokim
rowie zapomnienia i będę tam długo, długo spał z zamkniętymi oczami.
Jednak obiektywnie rzecz biorąc, nie
mogło to wszystko trwać długo. Podniosłem się chwiejnie i z trudem, wziąłem
rzeczy i wyszedłem na ulicę, jak tamtego wieczora, gdy Mara opowiadał o Rosji.
Nie miałem już czego szukać w tym domu.
Co zatem jeszcze posiadałem? Pieniądze?
Nie. Mieszkanie? Nie. Hildę? Nie. Przyjaciół? Nie. A jednak – wiernego Löpera.
Teraz wszakże nie chciałem nikogo widzieć. Sprawdziłem zawartość portfela.
Zostały mi osiemdziesiąt dwie marki. Za to przeżyję kilka dni.
Pojechałem pociągiem na północ, do
Marchii, i wysiadłem na nieznanej stacyjce. Równie dobrze mogłaby to być
poprzednia albo następna.
Po kilku minutach dotarłem do sosnowego
zagajnika, pełnego już głębokich wieczornych cieni. Na polance stała łania i
wiodła za mną wzrokiem.
Potem doszedłem do wioski i wynająłem
pokój w jedynej gospodzie. Tu spędziłem dwa dni.
Nie robiłem nic poza spacerowaniem cały
dzień po sosnowych lasach, staniem na brzegu leśnych jeziorek i obserwowaniem
formacji chmur. Były to przyjemne dni. Miałem często poczucie, że jestem jakby
pod narkozą, z której muszę się przecież kiedyś wybudzić. Bałem się tego
wybudzenia. Starałem się nie myśleć o wszystkim, co się wydarzyło, i skupiać
wyłącznie na pięknym otoczeniu.
Drugiego wieczora, który tu spędziłem,
panował niesamowity nastrój. Niebo nad jeziorem zabarwiło się na jasnozielono,
a bliżej horyzontu świeciło bladym błękitem. Czerwone pnie sosen lśniły niczym rozżarzona
miedź, a tafla jeziora była właściwie bezbarwna, jak jasne lustro, nad którym
nic nie ma.
Jednak wysoko w przestworzach rybołów
zataczał swe majestatyczne kręgi. Ledwie było widać, jak porusza skrzydłami.
Unosił się w świetle, jakby zwisał z czubka nieba na jedwabnej nici, a sam Bóg
albo anioł kołysał nim w krąg jak pyszną zabawką.
Ten spektakl niesamowicie mnie
pochłonął. Było to jak szczególnego rodzaju przedstawienie. Nagle ciszę przerwał
krótki wystrzał. I z prędkością strzały spadł ptak z wysokości prosto do
jeziora.
Stałem jak urzeczony. Strzelca nie było
widać. Lecz wciąż w uszach rozbrzmiewał mi ten przerażający strzał, który
niczym krótkie cięcie ostrego miecza sprawił, że opadła zasłona spokoju i
bezpieczeństwa.
Szybko zaczęło zmierzchać. Wracałem w
półmroku, a w łóżku musiałem zapłakać nas losem biednego stworzenia i dopiero
później pojąłem, że użalałem się w istocie nad sobą.
Ja też szybowałem w jasną, świetlaną,
wzniosłą przyszłość, gdy zestrzeliła mnie nieznana ręka. Również moje skrzydła
były przetrącone, może tak, że utonę.
Motto Semper Fauste było jak żagiel podarty przez wichurę.
A moja przewina? Goniłem za pieniędzmi
jak wygłodniały zwierz za przynętą. A jednak i one nie okazały się tym, czym
miały być – sensem i prazasadą.
Zresztą nawet gdybym miał teraz
pieniądze, co miałbym z nimi zrobić? Wszystko można kupić. Są jednak rzeczy,
które nie są na sprzedaż. Tych właśnie pragnę.
Wczoraj wieczorem opuściłem wieś nad
jeziorem rybołowa i wróciłem do Berlina. Było za późno, żeby iść do Löpera.
Przenocowałem w ponurym hoteliku, w którym teraz siedzę i piszę te słowa.
Co teraz będzie? Niemal jestem ciekaw,
gdzie prąd chce zanieść moją łódź.
Pisałem cały dzień. Ręka mi drży ze
zmęczenia. Jest wpół do pierwszej w nocy. Pójdę teraz spać.
Deszcz wciąż jeszcze bębni o szyby, a
korytarzem człapią późni goście.
IV.
Wtorek, 3 grudnia
Dzisiaj wzruszający dzień. Nie wiem,
dlaczego los tak tajemniczo ciska mną to w tę, to we w tę. Czy naprawdę żyjemy
na łupince orzecha pośród niezmierzonego oceanu i żeglujemy przez noc i sztorm,
by rankiem niespodziewanie wypłynąć na spokojne wody i napotkać brzegi, o
których nie śmielibyśmy marzyć? Tego nie wiem. Nie wiem też, czy już wcześniej
los był tak odysejski. Szukam sensu tych moich błądzeń, ale im bardziej się w
to zagłębiam, tym bardziej wszystko wydaje mi się niejasne i zagadkowe, tak że
w końcu porzucam te dociekania i uznaję samo istnienie za ślepy los, który
dzisiaj może być chmurny, a jutro słoneczny, zawsze w strachu, że pogoda może
się zmienić.
Te wielkie miasta są naprawdę jak oceany,
gdzie szaleją wichry i toną cała armady, ale na których unoszą się też wyspy
błogości, równie urzekające jak te na Morzu Południowym.
Siedzę zatem dzisiaj rano w tymże samym
ponurym, łysym pokoju hotelowym, w którym ciasno mi jak w więziennej celi, i akurat
liczę pieniądze. Zostało mi dwadzieścia kilka marek. Z tego mam zapłacić za
hotel, kto wie, czy wystarczy.
W tych hotelach człowiek nigdy nie wie,
bo za podstawowym rachunkiem ciągnie się jeszcze szczurzy ogon napiwków dla
służby, podatków i innych danin. Trzeba być beztroskim maharadżą, by takie
rachunki z zimną krwią brać do ręki i spokojnie je czytać.
Przyznaję, że na czole perli mi się
zimny pot strachu.
Na zewnątrz panuje wciąż ta sama
pogoda, za sprawą której Berlin jest tak biednoduszny, że można się popłakać.
Przez melancholijny szum deszczu przebija się monotonne trąbienie aut,
dzwonienie tramwajów i odległy, przytłumiony zgiełk tłumu.
Wtedy ktoś puka. Drzwi mam zaryglowane.
Nie bez powodu. Pokojówki są tutaj tutaj tak natrętne w swej gotowości do
świadczenia usług, że trzeba się ryglować. Inaczej stają nagle na środku pokoju
i zarzucają ci ręce na szyję. Zaledwie wczoraj wieczorem na korytarzu jedno
takie stworzenie wpadło mi w ramiona i bezwstydnie się do mnie uśmiechnęło.
Nie mogę o tym wszystkim teraz słyszeć.
Znowu rozlega się pukanie, tym razem
mocniejsze. Pokojówki pukają delikatniej, dyskretniej, milej.
Wstaję ze skrzypiącej sofy i otwieram.
Stoi przede mną wysoki starszy mężczyzna, którego w pierwszej chwili nie
poznaję. Światło, które przez okno wpada do długiego, wąskiego pokoju, spotyka
się przy drzwiach z brudnym blaskiem gazowej lampy palącej się na zewnątrz, co
tworzy niefortunny półmrok. Poza tym mężczyzna ma na sobie długą, ciemną
pelerynę oraz kapelusz z szerokim rondem, z którego na ramiona ciekną mu
strumyki wody. Musiał wejść prosto z ulicy.
Przez chwilę stoję zdezorientowany.
Potem go poznaję. To Corb.
Cofam się nieco i wyjąkuję: Zechce
ekscelencja wejść dalej?
On już stoi na środku pokoju i zrzuca
pelerynę. Potem zajmuje miejsce na skrzypiącej sofie.
Nie ruszam się z miejsca. On ma na
sobie swój lśniący generalski mundur. Do tego ordery, szeroka szarfa,
szamerowane epolety, sztylet.
Co pan tam tak stoi i nic nie mówi,
drogi Born? pyta on.
Ja: Nie pojmuję…
On: Och, byłoby mi przykro. Czego pan
nie pojmuje? Galowego stroju? Do porządnego człowieka zawsze idzie się na
galowo. Tacy są dzisiaj rzadkością. Oto moja dłoń. A zatem głowa do góry, panie
poruczniku. Byłem tam już wczoraj i przedwczoraj. Eschenbaur podał mi pański adres.
Ale ptaszek wyfrunął.
Ja: Zgadza się, ekscelencjo, byłem parę
dni na prowincji.
On: I słusznie. Zwrócił się pan plecami
do sterty gnoju. Rozumiem. Całkowicie dopuszczalne.
Potem obrócił się ociężale i nacisnął
elektryczny guzik nad sofą.
On: Mieszka pan tu niezbyt przytulnie.
Dość ponure miejsce. Co pan na to, żeby przeprowadzić się do Poczdamu?
Weszła pokojówka.
On: Czy mogę zaprosić pana na
niewielkie śniadanie? A zatem, panienko, dwie porcje mokki, rozumie pani, ale
mokki, a nie żadnej lury. Do tego mała butelka koniaku, dwa talerze przekąsek,
dwie buteleczki czerwonego wina, cygara, papierosy. Popielniczka. I prosimy
szybko!
Dziewczyna stała bojaźliwie przy
drzwiach, spoglądając na siedzącego u mnie na sofie starszego pana w
błyszczącym mundurze, po czym zniknęła w oka mgnieniu.
On: A teraz proszę tu podejść, drogi
Born, i usiąść obok mnie. Jednym słowem: miał pan pecha. Chciał pan złota
nakopać, a natrafił na smołę i siarkę. Zdarza się. Zachował pan jednak czyste
ręce. To najważniejsze. Postawimy pana na nogi. Były śmiechy. Ale musi pan
chodzić z wyprostowaną głową, panie poruczniku. Do stu tysięcy par kartaczy! Czy
jakiś żołnierz dał się kiedyś pokonać? Nie było takiego przypadku. Niech się
dzieje, co chce.
Pokojówka przyniosła tacę z zamowionymi
rzeczami. Oczy mi powilgotniały. Zza pokojówki wyłonił się właściciel, zgiął
się w pół przed generałem, po czym osobiście rozpostarł biały obrus na tłustej
serwecie.
Corb: A zatem proszę się częstować.
Jest pan moim gościem.
Sam nalał mi kawy i koniaku i nalegał,
bym jadł. Żołnierz, powiedział, musi jeść i pić, kiedy jest okazja. Kto wie,
czy jutro nie będzie musiał głodować.
Potem wypełniliśmy wąski pokój dymem i
stary wiarus jął opowiadać niezliczone anegdoty z żołnierskiego życia.
Wielokrotnie tak mnie rozśmieszał, że śmiałem się do rozpuku.
Gdy wezwał pokojówkę, by posprzątała,
byłem odmienionym człowiekiem. Kazał sobie przynieść swój i mój rachunek i
zapłacił oba. Gdy chciałem protestować, zawołał: Panie poruczniku, baczność!
Milczeć i obserwować! Zrozumiano?
Dziewczyna nie wiedziała, czy było to
na poważnie, czy żartem, i patrzyła to na niego, to na mnie.
Potem ujął mnie Corb pod ramię i niczym
dwaj towarzysze broni opuściliśmy hotel. Zatrzymał taksówkę, pojechaliśmy na
dworzec i pierwszym pociągiem do Poczdamu.
I teraz jestem tu w biedermeierowskim
pokoju i myślę, że śnię.
Sobota, 7 grudnia
Dzisiaj po raz pierwszy padał tu śnieg.
Stoję przy oknie i spoglądam na niewielki ogród. Lipy wydają się zrobione ze
srebra, ich gałęzie z filigranowego szkła. W pstrych szklanych kulach odbija
się mały, lecz widny świat. Są w czarno-białym ogrodzie jedyną pstrokacizną. Stojący
tam domek kawalerski, do którego się jutro wprowadzę, to czarodziejski pałacyk.
Łupkowy dach podzielony jest na czarno-białe pola niczym wielka szachownica, a
tkwiący na wieżyczce stary, zardzewiały pruski orzeł ma śniegową czapkę z
pomponem. Generał już od godziny odśnieża ścieżki i z daleka wygląda jak Święty
Mikołaj. Co chwila rozciera tkwiące w grubych rękawicach dłonie.
Jest tu całkiem spokojnie. Nie widzi
się, ani nie słyszy nic z zewnętrznego świata. Mieszkam w niewielkim pokoiku, w
którym barwnie przemieszane stoją rzeczy moje i generała. Odzyskałem niemal
cały majątek ruchomy. Książki i obrazy leżą jeszcze zapakowane w skrzyniach,
jutro dopiero chcę przenieść je do domku kawalerskiego. Teraz leżą na nich
haftowane obrusy i dywany i mój staropruski pokój wygląda jak namiot tureckiego
paszy.
Corb był dla mnie jak towarzysz. On i
Löper zajęli się mną jak ojciec i matka. A kiedy chcę staremu podziękować,
warczy na mnie: Baczność, panie poruczniku! Wtedy muszę stać na baczność i
pilnować, by mi łzy nie pociekły po policzkach.
Wydarzenia tymczasem potoczyły się
dalej niczym akcja filmu. Teraz znów obserwowałem je z zewnątrz, obojętnie.
Aleppa i Guthalsa skazano na kilka
miesięcy więzienia. Zaraz po ogłoszeniu wyroku Aleppo próbował się zastrzelić. Teraz
leży w szpitalu. Może przeżyje, ale wzroku już nie odzyska.
Mój obrońca uratował dla mnie z
podziału resztkę moich pieniędzy, kilka tysięcy marek, z którymi jestem być
może w stanie zacząć coś nowego.
Wiodące gazety zrehabilitowały mnie, ale
wiadomo przecież, że kogo raz pochwyciło ramię prawa, ten zawsze pozostanie
nieco przykurzony, nawet jeżeli się wyszczotkował.
Napisała Hilde, prosząc, bym się na nią
nie gniewał. W powstałym chaosie nie wiedziała co robić, a że doktor Knarch
szukał akurat au pair, to przyjęła tę posadę. Bardzo jej się tam podoba. Czy
nie można byłoby się kiedyś zobaczyć? Knarch każe pozdrowić.
Uśmiechając się smętnie, podarłem list
i wrzuciłem do kominka. Nie odpisałem jej. Bo i po co? Niech będzie szczęśliwa.
Vale! Vale!
Przed paroma dniami ściągnąłem na
własny koszt stary napis, srebrne litery, które wisiały niegdyś nad wejściem do
mej galerii. Gdy otworzyłem skrzynie, okazało się, że większość liter potłukła
się w transporcie. Zachowały się tylko litery LEJNOT. Wyjąłem C z VINCENZ i
przymocowałem całość nad portalikiem domku kawalerskiego. I teraz widnieje
srebrno w białym śniegu osobliwe słowo: CLEJNOT. To wszystko, co zdołałem
uratować z mych marzeń.
Często przyjeżdża Löper i wtedy
tworzymy zachwycający tercet. Stary i Löper rozumieją się znakomicie, a jeżeli
nieraz popadają w spór – Löper lubi wszystko podawać w wątpliwość – to w końcu
godzą się zawsze przy kieliszku francuskiego czerwonego wina. Mnie nazywają
Josuą, dzieckiem, i rozpieszczają w niemożliwy sposób. I myślę, że jeżeli tych
dwóch ocaliłem w mej arce, podczas gdy tak wiele pochłonął potop, to wiele
ocaliłem.
Wizyt składa stary w Poczdamie
niewiele. W wielkie święta patriotyczne przebiera się w galowy mundur i
maszeruje gdzieś na czele związku weteranów, to wszystko. Gdy spacerujemy po
parku Sanssouci, wielu go pozdrawia, on jednak przy nikim się nie zatrzymuje,
tylko odwzajemnia pozdrowienia i idzie ze mną dalej.
Wczoraj dostałem zabawny list.
Sekretarz stanu Geyer zaprasza mnie na konferencję celem powołania
stowarzyszenia na rzecz sztuki ludowej. Jako że jest Pan, pisze on, nie
wspominając ani słowem o aferze z Feuerbachem, fachowcem w zakresie handlu
sztuką i jej promocji, to byłoby mi bardzo miło, gdybym mógł powitać Pana w
poniedziałek 9 grudnia o piątej po południu w błękitnej sali konferencyjnej
Hotelu Adlon. Szukamy dla naszego przedsięwzięcia dyrektora wykonawczego, które
to stanowisko wydaje się stworzone dla Pana. Z najlepszymi pozdrowieniami,
zawsze oddany – Geyer, sekretarz stanu.
Pokazałem to zaproszenie Corbowi i
Löperowi i poprosiłem o radę. Naprzód, Born, rzekł stary. Zawsze naprzód. Bo
dlaczego nie? Nie znam wprawdzie tego Geyera i wszyscy nowopruscy sekretarze
stanu wydają mi się podejrzani, ale dlaczego nie miałoby się wyć z wilkami i
ćwierkać z sępami*?
Jeżeli się panu rzecz nie spodoba, nie musi pan brać w niej udziału. Jak? Niech
pan się na nic od razu nie zgadza, zrozumiano? Mówi pan, że musi najpierw
poradzić się ojca.
Sztuka ludowa? zdziwił się Löper. Co to
za nowa banialuka? Istnieje wprawdzie sztuka, którą stworzył lud, ale nie
istnieje sztuka dla motłochu. A gdy dzisiejszy sekretarz stanu mówi o ludzie,
to ma przeważnie na myśli własną klikę partyjną. Ale dlaczego nie miałby pan
pójść? Zawsze. Ten Geyer jest panu winien podziękowania. Może coś dla pana
zrobić. Proszę złapać się tego koła ratunkowego, dopóki nie będzie pan w stanie
pływać samodzielnie.
Jest zatem postanowione, że w
poniedziałek idę. Dobrze. Jestem bardzo ciekaw. Dyrektor wykonawczy. Koń by się
uśmiał. No cóż, zobaczymy.
Błękitne zimowe niebo zasnuło się
stopniowo chmurami i pada śnieg.
Jestem zadowolony nie do opisania. W
kominku płonie ogień, żółte orzechowe meble przyglądają mi się jak starzy
druhowie, a duży rzeźbiony zegar wahadłowy swym tykaniem dzieli spokojny czas
na precyzyjnie odmierzone wersy.
Ogród za oknem przykryty jest grubym
śnieżnym woalem. Domek kawalerski ledwie widać, mimo że to tylko kawałek stąd,
a słowo CLEJNOT jest nie do odczytania.
Niesamowite, co już zdążyłem przeżyć. Najpierw
mieszkałem przy Kronprinzenufer wysoko nad ciemną wodą i zawsze blisko zachodów
słońca. Potem w tamtej willi w Grunewald, z wielką salą i melancholijnym
parkiem. Potem w celce aresztu śledczego. Potem w otynkowanym na niebiesko
pokoiku gospody nad jeziorem Reihersee. Potem w ponurym, zimnym pokoju hotelu
przy Schlesischer Bahnhof. Teraz mieszkam tu u Corba pośród biedermeieru, a
jutro chcę się wprowadzić do CLEJNOTU.
Mój los naprawdę przypomina
Odyseuszowy; może to wszystko tylko sen – wielki, barwny, poplątany sen?
Poniedziałek, 9 grudnia
Właśnie wróciłem z Berlina. Chcę to
popołudnie dokładnie opisać.
Znalazłem się zatem o piątej po
południu w Adlonie i zaprowadzono mnie do sali błękitnej, urządzonej z
marnotrawnym przepychem. Kilku panów było już obecnych. Osłupiałem, gdy
podszedł do mnie Knarch. Zachowywał się, jakby nic między nami nie zaszło.
Poczęstował mnie jak zwykle papierosem, opowiadał dowcipy i tryskał dobrym
humorem. Staliśmy tak obok siebie i nie wiedziałem, czemu bardziej mam się dziwić:
jego tupetowi czy opanowaniu. Wahałem się przez chwilę, czy mam mu napluć w
twarz, czy potraktować jak dżentelmena, gdy oto podszedł do nas mężczyzna,
który wydał mi się znajomy. Był to Kupetzky, twórca Luciludium. Pozdrowił nas z
taką serdecznością, jakbyśmy wszyscy trzej byli braćmi.
Sala wypełniła się rozmaitymi ludźmi,
na koniec przybył wreszcie sekretarz stanu, jak zwykle w obcisłym garniturze i
z grubym cygarem w ustach. Powitał mnie krótko i rzekł cicho: Załatwię panu
dobrą posadę.
Usadowiliśmy się na środku sali przy
długim, nieprzykrytym niczym stole konferencyjnym ze szlachetnego lśniącego
drewna.
Sekretarz stanu zajął miejsce u
wezgłowia stołu, zadzwonił dzwoneczkiem, powstał i przemówił:
Szanowni państwo! Cieszę się
nadzwyczaj, że byliście państwo tak dobrzy, by przybyć tu tak licznie w
odpowiedzi na moje zaproszenie. Dziękuję wam za to serdecznie. Cel, dla którego
w pewnym sensie jakby się tu dziś zebraliśmy, znany jest zapewne państwu z
mojego listu. Chodzi o to, by w Berlinie, a ponadto w całych Prusach powołać do
życia stowarzyszenie na rzecz popularyzacji sztuki, o którym to przedsięwzięciu
pozwolę sobie od razu powiedzieć kilka słów.
Szanowni państwo! Jest państwu wiadomym
równie dobrze jak mnie, że w ramach starego systemu sztuka była u nas w pewnym
sensie jakby przywilejem elit, sprawą tak zwanej socjety, podczas gdy lud
pracujący pozostawał skazany na kupowanie gipsowych figur w domu towarowym i
zdobienie izb tanimi i kiczowatymi oleodrukami. Sztuka, szanowni zebrani, była
dla ludu czymś w rodzaju hiriogriewy.
Urwał na chwilę i upił łyczek białego
wina. Dosłownie powiedział „hiriogriewy”. Rozejrzałem się dookoła. Nikt tego
nie wychwycił. Tylko Knarch, który siedział po ukosie naprzeciwko mnie, posłał
mi osobliwe spojrzenie, zdradzające, że w duchu się śmieje.
Sekretarz stanu ciągnął dalej: Ten
godzien pożałowania stan rzeczy musi ulec zmianie. Gdy lud nasz osiągnie w
pewnym sensie jakby dojrzałość i nabierze politycznej mocy, zażąda jako swego
dobrego prawa również udziału w dobrach kultury, a zwłaszcza sztuki.
Jako przewodnicy ludu musimy również w
tym zakresie wskazywać drogę i wychowywać. Musimy założyć organizację, której
zadaniem będzie umożliwić niższym warstwom społeczeństwa zarówno posiadanie
sztuki, jak i czerpanie z niej radości i jej zrozumienie. Sztuka, jednym
słowem, musi ulec demokratyzacji.
Wybuchł gromki aplauz. Ludzie klaskali
jak szaleni. Wysoki, kościsty facet siedzący obok mnie zawołał głośno ponad
stołem: A nawet socjaldemokratyzacji!
Sekretarz stanu ciągnął dalej: Jeżeli
tak jest – a państwa reakcja to potwierdza – to musimy być w pewnym sensie
jakby pierwszymi, którzy ludowi naprostują ścieżki do sztuki. Państwo nie jest
wprawdzie w stanie inicjować takich działań, jednak moimi ustami wyjaśnia już
dzisiaj, że będziemy mogli w pewnym sensie jakby liczyć na jego wsparcie.
To „w pewnym sensie jakby” zaczynało mi
działać na nerwy. To zatem był wielki i szczwany sekretarz stanu. Poczułem się
znudzony i ukradkiem przyjrzałem się pozostałym. Na prawo ode mnie siedział
wspomniany wcześniej dryblas; miał zaciętą twarz partyjniaka i nie był
niepodobny do szpica. Po mojej lewej siedziała otyła dama w sznurach fałszywych
pereł na tłustej piersi, która po każdym słowie sekretarza stanu kiwała głową,
jakby stale przemawiał jej do serca. Naprzeciwko mnie siedzieli młodsi ludzie w
okularach oraz kilku siwych dziadków o wyglądzie dorożkarzy. Przed sekretarzem
utworzyła się żydowska straż świątynna, której zdawał się przewodzić Kupetzky.
Blisko niego siedział Knarch, bawiący się papierośnicą. Palił jednego za
drugim.
Geyer paplał w pewnym sensie jakby
dalej, ocknąłem się z zadziwienia dopiero wtedy, kiedy pod koniec referatu
wspomniał o statystykach i zaakcentował to słowo na przedostatnią sylabę.
Zakończył donośnym okrzykiem, bijąc pięścią w niewinny stół: Sztukę ludowi!
Było jak na wiejskim zebraniu. Wszyscy
klaskali i długo nie dawali się uciszyć. Potem otwarto dyskusję. Jako pierwszy
zgłosił się oczywiście Kupetzky. Powiedział:
Towarzysze! Ludzie pracy! Cel, który
pan sekretarz stanu przedstawił w sposób tak formalnie doskonały, znajduje
poparcie nas wszystkich. Myślę, że przemawiam w imieniu wszystkich obecnych,
dziękując panu, panie sekretarzu stanu, za wiele wzruszeń, które wywołała w nas
pańska głęboka przemowa. W imieniu wszystkich zgromadzonych zapewniam pana o
naszym poparciu.
Mówił jeszcze długo. Potem gadali
następni: kilku Żydów, kilku dorożkarzy, również otyła dama na lewo ode mnie
wstała i oznajmiła: Jestem żoną burmistrza Puscha i zajmuję kierownicze
stanowisko w ruchu kobiecym. Właśnie my kobiety pracujące łakniemy sztuki…
Knarch dostał fantastycznego ataku
kaszlu.
… łakniemy sztuki i cieszymy się z
powstania stowarzyszenia, któremu obiecujemy naszą cenną pomoc.
Koniec końców stowarzyszenie
rzeczywiście się zawiązało i ma być wpisane do rejestru pod nazwą
Stowarzyszenie na rzecz Promocji Sztuki wśród Mas Pracujących Niemiec „Sztukę
ludowi!”. Kupetzky zaproponował skrótowiec Prosztumas, który został
jednogłośnie przyjęty.
Potem odbyły się wybory do zarządu.
Prezesem został w pewnym sensie jakby Geyer, pierwszym wiceprezesem Kupetzky,
drugim pani burmistrzowa Pusch. Doradcą do spraw artystycznych doktor Knarch.
Następnie Geyer wstał i rzekł: Naturalnie
do realizacji naszych zadań potrzebujemy pełnoetatowego sekretarza generalnego,
orientującego się we wszelkich kwestiach związanych z obiegiem i promocją
sztuki. Na to stanowisko proponuję mego drogiego przyjaciela Borna, którego
niniejszym mam zaszczyt państwu przedstawić.
Został jednogłośnie wybrany, przy czym
nikt nie wpadł na pomysł, by mnie zapytać, czy urząd przyjmuję. Wydawało mi się
to wszystko jedną wielką błazenadą. Milczałem i rozbawiony czekałem na koniec
tej historii.
Tenże nastąpił wkrótce. Wyznaczono
kolejne posiedzenie na sobotę, zarząd ma tymczasem podjąć dalsze rezolucje.
Gdy wieczorem zdałem Corbowi i Löperowi
udramatyzowaną relację z całej sprawy, dosłownie pokładali się ze śmiechu.
Panie sekretarzu generalny Prosztumasu,
pańskie zdrowie, rzekł Corb, wznosząc toast za mnie i za lepszą przyszłość.
Löper jednak mruknął pod nosem: Absurd!
Teraz mam tu dwóch generałów: generała-porucznika i sekretarza generalnego.
Mnie jednak nikt nie mianuje generalnym radcą medycznym. Prosztumas! Tego
Kupetzky’ego należałoby zrzucić z dachu jego Luciludium. Ten skrót jest dla
mnie dowodem, że Żydzi pochodzą od Hotentotów. Cholerne świństwo!
Tak gderał jeszcze przez jakiś czas.
Dopiero kieliszek czerwonego wina sprawił, że stopniowo się uspokoił.
Sobota, 14 grudnia
Dzisiaj mieliśmy posiedzenie zarządu w
jednym z pomieszczeń budynku Izby Panów. Wspinając się po szerokich schodach,
po których wcześniej stąpali władcy Prus, książęta, magnaci, kardynałowie i
magnificencje, i dumając nad przemijalnością wszelkich ludzkich instytucji,
spostrzegłem, że na półpiętrze stoi przy marmurowej balustradzie Knarch i
spogląda na mnie z góry. Przywitał się ze mną i paląc przeszliśmy się parę razy
po długim korytarzu.
Widzi pan, rzekł i zaśmiał się
szyderczo, punktualność była niegdyś grzecznością królów. Od kiedy mamy
demokrację, politycy zawsze się spóźniają.
Ja: Jestem zdumiony…
On: Jak to?
Ja: Stopromas, sztukę ludowi!
On: Dalibóg! Bzdura! Sztuka Żydów i ich
towarzyszy. Co to znaczy lud, proszę pana?
Ja: Niech pan mówi ciszej.
On: Od mówienia w tym kraju trzeba się
będzie niedługo całkiem odzwyczaić.
Ja: A zatem sercem nie jest pan do
końca za całą sprawą?
On: Nie tyle nie do końca, co w ogóle
nie jestem. Gdzie ja zostawiłem serce? Kiedyś myślałem, że również dziennikarz
jest w stanie zachować jakiś rodzaj serca. Był to fałszywy wniosek. Brodzi się
tu w bagnie, grzęźnie!
Ja: Kto pana zmusza?
On: Moje lenistwo.
Ja: Proszę powiedzieć, co pan myśli o
panu Geyerze?
On: Nic.
Ja: To niewiele.
On: A jeżeli istnieje mniej niż nic, to
proszę wziąć to. Zapali pan jeszcze jednego?
Ja: Kim był Geyer wcześniej?
On: Ogrodnikiem. Boże, w Japonii
ogrodnicy tworzyli świętą gildię, a cesarz Chin w wolnym czasie zajmował się
ogrodnictwem. Ale Geyer żył jedynie w wilhelmińskich Niemczech. Nie pasowało mu
noszenie wody, rozdarł więc gębę i został partyjnym bonzą. W czasie wojny
trzymał się blisko marynarzy i dzisiaj jest sekretarzem stanu. Mąż stanu z
konewki, by tak rzec, obmyty wszelkimi wodami. Siedzi dzisiaj w dwudziestu
radach nadzorczych i robi politykę kulturalną.
Ja: Żonaty?
On: Tak, z kelnerką, która jest dzisiaj
przewodniczącą czerwonej ligi kobiet i popiera zniesienie paragrafu 218*,
bo dwukrotnie już z niego siedziała.
Ja: Dzieci?
On: Broń Boże. Małżeństwo partnerskie.
Ja: A kim jest ten Kupetzky?
On: Żydem.
Ja: Czym jeszcze?
On: Cepem.
Ja: Wiedza nabyta?
On: Żadna.
Ja: Przeszłość?
On: Pomniejszy architekt w Budapeszcie.
Głośno gardłował za Béli Kuhna. Potem uciekł i osiedlił się w Berlinie. Obecnie
najbardziej wzięty z tutejszych architektów. Duży dom, auto, kto wie, może
smarowane rosyjskimi pieniędzmi.
Ja: Czy czegoś też nie napisał?
On: Ależ oczywiście, wszyscy ci
smarkacze przelewają swe tłumione kompleksy na bibliofilski papier. Ma ambicję,
jak mi niedawno powiedział, prześcignąć swego ziomka Emila Ludwiga. Nakładem
pewnego syjonistycznego wydawnictwa ukazały się już dwa jego dzieła. Jedno nosi
tytuł Nowy dywan zachodnio-wschodni,
czyli duch gliniany i znajdzie w nim pan wszystko od Habakuka i Salomona po
Eisnera i Liebknechta. Grzech śmiertelny przeciwko duszy. Wzbudzający
obrzydzenie zlepek fraz i świństw. Drugie zatytułowane jest Berlin: jaki był, jaki jest, jaki być winien.
Jeżeli chce pan, żeby pana żółć zalała, musi ją pan przeczytać. Zrobi się pan
żółty z wściekłości.
W tejże chwili na obitych wykładziną
schodach pojawił się sekretarz stanu. Wspinał się ociężale, sapiąc jak hipopotam
i przystając, by złapać powietrze.
Od młodości przyzwyczajony był chodzić
po płaskim.
Przywitał się z nami bardzo serdecznie
i przeszliśmy do niewielkiego salonu, który wyglądał, jakby widywał już lepsze
towarzystwo. Zaraz potem nadszedł Kupetzky w nowym garniturze w kratkę; jego
spodnie przypominały damską spódnicę. Aż się prosił o policzek.
Wreszcie wtoczyła się pani Pusch i
byliśmy w komplecie.
Geyer otworzył posiedzenie i podał do
wiadomości, iż dla zarządu wynajęte już zostało biuro na Motzstrasse przy
Nollendorfplatz. Partia socjaldemokratyczna rozpoczęła już rekrutację członków.
Inicjatywę poparł też cały szereg panów i pań z towarzystwa, ze świata nauki,
polityki i finansów. Prosił o dalsze sugestie.
Kupetzky naturalnie jako pierwszy
zabrał głos i długo rozwodził się nad tą godną pożałowania rzeczą, iż ze
względu na święta Bożego Narodzenia również bardzo wielu szanowanych
robotników-socjalistów wydaje ciężko zarobiony grosz na zakup choinki,
świeczek, anielskich włosów i żłóbka, czy jak się to całe chrześcijańskie
badziewie nazywa, ten kleszy plądrunek i sentymentalne bzdury. Prosztumas
miałby tu zatem doskonałą sposobność, by zaproponować alternatywę, stworzyć
nowy początek i ozdobić dom świadomego klasowo robotnika sztuką prawdziwie
socjalistyczną.
Szanowni zebrani, rzekł, musimy
doprowadzić do tego, by niedługo nad każdym robotniczym łożem małżeńskim wisiał
zamiast znanego kiczowatego anioła stróża albo oleodruku z Kaplicą Sykstyńską
obraz z rosyjskiej rewolucji. Wyjeżdża Thorvaldsenowski Chrystus, ta gipsowa
brednia, wjeżdża głowa Darwina, albo Lenin z brązu, albo, jeżeli wolicie,
kwalifikowany akt. Musimy przenieść rewolucję z ulicy do robotniczego
mieszkania, rozumiecie? Musimy…
Knarch tymczasem rysował wzorki na
marginesie gazety i odpalał jednego papierosa od drugiego. Kiedyś ktoś mi
powiedział, że jest jedynym człowiekiem w Berlinie, który nigdy nie potrzebuje
zapałek.
Napisałem mu na kartce: Zakopci się pan
na śmierć!
Odpisał: Czym innym miałby się człowiek
utrzymywać przy życiu?
Kupetzky mówił i mówił. Mówił dla nas
czterech osób o wiele za głośno. Oczami wyobraźni widział może przed sobą
miliony.
Odpisałem Knarchowi: Co uważa pan za
sens życia?
Zawahał się na moment, wydmuchnął
Kupetzky’emu w twarz okropną chmurę gryzącego dymu i napisał na kartce:
Płynięcie z prądem!
Odpisałem mu: A ja – pod prąd!
Wreszcie Kupetzky skończył i usiadł
wyczerpany na krześle. Skubał nerwowo swoje damskie spodnie.
Geyer poszedł po rozum do głowy i już
nie udzielił nikomu głosu. Podsumował w pewnym sensie jakby propozycje
Kupetzky’ego i własne, po czym zamknął posiedzenie, prosząc mnie jednocześnie,
bym pojutrze zaczął organizować się w biurze na Motzstrasse.
Na dole pożegnałem się z uczestnikami
spotkania. Znowu śnieżyło. Leipziger Strasse była chaosem białych płatków. Na
środku Potsdamer Platz w kilku miejscach leżał śnieg.
Pojechałem pociągiem do Poczdamu i
pogrążony w rozmyślaniach szedłem przez Długi Most. Sens życia? Czego już
próbowałem? Życia samego, ja, pieniędzy. Knarch, Hilda, Aleppo. I to wszystko
nie było to. To wszystko okazało się kruche. Pierwsza z tych osób straciła
serce, druga samą siebie, a trzecia wzrok. Czym zatem jest ten sens? Nic już
nie znajdowałem.
Na końcu mostu, gdy miałem skręcić na
plac pałacowy, stał starszy człowiek i sprzedawał zapałki. Było mroźno. Nikt
nie zwracał na niego uwagi. On nic nie mówił, nie wołał, nie lamentował, nie
opowiadał o lepszych czasach – tylko marzł. I to dziesięć dni przed Bożym
Narodzeniem! Muszę przyznać, że zrobiło się go żal. Dałem mu markę i nie
wziąłem zapałek. Spojrzał na mnie i coś wyjąkał.
Czy nie powinieneś – zapytałem sam
siebie – jakoś pomóc tym ludziom, tym biedakom, którzy wszędzie włóczą się po
ulicach i marzną? Czy nie powinieneś zrobić czegoś, co nadałoby twemu życiu
sens? Nawet jeżeli tylko pomniejszy?
Do domu dotarłem całkiem zaśnieżony.
Corb nie czuł się najlepiej i kazał mi przekazać, że mam pościelone w domku
kawalerskim. Leżał w łóżku i już spał, kiedy wróciłem. Idąc przez ogród,
poczułem, że zrobiło się jeszcze zimniej. Nie mogłem przestać myśleć o
sprzedawcy zapałek z Długiego Mostu.
W salonie czekała na mnie wspaniała
kolacja, herbata, kanapki, butelka rumu. W srebrnej kasetce leżały papierosy
marki Queen. Było ciepło i przytulnie.
Ale jakoś mi nie smakowało. Coś zepsuło
mi apetyt.
Pobuszowałem chwilę w bibliotece.
I jakie to wszystko dziwne –
zdecydowałem się na Parsifala Wolframa
von Eschenbach i zatopiłem się w lekturze.
Każda książka ma swoją godzinę i każdą
czytamy tak naprawdę raz w życiu i nigdy więcej. Gdy bowiem daną książkę raz
porządnie przeczytaliśmy, to wystarcza. Więcej jej nie potrzebujemy.
Zapamiętujemy ją, ale nie musimy już jej zdobywać.
I gdy szedłem spać, w głowie miałem
jedno słowo: współczucie! I teraz znam już ostateczny sens życia: cierpienie to
konieczność, ale współczucie to najgłębszy sens człowieczeństwa.
Niedziela, 15 grudnia
Do mojej małej sypialni wpływa dźwięk
dzwonów. Od mas śniegu na zewnątrz jest tu w środku niebywale widno. Nie chce
mi się wstawać.
Matowe poranne słońce pada na złocone
grzbiety książek, a piec, w którym gosposia już rozpaliła, wydziela przyjemne
ciepło. Jest pięknie i spokojnie.
Przyszedł list od Renaty. Chce
przyjechać w Wigilię. Mam ją odebrać ze Schlesischer Bahnhof, jedzie przez Oderberg
i Wrocław. Robię notatkę w kalendarzu.
Potem pokojówka przynosi poranną kawę i
makowiec, który generał-porucznik uwielbia.
Pytam, jak zdrowie jego ekscelencji.
Lepiej, odpowiada dziewczyna,
ekscelencja pojawi się na śniadaniu.
Przyszły również gazety. Czytam to i
owo. Natrafiam na następującą notkę: Wczoraj rano w Tiergarten w pobliżu dworca
Bellevue znaleziono na parkowej ławce zamarzniętego bezdomnego mężczyznę.
Zwłoki przewieziono do zakładu medycyny sądowej.
Wstydzę się nagle mego ciepłego łółżka.
Wstydzę się mojego pięknego domu, srebrnego imbryka z kawą i świeżego makowca.
Wstaję markotny i spędzam przedpołudnie na otępiającej pracy, jaką jest
sortowanie starych, znoszonych krawatów.
Poniedziałek, 16 grudnia
Około ósmej rano jestem już na
Motzstrasse przy Nollendorfplatz. Nowy, biały szyld widnieje w pewnym sensie
jakby między dwoma starymi. Najwyższy głosi: Dr Alexander Rosettenstein,
adwokat i notariusz. Najniższy: Ilse Knapp. Makiniur – Pedikiur – Masaż.
Środkowy zaś: Prosztumas. Sztukę ludowi! Stowarzyszenie na rzecz Promocji
Sztuki wśród Mas Pracujących Niemiec. Tu należę. To zatem będzie teraz moje
poranne i wieczorne pozdrowienie: Prosztumas!
Czeka na mnie rezolutna maszynistka w
krótkiej spódnicy. Do dyspozycji są trzy pokoje: jeden dla mnie, jeden na biuro
i gabinet na spotkania.
A zatem jestem tu. Co ja tutaj robię?
Mam przybliżać sztukę masom? Ale jak? Lepiej byłoby marznącemu na Motzstrasse
dostawcy piwa przybliżyć grube pęto pasztetowej, a licho odzianemu mężczyźnie
zbierającemu pety z chodnika – skrzynkę Virginii.
Według wskazówek Geyera wysyłam do stu
artystów w Berlinie i Marchii list następującej treści:
Berlin, data stempla pocztowego
Prosztumas
Sztukę
ludowi!
Stowarzyszenie
na rzecz Promocji Sztuki wśród Mas Pracujących Niemiec
Szanowni Państwo,
jeżeli jesteście zainteresowani
działaniami na rzecz pożytku publicznego prowadzonymi przez nasze
Stowarzyszenie, jak również udziałem w wystawie skierowanej do ludności
pracującej Berlina, uprzejmie prosimy niniejszym o odwiedzenie naszego biura i
rozmówienie się z dyrektorem. Na wystawę bożonarodzeniową przyjmujemy wyłącznie
obrazy, rzeźby i wyroby rzemiosła artystycznego, które zarówno pod względem
zawartości duchowej, jak i ceny dostępne są dla ludu pracującego.
W oczekiwaniu na państwa wizytę
pozostajemy
z poważaniem,
V. J. Born
dyrektor
Czwartek, 19 grudnia
To, co przeżyłem przez ostatnie trzy
dni, jest tak nie do opisania, że muszę zadowolić się naszkicowaniem bladych
zarysów mizerii. Różnorodne odcienie niedoli i rozpaczy, mroczne cienie
nienazwanych wyrzeczeń, groteskowe intermezza naiwnego świata wyobraźni,
występy dramatyczne i liryczne – tego wszystkiego nie sposób oddać. Jednak
nigdy tego nie zapomnę. Czuję się tak, jakbym wyszedł z teatru lumpów. A ten
niefortunny list, który w swym zaślepieniu wysłałem, był niczym ogar piekielny,
który zamienił mój gabinet w Łysą Górę i istne inferno. Ten po trzykroć
przeklęty list!
Już we wtorek rano zjawili się pierwsi
artyści, elokwentnie zachwalający mi swe dzieła. Niemal wszyscy w miarę
możliwości nieśli obrazy pod pachą, tak że zanim się obejrzałem, mój gabinet
zamienił się w salon sztuki. W każdym rogu kucała jakaś rzeźba, o każdą ścianę
opierały się tuzinami obrazy, markijskie pejzaże, sceny wielkomiejskie, martwe
natury, kwiaty, akty i kto wie co jeszcze. Stoły zastawione były metaloplastyką
mosiężną i żelazną, oprawami książkowymi, abażurami, łańcuchami, wycinankami,
grafikami, mydłem i powidłem.
Ledwie zjawili się pierwsi, gdy
przyszli następni. Wszyscy mówili naraz, każdy krzyczał i robił wrzawę, wielu
zatknęło sobie w koszulę czerwony goździk, by mi dowieść, że mają lewicowe poglądy.
Bóg jeden wie, skąd wzięli te kwiaty w środku zimy. Może były z papieru.
O jedenastej w gabinecie było już
sześćdziesiąt do siedemdziesięciu osób. Otwarto drzwi do mojego pokoju oraz do biura
i strumień dzieł wpłynął teraz również w te spokojne zatoki, pokrywając
niesionym śmieciem wszystkie stoły, krzesła, ławki i parapety. Powoli
zaczynałem się bać.
Większość przybyłych myślała, że od
razu odkupię od nich ich prace, i starali mi się wyjaśnić, że ich ceny są
naprawdę proletariackie. Nieustannie otaczał mnie frymarczący tłum.
Wysoki, kościsty mężczyzna z
Nietzscheańską bródką raz po raz tykał palcem wskazującym górny guzik mej
kamizelki, powtarzając chrapliwie: Małych rzeczy nie maluję! Rozumie pan?
Małych rzeczy nie maluję. Pracuję w dużych formatach. Moje prace mogłyby zdobić
domy związkowe i przedszkola, rozumie pan? Zna pan twórczość Hodlera? W tym
stylu! Proszę odwiedzić moją pracownię, będzie pan zdumiony. Małych rzeczy nie
maluję!
Drobna, otyła, ruchliwa dama trzymała
mi przed oczami kutą mosiężną misę i wołała falsetem: Proszę samemu powiedzieć,
czy to nie śliczna rzecz? Uczyłam się w Payżu. Oddam to arcydzieło za dwieście
marek. – Gdy uciekałem do innego kąta, natychmiast biegła za mną i podstawiała
mi misę pod nos niczym spluwaczkę.
Młody blondyn w rozchełstanej koszuli
kusił mnie swymi niesłychanymi kobiecymi aktami i mówił tylko jedno: A to jak?
Przy tym jego głodne jabłko Adama podnosiło się i opadało tak, że litość brała.
Dłużej już nie mogłem. Odsunąłem
zalegające na środku stołu wycinanki i litografie, wskoczyłem na blat i
zawołałem w tumult: Spokój, spokój, silentium!
Zapanował niejaki spokój. Tylko
Nietzscheańska bródka dalej mnie błagał, żebym odwiedził jego atelier. Do
pioruna, no dobrze! warknąłem. Wtedy i on się uspokoił.
Wziąłem głęboki oddech i wygłosiłem
następującą przemowę:
Panie i panowie!
Mówi się: towarzysze! wykaszlał
rozchełstany.
Oczywiście, powiedziałem, jesteśmy
wszyscy towarzyszami. Ponieważ jednak my artyści mamy być przecież solą ziemi,
to mówię: panie i panowie! A zatem moi państwo! Sami widzicie, że w ten sposób
nigdzie nie dojdziemy. Posiadam tylko dwoje uszu i dwoje oczu. Zrobimy to więc
w ten sposób, uważajcie dobrze, moi państwo: Tymi z was, których nazwiska
zaczynają się na litery A–H, zajmę się dzisiaj. Osoby te proszę o pozostanie.
I–Q zapraszam na jutro, R–Z na pojutrze. Sami będziecie musieli przyznać, że
tak jest lepiej.
Po drugie proszę o przyjęcie do
wiadomości rzeczy następującej: ani ja, ani nasze stowarzyszenie nie jesteśmy
nabywcami waszych dzieł, chcemy jedynie urządzić wystawę, na której znajdą one
kupców.
Na twarzach stojących przede mną
odmalowała się głęboka rozpacz. W widnym pomieszczeniu zrobiło się nagle szaro.
Nietzscheańska bródka trząsł się z rozdziawionymi ustami jak idiota.
Ja osobiście, ciągnąłem, mam jedynie
możliwość zakupić pojedyncze drobne prace na nagrody w loterii. Podkreślam
wszelako, że fundusz, który mam do dyspozycji, jest nadzwyczaj ograniczony.
Proszę więc teraz osoby o nazwiskach
zaczynających się na A–H o pozostanie, a resztę z państwa o przybycie jutro,
ewentualnie pojutrze.
Zszedłem ze stołu i zacząłem kierować
tych pierwszych w stronę biura, pozostałych starając się zachęcać do wyjścia:
Proszę przyjść jutro. Pojutrze będę się bardzo cieszył z pana wizyty! Bywajcie!
Ależ oczywiście że jestem u pana w atelier pojutrze wieczorem! Daję słowo!
Panienko, proszę zaraz zapisać adres tego pana! Do widzenia!
Bóg był dla mnie łaskaw. Pół godziny
później w gabinecie były już tylko dwadzieścia cztery osoby. Kazałem zamknąć
główne drzwi i zapaliłem papierosa. Rozchełstany, które stale trzymał się
blisko mnie, połknął błękitny dym, jakby miał dzięki temu doznać objawienia.
Następnie udałem się do biura i tam
kazałem wpuszczać ludzi pojedynczo w kolejności alfabetycznej.
I znowu zaczęła się długa litania
zaklęć, próśb, mrożących krew w żyłach występów, wcześniej przeżywanych
jednocześnie, teraz po trochu i w odpowiedniej dozie. W środę i dzisiaj tak
samo. Od dziesiątej rano do szóstej wieczorem. Piłem do tego mocną czarną kawę
i paliłem papierosy. Raz po raz częstowałem nimi złaknionych artystów i zawsze
spotykało mnie wdzięczne spojrzenie, gdy pozwalałem im sięgnąć do kasetki. Było
jak na wojnie, gdzie jeden papieros znaczył nieraz więcej niż bochenek chleba
czy połeć słoniny.
Opiszę – spróbuję opisać – co
poniektórych z tych nieszczęśników, którzy utkwili mi w pamięci.
Pierwszego dnia przyszedł mężczyzna
nazwiskiem Blauwaldt, malujący pejzaże: sosnowe lasy, zamki, chłopskie chaty.
Głowę miał jak Dostojewski, ciężką i zamkniętą. Kołnierzyk jego koszuli już
dawno stracił pierwotną biel. Był nieogolony, a długa plereza spadająca na
kołnierz płaszcza przypominała hełm kirasjera. Pewnie z tego powodu starał się
nie odwracać. Gdy zaoferowałem mu papierosa, wypalił go dosłownie w trzech
pociągnięciach, tak głęboko się zaciągał, i zauważyłem, że twarz mu poczerwieniała,
jakby napił się mocnego trunku. Gdy wybrałem cztery jego obrazy na wystawę i
jeden kupiłem za siedemdziesiąt marek na nagrodę w loterii – przedstawiał
fragment Puszczy Marchijskiej z okolic Chorina – usiadł na krześle i powoli się
do mnie przysunął. Wyjąłem portfel i położyłem na stole siedem
dziesięciomarkowych banknotów. Wstał, rzucił się ku pieniądzom jak szakal i
chwycił je wszystkie naraz w garść, tak że trzymał teraz kulkę zgniecionych
papierów. Wepchnął je do kieszeni spodni. Potem nieopisanie brudną chustką
otarł sobie z czoła pot lęku, coś wymamrotał i ruszył ku drzwiom, do ostatniej
chwili nie spuszczając ze mnie wzroku, jakbym mógł jeszcze wstać i go
obrabować.
Odetchnąłem głęboko: Następny proszę!
Drugiego dnia zjawiła się młoda dama
przedstawiająca się jako Anneli Linzmeier, autorka uroczych martwych natur z
kwiatami. Długo i wnikliwie przyglądałem się obrazom, co jakiś czas zerkając na
malarkę. Zobaczyłem, że jest ciężko chora na płuca. Mimo tego była zgrabna i ogniście
piękna.
Ja: Od kiedy panienka maluje?
Ona: Wcześniej pracowałam w filmie.
Dopiero dwa lata temu zwróciłam się ku sztukom plastycznym.
Nagle podeszła bliżej, objęła mnie i
pocałowała, aż się prawie przestraszyłem. Patrząc mi prosto w oczy,
powiedziała: Jestem zawsze do pańskiej dyspozycji, panie doktorze.
Nie wiedziałem, co powiedzieć. Zapewne
myślała, że w malarstwie, podobnie jak w filmie, droga do sukcesu prowadzi
przez sypialnię wpływowych mężczyzn. Ależ nie, moja panno, odparłem, myli się
pani. Nie jestem żadnym reżyserem teatralnym. Interesuję się pani twórczością,
nie tym, jaką bieliznę pani nosi. – Wziąłem trzy obrazy na wystawę i wyrzuciłem
ją za drzwi.
Geyer dał mi w środę rano jeszcze
tysiąc marek na zakupy, tak że łącznie miałem do dyspozycji dwa i pół tysiąca.
Miałem szczęście.
Rozchełstanemu też chciałem pomóc, ale
nie było to łatwe. Malował same kłopotliwe rzeczy. Chciał mi wmusić między
innymi obrazek z kliniki położniczej. Odkupiłem odeń wreszcie dwie małe sceny z
kąpieli, które były całkiem ładne i z daleka przypominały Renoira, gdy się
mianowicie zamknęło oboje oczu. Widziałem z okna, jak się żarłocznie objada
przy budce z kiełbaskami na Nollendorfplatz.
Dzisiaj wieczorem odwiedziłem
Nietzscheańską bródkę. Nazywa się Pilikowski i mieszka w ponurej okolicy w
Moabit.
Wspiąwszy się na czwarte piętro,
stanąłem zdyszany przed niewielkimi drewnianymi drzwiami, obok których wisiał
sznurek dzwonka. Zanim zdążyłem zań pociągnąć, Pilikowski sam otworzył.
Wszedłem na ogromny strych. Z góry
spozierały nagie krokwie, między jętkami pozawieszano obrusy, tworząc
niewielkie przepierzenia, które jednak w żaden sposób nie pomniejszały
przestrzeni. Panowało tu dotkliwe zimno. Jedna połać stromego dachu była
przeszklona, na wielkich szybach leżał śnieg. Pośrodku całości stał niewielki
żelazny piecyk, zwany tu „wilkiem”, i pałał złośliwie. Duża elektryczna
lampa-kula rzucała krąg bladego, upiornego światła, które jednak nie miało
szans dotrzeć w najrozmaitsze zakamarki.
Musiałem dopiero stopniowo przyzwyczaić
się do otoczenia. Zostałem w płaszczu, tłumacząc się grypą.
Pilikowski, najwyraźniej Polak z
urodzenia, malował ogromny bohomaz, dzielący niemal całe pomieszczenie na dwie
części.
Co pan tam maluje? zapytałem.
To będzie, mój najlepszy panie,
zadeklamował, Śmierć Sardanapala. – Pociągnięciem
za sznur zmienił położenie łukowej lampy, która niczym żywe stworzenie, niczym
świetlista meduza czy fantastyczny robaczek świętojański przysunęła się bliżej
płótna.
Teraz co nieco rozpoznałem. Wszystko
było tu jednak za duże i zbyt stłoczone, by ogarnąć całość jednym spojrzeniem.
Trzeba było postępować krok za krokiem.
Centralna część obrazu była już
ukończona. Przedstawiała babilońskiego króla na ogromnym stosie, otoczonego
przez niezliczone małżonki, podczas gdy nad jego głową wznosił się już płomień,
wydymający się niczym ognisty żagiel na okręcie przeznaczenia, niosącym króla
do krainy umarłych.
Kompozycja była barbarzyńska. Zasady
perspektywy wydawały się tu nieznane, nie dało się również wykryć żadnych
odcieni pośrednich – wszystko namalowane było tymi samymi jaskrawymi barwami,
bliskie czy dalekie, małe czy duże, istotne czy nie. Był to najokropniejszy
weryzm, jaki dotąd widziałem. Bezwstydnie szczerzyło się tu do widza tyle
nagiego ciała, że po takiej ilości sadła miało się ochotę na łyk czegoś
mocniejszego.
Elektryczne światło sprawiało, że
przepalone kolory wydawały się jeszcze bardziej przepalone. Było to nie do
zniesienia.
On stał z założonymi rękami nieco z
boku i przyglądał mi się. Z ilu modelek pan tu korzystał? zapytałem. Tylko z
jednej, odparł smutno i zaklaskał w dłonie niczym sułtan. Zza przepierzenia
wyłoniła się drobna, wychudzona dziewczyna, owinięta w obrus. Ukośnie przez jej
tułów biegł haftowany napis: Schultheiss-Patzenhofer.
Następnie Pilikowski poprowadził mnie
ku ścianom bocznym, cały czas ciągnąc za sobą lampę. Żonglował nią niczym
marynarz żaglem. Tu stały rzeczy przeokropne: Ukrzyżowanie, rewolucja rosyjska,
wojna światowa jako apokalipsa, sceny z oblężenia Port Artur, Neron, Napoleon,
Filip II – setki krzykliwych, wrzaskliwych, rozszalałych, przepalonych,
krwawych obrazów. Zrobiło mi się słabo.
Kazałem dziewczynie przynieść z dołu
coś do jedzenia i zapaliłem papierosa.
Odkupimy od pana jeden obraz, rzekłem
do Pilikowskiego. Ile kosztuje Neron?
Trzysta marek, powiedział na wyrost.
Dwieście też wystarczy, odparłem i od razu wręczyłem mu cztery pięćdziesiątki,
jednak nie z kasy Prosztumasu, a z własnej kieszeni. Jutro przyślę kogoś po
obraz, rzekłem i poszedłem.
Widziałem jeszcze, jak dziewczyna siada
przy stole i chciwie pożera gorącą sałatkę ziemniaczną, podczas gdy malarz
odprowadził mnie do schodów. Moje uszanowanie, najlepszy panie, powiedział i
skłonił się.
Popędziłem do domu, jakby gnała mnie
zmora, i teraz siedzę w domku kawalerskim i zapisuję to wszystko. Jakiż
niezwykły świat! Jakaż fantastyczna niedola! Należałoby raczej powołać
stowarzyszenie w celu nakarmienia głodnych artystów. To mną wstrząsa. Ciągle
przed biurkiem staje Nietzscheańska bródka i mówi: Moje uszanowanie, najlepszy
panie. I Blauwaldt wtyka zwitek banknotów do kieszeni i panna Linzmeier gotowa
jest rozpiąć bluzkę.
Wszechmocny Boże! Oto, co nazywam
nędzą. I gdyby nie było to takie śmieszne, to musiałby człowiek płakać przez
całą noc. I więcej, musiałby wymyślić środki i sposoby na to, by pomóc tym
ludziom.
Cierpienie to potrzeba najwyższego
rzędu, ale współczucie to najgłębszy sens człowieczeństwa.
Niedziela, 22 grudnia
Dzisiaj o dziesiątej rano nastąpiło
otwarcie pierwszej wystawy Prosztumasu w wynajętych salach przy Spittelmarkt.
Zgromadziłem około trzystu obrazów,
rzeźb i większych przedmiotów rzemiosła artystycznego. Artystów zachęcałem, by
ceny utrzymali w proletariackich granicach, a tam gdzie nie było to możliwe, pokryłem
różnicę z kasy stowarzyszenia.
Na Leipziger Strasse wynająłem dwie
duże witryny i wstawiłem tam nagrody loterii Prosztumasu.
O tyle, o ile było to możliwe w
przeciągu krótkiego czasu, stworzyłem rzecz w miarę spójną. Niemal wszystkie
wystawione prace dostosowane są do horyzontów ludu pracującego, przy czym nie
zniżają się do jego poziomu, a raczej starają się go podnieść.
Tematyka prezentowanych dzieł jest
najróżniejsza: są tu pejzaże, weduty, przedstawienia fabryk i zakładów pracy,
portrety sławnych ludzi, obrazy z dziećmi i z kwiatami, akty, dzieła
marynistyczne, wycinanki, grafiki. Do tego przedmioty użytkowe, lampy, patery,
misy, dywany i tak dalej.
Sam się z tego teraz cieszę. Geyer
poklepał mnie swą wielką piąchą po plecach i rzekł: Dobra robota, Born, as z
pana!
Tylko Kupetzky uznał wystawę za zbyt
mało waleczną, zbyt mało świadomą klasowo. To jest dla drobnomieszczan,
krzyknął zeźlony. Czy ktoś tu gdzieś czuje powiew rewolucji? Wystąpię z
zarządu, panie Born. Bojkotuje pan naszą słuszną sprawę. Myśli pan, że pozwolę,
by moje dobre imię zostało zbrukane?
Zdębiałem. Knarch, który stał obok,
zaciągnął się spokojnie papierosem i rzekł: A ma pan dobre imię?
Kupetzky wybałuszył nań oczy i zawołał:
A co to ma znaczyć? Czy nazwisko Kupetzky nic panu nie mówi?
Tak, odparł Knarch, ale przed 1917 rokiem
nazywał się pan przecież Kuhpisser.
Kupetzky pobielał całkiem na twarzy, obrócił
się na pięcie i wybiegł na zewnątrz.
Narobi pan sobie kłopotów, powiedziałem
do Knarcha.
Ależ skąd, odparł. Takich impertynentów
trzeba traktować po impertynencku. Poza tym napiszę panu świetną recenzję.
Znowu wykonał pan rzecz popisowo.
Muszę powiedzieć, że w tej chwili go
lubiłem.
To, jak mnie obronił przed
Galicjaninem, kazało mi wiele zapomnieć. Może jest dżentelmenem-dekadentem, ale
wciąż dżentelmenem.
Dzięki przeprowadzonej przeze mnie
energicznej kampanii prasowej wystawa cieszyła się dużym powodzeniem. Robotnicy
jednak nie przychodzili w ogóle. Nie przychodzili żadni przedstawiciele ludu
pracującego, ani proletariusze.
Przychodzili notable, którzy w
demokracji stale muszą udawać, że są z ludem za pan brat. Przychodzili partyjni
bonzowie, chwaląc to i ganiąc tamto. Przychodzili mieszczanie i
drobnomieszczanie, nabywając tę czy inną rzecz za niewielkie pieniądze. Obrazy,
które zamiast w aneksie kuchennym będą teraz wisieć w dębowej jadalni.
Przychodzili Żydzi ze swymi żonami, zawsze obecni tam, gdzie chodzi o poczucie
wspólnoty. Przechadzali się dumnie w swych futrach i ze swymi lornetkami,
napawając się dreszczykiem emocji przed postaciami Käthe Kollwitz. Jak to miło
ubrać się w jedwabną koszulę i trącić lumpa czubkiem lakierka. Znane perwersje.
Przychodzili filozofowie społeczni i studenci, obcokrajowcy i wielcy bankierzy,
ale robotnicy niestety nie.
Przepraszam, byłbym skłamał. Przyszli
dwaj robotnicy i wszystko bardzo dokładnie obejrzeli. Wyglądali na bezrobotnych.
Długo stali przed aktami
rozchełstanego. Potem jeden z nich podszedł do mnie i zapytał o cenę
konkretnego obrazu. Siedemdziesiąt marek, odpowiedziałem. Wrócił do swego
towarzysza, poszeptali chwilę i zaraz potem poszli.
Już widzę, że będzie z tego wielka
plajta. Z robotników żaden nie ma pieniędzy do wydania na tak zwaną sztukę,
choćby to miało być tylko dwadzieścia marek.
Żal mi jedynie artystów, pokładających
całą swą nadzieję we mnie i w Prosztumasie. Wbrew poleceniu, jakie otrzymałem
ze stowarzyszenia, by osoby spoza klasy robotniczej odwodzić od zakupu, z całą
premedytacją postępuję teraz odwrotnie. Namawiam ich do kupna. Wiem, że łamię
polecenie, ale i tak to robię. Żal mi proletariuszy sztuki.
Dzisiaj sprzedałem czternaście prac:
dwanaście obrazów, wycinankę i kolorowy batikowy abażur. I to się nazywa złota
sobota.
O piątej każę zamykać, bo od pół
godziny nikt nie przyszedł. Prąd jest drogi.
Na dworze znowu pada śnieg; tak zimno
jeszcze nie było.
Poniedziałek, 23 grudnia, rano
Dziś w nocy miałem bardzo osobliwy sen,
nieco przypominający ten sprzed kwartału.
Znowu byłem na Moście Karola i
patrzyłem na Hradczany. Blady, spłowiały zmierzch wisiał nad miastem, jakby
miał nadciągnąć grad. Wełtawa była siarkowożółta i lśniła. Pamiętam, że bardzo
się jej dziwiłem.
Nagle rozdzwoniły się za mną na Starym
Mieście wszystkie dzwony i z kościoła krzyżowców zaczęły wychodzić setki ludzi.
Wszyscy szli na wysokich szczudłach. Większość niosła obrazy pod pachą,
wszystkie oprawione w kosztowne złocone ramy. Na czele kroczyła trójka:
Nietzcheańska bródka, Blauwaldt i pomiędzy nimi Linzmeierówna, nie w spódnicy,
lecz w niebieskich spodniach.
Tych troje widziałem całkiem wyraźnie. Za
nimi ciągnęło na szczudłach nieprzeliczone mrowie im podobnych. Szli wszyscy
przez most, a rozchełstany stał na balustradzie i wybijał takt, wołając: Lewa,
lewa, lewa, lewa!
Na końcu, bez szczudeł, szedł stary
ślepiec, w którym rozpoznałem Aleppa.
Ten straszny infernalny korowód
skierował się przez most ku Maléj Stranie.
Tu zdałem sobie sprawę, że obok mnie
stoi wielka czerwona armata, obsługiwana przez Corba. Rzekł do mnie: Trzeba by strzelać
wzdłuż mostu, wtedy wszyscy zginą!
Przestraszyłem się tych słów i dłońmi
zakryłem wylot lufy, błagając starego, by nie strzelał.
Wełtawa lśniła siarkowożółto.
Korowód szczudlarzy dotarł na
Hradczany. Jak szaleńcy wpadali do zabytkowych komnat.
I teraz nastąpiło niepojęte, coś, czego
nie potrafię opisać: przez zamek przeszedł jakby pożar. Z każdego z
niezliczonych okien wywieszono obraz: pejzaże, akty, martwe natury z kwiatami,
portrety – setki i setki obrazów.
I chociaż wciąż stałem na Moście
Karola, to widziałem każdy pojedynczy obraz bardzo wyraźnie, jakby dzieliło
mnie od niego zaledwie kilka kroków.
I chociaż wszystkie te obrazy były mi
dobrze znajome, to teraz wydały się mi przepełnione jakąś tajemniczą złością.
Wszystkie były złowrogie i przerażające.
I gdy tak stałem i patrzyłem, niebo nad
Strachovem zrobiło się całkiem błękitne; był to błękit nie do opisania, ten
błękit, który malował tylko jeden twórca – Altdorffer.
Na mury klasztoru wszedł teraz mnich,
podniósł obraz i uczynił nim znak krzyża. I znowu mogłem dokładnie rozpoznać
dzieło. Było to Święto Różańcowe Dürera.
Wtedy szczudlarze w zamku zaczęli wrzeszczeć, wygrażać w stronę klasztoru
pięściami i ciskać przekleństwa.
Corb jednak obrócił czerwoną armatę i
wystrzelił w okna rozżarzoną, parującą kulę.
W jednek chwili barwna, ogromna ściana
obrazów zachwiała się niczym teatralna kulisa, po czym zwalił się z wielkim
hukiem do Wełtawy i teraz do wielu komnat zabytkowych pałaców można było
zajrzeć niczym do pustego plastra miodu. I w każdym obnażonym pomieszczeniu
stał człowiek i płakał.
Wtedy się obudziłem.
Również tego snu nigdy nie zapomnę.
Śnię niewiele, ale moje nieliczne sny są tak wyraźne i tak rozdzierające serce,
że ich wspomnienie jeszcze długo mnie prześladuje i staje mi przed oczami jak
fresk, który został zakryty, ale wciąż wyłania się spod warstwy tynku.
Wtorek, 24 grudnia
Wigilia. Przedpołudnie spędziłem na
przygotowywaniu wraz z Corbem i Löperem sześćdziesięciu pięciu paczek dla
najuboższych artystów. Ci dwaj przekazali mi na ten cel niewielką sumę. Każda
paczka zawiera cygara i papierosy, kawę i herbatę, suchą kiełbasę, mąkę,
herbatniki, wino i bieliznę. Do tego gałązka jodły i bożonarodzeniowa świeczka.
Myślę, że będą się bardzo cieszyć.
Największą radość mam oczywiście ja i wiem, co muszę zrobić. Pożegnam się z
Prosztumasem i założę coś w rodzaju pomocy dla artystów. Geyer musi mi w tym
pomóc. Knarch też. Ta myśl o czynnym współczuciu raduje mnie.
Poczta kazała dopisać nadawcę.
Uczyniłem to zatem, chociaż wolałbym zachować anonimowość. Ale może tak jest
lepiej.
O trzeciej paczki zostają zabrane. –
Pojechałem do Berlina na Schlesischer Bahnhof, by odebrać Renatę.
Punktualnie za kwadrans piąta
pospieszny ze Śląska wtoczył się na peron. Renatę ledwie poznałem. Ależ
elegancka z niej dziewczyna! To wprawdzie moja siostra, ale muszę powiedzieć,
że jest piękna jak młody dzień. I tak umieją ubierać się tylko Wiedenki. Bez
wielkiego zbytku, za to szykownie i nader schludnie.
Jestem ogromnie szczęśliwy. Obejmujemy
się jak para zakochanych, przekazujemy kufry tragarzowi i jedziemy autem do
miasta.
Renata jest w Berlinie po raz pierwszy.
Wszystko chłonie z niekłamaną radością i wydaje się wdzięczna za każdą informację.
Wieczorem jedziemy do Poczdamu. Trzeba
mi przedstawić ją Corbowi. Będziemy mieszkali razem w domku kawalerskim.
Stary był nią dosłownie zauroczony. Widzi
pan, rzekł do mnie po cichu, taka była moja żona w młodości, dokładnie taka.
Również Löper jest szarmancki wobec panienki z Wiednia i zachowuje się po
rycersku.
Mieliśmy piękną wieczerzę wigilijną. Stary
zapalił świeczki na choince i zadbał o to, by wszystkich nas obdarować. Ja
dostałem dzieła zebrane Stefana Georgego w skórze i pergaminie, Löper
antykwaryczne wydanie historii wojny siedmioletniej Kuglera z rycinami Menzla,
Renata wreszcie uroczy bursztynową szkatułkę na igły z widokiem Wiednia na
wieczku z masy perłowej oraz starą, szeroką bransoletę z dukatowego złota.
Ja z kolei podarowałem starszemu panu
starą cygańską laskę wielkiej rzadkości do jego pokaźnej kolekcji lasek, piękny
egzemplarz, który wygrałem kiedyś na aukcji. Löper dostał angielską lunetę, a
Renata sto marek na nową sukienkę w złotej papierośnicy.
Była to czysta radość.
Renata zaśpiewała – bezpretensjonalnie
i nie każąc się długo prosić – kilka kolęd swym dźwięcznym głosem i napiliśmy
się jeszcze kruszonu truskawkowego. Stary był wniebowzięty. Wiedenka, powtarzał
pod nosem, Wiedenka!
Bez wątpienia jest w Renacie zakochany.
Sobota, 28 grudnia
Święta upłynęły nam bardzo miło. Co
znaczy obecność kobiety w męskim gospodarstwie domowym! Wszystko od razu robi
się chędoższe i barwniejsze. Narożniki i ostre kanty znikają, a rozmowa płynie
swobodnie, nie natrafiając na rafy i mielizny. Również Löper mniej burczy i
zachowuje dobre maniery.
Na dzisiaj Geyer zaprosił na
posiedzenie Prosztumasu. Znowu w Izbie Panów.
Panie i panowie, rzekł, nasz przyjaciel
Kupetzky oświadczył, że wystąpi z zarządu w szczególności i ze stowarzyszenia w
ogólności, jeżeli w zarządzie pozostaną panowie Knarch i Born. Czy mogę panów
prosić o ustosunkowanie się do tego?
Knarch podniósł się i powiedział: Ten
pan Kupetzky to niewychowany prostak. Człowiekowi o dobrym guście trudno się
powstrzymać, by nie dać mu w twarz. Ponieważ jednak uważam, że jest on dla
Prosztumasu osobą niezastąpioną, to nie waham się oświadczyć, że odejdę, by on
mógł wrócić.
Następnie wstałem ja i oświadczyłem:
Również ja, moi państwo, muszę niestety stwierdzić, że współpraca z panem
Kupetzkym stała się dla mnie niemożliwa. Mam wrażenie, że od początku
reflektował na stanowisko, które dotąd miałem zaszczyt piastować. Nie będę mu
dłużej stał na drodze.
Poza tym doszedłem niestety do
przekonania, iż nie ma szans, by dzieło, które rozpoczęliśmy, przyniosło owoce.
Jest to z pewnością piękne hasło: Sztukę ludowi! Jednak w obecnej chwili
bardziej istotne wydaje mi się to: Dla ludu chleb i praca!
Nigdy nie interesowało mnie stanie na
stanowisku, na którym nie mogę stać szczerze i z pełnym przekonaniem. Dlatego
niniejszym ustępuję jako dyrektor Prosztumasu, zarazem składając zwłaszcza
panu, panie sekretarzu stanu, serdeczne podziękowania za okazaną życzliwość.
Panu Kupetzky’emu proszę jednak przekazać i mówię to też państwu teraz: Nie ma
żadnej sztuki czerwonej czy niebieskiej, jest tylko dobra albo zła!
Pożegnaliśmy się i poszli. Geyer
odprowadził nas jeszcze na korytarz i powiedział: Panowie, dziękuję panom za
rezygnację. Uwolniliście mnie od sporego dylematu. Sami przecież wiecie, że
Kupetzky ma mocne plecy. I z wdzięcznością uściskał nam dłoń.
Zeszliśmy wesoło na dół i Knarch
zaprosił mnie do siebie.
Czy panna Kronach jest na miejscu?
zapytałem.
O czym pan myśli? odpowiedział. U mnie
była tylko dorywczo.
Na poły przymuszony, na poły dobrowolnie
zgodziłem się. Honory domu czyniła wysoka, czarnooka dama, ewidentnie
pochodząca z Południa. Poza tym byliśmy tego wieczora sami.
Przedstawiłem Knarchowi mój plan pomocy
dla artystów i poprosiłem o radę.
Na miłość boską, odpowiedział, to są fantazje,
mój najlepszy. Co pan sobie po tym obiecuje? Artyści od zawsze klepią biedę, a
większość dzieł nie powstała na złoconym stole. Nie wiem. I tych sto osób,
których niedola podziałała panu na nerwy, chce pan nazwać artystami? Być może
żadna z nich nie jest artystą. I ile spośród nich podziękowało panu dotąd za
paczki świąteczne?
Musiałem przyznać, że ani jedna.
Ani jedna? No widzi pan. Nie jest pan
żadnym żołnierzem Armii Zbawienia, Born. I jeszcze jedno. Widział pan setkę
nieboraków. Mówię panu, że w tym mieście są ich setki tysięcy. Ma pan miękkie
serce, drogi Born. Przejedzie się pan na tym.
Ciężko udręczony pojechałem do domu.
Czy Knarch miał rację? Co uczyniono ze współczuciem? W tym bezkresnym mieście z
jego milionami? I czy głód to zawsze największe cierpienie? A zimna izba to
najgłębsza niedola? Nie wiem tego.
Chce pan siedzieć na brzegu morza,
zapytał Knarch, i budować zamki z piasku jak dziecko? Najbliższy przypływ zmyje
je jak kreci kopczyk.
Rozmawiałem o tym z Corbem i Löperem. Corb
rzekł: Mój drogi Vincenzie! Tak jak pan teraz wszyscyśmy kiedyś myśleli. Z
pewnością bardzo pięknie jest współczuć i pomagać. Proszę jednak pamiętać, że w
systemie takim jak obecny nie da się nieść realnej pomocy. Trzeba zmienić
całość. Całość jest chora, te wielkie miasta są chore, wszystkie chore,
śmiertelnie chore. Nie może pan wyleczyć paru pacjentów w szpitalu zakaźnym,
rozumie pan? Wykończy się pan i padnie. Sens nie może na tym polegać. Sens
polega na tym, by uzdrowić całość. Sens całości, to jest to. Inaczej
pozostajemy partaczami, a nasza robota to łatanina. Paczki pomocowe są piękne i
przynoszą panu chwałę. Jest w panu wiele uczucia, ale mało rozsądku.
Wszyscy oni mają rację. I może jej nie
mają. Ale jak zmienić ducha całości? I co nazywam duchem całości w tym
pokawałkowanym świecie?
Wtorek, 31 grudnia
Rzeczywiście, nikt mi dotąd nie
podziękował. Nie oczekiwałem podziękowań, ale byłoby mi miło. Chleb współczucia
to czarny chleb.
Dzisiaj w południe poszedłem do
Pilikowskiego odebrać Nerona. I cóż mam powiedzieć, facet zaśmiał mi się w
twarz. Zapłacił pan za niego? warknął. Oczywiście, odparłem, dałem panu cztery
pięćdziesiątki tu przy tym stole.
Gdzie zatem ma pan pokwitowanie?
wyszczerzył zęby.
Zamyślony schodziłem na dół. Podarowałbym
mu ten obraz, gdyby mnie o to poprosił, ale żeby tak kłamać, niepojęte!
Jechałem z powrotem do domu, gapiąc się
w mrok Sylwestrowej nocy. Płatki śniegu osiadały na szybach, a twarze ludzi w
pociągu były zgorzkniałe i ponure, zeźlone od niedostatku. Knarch miał rację,
co tu można pomóc? Trzeba zacząć od wewnątrz, od zewnątrz nie pomaga nic. Samym
chlebem ludzie się nie nasycą, musi być coś jeszcze. Tylko nie wiem co.
V.
Czwartek, 2 stycznia 1930
Jesteśmy w jakiś niepojęty sposób
prowadzeni. Kiedy sobie wyobrażamy, że idziemy prosto, chodzimy w kółko. Kiedy
celujemy w gwiazdę, nasza strzała wpada w gniazdo czapli, albo rani żurawia w
locie i śmierć sprowadza ją skrwawioną z powrotem na ziemię. Stopy mamy wciąż
zakurzone, ręce wciąż brudne, ale może trzeba błąkać się w kurzu, by tym
namiętniej wielbić gwiazdy. Wszystko to jest takie niepojęte i mgliste. Kto da
mi jasność?
Wiele się nauczyłem przez te miesiące w
Berlinie. Myślę, że dojrzałem. Kto jednak sądzi, że doszedł do końca, ten jest
głupcem. Jestem gotowy na wszystko i jak dziecko, które dorosły bierze za rękę
i prowadzi.
Opowiem, co mi się dzisiaj przydarzyło.
Dzisiaj otwarto Galerię Malarstwa,
którą Fryderyk Wielki zbudował sobie przy pałacu Sanssouci. Poszedłem przez
zaspy i z poczuciem rewerencji przestąpiłem przez próg. Ta sala jest wyjątkowo
piękna. Zimowe światło, pełne i nasycone, padało na obrazy, a złocone ramy
połyskiwały tajemniczo.
Obejrzałem to i owo, przechodząc od
obrazu do obrazu, i spędziłem godzinę pełną skupienia. Byłem przy tym całkiem
sam.
W którymś momencie poczułem, że już tak
nie jest. Człowiek ma ten zmysł. Ja posiadam go w wybitnym stopniu. Rozejrzałem
się i spostrzegłem, że w ciemnym kącie galerii ktoś stoi. Był to mężczyzna,
który w zamyśleniu, z ręką na brodzie, spoglądał ku ziemi. Nie wiem, jak długo
mógł już tam stać. Podkradłem się cicho w jego stronę, starając się zobaczyć go
od przodu. Stał jednak tak bardzo w rogu, że nie miałem jak przecisnąć się
między nim i ścianą. Czekałem zatem cierpliwie, aż się ku mnie zwróci.
Tymczasem lustrowałem go wzrokiem z ukosa.
Ubrany był w długi, kawowobrązowy płaszcz nie całkiem współczesnego kroju i
czarne skórzane trzewiki. Lewą ręką, jako się rzekło, podpierał brodę, prawą
trzymał niekształtną, grubą laskę, zwaną niegdyś przez studentów bodajże ziegenhainerem.
Pod prawą pachę wcisnął sobie brązową futrzaną czapkę.
Człowiek ten nie oglądał żadnego
obrazu, lecz stał bez ruchu ze wzrokiem wbitym w ziemię. Mimowolnie pomyślałem
o Sokratesie, o którym opowiada nam Platon, że zdarzało mu się nieraz
przystanąć gdzieś na kilka godzin, gdy go napadł demon czysto rozumowego
poznania.
Na żywo jeszcze nigdy i nigdzie takiego
człowieka nie widziałem. Byłem nadzwyczaj zdziwiony i postanowiłem poczekać.
Minęło może pół godziny. Słońce, które
raz po raz przeświecało zza ciężkich chmur, przeciągnęło już cienie rzucane
przez szprosy okien daleko ponad wysokość południa, gdy mężczyzna się poruszył.
Słyszałem wyraźnie, jak głęboko odetchnął, a potem się obrócił.
Teraz mogłem spojrzeć mu w twarz. Nosił
bujną, dwudzielną ciemną brodę, a na szyi miał zawiązaną zieloną chustkę. Rysy
miał jednocześnie wyraziste i marzycielskie w niepowtarzalny sposób. Zdawał się
mieć czterdzieści kilka lat.
Odruchowo skłoniłem się.
Dopiero wtedy mnie zauważył. Przyjrzał
mi się. W tym momencie do galerii wszedł powłócząc nogami stary strażnik.
Proszę wybaczyć, rzekłem, jeżeli panu
przeszkodziłem. – Ależ skąd, odpowiedział pięknym, niskim głosem, w ogóle pana
nie zauważyłem. – Bardzo uważnie oglądał pan ten obraz, dodałem pytającym tonem.
– Nie, odparł, układałem wiersz i szukałem długo jednego słowa, teraz je
wreszcie znalazłem.
A więc poeta, zawsze szalony geniusz,
godzinami stojący w kącie i poszukujący odpowiedniego wyrazu.
Och, rzekłem na głos, to mnie
nadzwyczaj interesuje. Czy popełnię nietakt, jeżeli poproszę, by opowiedział mi
pan o tym coś więcej?
Przyjrzał mi się badawczo, po czym
odpowiedział: Jest pan dobrym człowiekiem, chociaż jeszcze bardzo młodym i
niewiele wiedzącym. Proszę wystrzegać się wszelkiej pychy. Bóg pomaga zawsze
tylko temu, kto zachowuje pokorę.
Potem ruszył powoli w głąb galerii, a
ja trzymałem się u jego boku. Podał mi laskę i czapkę niczym służącemu i splótł
ręce z tyłu. Tak chodziliśmy w tę i z powrotem. Kilkadziesiąt razy przecięliśmy
długą, reprezentacyjną salę.
Widzi pan, powiedział, wspomniałem już,
że szukam wiersza. Miałem wczoraj osobliwą wizję. Osobliwą o tyle, że głęboko mnie
poruszyła, rozumie pan. Próbuję uchwycić ten nastrój. Żyję, bo nadaję formę.
Pogrążyłbym się w bezimiennym zwątpieniu, gdyby jakiś dobry bóg nie użyczył mi
daru formy. Uwalniam się od moich doświadczeń dzięki temu, że je wyrażam.
Że zanurzam się w niepojętym morzu
duszy i ducha, który zwiemy mową. Proszę mi wierzyć, nasza epoka popełnia
niewybaczalny błąd, zamieniając to morze w ściek i pomyje. Podlewa nim pola,
zrasza ulice, wykorzystuje do wszelkich potrzeb. Ale ono jest czymś więcej. Ono
jest nieskończoną pełnią samej boskości. Widzi pan, nie mamy już poezji, bo nie
mamy już języka. Jestem jednym z ostatnich, którzy służą duchowi mowy,
wielkiemu duchowi, który w Niemczech zawsze wypływał z głębokich źródeł.
Zamilkł i ruszył dalej. Ja w milczeniu
obok niego.
Można powiedzieć, ciągnął, że jestem
poławiaczem pereł. Trzeba sondować głęboko. Próbować dotknąć dna tam, gdzie
mieszka boskość.
Poeta nie jest tym, kto mówi piękne
słowa, na tym się lepiej znają krasomówcy, poeta zaś musi nazywać rzeczy odpowiednimi
słowy. A odpowiednie słowo jest oczywiście zawsze najpiękniejsze. Tak Adam
nazwał rzeczy. Ja chcę być nowym Adamem, nadawaczem imion i nazywaczem rzeczy,
tak jak mistrzowie przede mną.
Urwał znowu na chwilę, po czym ciągnął:
Wiersz jest próbą podejścia o krok
bliżej do istoty świata. Rozumie pan? Ale pan mnie może nie zrozumie… Brakowało
mi jednego słowa. Jednego jedynego słowa. To powinno być jak dwie rozchylone
dłonie, trzymające coś bardzo cennego. Jak muszla, w której lśni perła. To
powinno być jak skrzynia ze starymi skarbami. Jak skrzypce, w które
najpiękniejsza kobieta włożyła płatek róży dla artysty. Takie musiało być to
słowo. Musiało cechować się wieloznacznością, a zarazem być jednoznaczne. Sensowne,
a zarazem barwne, mocno ugruntowane, a przy tym pełne muzyki.
Mówię panu, bardzo trudno było znaleźć
to słowo. Całą noc go szukałem i tam właśnie je znalazłem, tam, gdzie widział
mnie pan stojącego tak nieruchomo. Mógł sobie pan pomyśleć, że jestem bardzo
szczęśliwy.
I co to jest za słowo? zapytałem,
przystając i zwracając wzrok na tego dziwnego człowieka.
On jednak szedł dalej, nie odpowiadając
na moje pytanie, i ciągnął swój wątek: Widzi pan, to słowo jest magicznym
kluczem. Każdy wiersz musi mieć taki klucz, jeżeli się go posiada, to można
wiersz otworzyć jak szufladę. Gdy się go atoli nie posiada, będzie on księgą z
siedmioma pieczęciami. Sztuka jest wielką tajemnicą, więcej – łaską, wielką
łaską.
I jak się nazywa to pańskie słowo-klucz?
zapytałem ponownie, z uporem i przepełniony ciekawością.
Och, odpowiedział, bardzo liche i
proste słowo: bursztynowa szkatułka. Rozumie pan? Bardzo się z tego cieszę.
Potem znowu jęliśmy chodzić w tę i z
powrotem po sali, niezmordowanie i bez spoczynku.
Podzielę się z panem tym wierszem,
rzekł wreszcie, chociaż jest pan jeszcze bardzo młody i mało pan wie. Proszę
stanąć w niszy okiennej i wyglądać przez okno.
On sam wyszedł nieco ku środkowi sali i
wyrecytował swój utwór. Mówił pełnym, jednostajnym głosem, podkreślając
samogłoski, zwłaszcza ciemne i duże, i jednocześnie wbijając rytm wiersza prawą
ręką.
Brzmiał on tak:
Z i
m o w a g r a k o l o r ó w
Szaro
zasnuło się niebo na zachodzie
Smętnie
i blado pomarzło wszystko w ogrodzie
I
czerniło się drzewo.
Me
serce popadło w zadumę dziwną
Niczym
wygnaniec tęskniący za ojczyzną
I szukało
snu spokojnego.
Nagle
rozdarły się niebios zasłony
I
nigdy niewidzianym zostałem uraczony
Widokiem
natury.
Niczym
w bursztynowej spoczywało słońce
Szkatułce
jak róża czerwienią pałające
I
jak ołtarz lśniły góry.
Gdy skończył, zbliżył się do mnie powoli,
wziął laskę i czapkę, które wciąż niosłem, rzekł: Bóg z panem! i poszedł.
Widziałem, jak maszeruje zaśnieżonym chodnikiem i zaraz będzie schodził po
schodach.
Wyznaję, iż nie uszanowałem jego
życzenia, byśmy się rozstali, lecz ruszyłem za nim ukradkiem niby złodziej za
bogaczem.
Osobliwszej postaci nigdy wcześniej w
rzeczy samej nie spotkałem. Szedł powoli na skos przez miasto w stronę kościoła
św. Mikołaja i zniknął w jednej ze starych kamienic stojących przy placu
kościelnym. Ani razu nie obejrzał się za siebie.
Po dłuższej chwili wszedłem do budynku
i napotkałem właścicielkę, która akurat schodziła po schodach. Tymczasem
zrobiła się prawie noc. Zapytałem, czy zna mężczyznę. Oczywiście go znała.
Nazywa się Suhm i wynajmuje u niej. Kim jest z zawodu? – Całkiem nikim. Chodzi
na spacery, siedzi u siebie w pokoju i pisze. Czynsz opłaca w terminie.
Potem wyrzuciła mnie za drzwi i
przekręciła klucz w zamku.
Pogrążony w zadumie ruszyłem do domu.
Nie mogłem przestać myśleć o tym, jak rozświetlona była jego twarz człowieka,
gdy recytował swój wiersz. I ciągle chodziły mi po głowie te słowa: Niczym w bursztynowej spoczywało słońce /
Szkatułce jak róża czerwienią pałające…
Bez wątpienia człowiek ten był poetą i
to nie jednym z tych oszustów, którzy odrzucają rym tylko dlatego, że nie
potrafią rymować.
W domu zastałem wszystkich w pełni
szczęścia. Renata zapisywała i wykreślała nazwiska na dużej kartce papieru.
Löper palił jak smok.
Chcemy urządzić niewielką imprezę,
drogi Born, rzekł Corb, zacierając ręce. Wobec młodych dam ma się pewne
obowiązki. Musi nam pan pomóc, słyszy pan? Myślę, że zorganizujemy w mojej
salce bal rokokowy. Musi nas być jakieś pięć par. Zrobimy to zaraz. Co pan o
tym myśli?
Uznałem pomysł za świetny i Renata była
mi wdzięczna. Udział wziąć miały następujące osoby: Renata, Corb, Löper, ja,
Knarch, pan Orgelstett z żoną i dwiema uroczymi córkami (dalecy znajomi Corba)
oraz młode małżeństwo: asesor rządowy doktor Reitenbusch wraz z żoną, z domu
baronową von Fangern.
Należało przybyć w kostiumach z
osiemnastego wieku, w miarę możliwości oryginalnych.
Corb postawił tego wieczora jeszcze
jedną butelkę czerwonego wina. Usadowiłem się i wypisałem zaproszenia:
Ekscelencja von Corb
u którego przebywa z wizytą młoda dama
z Wiednia
pozwala sobie niniejszym
uprzejmie zaprosić
Pana i Pańskich drogich bliskich
na kameralny bal
w sali swego domu
w sobotę 11 stycznia o godzinie 8
wieczorem
jednocześnie prosząc
o przybycie w autentycznych strojach z
epoki rokoka
Zapewnione będą:
dobra kolacja
szlachetne wina
tańce
i inne rozrywki towarzyskie.
. . . . . . . . . . . .
. . . .
Wszyscy czworo naprawdę zapaliliśmy się
do pomysłu i rozstaliśmy się dopiero późną nocą. Renata wydawała mi się
piękniejsza i promienniejsza niż kiedykolwiek wcześniej i byłem z niej całkiem
dumny. Stary Corb otworzył przed nią serce, a Löper tajał w jej obecności
niczym oblodzony mors na ciepłych brzegach południowego Pacyfiku.
Za ścianą Renata jeszcze długo
podśpiewywała i nuciła melodie.
Poniedziałek, 6 stycznia
Ogromne ładunki śniegu piętrzą się nad
miastem. Jest tak, jakby całe niebo chciało zamienić się w śnieg i zasypać
Poczdam. Przez publiczne parki już od dawna nie da się przejść. Dozorcom udało
się odśnieżyć kilka głównych ścieżek i idzie się tam jak między murami.
Krzewy i niewielkie drzewa już dawno
utonęły w zwałach śniegu. Tylko giganci i patriarchowie wyłaniają się z
fantastycznej masy, dziś jeszcze, ale czy jutro, tego nie wie nikt.
Domy są całkiem oblepione miękką bielą.
Wszystkie zdobienia architektoniczne jakby się rozpłynęły. Została czysta,
nadrzędna forma. Dopiero teraz dom Corba prezentuje odpowiedni wygląd –
szlachetna budowla, która zyskuje tam, gdzie inne tracą.
Ogród zamienił się w kryształowy,
dźwięczny, lśniący wszechświat. Nikt jednak nie obserwuje tego milionkrotnego
piękna, wszyscy żyją w strachu przed roztopami. Niebiańskie wzburzenie przepłoszyło
ludzi, nie są w wielkim mieście przyzwyczajeni do wielkich Boskich widowisk.
Czymże jest w wielkim mieście burza? Ledwie
ją słychać w ulicznym zgiełku. Ginie we wrzawie milionów jak krzyk żywego
człowieka przed maszyną.
Czymże jest w wielkim mieście woda?
Użyteczną cieczą, którą człowiek pompuje rurami i zmusza, by płynęła pod
asfaltem, albo pięła się mozolnie aż po najwyższe strychy.
Pory roku? Ach, te domy stoją zawsze w
tym samym czasie i bezczasie, lata przekradają się obok nich, nie ma sensu
przed nimi i w nich pytać o pory roku.
Ten śnieg jednak zmusza ludzi. Zmusza
ich, by uznali, że są siły, nad którymi nie panują. Pociągi stoją, auta toną w
zaspach, druty telegraficzne rwą się, cały ten ruch, z którego jesteście tacy
dumni, zostaje sparaliżowany. Listy przychodzą spóźnione, gazet brakuje,
wszystko jest zahamowane i skazane na ciszę.
Chwała Bogu za ten śnieg, za ten
drogocenny śnieg. W generalskich trzewikach od Corba spaceruję po parku
Sanssouci, idę nad Hawelę i aż po wielkie lasy.
Wczoraj wieczorem, gdy wracałem z
Berlina do domu, nad miastem dało się widzieć dziwne zjawisko. Musiała to być
zorza polarna. Nad połową nieba rozpościerała się świetlna kopuła złożona z
drżących kręgów, lśniących zielonkawo, błękitno i nieco czerwono. Krople
białego blasku pływały w tę i z powrotem na skrajach.
Szedłem powoli przez most ze wzrokiem
skierowanym na ten barwny spektakl. Nagle zderzyłem się z kimś, kto również
stał i go obserwował. Był to Suhm.
Od razu mnie poznał i powiedział: Szczęść
Boże! Chciałbym to oglądać ponad lasem, albo ponad rozległym, ciemnym masywem
górskim, albo nad zaśnieżonym stepem. Ależ to by musiało być!
Poszliśmy dalej. Gdy stanęliśmy przed
kościołem św. Mikołaja, nad którym blakły ostatnie feerie zjawiska, rzekł nagle
do mnie:
Zajdzie pan?
Chyba nie odpowiedziałem, po prostu
ruszyłem za nim. Weszliśmy do obdrapanej kamienicy i zeszliśmy po schodach na
dół. Facet mieszkał w piwnicznej izbie. Zapalił dwie wysokie, grube świece,
było jak w kościele, i wrzucił bukowe szczapy do pieca. Potem przyniósł razowy
chleb, który jedliśmy suchy i który mi smakował, oraz kamionkowy dzban pełen
wina. Takeśmy jedli i pili.
Pije pan wino, rzekłem niezbyt bystro,
byle tylko coś powiedzieć. Jestem nabożnym birbantem, odpowiedział Suhm, inni
to zwykle tylko konsumenci trunku. Proszę posłuchać:
Pobożny
birbant
Siedzi
i myśli snuje
Przed
swym kielichem z winem
Nabożnie
się weń wpatruje
Niby
w studni głębinę.
Płomień
świecy tańczy na fali
I
każdą kroplę w złoto zamienia
Jakby
się dysk słoneczny rozpalił
W
szkła zagłębieniach.
Raz
na czas jakiś się decyduje
Łyk
bierze, kielich znowu odstawia
I
winem się tak delektuje
Jakby
to była wyborna i wzniosła sprawa.
Wyrecytował ten wiersz w znany mi już
sposób, po czym zamilkł.
Przeszedłem bezpośrednio do rzeczy i
zapytałem go: Czego do licha właściwie szuka pan w Poczdamie?
Przetarł dłonią czoło i odrzekł:
Opowiem panu pewną historię, wszystko pan zrozumie. Proszę posłuchać.
Przed około dziewięćdziesięciu laty, a
zatem przed rewolucją marcową, we wsi O. mieszkał pewien leśnik nazwiskiem
Sittehut. Nazwisko to pojawia się jeszcze tu i ówdzie. W samej wsi O. ród ten
już wymarł. Ów Sittehut miał syna, który jak on miał na imię Paul. Paul junior,
rosły, krzepki chłopak, zostaje pewnego dnia w mieście powiatowym wcielony do
pruskiego wojska, a że z nawiązką spełnia wszelkie wymogi, to trafia do świetnego
pułku gwardii w Poczdamie.
Stary jest niebywale dumny z syna,
większość bowiem chłopców z okolicy zasila w najlepszym razie któryś z małych
regimentów piechoty na prowincji. Być może ze względu na domieszkę krwi
słowiańskiej są oni jeszcze dzisiaj mali, chudzi i już w młodości nieco pomarszczeni.
Młodemu w Poczdamie bardzo się podoba,
pisze listy pełne zachwytu: o wspaniałej rezydencji, dumnych oficerach, blasku
defilad.
Ale w podtekście jest oczywiście coś
innego: nie podoba mu się u Prusaków jedzenie. Brakuje mu domowych powideł
śliwkowych, strucli i kapuśniaku z boczkiem. W trzecim liście już nie owija w
bawełnę: karmią podle i skąpo. Drodzy rodzice, głoduje nieraz wasz wdzięczny
syn, a służba jest ciężka i wymagająca. Czy nie moglibyście mi czasem podesłać kurierską
pocztą co z waszej świnki? Wasz syn-żołnierz Paul.
Stary Sittehut jest dotknięty. Jego
syn, żołnierz, ma głodować? Przenigdy. Postanawia dostarczyć mu świnię do
Poczdamu.
Sąsiedzi się śmieją. Proboszcz z
sąsiedniej wioski stwierdza, że może Paul-żołnierz nieco przesadził. Nic nie
pomaga. Stary Sittehut ma upartą naturę, jak wszyscy tam leśnicy. Synowi świnię
do Poczdamu zawiezie, krucabomba! I to zaraz. Bo być żołnierzem i przy tym
głodować to już za wiele.
Kolei żelaznej jeszcze w naszej okolicy
wtedy nie było. Zbudowano ją dopiero długo po 1848 roku. Bierze więc stary
Sittehut taczkę, ten pradawny pojazd chłopski z dwoma uchwytami i jednym kołem,
kładzie na nią żywą świnię, przewiązuje się pasem i rusza w drogę. Zawsze na
Poczdam.
Rano, w południe i wieczorem karmi
świnię, która w wyniku tej dziwnej podróży nabrała jeszcze pyszności.
Czternaście dni był w podróży.
Właściwie piętnaście. Wyszedł z domu trzeciego listopada i o zmierzchu siedemnastego
dotarł do Poczdamu, tam, gdzie Długi Most prowadzi ponad Wyspą Przyjaźni przez
Hawelę.
Ależ była sensacja w mieście! Synowi-żołnierzowi
ojciec przywozi żywą świnię! Aż po koszary towarzyszyły staremu Sittehutowi
nieprzebrane tłumy gapiów. Śmiano się, potrząsano głową, dowcipkowano.
Z koszar wychodzi oficer na straży i
oznajmia staremu: Pański syn jest chory, leży w izolatce. Ma czerwonkę. I wzywa
dwóch żołnierzy, by zaprowadzili starego do lazaretu.
Z drżeniem pcha Sittehut taczkę ze
świnią po nierównym bruku do szpitala. Przybywa za późno. Jego syn, żołnierz,
zmarł tegoż siedemnastego listopada. Bierze jeszcze udział w pogrzebie i z
pustą taczką wraca do domu. Świnię podarował kompanii.
Potrzebował dziewiętnaście dni na
powrót, mimo że taczka była pusta.
W wiosce wiedziano już, co zaszło. Akt
zgonu z lazaretu krążył z ręki do ręki. Proboszcz, powiadomiony o przybyciu
starego, pocieszył go i rzekł: Bądź wdzięczny, mój drogi, również za ten ciężki
cios, który ci Pan Bóg wymierzył. I tak długo jak proboszcz ten żył, w
niedzielnej modlitwie o wstawiennictwo Boże padały te osobliwe słowa: I módlmy
się za zmarłego w Poczdamie na podstępną chorobę żołnierza Paula Sittehuta…
Suhm urwał i upił łyk wina. Potem
kontynuował: Widzi pan, ten stary Sittehut był to mój dziadek ze strony matki. Jego
los jest udziałem nas wszystkich. Idziemy wszyscy pieszo, idziemy ile sił w
nogach i często albo zwykle przychodzimy za późno – powiadają ludzie. W
rzeczywistości przychodzimy akurat na czas.
A czego szuka pan w Poczdamie?
zapytałem ponownie. Podniósł wzrok i rzekł: Chciałem zobaczyć, gdzie spoczywa
wielki król, gdzie żył i oddychał, gdzie działał i zmarł. Mam dom ojcowski, to
musi pan wiedzieć. Stoi oddalony od wsi, blisko lasu, otoczony drzewami i
kwiatami, ziołem i chwastem. To dla mnie najpiękniejsze miejsce na ziemi. Kryje
w sobie niskie izby z podłogą z dyli, używają tam jeszcze świec. Wstaje się ze
słońcem i idzie z nim spać. W ogrodzie kwitną goździki, orlik, lilia i parę
tulipanów. Kocham ten dom i ten ogród i pole i lasy ponad wszystko. I widzi
pan, stoi on od setek lat. My kmiecie jesteśmy bardziej szlacheccy od
niejednego barona. I w tym domu wielki król zapragnął kiedyś napić się wody. Do
dzisiaj w witrynce obok Biblii stoi dzbanek, chroniony niczym relikwia. To
chyba naturalne, że zapragnąłem zobaczyć, gdzie nasz król żył i gdzie umarł?
Rozmawialiśmy jeszcze długo o tym i
owym. Potem poszedłem. Miliony gwiazd płonęły nad nocnymi ulicami, panował tęgi
mróz. Długo nie mogłem zasnąć.
Jakiż osobliwy człowiek! Jeden z owych
wiecznych kmieciów, którzy pozostają kmieciami, choćby przyszło im być mężami
stanu albo duchownymi. Jako poeci są niczym siewcy, jako mężowie stanu niczym
oracze, a jako słudzy Boży niczym ogrodnicy. Zawsze pozostają kmieciami.
Ten Suhm to pierwszy do głębi
autentyczny człowiek, którego spotykam na tych kamiennych pustkowiach. Który ma
też przy tym jakiś grunt pod nogami i który śni o domu stojącym pośród drzew i
krzewów, pośród ziół i chwastów, zanurzonym całkiem w rozkwicie i przemijaniu,
o jedynym prawdziwym ludzkim życiu. I te słowa: My kmiecie jesteśmy bardziej
szlacheccy od niejednego barona!
Ogarnęła mnie wielka zazdrość. Dziadek
przybył tu, by pochować syna, a wnuk, by zobaczyć dawno zmarłego króla. Ludzie
mówią, że zawsze przychodzą za późno, ale w rzeczywistości przychodzą akurat na
czas.
Jak by to było, gdybym pozyskał w tym
niezwykłym człowieku przyjaciela, towarzysza, sprzymierzeńca? Jak by to musiało
być?
Czwartek,
9 stycznia
Zaprosiłem Suhma listownie, by mnie
odwiedził. I zrobił to. Aż mi było trudno uwierzyć. Poprowadziłem go przez
ogród do domku kawalerskiego. Przez dłuższą chwilę przyglądał się okaleczonemu
napisowi nad wejściem, po czym rzekł: Piękne słowo. – Potem weszliśmy do
środka.
Rozejrzał się w milczeniu po mym
pokoju, zauważając obrazy i książki. Zajmuje się pan wieloma rzeczami, drogi
przyjacielu, rzekł, nie wiem wciąż, jak ma pan na imię. Pokazałem mu ekslibris.
Vincenz Josua, zamyślił się, piękne i bardzo dumne imiona. Ja nazywam się
Peregryn, w domu mówią na mnie Bergerin.
Napiliśmy się kawy z ekspresu i co
nieco zapaliliśmy. Ta godzina wydała mi się nieopisanie piękna i pełna
znaczenia.
Uwielbiam poetów, zagaiłem, proszę coś
opowiedzieć o tej dziedzinie, o niczym bardziej nie lubię słuchać, albo jeszcze
lepiej proszę mi przedstawić jeden ze swoich wierszy.
Jestem dopiero małym czeladnikiem,
odparł Suhm, mam nadzieję zostać mistrzem. Poetą człowiek staje się dopiero
wtedy, gdy jest stary, dobrotliwy i posiwiały i gdy mu się rzeczy przyziemne i
podniebne posłusznie układają, bo czują, że je kocha. Młodzi ludzi są zbyt
zajęci sobą, a bogaci za bardzo się boją. Rozumie pan, drogi Born? Dopiero na
starość dochodzimy do tego, by przyjmować świat jako wielki poemat Boga. My
poeci jesteśmy niczym więcej jak kopistami Pana, jego tłumaczami i mnichami-przepisywaczami.
Raz na jakiś czas, gdy przychodzimy po nowy materiał, udaje nam się zobaczyć
Starego, jak pisze.
Jesteśmy też jak dawni malarze. Malujemy
na złotym gruncie. Zestawiamy nasze ciemne kształty z jasnością. Dopiero ze
złotym gruntem świat staje się wielki. Bóg to złoty grunt. Ci, którzy dzisiaj
za poetów uchodzą i się podają, to w większości targowi krzykacze i świętokradcy,
biedni filibustierzy i piraci, handlujący kradzionymi dobrami, a i to
przeważnie tandetą.
A co pana wewnętrznie najbardziej
zajmuje, drogi przyjacielu? zapytałem. Wokół czego krążą pana najskrytsze
myśli, co pana najgłębiej porusza?
Śmierć, odpowiedział. W życiu nie ma
nic bardziej godnego uwagi od niej. Jak to będzie, gdy będę przechodził przez kurtynę,
przez którą wszyscy przechodzimy, i przed kim tam stanę, i gdzie i jak. Ja to
wiem. Bo już widzę go prześwitującego wszędzie jak blask świecy zza zasłony,
jak światło lampy w ukryciu, jak znaczenie przenikające wszystkie obrazy. Życie
jest więc symbolem. Bóg jest najbardziej tajemniczy, a zarazem widzimy go
wszędzie. Jest najbardziej ukryty, a stale się ujawnia. Milczy, a wszystkie
rzeczy opowiadają o nim. Jest odległy od wszystkiego, a zarazem pośród nas. Jest
niepojęty, a przecież co chwila nań natrafiamy. Jednym słowem jest tak wielki,
że większość ludzi go nie widzi, a widzą go maluczcy, bo się pomniejsza. Jest
to wszystko niewyjaśniona łaska.
A gdzie widzi go pan w tym wielkim
mieście?
Również i tu może być, chociaż to
pośród nas kmieciów jest mu swojsko. Sprawia, że zielenią się pola i szumią
szczyty starych jabłoni, gdy nadejdzie wichura. Wielkie miasta nie on zbudował.
Błąka się po nich niczym obcy i stara się być widocznym. Ale chętniej przebywa
u nas.
W tymże momencie drzwi otworzyły się i
do środka weszła Renata. O wizycie nic jej nie mówiłem. Spojrzała na nas
zdumiona i chciała się wycofać.
Ależ nie, Renato, zawołałem, zostań.
Mam miłego gościa. Przedstawiam ci poetę Bergerina Suhma. A to jest moja
siostra Renata.
Renata przysiadła się, a my wróciliśmy
do naszej rozmowy.
A zatem czym jest dla pana śmierć?
Śmierć? Czym jest dla mnie śmierć? Wrotami
do zagadkowego Boga, uwolnieniem z wszelkiej niewoli, odryglowanymi drzwiami
karceru. Po prostu się wychodzi. To droga ku wolności, ostateczna męskość,
wielkie dojrzewanie.
Płynąłem kiedyś łodzią przez trzciny i
sitowie. Na Wołdze pod Astrachaniem. Ciężko było. Kil szorował po mule, do
steru przyczepiały się wodorosty, zielsko pchało się przed dziób. Słońce paliło
niemiłosiernie. Widok był ograniczony. Wiosłowałem, aż się spociłem. Często
upadałem na duchu i rozważałem, czy się nie położyć i tak nie zostać. Było pod
wieczór, gdy nagle gęstwina się rozstąpiła i ukazała mi się, ach, przyjaciele,
ukazała mi się wielka rzeka, szeroka, majestatyczna i zaiste boska. Toczyła w
wieczór swe purpurowe fale, a nad jej ujściem zachodziło słońce. Na skraju
nieba rozpościerało się jednak morze – niepojęcie wielkie, rozległe i
niezmierne. Zapomniałem o wszelkim zmęczeniu, o bagnach i skwarze południa. Nurt
pochwycił mój korab, postawiłem żagiel i spływałem szczęśliwy, przepełniony
euforią oceanu. Tak być może będzie to wyglądało.
Mówiąc, patrzył w dal i dało się
poznać, że oczami ducha widzi rzeczy, o których mówi. Renata była całkiem
zauroczona magią tego człowieka, wyraźnie to zauważyłem.
Potem wstał i się pożegnał –
lakonicznie, jak to miał w zwyczaju. W ogrodzie powiedział mi: Pańska siostra
to wielki klejnot. Proszę go strzec! – I poszedł.
Te słowa mnie zdziwiły. Nie zdążyłem
jednak zastanowić się nad ich znaczeniem, bo jeszcze długo rozmawialiśmy o
Suhmie z Renatą. Pozostała po nim w pokoju pewna atmosfera, która była nam
nieznana i być może dlatego tak głęboko nas oszałamiała. Jak wino, którego
smaku nie znamy i które pijemy łapczywie długimi łykami niczym ktoś spragniony.
Piątek, 10 stycznia
Znowu nawiedził mnie dzisiaj osobliwy
sen. Szedłem samotnie wzdłuż rzeki. Jej wody były żółte jak szafran. Działo się
to chyba w jakimś wschodnim kraju.
Niedaleko brzegu stała stara świątynia.
Zapukałem, ale nikt nie otwierał. Zawołałem. Wtedy pod dachem otworzyło się
okienko i wyjrzał Suhm. Wejdź na górę i rozejrzyj się! zawołał. Obszedłem
świątynię i ujrzałem przed sobą wzgórze, całe porośnięte czerwonymi makami. Wspinałem
się, jakbym brodził we krwi.
Gdy znalazłem się na górze, otworzył
się przede mną taki widok, że ze szczęścia niemal się udławiłem. Widziałem
przed sobą niwy błogosławionych.
Nie potrafię opisać szczegółów. Wiem
tylko, że przyklękłem i pogrążyłem się w zdumieniu. A gdy spojrzałem na niebo
ponad lądem, to spostrzegłem tam też krainę, góry i oceany, wyłaniające się
powoli z bezkresu głębokiego błękitu, coraz wyraźniejsze, nabierające konturów
i kształtów, tak że prawie mi serce pękło. Wtedy się obudziłem.
Przez cały dzień Renata nagabywała
mnie, żebym zaprosił Suhma na nasz bal. Powiedziałem jej, że pomysł wciągania
tego człowieka do kręgu, z którym nic nie będzie mógł zrobić, uważam za śmiechu
wart. Dość się uniosła i widziałem coraz wyraźniej, że jest nim poważnie zafascynowana.
Mimo tego odmówiłem i nie zmieniłem zdania.
Po południu pojechałem wynajętym autem
do niewielkiej wsi nad Łabą powyżej Magdeburga, gdzie miał być na sprzedaż
gotycki krucyfiks. Wszedłem do starego kościoła z polnych kamieni, który
niestety w środku był okropnie pomalowany. Rada parafialna była bardzo dumna z
tej dekoracji i oczekiwała, że wykażę entuzjazm. Opanowałem się jednak i nic
nie powiedziałem.
Pan Paul Pölecke, przewodniczący rady,
z zawodu szyper na Łabie, otworzył mi następnie kaplicę, w której niemal aż po
sufit piętrzyły się rozmaite stare rupiecie, ławki, mary i nagrobki. Tu wisiał
gotycki Chrystus. Spostrzegłem od razu, że jest to majstersztyk późnego
średniowiecza, stosunkowo dobrze zachowany, chociaż w dolnych partiach poważnie
uszkodzony przez kornika. Niemal naturalnej wielkości, wykonany z drewna
lipowego, był pierwotnie pokryty bogatą polichromią. Wyraz twarzy Ukrzyżowanego
był głęboko poruszający.
Szybko dogadałem się z panem Pölecke.
Wypłaciłem mu tysiąc marek w setkach, on podpisał umowę i sprawa była
załatwiona. Za to mogli sobie teraz kupić cały szereg figur z gipsu.
Kazałem Chrystusa dobrze zapakować,
załadowałem go do samochodu i pojechałem do domu.
Teraz siedzę u siebie w pokoju i
przyglądam się dziełu, które prowizorycznie umocowałem na ścianie. Muszę
podziękować Knarchowi, to on skierował mnie do tamtego kościoła.
Niedziela, 12 stycznia
Wczoraj wieczorem odbył się bal u
Corba. Było istotnie całkiem miło. Myślę jednak, że rozrywki tego rodzaju
straciły dla mnie swój urok.
Pan von Orgelstett, były starszy radca
intendentury, zachowywał się z początku możliwie. Umiał pić z godnością
czerwone wino, miał jednak tę słabość, że o późnej godzinie opowiadał dowcipy i
anegdoty, które pasowałyby do garkuchni, co mi wskazywało, że człowiek ten
doskonale czuł się w takich miejscach. Ja rozmów tego rodzaju zupełnie się nie
nadaję.
Doktor Reitenbusch okazał się
autentycznym prawnikiem. Stale próbował mi wyjaśnić, że pruskie nadprezydentury
są zbędne i wszelką władzę należy skupić w prezydenturach rejencji, który to
temat naświetlał z najrozmaitszych stron i w którym wydawał się dosłownie
zakochany. Jego żona, baronowa von Fangern, miała rysy całkiem semickie i
ciągle przypominały mi się słowa Suhma: My kmiecie jesteśmy bardziej szlacheccy
od niejednego barona. Jednak przez wzgląd na Renatę robiłem dobrą minę do złej
gry i tańczyłem jak szalony. Z Renatą, z pulchną madame Orgelstett, z jej
obiema córkami, z których jedna tak się do mnie przymilała, jakbym był dobrą
partią, i z panią Reitenbuschową, obwieszoną grubymi sznurami pereł. Słowem,
udawałem, że świetnie się bawię.
Również Knarch był w pełni
zaangażowany, a wręcz, jak to mówią, stanowił główną atrakcję. Tryskał
dosłownie humorem i w kobiecym salonie snuł plan kuligu po którymś z jezior,
przy czym obie panienki Orgelstett wpatrywały się weń dosłownie ze łzami w
oczach.
Wreszcie i to dobiegło końca. Około
drugiej nastąpiły pożegnania. Reitenbusch wychodząc szepnął mi jeszcze do ucha:
Reforma administracji jest nieodzowna, proszę o mnie pamiętać, zaś gruby
Orgelstett, pijąc ostatni kieliszek, zalał Löperowi winem czarne spodnie.
Wszystko więc było w najlepszym porządku. Pożegnania trwały pół godziny, a
potem posiedzieliśmy jeszcze trochę przy spustoszonym stole. Löper klął na wstawionego
radcę intendentury, Corb drzemał, a Renata śniła na jawie, chłodząc się wachlarzem.
Dziś po południu przyszedł do mnie
Suhm, niezapowiedziany i niezaproszony. Stanął nagle na środku pokoju. Uścisnął
mi dłoń i rzekł po prostu: Przyszedłem do ciebie, Vincenzie Josuo, bo myślę, że
jesteś bardzo samotny.
Dopiero wtedy zauważył krzyż. Długo mu
się przyglądał. Teraz znałem już ten jego styl i nie dziwiłem się.
Wreszcie odwrócił się znowu do mnie i
zapytał: Czy to dzieło należy do ciebie? – Tak, odparłem, podoba ci się? – Nic
nie odpowiedział, za to wrócił do oglądania. Nigdy nie widziałem człowieka,
który tak pogrążałby się w akcie obserwacji. Nagle przyszła mi do głowy myśl:
Jak by to było, gdybyś mu go podarował? Jak by to musiało być?
Czy chcesz mi sprawić radość,
Bergerinie? powiedziałem na głos.
W jakiż to sposób? zapytał.
Przyjmując ten krzyż jako drobny wyraz
mej przyjaźni, wyjaśniłem.
Pozostał spokojny, nie zdziwił się i
odparł: Nigdy i od nikogo nie przyjmowałem dotąd prezentów. Ale od ciebie
chętnie przyjmę. Dziękuję ci. To królewski dar. – W tej chwili nasza przyjaźń
została przypieczętowana.
Zażądał jakiejś płachty. W całym domu
nie było żadnej. Zerwałem więc ciemnozielone zasłonki z regałów z książkami i
owinąłem w nie krzyż. Teraz wyglądał jak w Wielkim Tygodniu.
Tymczasem zrobiła się noc. Znowu padał
śnieg. Suhm nałożył sobie krzyż niczym tragarz i poszliśmy.
Zaspy były coraz wyższe. Przy kościele
garnizonowym, gdzie spał król, wiatr czający się za rogiem nieomal nas
przewrócił. Tak parliśmy naprzód, stanowiąc osobliwy pochód. Ciemny krzyż
kołysał się Suhmowi nad głową i przyszło mi na myśl, gdy tak szedłem nieco za
nim: Krzyż dźwiga jako my wszyscy i jako ty sam.
Siedzieliśmy do północy przy winie i
świecach, a gotycki Chrystus w piwnicznej izbie spoglądał na nasz stół niczym
żywy i trzeci do spółki.
Zamyślony szedłem do domu. Cóż mogło być
więcej warte od jednego jedynego człowieka, który nam ufa – przyjaciela,
towarzysza, sprzymierzeńca?
Sobota, 18 stycznia
W minionych dniach wiele czasu
spędziłem z Suhmem. Corb i Löper są urażeni, że tak ich zaniedbuję, i odsuwają
się ode mnie. Również Renata chadza własnymi ścieżkami. Nie mogę inaczej, muszę
utrzymywać przyjaźń z tym człowiekiem, który przemawia mi prosto do serca, a
całą resztę odpuścić. Ostatecznie odpowiadam tylko za siebie, a zazdrość u
starszych panów i młodych dziewcząt to rzecz naturalna.
Suhm jest jak głębokie i tajemnicze
źródło. Nie jest fontanną, która wysoko tryska i ku słońcu zwraca swój lśniący
sztandar. Suhm nie lśni i nie błyszczy – on świeci. Nie przelewa się i nie
bulgoce, bije spokojnie i niezależnie, będąc jasnym zwierciadłem dla świata i
rzeczy.
Kocha to, co obiektywne. Ma w sobie coś
ze starzejącego się Goethego, z Grillparzera i ze Stiftera od Witika. Nie jest spokojny z powodu
niedostatku, lecz z powodu powściąganego nadmiaru. Jest pierwszą przyzwoitą
osobą, jaką spotkałem.
Knarch oślepia, z Löpera zrobił się mizantrop,
bo za bardzo był w sobie zakochany, a życie nie układało się po jego myśli,
Corb to zacny człowiek, ale w dziedzinie ducha posiada jedynie ogródek, podczas
gdy Suhm – majątek ziemski.
Nigdy nie zapomnę dni, gdy chodziliśmy
razem po Berlinie.
Pewnego razu rzekł do mnie: Pochodzę ze
Śląska, z mrocznego i niebezpiecznego kraju. Tam w wysokich górach grasują
jeszcze duchy, a po lasach nawołują się skrzaty. To kraina dzwonu zatopionego,
dmuchaczy szkła i tkaczy płótna, poetów i pogrzebanych bogów. Anioł-Ślązak jest
ojcem duchowym nas wszystkich, a nieszczęsny Christian Günther naszym bratem.
To miasto jednak nie jest z naszej
krwi, ani z naszej woli. Zmuszeni jesteśmy je nienawidzieć, bo zdaje się
ucieleśniać zasadę, z którą się nie zgadzamy.
W Niemczech nigdy nie było jednej
stolicy. Dawni cesarze mieszkali w obozie wojennym, w Akwizgranie, w
Norymberdze, w Ratyzbonie, albo na polach pod Mediolanem. Inne ludy mogły
powiedzieć: Patrzcie, tu jest nasze centrum, nasze słońce. Niemcy krążą wokół
ukrytej gwiazdy, nie znamy jej.
To miasto jest dlatego kłamstwem, że
leży w Niemczech. Dopóki było pruskie, było autentyczne – gdy zechciało stać
się niemieckie, zrobiło się nieniemieckie. Dzisiaj ma ambicję stać się centrum
Europy i przedstawia się jako światło i lampa, do której blasku ćmy lgną
tysiącami, gąsienice ściągają z całej okolicy, by spijać jego nektar. O, miasto
nocnych motyli, liszek i słodkiego nektaru! Nie mamy ze sobą nic wspólnego, ty
i ja. Chodzę twoimi ulicami jak obcy! Nie wiem, czy tu jest Rosja, czy Ameryka,
czy jeszcze coś innego, ale wiem, że Niemcy to nie są. – Podczas tych rozmów
Suhm pozostawał sobą, mówił spokojnie i klarownie, ale słowa jego nabierały
ostrości i były jak trzaśnięcia batem.
Innym razem powiedział: Bóg zdaje się
wycofywać ze świata, jakby chciał nas zostawić samym sobie. Ludzkość osiągnęła
trzydziesty rok życia i wkracza w wiek męski. To oznacza być samotnym, iść
samotnie, a jednak musieć znaleźć drogę. Tak jak Chrystus, gdy udał się na
pustynię i znalazł się na Górze Kuszenia.
Tu jest pustynia i tu jest Góra
Kuszenia, bo gdzie byłby człowiek samotniejszy niźli w wielkich miastach i
gdzie byłby bardziej niż w nich wystawiany na pokuszenie?
Innego razu poszliśmy do teatru. Dawano
Hamleta. Ci aktorzy, powiedział Suhm
w antrakcie, nie umieją już recytować wersów. Ich rytm i rytm wielkich poetów
to dwie różne rzeczy. To, co tu widzimy, to ceremonia pogrzebowa. Martwych
powinno się zostawić w spokoju, a zająć się żywymi.
Takie jednak jest całe to miasto. Ono
kłamie. Zdobi się martwotą. Kupuje dla swych muzeów stare obrazy i posągi, a
ludziom na Weddingu pozwala głodować. Tu wyciąga Hamleta spod ziemi, ale jeżeli
ktoś kiedykolwiek nienawidziłby tego miasta, to z pewnością byłby to Hamlet. W
żadnym innym mieście nie widziałem tylu konduktów pogrzebowych co tutaj. Tu
przechadzają się tysięczni zmarli: Nefretete, Isztar, bogini z Attyki,
Rembrandt, Feuerbach i wielu innych.
Sztuka toczyła się dalej. Siedzieliśmy
dość blisko sceny. Było coraz żałośniej. Wyszliśmy w środku przedstawienia, a
Suhm zawołał w stronę sceny: Nie odkopujcie mi zwłok Hamleta, wasze ręce nie są
dość czyste!
Wywołało to sensację i nazajutrz pisały
o tym wszystkie gazety.
Wczoraj wieczorem poszliśmy na
Kurfürstendamm. W pobliżu kościoła garnizonowego ktoś wcisnął nam ulotkę do
ręki. Głosiła:
Ludzie inteligentni i obdarzeni dobrym
gustem
bawią się
najlepiej
w Palais Peccafortiter
Kurfürstendamm Nr…
Ku memu zaskoczeniu Suhm był za tym,
żeby wejść do środka. Dlaczego nie mielibyśmy sprawdzić, co ludzie nazywają tu
odważnym grzeszeniem? Weszliśmy.
Było około jedenastej wieczorem. Pokonaliśmy
kilka korytarzy i weszliśmy po schodach na górę. Oczekiwał nas mężczyzna we
fraku. Szukacie Peccafortiter? zapytał. Tak, tego właśnie szukamy. Zapłaciliśmy
każdy niemałą sumę za wstęp, po czym zaprowadzono nas do ciemnej sali i
wciśnięto w aksamitne fotele.
Chyba trafiliśmy na sam początek. Na
niewielkiej scenie stał mężczyzna i bawił się z tresowanymi białymi myszkami. Wybiegały
mu z rękawów, ze spodni i z dekoltu, podczas gdy on zmysłowymi ruchami udawał
taniec. Śpiewał przy tym następujący tekst na modłę gregoriańskiego chorału: Wracam
właśnie z pogrzebu kochanego pana Boga. Był już dość podeszły w latach i zmarł
na zwapnienie żył. Moi państwo, było to wybawienie, wierzcie mi. Staruszek
miałby ciężką jesień życia. Tak było lepiej. La la la! I co teraz robimy my,
jego dziatki? Chcemy podzielić się jego spuścizną, tak, podzielić, la la la!
Chcemy być szaleni i okrutni. Niebo jest nam bowiem niedostępne, a piekło
splajtowało. Co nam pozostaje innego? Amen! Amen!
A potem, podczas gdy on nadal tańczył,
zaczęło zeń – zdawało się, że bez jego udziału – spadać ubranie, najpierw frak,
potem buty i spodnie i oto stanął nagusieńki na scenie i wtedy okazało się, że
to kobieta.
Przeszedł mnie lodowaty dreszcz i
pomyślałem, że zaraz zwymiotuję z obrzydzenia. Duszkiem opróżniłem kieliszek
wina i zapaliłem papierosa. W świetle zapałki spostrzegłem, że Suhm zrobił się
śmiertelnie blady. Ci tutaj grają naprawdę, rzekł mi cicho.
Kurtyna opadła i przez czas potrzebny
do wypalenia papierosa nie działo się nic. Potem znowu się podniosła. Jakież
było me zdumienie, gdy ujrzałem przed sobą Corbową kaplicę, całkiem taką, jaką
ją owego czasu sprzedałem, w głębi wspaniały ołtarz z palącymi się świecami, z
przodu dywan, kandelabry, obrazy na szkle, wszystko całkiem tak samo. Tylko po
bokach umieszczono piękne stalle, a nad nimi barwną galerię naturalnej
wielkości rzeźb barokowych.
Był to bajeczny widok. Rozległy się
ochy i achy.
Za sceną zaczęła grać muzyka. Organy,
skrzypce i flety. Nagle figury nad stallami ożyły. Byli to aktorzy i aktorki w
historycznych strojach, którzy teraz zaczęli ze sobą rozmawiać: święty
Sebastian, prawie nagi, Maria Magdalena, piękna pokutnica, święta Joanna, ubrana
w szklaną zbroję, i co tam jeszcze. Następnie weszło trzech kardynałów, którzy
odprawili requiem za zmarłego kochanego Boga. Było to nie do opisania i
naprawdę nie mogę powiedzieć tu nic więcej, bo nie wiem, komu ten dziennik może
kiedyś wpaść w ręce. Istotnie, ci tutaj grali naprawdę.
Potem nastąpiło jeszcze wiele więcej. Wszystko
jednak było przyczynkiem do tematu: chwała Bogu, pan Bóg umarł! Było to tak
szatańsko bluźniercze, że dziwiłem się, jak to możliwe, iż ziemia nie
rozstępuje się, by nas wszystkich pochłonąć. I przypomniałem sobie słowa Suhma:
Bóg zdaje się wycofywać ze świata.
Do domu wróciliśmy dopiero nad ranem.
Czwartek, 23 stycznia
Siedziałem dzisiaj wieczorem u siebie w
pokoju i obmyślałem plan stworzenia nowej galerii, bo muszę przecież z czegoś
żyć. Zamierzałem poświęcić się zwłaszcza sprzedaży dzieł sztuki z prywatnych
kolekcji poczdamskich. Nagle rozległo się pukanie i wszedł Suhm.
Od tamtego wieczora w Peccafortiter wydawał
mi się serdeczniejszy i życzliwszy. Zaczął mówić więcej o sprawach osobistych,
o swym życiu, planach na przyszłość, a zwłaszcza o swej ojczyźnie. Nie dziwiłem
się jego późnej wizycie, byłem do tego przyzwyczajony. Usiadł na sofie i
przycisnął dłonie do skroni.
Wyglądało na to, że coś się wydarzyło.
Co się stało? zapytałem, nieco wystraszony. Spojrzał na mnie i rzekł: Co się
stało? Mało lub wiele, jak to mówią. Bóg wprawdzie nie umarł, ale się wycofał.
Nie rozumiałem z tego ani słowa. Jak to
wycofał się? zapytałem. Co masz na myśli?
Wczoraj wieczorem wracałem z długiego
spaceru, odpowiedział. I oto przed domem – znasz go przecież – ujrzałem tłum
ludzi. Była tam straż pożarna. Dom płonął. Gdzieś przewróciła się lampa naftowa
i – skracając opowieść – wszystko się spaliło. Również mój Chrystus znad Łaby.
Potem znowu zamilkł.
Na zewnątrz wył wiatr. I bez żadnego
związku przypomniała mi się nagle strofa:
Pozwól
mi być przy tobie
Gdy
nad domem szaleją zimowe sztormy.
Przyniosłem wino.
Czy pamiętasz, zapytał Suhm, ową
rozmowę, którą toczyliśmy podczas jednej z naszych wędrówek po Berlinie: że
człowiek powinien iść w ciemność, tak jak Chrystus poszedł w ciemność przez
pustynię? Pamiętasz ją jeszcze? A teraz Chrystus ode mnie odszedł, szybko i
niespodziewanie. Zamyślałem zabrać go do naszego domu pod lasem i poosadzić w
letnim ogrodzie pełnym ziół i chwastów – krzyżowe drzewo – a na zimę wstawiać
do drewnianej izby, gdzie byłby jak wielki duch-przodek. Teraz to wszystko już
przeszłość!
I zobaczyłem, że łka. Dotknęło mnie to
do głębi. Chcę więc zawsze przy tobie pozostać, powiedziałem do niego cicho,
zawsze, zawsze!
Miałem wrażenie, że potrząsnął smutno
głową. Kto wie, rzekł.
Był to bardzo piękny i bardzo smutny
wieczór. Czuliśmy się tak, jakby brakowało pośród nas trzeciego.
Jako że Suhm stracił dach nad głową,
zatrzymałem go u siebie i właśnie ścieliłem mu na sofie, gdzie miał spać, gdy
do pokoju weszła Renata. Na dźwięk otwieranych drzwi obróciłem się. Ona jednak
nie zauważyła mnie; widziała tylko Suhma, który stał zaraz obok niej.
Spojrzała nań wielkimi oczami, jakby
zobaczyła ducha, spłonęła intensywnym rumieńcem, zadrżała, zaczęła głośno
szlochać i łkając wybiegła z powrotem na zewnątrz.
Kto zrozumie kobietę? Nawet jeżeli to
własna siostra? Może wtedy jest jeszcze trudniej.
Nie ciągnęliśmy dalej tego wątku i
poszliśmy spać.
Piątek, 24 stycznia
Dzisiaj wynająłem mieszkanie na
Charlottenstrasse niedaleko Wilhelmsplatz, gdzie na parterze posiadam również
przestrzenie sprzedażowe i wystawiennicze. Lokalizacja jest dobra i myślę, że
sprawy pójdą znowu do przodu. Teraz trzeba ponawiązywać znajomości, by dowiedziało
się o mnie środowisko poczdamskie.
Złożyłem wizytę niesympatycznemu panu
Orgelstettowi, zachowywał się tak, jakby znał na wylot każdego w Poczdamie,
poczęstował mnie również paroma swymi brzydko pachnącymi anegdotami. Pozwoliłem,
by spłynęły po mnie niczym brudna woda, po czym zanotowałem kilkanaście
adresów. Na odwiedzanie Reitenbuscha przeszła mi ochota, facet mógłby znowu
zacząć swój wykład o potrzebie reformy administracji. Brr! Ale i bez tego dam
sobie radę. Okręcik Vincenza Josuy Borna musi odzyskać pływalność.
Poniedziałek, 27 stycznia
Moja dawna relacja z Corbem i Löperem
chyba ostatecznie się popsuła. Gdy obwieściłem im obu, że chcę ponownie
uruchomić interes, żaden nie powiedział ani słowa.
Wreszcie Corb rzekł: I tak niewiele
nacieszył się rodzeństwem. Prowadza się z wierszokletami, którzy ludziom takim
jak my są wstrętni, a mademoiselle Renata zwiedza Berlin.
Löper wzruszył ramionami i powiedział: C’est la vie.
Naprawdę przykro mi było tak ich
rozczarowywać, ale nie wiem, co sobie nawyobrażali. Czuję wyraźnie, że moją ścieżkę
z Suhmem będę musiał przejść sam, a Renata musi prędzej czy później wrócić do
Wiednia. Boli mnie tylko i wyłącznie myśl, że mogę być uznany za
niewdzięcznika. Ale za kogo nie byłem już uznawany? Za oszusta i fałszerza
obrazów.
Pewnie, Löper ma rację, takie jest
życie. Ja wszakże jestem skłonny postawić wszystko na jedną kartę, ta karta
nazywa się przyjaźń z Suhmem.
Czy uczucia, którymi darzę tych dwóch
panów, mogłyby mi zastąpić żywe życie z Suhmem? Przenigdy! Czuję, że muszę się
tu zdecydować i żeby w całości zdobyć jedno, muszę poświęcić wszystko inne, co
przecież jest tylko połową. „Zgiń i znów się przemień!” Goethego to obecnie
moje hasło przewodnie. On poszedł i sprzedał wszystko, co miał, i kupił perłę.
Głupiec ze mnie! Czegóż to już nie brałem
za wielki klejnot – życia, ja, pieniędzy, ślepego współczucia. Żywych ludzi
jednak pomijałem. I przypominam sobie jedno zdanie Suhma: Bóg pomaga ludziom
tylko poprzez ludzi.
Przyjaźń musi w rzeczy samej liczyć się
jako wartość najwyższa, jako klejnot niedościgniony, a ja miałbym teraz zacząć
wahać się pomiędzy z jednej strony tym niezrównanym człowiekiem, a z drugiej
tymi dwoma nieco upartymi i zazdrosnymi dziadkami?
Życie mam jeszcze przed sobą, otwarte i
swobodne, rozciąga się cudownie szeroko niczym rzeka u ujścia do morza.
Wyszedłem z gęstwiny i miałbym dobrowolnie wracać do zamętu, do niejasności i
zaciemnień?
A więc bywajcie obaj, Corb i Löper.
Wiele dla mnie znaczyliście, przyznaję, będę wam zawsze wdzięczny, nigdy was
nie zapomnę, ale być wiecznym gościem przy waszym stoliku z czerwonym winem –
na to jestem za młody. Pozbyłem się wielu złudzeń – pozbyć się musiałem – ale
iluzji wolnego i wartościowego życia będę strzegł do końca i nie wyzbędę się
nigdy.
Bez wątpienia Iwein zapodział się. Nie
u kobiet, ale u dwóch panów, kulturalnych i pełnych wdzięku, pośród niejasnych,
półmrocznych nastrojów, w atmosferze na poły wiedeńskiej, na poły poczdamskiej.
Umarł król – niech żyje król!
Piątek, 31 stycznia
Kiedy przewracam stronę i czytam, to
nie wiem, czy nie lepiej byłoby podrzeć całą tę książkę. Myślę już spokojniej,
obawiam się, że zbyt spokojnie. Dwukrotnie przeżyć tak straszną katastrofę to
zbyt wiele.
Ach, zdradliwe morze! To morze, które, gdy
człowiek wypływa, wydaje się gładkie jak lustro, a potem zamienia się w
rozszalałego potwora.
Na Boga, nie wiem, co jeszcze mi się
przytrafi. Jestem już taki stary, taki prastary. Całe moje życie zawarte jest
na tych stronicach i to życie jest obecnie kompletną katastrofą albo
bezwartościowym śmieciem wyrzuconym przez morze. Co teraz będzie?
Myślę, że jestem beznadziejnym
tchórzem. Inny na moim miejscu byłby odważniejszy i przyłożyłby sobie do skroni
zimną lufę rewolweru. Ja tego nigdy nie próbowałem.
No cóż! Tak miało być. Pozwolę się
nieść nurtowi. A jeżeli mam w sobie jeszcze jakąś ciekawość, to tego, co
jeszcze jest mi pisane.
Ludzie mieli rację: Bóg najwyraźniej
umarł, bo inaczej takie rzeczy nie powinny mi się przydarzyć.
Przedwczoraj wieczorem, gdy wróciłem do
mego nowego mieszkania na Charlottenstrasse, na biurku czekał na mnie list.
Cały dzień składałem wizyty i byłem ledwie żywy. List ten wydał mi się od
początku bardzo dziwny. Niezwykły! Chociaż na pozór był jak zwyczajny list.
Nadano go w Cottbus. Rozdarłem kopertę i przeczytałem:
Lehde, w Spreewaldzie
wtorek, 28 stycznia
Drogi Vincenzie Josuo!
Wyjechałem z Poczdamu i Berlina. Nie
pytaj dokąd. Jeżeli jesteś mym przyjacielem, nie wolno Ci o to pytać. Długo się
wahałem, czy mam się z Tobą pożegnać. Postanowiłem tego nie robić. Myślę, że
tak było lepiej. Udaję się na długie odosobnienie. I żebyś wiedział: kocham Twoją
siostrę Renatę, ale obawiam się, że bez wzajemności. Dlatego lepiej było
wyjechać. Ty nie jesteś niczemu winien. Nikt mi dotąd tak drogi nie był jak Ty.
I będę Cię nosił w sercu niczym skrywany skarb. Biedny Vincenzie Josuo! Tam jak
my wszyscy musisz sam podążać swoją ścieżką. Niech Chrystus i wspomożyciel,
którego nam obiecał, będą zawsze z Tobą. Mnie nie szukaj. Jeżeli Cię zasmuciłem,
wybacz mi. Ty jednak pozostań taki, byśmy – ja i ten trzeci w naszej relacji –
mogli zawsze powiedzieć: ten jest naszym przyjacielem.
Twój,
Bergerin Suhm
Nie wiem, jakie uczucia towarzyszyły mi
podczas czytania tego listu. Nie żal, nie smutek i nie zwątpienie. Było to coś
całkiem innego. Dojmująca świadomość opuszczenia. Gdyby mi ktoś powiedział, że
nazajutrz słońce nie wstanie na czas, wyśmiałbym go. Moje słońce odeszło.
Nie wiem, co mam teraz umieścić na mym
nieboskłonie jako wielką gwiazdę centralną. Świat wydaje się szary, pusty i
upiorny, jak podczas zaćmienia.
I znowu przypominam sobie te słowa: Pozwól
mi być przy tobie, gdy nad domem szaleją zimowe sztormy. Wydają mi się wołaniem
mego własnego serca, jakby były napisane dla mnie.
Wtedy dzieje się to, że ukrywam twarz w
dłoniach i łkam.
Głód cierpieć jest źle, winnym być jest
źle, ale najgorzej jest być opuszczonym.
A ja teraz jestem sam jak palec, nie
wiem, co będzie.
Nazajutrz, czyli wczoraj rano,
poszedłem do Renaty, która wciąż mieszka u Corba, i zastałem ją w jej pokoju.
Właśnie przygotowywała się do wyjścia.
Przywitałem się i chciałem jej właśnie
opowiedzieć o liście, kiedy widok czegoś, co leżało na toaletce, zmroził mi
krew w żyłach.
Jeszcze teraz drżę na myśl o tym.
Była to mała, srebrna, sycylijska
papierośnica Knarcha.
Podszedłem bliżej, wziąłem ją do ręki i
spojrzałem na Renatę. Przeraziła się i zrobiła blada jak ściana.
Co to jest? zapytałem.
Głupiec ze mnie, jak mogłem jeszcze
pytać. Bo pytając, wiedziałem już wszystko.
Pociemniało mi w oczach. Musiałem
oprzeć się o krzesło, tak słabo mi się zrobiło.
Renata powoli odsunęła się ode mnie.
Podszedłem do niej i ponowiłem pytanie:
Co to jest?
Znowu nie odpowiedziała, tylko
przyglądała mi się wielkimi, przestraszonymi oczami.
Zapytałem po raz trzeci: Co to jest? Ponieważ
znowu nie udzieliła odpowiedzi, położyłem papierośnicę na stole, usiadłem w
fotelu i przemówiłem:
Powiem ci, co to jest. To prezent dla
metresy.
Wiem jeszcze teraz, że to ostatnie
słowo wymówiłem tak, jakby zawierał się w nim cały brud i smród burdelu.
Wylałem je niczym kubeł pomyj na jej przyozdobioną warkoczem blond główkę.
Spełniło swoje zadanie, to słowo, jak
cios pięścią. Renata osunęła się bezgłośnie na sofę.
Siedzieliśmy tak może kilka minut, ona
na sofie, ja w fotelu. Potem wziąłem się w garść, zapaliłem papierosa – o, te
śmiechu warte przyzwyczajenia, które człowiekowi pozostają wierne nawet podczas
tajfunów i burz piaskowych! – i wyciągnąłem list Suhma.
Suhm właśnie mi pisze: Kocham Twoją
siostrę Renatę, ale obawiam się, że bez wzajemności, powiedziałem.
Renata nie poruszyła się. Zwisła niczym
martwa nad oparciem sofy. Podszedłem do drzwi i zamknąłem je na klucz. Dopiero
wtedy podniosła przestraszony wzrok. Może bała się, że ją zastrzelę.
Bez obaw, panno Born, rzekłem, nic
panience nie zrobię. Kładę tu na stole zegarek. Za dwadzieścia minut jest
panienka gotowa do wyjazdu, jedziemy do Berlina na Anhalter Bahnhof, gdzie
wsiada panienka do najbliższego pociągu do Wiednia. Proszę zatem się
pospieszyć.
Nie protestowała. Dziesięć minut później siedzieliśmy w samochodzie, ja obok
szofera, ona z tyłu.
Z Corbem i Löperem nie pozwoliłem jej
się pożegnać.
Na dworcu dałem jej pieniądze. Chciała wziąć
mnie za rękę. Nie podałem jej swojej. Gdy dojedzie panienka do Wiednia, powiedziałem,
upraszam o telegram. Proszę wsiadać.
Nie obejrzałem się za nią ani razu, gdy
pociąg wyjeżdżał z peronu.
Ta dziewka skradła mi przyjaciela i
siostrę.
Ale my ludzie jesteśmy przecież tylko
małymi głupkami!
Idąc do wyjścia, zobaczyłem nagle w
tłumie Hildę Kronach. Nie zauważyła mnie. Wyglądało, że na kogoś czeka.
Skryłem się w ciżbie i czekałem. Nikt
jednak się nie zjawił. Rozczarowana i zmęczona opuściła peron. Widziałem, że obcasy
jej butów są krzywe.
I wtedy przemówił do mnie ostry jak
brzytwa głos, nie wiem czyj i skąd: Teraz jesteśmy kwita.
A gdybym miał wtedy oponenta przed
sobą, to byłbym zbyt zmęczony, być choć zacisnąć dłoń w pięść.
Byłem kompletnie wyczerpany. Pojechałem
do domu i gapiłem się na ściany, nie wiedząc, czy jeszcze żyję, czy może
niedawno umarłem.
VI.
Niedziela, 2 lutego
Jakież upokorzenia musiałem znieść! Gdy
próbowałem wyjaśnić staremu Corbowi nagły wyjazd Renaty, myślałem, że zapadnę
się pod ziemię. Nie pozwolił mi skończyć, wyszedł powoli do drugiego pokoju,
zamknął drzwi i zostawił mnie samego.
Po jakimś czasie wrócił, wyglądał na
dziesięć lat starszego. Dopiero teraz zauważyłem, jak jest stary. Stanął przede
mną i rzekł: Żołnierz nie powinien nigdy popadać w zwątpienie, poruczniku Born.
Löpera powiadomię.
Podał mi rękę i poszedłem. I myślę, że
do tego domu nigdy już nie wrócę. Wstydzę się.
Zima nie ma końca. Długie ulice są
zimne i opustoszałe, a jeżeli wcześniej mogłem radować się bielą śniegu i
otwartą przestrzenią, to teraz widzę tylko pustkę samotności i ponure, chmurne
dni.
Nie mogę się nadziwić, ile człowiek
znosi. Często jest tak, jakbym nie był już tym, kogo znam od początku, ale jakimś
zewnętrznym obserwatorem. Jest we mnie niemożliwe do nazwania uczucie pustki. I
co ciekawe, w tym stanie widzę ludzi i rzeczy klarowniej i wyraźniej niż
wcześniej. Może dlatego, że jestem obiektywny. Bo jakoś nic już mnie nie
obchodzi. Robię, co trzeba, ale duchem jestem nieobecny.
Zaczynam lepiej rozumieć Löpera i jego
filozofię. Być może przeżył rzeczy, o których nie mam pojęcia.
Cierpiąc, robimy się bardziej
wyrozumiali. Więcej pojmujemy, mądrzejemy.
Dzisiaj cały dzień składałem wizyty.
Coś, co wcześniej było mi wstrętne, teraz niemal lubię jako wypełnienie bezużytecznego
czasu.
Stojąc w pokoju gościnnym, ciekaw
jestem, kto wyjdzie mi naprzeciw i z których drzwi.
Zakładanie się ze sobą samym może być
zabawne. Ten pierwszy we mnie mówi: Z tamtych drzwi wyjdzie, z pewnością
mężczyzna, obwieszony orderami, pułkownik albo oficer sztabu generalnego.
Będzie wielkopański i wyniosły.
A ten drugi na to: Bynajmniej. To nie
będą tamte drzwi, ale te. I to nie będzie mężczyzna, ale pani domu. Pułkownik
ożenił się późno. Jest szczupła, piękna, szarmancka. Będzie nadzwyczaj miła i
powie: Cieszę się, że pana poznałam.
Takie rzeczy mnie cieszą, szkoda.
Nieraz obawiam się, czy nie postradałem rozumu. A jeżeli tych dwóch
wystarczająco się nadyskutuje, a pokojówka wyjdzie i powie: Państwo proszą o
ponowną wizytę jutro – to co wtedy? Wtedy śmieje się ten trzeci. Wcześniej
takie sytuacje doprowadzały mnie do szału, teraz się uśmiecham, kłaniam się
pokojówce niby królowej i schodzę po obitych wykładziną schodach, tak powoli,
że mogę je policzyć. Ustaliłem, że na każde półpiętro przypada zwykle dwanaście
stopni. W nowych domach jest to tylko osiem.
Na dole zapalam sobie papierosa i
stawiam krzyżyk przy nazwisku państwa, co oznacza: Wrócić!
Nie wiem, dlaczego to wszystko robię. Ani
mnie to ziębi, ani grzeje. Jest jak film, który nas nie interesuje, ale go
oglądamy, bo nie mamy nic lepszego do roboty. Czym innym miałbym się zająć?
Oczywiście nie wszędzie jestem
odprawiany z kwitkiem. Polecenia Orgelstetta otwierają mi wiele drzwi.
Dzisiaj przed południem przyjął mnie
hrabia Zuppow, człowiek, o którym powiadają, że odgrywał pewną rolę w
ministerstwie spraw zagranicznych. Nosi on tytuł królewskiego szambelana.
Przyjmując mnie, miał na sobie strój
jeździecki i biały krawat. Jeszcze nigdy nie widziałem u mężczyzny tak
upierścienionych dłoni. Stanął w pewnej odległości ode mnie i lustrował mnie
wzrokiem.
Przedstawiłem się i opowiedziałem o
mojej nowej galerii.
Dobrze, powiedział, wciąż stojąc i nie
oferując mi żadnego krzesła, wrócę do pańskiej oferty. Czy podjąłby się pan
sprzedania Rayskiego?
Rozmawiał ze mną, jakbym był Turkiem i
mieszkańcem wysp południowego Pacyfiku, obracając przy tym w dłoni szpicrutę.
Jak najbardziej, panie hrabio,
odpowiedziałem. Jeżeli wolno mi zwrócić na to pańską uwagę, to nie jestem głupim
młodziankiem znikąd, a raczej doktorem filozofii po uniwersytecie praskim. Mój
ojciec był archiwariuszem ziemskim i koronnym Królestwa Czech z tytułem
cesarskiego i królewskiego szambelana, a moja matka była hrabiną von Truchsess,
który to ród jak wiadomo należy do starej szlachty.
Następnie wziąłem sobie fotel i
usiadłem.
Przez moment mężczyzna w jeździeckim
dresie był niepewny. Zamrugał oczami i zastanawiał się.
Potem poszedł do mnie, podał mi rękę i
rzekł, całkiem odmieniony: Och, pardon, nie spojrzałem dokładnie na pańską
wizytówkę. Naturalnie. Bardzo mi miło.
I dziesięć minut później miałem pisemną
umowę na sprzedaż dwóch Rayskich.
Takim ludziom trzeba najpierw dać
kopniaka w brzuch, zanim przyjdą do siebie.
Wyznaję, że te wizyty te są drażniące,
jakbym wchodził do wanny pełnej igieł świerkowych.
W południe odwiedziłem księcia Eduarda
von Chorinsky’ego, o którym słyszałem, że chce upłynnić wartościową kolekcję
dzieł sztuki.
Przyjął mnie osobiście. Siedział w
ogromnym gabinecie, przez który trzeba było przejść na skos, by stanąć przed
jego biurkiem.
Gdy byłem w połowie drogi, wyszedł mi
naprzeciw, podał rękę i rzekł: Czy pan jest synem byłego czeskiego
archiwariusza koronnego?
Ja: Zgadza się, wasza książęca mość,
jestem.
On: To mnie cieszy. Poznałem nieco
pańskiego ojca. Pomagał mi wtedy przy reorganizacji archiwum rodowego. Czy nie
ma pan również siostry?
Ja: Nie, wasza wysokość, jestem tylko
ja.
On: Ale czy nie było jeszcze
dziewczynki? Czy też się mylę?
Ja: Miałem siostrę, wasza wysokość, ale
niedawno zmarła.
On: Och, moje kondolencje, to mnie
głęboko zasmuca. A zatem chce pan zająć się moją galerią?
Ja: Bardzo chętnie, wasza wysokość,
jeżeli to możliwe.
Książę zaprosił mnie do stołu i
zjedliśmy obiad w bajecznym salonie, ozdobionym ślicznymi obrazami Lorraina i
Watteau.
Musimy jeść sami, powiedział, moja au
pair jest niestety chora.
Gdy o drugiej opuszczałem pałac księcia
Chorinsky’ego, miałem w kieszeni, że tak powiem, jedenaście obrazów szkoły
francuskiej i niderlandzkiej.
Niedzielną pracę uznałem za wykonaną i
schowałem notatnik.
Po południu pojechałem do Berlina.
Ogrody Sanssouci budzą we mnie gorzkie uczucia. Za każdym krzakiem widzę tam
Suhma.
W Berlinie człowiek jest samotniejszy.
Po drodze naszła mnie fantastyczna
myśl: A co zrobisz z Knarchem? Wciąż nosiłem w kieszeni jego srebrną
papierośnicę.
Czy powinienem pójść i go zastrzelić?
Po prostu strzelić mu w łeb jak parszywemu psu? Czy też powinienem się z nim
pojedynkować? Nad którymś z jezior, z samego rana, gdy żołądek ma się jeszcze
pusty? A może powinienem zmusić go, żeby ożenił się z Renatą?
Jedno śmieszniejsze od drugiego. Co
zyska świat na śmierci tego typa? Czy też mam pozwolić, żeby zrobił ze mnie
kalekę i poszedł za to do twierdzy? A Renata, którą dzisiaj u Chorinsky’ego uznałem
za zmarłą?
Wczoraj rano przysłała telegram: Już w
Wiedniu. Renata.
Jakimż byłbym łajdakiem, gdybym chciał
ją z powrotem wmusić Knarchowi, który by ją dzień i noc zdradzał!
A zatem nic nie robić? Pozwolić, żeby
Knarchowi uszło na sucho i nie wręczyć mu żadnego listu dziękczynnego? Sam nie
wiem. Kto dał mi list dziękczynny, gdy uwiodłem Hildę Kronach? Śmieszny jestem
w roli sędziego.
Jadę gdzieś kolejką podziemną. Film się
wyświetla, widzę ludzi, domy, ulice. Ludzie przepychają się, nadeptują sobie na
buty.
Kurort Kudowa szczyci się tym, że umie
chorych uzdrawiać.
Luźno cytuję Gottfrieda Benna:
Berlin,
to asfaltowe wyrobisko!
My
chcemy jechać do Kudowy.
Na Leipziger Strasse wciskam
papierośnicę Knarcha do kratki ściekowej. Przechodzi z trudem i wpada w mętną
czeluść. Podchodzi ochroniarz i pyta, co robię.
Ściągam przed nim kapelusz i idę dalej.
Ludzie się śmieją.
Wieczorem chętnie poszedłbym do Palais
Peccafortiter. Ale lokalu już tam nie ma. Idę Kurfürstendammem i patrzę na
okna, gdzie był mój „Klejnot”. Agencja ubezpieczeniowa wyniosła się. Zamiast
niej pyszni się szkoła handlowa.
Wszystko przemija. Tam, gdzie jaśniała
witryna z pięknym obuwiem, stoją teraz w ogromnej hali, opartej ryzykownie na
słupach grubości zapałki, błyszczące auta, w których lakierze i chromie
przeglądam się tysiąckrotnie. Co to wszystko ma być? Nie znajduję nigdzie
żadnego sensu, żadnej wartości…
Wlekę się wielką ulicą niczym starzec.
Zagadują mnie dziewki, mijają pędem samochody, domy płoną, idę i idę, ciągle
dalej i dalej, jakbym jeszcze dziś musiał dotrzeć na koniec świata.
Wtorek, 4 lutego
Mam już dość obrazów i innych dzieł
sztuki, by otworzyć lokal. Nie jest to żaden klejnot, ale spodziewam się, że
mnie wyżywi.
Kazałem wydrukować ilustrowane
prospekty, zaprosiłem prasę, rozesłałem wizytówki.
Na ścianach wisi dwadzieścia pięć
obrazów, wszystkie dobre i czyste. Niektóre są ponadprzeciętne, Teniers od
Chorinsky’ego i Altdorffer od starej panny von Gelmar.
Zwłaszcza ten Altdorffer jest bardzo
piękny. Nie jest większy od płytki dachowego łupka. Ale to, co na tej
przestrzeni wyobrażono, jest wspaniałe. Stoją tam drzewa, chłodne i już
przechodzące z zieleni w błękit, przytulone do siebie niczym wielkie anioły. Na
polanie święty Michał na białym koniu spogląda na krainy w dole, które
rozzłocone ciągną się aż po horyzont: miasta, wsie i wiele zamków. Przejścia
barwne od płynnego złota pod horyzontem po chłodny błękit prześwitujący zza
wierzchołków drzew na pierwszym planie, te przejścia są nie do opisania.
Być może zachowam go dla siebie.
Dziełom sztuki przyglądam się teraz
spokojniej i bardziej rzeczowo. Nie jestem już rozpływającym się w zachwytach
entuzjastą, który pada na kolana przed promiennym słońcem piękna, a raczej
prastarą kamienną górą, grzejącą się w świetle wielkiej, odchodzącej gwiazdy.
I znowu – któryż to już raz? – muszę
pomyśleć o Suhmie, o niezapomnianym, i o tym, co pewnie powiedziałby o tym
obrazie.
Gdzie on może teraz być? Z powrotem w
rodzinnej wiosce, której nazwy nigdy nie poznałem, w ogrodzie pełnym ziół i
chwastów? Czy myśli o mnie i o utraconej ukochanej? Albo gdzie błąka się jego
wszechogarniający duch i czy nas wszystkich zapomniał?
Nie, czuję, że jest w jakiś sposób przy
mnie. Nie zapomniał mnie, wiem to. Mam wrażenie, że przygląda mi się zza
jednego z tych drzew na obrazie Altdorffera, a one szumią jego głosem.
Ach, jest daleko stąd, nie wiem gdzie i
mógłbym wszystko wziąć i cisnąć do głębokiego dołu zapomnienia.
Piątek, 7 lutego
Również temu pozwolę spokojnie
przeminąć. Zniosę to, będę myślał, że to klejnot, a kiedy los przyjdzie i
weźmie mi go z ręki, będę jak grzeczne dziecko bawił się w piaskownicy mej
pustej przyszłości i ani razu nie zapłaczę.
Gdy się straciło tyle co ja, jest się
wdzięcznym za najmniejszą iskierkę. Przyjmijmy zatem, że była to igraszka,
słodki flircik, motyl, ze skrzydeł którego zwisają krople światła. Co z tego
zostaje – garść, co ja mówię, szczypta barwnego pyłu, nic więcej.
Och, los znam teraz bardzo dobrze. Wiem
dokładnie, jak ze mną gra. Gra ze mną w Tantala. Podaje mi klejnoty, a kiedy
wyciągam po nie rękę, okazują się bańkami mydlanymi i pękają. Znam to
doskonale.
Złożyłem sam sobie uroczystą przysięgę,
że będę ostrożny. I gdybym miał już nigdy nie mieć szczęścia, to przynajmniej
chcę uchronić się przed nieszczęściem. Nie chcę się z nikim więcej wiązać, chcę
zostać buddystą i wyrzec się pragnienia życia.
Nie odczuwam już głodu i nie odczuwam
już pragnienia, mam tylko w sobie wielką tęsknotę za spokojem. Niech mi dadzą
spokój.
Ale nie chcę tu filozofować, chcę
relacjonować.
Dzisiaj przed południem chciałem
porozmawiać z księciem. Chodziło o sprzedaż jego obrazów. Galerzysta Mara z
Berlina pytał o ceny.
Gdy pociągnąłem za dzwonek, zjawił się
kamerdyner i powiedział, że jego wysokość wraca dopiero za godzinę i czy chcę
tyle czekać.
Na poły bezwolnie wszedłem do środka i
pozwoliłem się zaprowadzić do salonu, który już znałem. Sześciokątny, średniej
wielkości pokój wyłożony japońskim jedwabiem i wymyślnym parkietem na podłodze.
Kamerdyner poszedł.
Z salonu tego ma się widok na piękny
francuski ogród. Przycięte żywopłoty i cisowe szpalery były zasypane śniegiem. Wyglądały
jak z waty. W oddali po zamarzniętym jeziorze ślizgali się łyżwiarze. Była to
scena niczym z Aschenbacha.
Przyszły mi na myśl wszystkie ogrody,
które zdążyłem poznać: Schönborna w Pradze, gdzie jako dzieciak bawiłem się z
Renatą, Schönbrunn, niezapomniany Schönbrunn, i Laxenburg z jego stawami i pałacami.
Przypomniałem sobie parki w Rosji, przez które maszerowałem jako żołnierz, w
ciężkich buciorach i z wszami za kołnierzem. Wspomniałem ogród mojej willi w
Grunewald, gdzie spędziłem zakochane tygodnie z Hildą, park Sanssouci z Suhmem
i przydomowy ogród Corba.
Te wieczne wspomnienia! Jakbym był
starcem, który spisuje swe memuary.
Ośmieliłem się i nacisnąłem klamkę
drzwi prowadzących do długiego korytarza. Po lewej ciągnął się rząd okien, po
prawej wisiały stare portrety von Chorinskych, rozpoznałem herb.
Z tego korytarza otwarte drzwi
prowadziły do głównych pomieszczeń. Coś ciągnęło mnie, by przez nie przejść. Wszystkie
były urządzone z książęcym przepychem i pełne dzieł sztuki wartych fortunę.
Przeszedłem przez kilka salonów. Jedna
sala przylegała do następnej. Wreszcie dotarłem do średniej wielkości pokoju,
skąd wychodziło się do oranżerii. Było tu bardzo ciepło. Podszedłem do
przeszklonej ściany i zajrzałem do środka.
Rzadkie orchidee stały tam szeroko
rozpostarte pośród ciemnych palm, turecka fontanna pluskała pod baldachimem z
lian i tygrysówek. Wtedy nagle usłyszałem, że ktoś zakaszlał. Obróciłem się
przestraszony. W głębi pokoju, na skos ode mnie, leżała na otomanie dama. Była
owinięta wełnianym pledem, a w prawej ręce trzymała książkę. Spojrzała na mnie
i uśmiechnęła się lekko.
Byłem zmieszany. Przepraszam, moja
pani, zapewne panią przestraszyłem? Nazywam się Vincenz Josua Born, marszand.
Sprzedaję dla jego wysokości kilka obrazów i…
Przerwała mi z uśmiechem: Nie ma za co,
drogi panie Born. Domyśliłam się, że to pan. Nie przestraszył mnie pan. Jego
wysokości nie ma?
Ja: Nie, moja najłaskawsza, kamerdyner
powiedział, że wraca dopiero za godzinę i mogę poczekać.
Ona: Och, to wspaniale, może mi pan
zatem dotrzymać towarzystwa, oczywiście jeżeli pan chce. Jestem mianowicie
nieco przeziębiona i muszę o siebie dbać. Inaczej poznałabym pana już w
niedzielę. Proszę, może chce pan sobie przyciągnąć tamten fotel.
Ja: Bardzo chętnie, jeżeli mogę.
Ona: A więc czy obrazy się sprzedały?
Ja: Praktycznie tak, najłaskawsza.
Chciałem właśnie poczynić ostatnie ustalenia z jego wysokością księciem.
Ona: To go ucieszy. To znaczy trochę
tak, trochę nie. Niechętnie pozbywa się tych obrazów, ale rzeczywistość go do
tego zmusza.
Rozmawialiśmy następnie o wszystkim innym.
A raczej to ona mówiła, podczas gdy ja przyglądałem się jej i słuchałem tonu
jej głosu.
Nigdy nie widziałem takiej kobiety.
Wyglądała na cierpiącą. Twarz i dłonie miała bardzo blade, a usta zdawały się
rozpalone od gorączki. Wszystko to jednak wzmacniało jej wyjątkowy urok. Nie
jest właściwie piękna, ale jest pełna wdzięku. Ma brązowe oczy i czarne włosy,
momentami lśniące niemal granatowo. Nie potrafiłbym powiedzieć, do jakiego typu
należy, z pewnością ma w sobie wiele krwi słowiańskiej albo południowej. Jej
oblicze jednak nie jest szerokie ani pełne, a raczej wąskie i uduchowione.
Podobnie jej dłonie. To istne dzieła
sztuki. Najdelikatniejsze i najszlachetniejsze, przywodzące na myśl szlachetne
srebro albo porcelanę, kiedy się na nie patrzy.
Możliwe, że gra dużo na fortepianie
albo organach.
Po godzinie nadszedł książę. Zastał nas
zajętych ożywioną rozmową i całując ją w dłoń, powiedział: Metello, nie
powinnaś tyle mówić, musisz bardziej słuchać lekarza.
Teraz znałem przynajmniej ich imiona.
Metella. A więc jednak z Południa. Pożegnałem się i przeszedłem z księciem do
jego gabinetu. Wkrótce się dogadaliśmy i pół godziny później sprzedałem
telefonicznie Marze siedem obrazów za pięćdziesiąt dwa tysiące marek. Ponieważ
mam dziesięć procent prowizji, to za jednym zamachem zarobiłem pięć tysięcy
dwieście marek.
Nie mogę zaprzeczyć, że jestem z tego
zadowolony. Podjąłem pieniądze po południu w banku w Poczdamie, przelałem
główną sumę na konto księcia, zatrzymałem swoją część i ruszyłem niemal wesoło
w zapadający zmierzch.
W pewnym momencie znalazłem się koło
urzędu pocztowego. Wszedłem do środka i zrobiłem przekaz na tysiąc marek dla
panny Renaty Born, Wiedeń, Prinz-Eugen-Strasse 17a. Potem poszedłem dalej.
W pobliżu Pałacu Marmurowego znajduje
się niewielka kafejka, której właściciel musi być człowiekiem oryginalnym.
Urządził swój lokal w stylu japońskiej herbaciarni: siedzi się na niskich
plecionych fotelach, ma pod nogami bambusowe maty i popija wyborną herbatę.
Ściany są puste, tylko przed rodzajem
ołtarzyka domowego stoi waza z pałkami trzciny i liśćmi czerwonego klonu.
I wtedy stało się dla mnie jasne: Born,
uważaj. Grozi ci, że się zakochasz. Masz przecież doświadczenia w tym zakresie.
Czyż Hilda cię nie zdradziła, a Renata nie zawiodła? Trzymaj ręce z dala od
kobiet, Vincenzie Josuo!
Wciąż jednak na powrót pogrążałem się w
rozmyślaniach na temat tej osobliwej damy. Tak, czy była właściwie wolna,
zamężna, owdowiała? Kim w istocie była? Książę traktował ją jak światową damę. Au
pair? Ale zwrócił się do niej przecież per „ty”. Hmm, przypomniały mi się aux
pairs Knarcha. Gdybym był malarzem, chciałbym ją sportretować, na Boga.
Chciałbym ją słowami opisywać, gdybym był poetą. Co by Suhm powiedział, gdyby
ją zobaczył?
A teraz siedzę u siebie w mieszkaniu i
piszę to. Na zewnątrz dzwonią dzwonki sań, skrzypi śnieg, migocą gwiazdy.
I naraz wydaje mi się czymś wstrętnym,
gdybym miał się dalej oszukiwać. Innym można z konieczności kłamać, siebie
samego okłamywać się nie powinno. Nie, tego nie powinno się robić.
Vincenzie Josuo Bornie, przed kim
odgrywasz tę komedię? Przyznaj, kochasz ją! Powiedz to jasno i otwarcie!
Nie wiem, czy ją kocham. Czy to, co czuję,
nazywa się miłością. Hildę Kronach kochałem inaczej.
Tego właśnie chcesz uniknąć, tego ostatecznego
wyznania. Kochasz ją. Czym była dla ciebie Hilda Kronach? Miłostką, przygodą,
romansem. Ale Metella?
Ach, sam ten dźwięk, Metella, czy to
imię nie brzmi jak dzwon z ciemnego mosiądzu? Czy nie jest jak jej głos –
piękne, pełne i ciemno zabarwione? Metella: widzę rzymskie ogrody, w nich
kobiety barwy brązu idące po wodę z dzbanami na głowie, jedną ręką trzymające
gliniany uchwyt.
Vincenzie Josuo, ty roisz. Jesteś
zakochany. Takie poetyckie wizje są najpewniejszą oznaką zakochania.
Mylisz się, starszy młodzieńcze, nie
jestem zakochany. Znam kobiety, dlaczego nie miałbym poetycko opisać jednego
typu, który jest naprawdę poetycki, a którego jeszcze nie znam?
Tylko ta kobieta zdaje się nam zawsze
poetycka, którą kochamy.
Hilda Kronach była miła i ładna, ale
nie poetycka.
Hildy Kronach też nie kochałeś,
głupcze. Bawiłeś się z nią tylko i flirtowałeś. Może to była namiętność, ale
nie żadna miłość.
Ten wewnętrzny dialog zaczyna mnie
bawić. Naturalnie nie jestem zakochany. Ta kobieta interesuje mnie z psychologicznego
punktu widzenia, cóż więcej? Marszand może w pewnych okolicznościach być
również trochę artystą, dlaczego nie?
Dlugo jeszcze chodzę w kółko po pokoju.
Jak by to było, gdyby Metella kiedyś mnie odwiedziła? Nagle i niespodziewanie?
Ogarnia mnie wielki lęk. Zaczynam
sprzątać w środku nocy. Porządkuję książki na regałach. Te niepozorne ustawiam
w tylnym rzędzie, na przód daję te ze złoconymi grzbietami i oprawne w skórę.
Ścieram kurz z korony Nefretete.
Idę do drugiego pokoju, gdzie moje
obrazy wciąż leżą ułożone w stosy, i zaczynam wbijać gwoździe w ścianę.
Jest w pół do jedenastej. O tak późnej
porze w śpiącym domu nie powinno się hałasować. Może rano przyjdzie właścicielka
i mnie wyrzuci. Próbuję wciskać gwoździe w ścianę ręką.
Tak mogę zawiesić przynajmniej kilka
obrazów. Rozwijam moje dwa autentyczne tureckie dywany i czyszczę poczerniały
od sadzy samowar specjalnym proszkiem.
Właściwie to jest to barbarzyństwo! Ta
sadza to patyna tego dzielnego urządzenia. Ale co tam, wszystko ma lśnić
czystością.
Po dwóch godzinach pokój jest jak
odmieniony. Dzwon na którejś z dzwonnic bije pierwszą.
Otwieram okno i wpuszczam do środka
mroźne powietrze.
I gdy tak stoję nad śpiącym miastem,
tak, przyznaję, kocham ją, kocham ją, kocham ją jak nic innego na świecie!
Sobota, 8 lutego
Gdy się rano obudziłem, było późno.
Dochodziła dziesiąta. Oba pokoje skąpane były w słońcu. Jedwabiście błękitne
niebo rozpościerało się nad miastem, zwałami śniegu i lśniącym szronem.
Nie wiem, było mi nieopisanie dobrze.
Założyłem szlafrok i usadowiłem się z filiżanką mokki i papierosem przy oknie.
Ten szron jest największym grafikiem
stulecia. Świat jest czarno-biały, tylko niebo ma błękitną barwę. Wszystko jest
jasne, ostre i jak wyryte diamentowym rylcem w szkle.
Druty telegraficzne, które biegną z
mego okna na skos ponad dachami i których dotąd nie widziałem, są teraz jak
grube, obszyte futrem generalskie akselbanty. Pilastry i kariatydy domów
wyglądają na pokryte białym jedwabiem, co sprawia całkiem wytworne wrażenie. I
liczne dachy. Drzewa, ach, każde z nich jest jest poematem, a niebo lśni tak
błękitnie, i nie da się pojąć, dlaczego wszyscy ludzie nie są szczęśliwi i
dlaczego świat nie miałby być najlepszą możliwością ze wszystkich, nie, tego
się pojąć nie da.
Moje cztery tysiącmarkowe banknoty i
dwieście marek w srebrze leżą wciąż jeszcze na stole w pokoju dziennym, gdzie
je wczoraj wieczorem położyłem, i miło mnie nastrajają.
Promienie słońce ześlizgują się po
książkach i oto moja biblioteka wygląda jak jakiegoś księcia. Nawet Nefretete
uśmiecha się słodko, a tureckie dywany rozkwitają w skąpym świetle niczym
klomby w Sziraz albo słynne różane ogrody Omdurmanu.
Ja, głupi, dopiero teraz pojmuję,
dlaczego jestem taki szczęśliwy: Metella. Jej obraz stoi mi przed oczami, muszę
je zamykać z czystej radości. Tak, co mam robić? Uśmiechać się, śmiać, radować,
wiwatować, krzyczeć – łkać.
Do diabła z losem, kocham ją, kocham
ją, kocham ją jak nic innego na świecie!
Namydlając się do golenia, słyszę
pukanie do drzwi. To pani Betty Settelbaum, wdowa po radcy królewskiej izby
obrachunkowej w służbie czynnej, Erichu Settelbaumie, właścicielka domu, w
którym mieszkam.
Przyszła porozmawiać o tajemniczym
wbijaniu gwoździ zeszłej nocy i udziela mi poważnych i stosownie dobranych
napomnień.
Śmieję jej się po prostu w twarz,
prosto w nos, całkiem zdumionej wdowie po radcy królewskiej izby obrachunkowej
Erichu Settelbaumie, i mówię: Widzi pani, madame, my Austriacy jesteśmy wszyscy
trochę szaleni. Rozumie pani, szaleni, rzeczywiście, naprawdę szaleni. Wczoraj
wieczorem chciałem się powiesić, ale nie znalazłem żadnego gwoździa. Rozumie
pani, że w takiej sytuacji nie mam obowiązku brać względu na bliźnich. Niestety
wieszak na spodnie, na którym chciałem się powiesić, złamał się. Tak, droga
pani Settelbaum, tak właśnie jest, okazałem się o pięć funtów za ciężki.
Na Boga, tak nią zakręciłem, po czym
dałem jej dziesięć marek i wypchnąłem za drzwi, śmiejąc się tak, że trzęsły się
ściany. Myślę, że teraz naprawdę mi wymówi. Aleppo rzekłby: Co mi z tego?
Potem włóczyłem się po ulicach, na
Bassinplatz dołączyłem do prawdziwej bitwy na śnieżki toczonej przez ulicznych
wyrostków, strząsałem laską szron z gałęzi i i ogólnie psociłem.
Do diabła, dlaczego nie miałbym sobie
raz pozwolić na radość? Kto mi tego zabroni?
W tym nastroju wszedłem do pałacu.
Dopiero gdy stanął przede mną
kamerdyner, zadałem sobie pytanie, czego tu właściwie dzisiaj szukam. Chwała
Bogu, książę wyjechał na tydzień. Czy można porozmawiać z łaskawą panią?
Czekam. Wiem na pewno, że… Łaskawa pani każe prosić.
Cały dzień spędziłem z Metellą. Cały
dzień! Jak mam to opisać?
Wiem, ona mnie kocha. Jej oblicze
pojaśniało, a spojrzenie zabłysło, gdy podszedłem. Siedziała tym razem na
krześle z podłokietnikiem i podniosła się, gdy ucałowałem jej dłoń. Usiedliśmy
najpierw w oranżerii przy pięknej, cicho szemrzącej tureckiej fontannie.
Nie wydawała się wcale zdziwiona, że
dzisiaj znowu tu jestem. Jakby mnie oczekiwała. Niemal bez wysiłku wznowiliśmy
rozmowę w miejscu, w którym przerwał nam ją poprzedniego dnia książę.
Metella posiada rozległą wiedzę, zna
się na historii sztuki, literaturze, muzyce. Zdaje się też, że wiele
podróżowała. Opowiadała o Cejlonie, Jawie, Egipcie.
Ale z tą erudycją jest jej do twarzy. Pewnie
dlatego, że mówi wyłącznie o rzeczach, które są dla niej stosowne.
Okazało się, że oboje uwielbiamy
japońską poezję. Przy tym zatrzymaliśmy się na jakiś czas. Czy przeczyta mi pan
kilka haiku? zapytała. Bardzo chętnie, odpowiedziałem. Była to cudowna godzina.
Wiele utworów znałem na pamięć i
recytowałem je żarliwie i z natchnieniem:
Bieli
się jeszcze śnieg na szczycie góry
Lecz
w ogrodzie kwitnie już brzoskwinia.
Powiedz,
drogie dziecię, kiedy
Do
mej biednej bambusowej chaty trafi miłosny list,
By
mi powiedzieć, żebym przybył?
Spojrzała na mnie wielkimi, ciemnymi
oczami, a ja poczułem, jak gorąca krew pulsuje mi w rękach. Ledwie mogłem
opanować drżenie.
Czytaliśmy następnie z włoskiej podróży
Goethego, kartkowaliśmy Mörickego i Stefana Georgego. Oglądaliśmy angielskie
grafiki, które rozwiesiła u siebie w pokoju, rozmawialiśmy o wszystkim, co jest
piękne, dobre, wspaniałe i miłe.
Piliśmy herbatę, z paleniem poprosiła,
żebym się wstrzymał. Ciężko mi było, ale się zmusiłem. Czegóż bym dla niej nie
zrobił?
Wieczorem – w oranżerii zrobiło się już
ciemno – zagrała mi na fortepianie utwory Mozarta i Beethovena, z Czarodziejskiego fletu, Uprowadzenia, wielkie arie z Fidelia, które zdaje się szczególnie
lubić.
Nie wiem jeszcze, czy to wszystko mi
się nie przyśniło. Było zbyt piękne, by mogło być prawdziwe. A przecież
wydarzyło się, wydarzyło się dzisiaj, wydarzyło się przed niewieloma godzinami.
Na pożegnanie uścisnęła mi dłoń, mówiąc
cicho i – jak mi się wydawało – znacząco: Proszę wkrótce przyjść znowu, drogi
przyjacielu! Jestem bardzo samotna!
Przyjacielu, powiedziała. Jestem bardzo
samotna! Gdyby wiedziała, jaki ja jestem samotny.
Nie mogłem iść do domu. Wędrowałem
lśniącymi i błyszczącymi ulicami, w sercu tajemna muzyka:
Powiedz,
drogie dziecię, kiedy
Do
mej biednej bambusowej chaty trafi miłosny list?
Ach, głupiec ze mnie, jak mogłem tak
pomniejszać życie, jak mogłem tak pogrążyć się w zwątpieniu. Świat na nowo się
otworzył się przede mną, jestem odmienionym człowiekiem. Rysuje się przede mną vita nuova, nowe życie, jakiego sobie
nie wyobrażałem nawet w najśmielszych snach.
Kocham ją, kocham ją, kocham ją jak nic
innego na świecie!
Sobota, 15 lutego
To był pewnie najpiękniejszy tydzień,
jaki kiedykolwiek przeżyłem.
Codziennie byłem u Metelli. Książę wyjechał
na cały tydzień. Byliśmy więc niemal cały czas sami.
Skłaniała się ku mnie niczym słodki,
mieniący się kwiat.
Przyniosłem jej kilka książek, o
których jej wspominałem i które chciała przeczytać. I do jednej z nich wsunąłem
kartkę z kilkoma wierszami jej poświęconymi.
Dla niej stałem się poetą. Przepiszę
tutaj te wiersze dla mej wiecznej pamięci. Jest ich siedem:
D o n i e j !
1
Obejmują ciebie obie moje dłonie
Moja ty wyrzucizno morska, którąm sobie
zdobył
Którą mi z głębin zsyłają bogowie
Gdy mi morze, ach, tak wielkie
poczyniło szkody.
Muszę i chcę całkiem rozpłynąć się w
tobie
Ty żyjesz, choćby złotą flotę
pochłonęły wody
Jak z dawnej morskiej legendy opowieść
O biednym rybaku, co syrenę złowił.
I tak jak rybak sieć zarzuca z pluskiem
I patrzcie, skarb darowuje mu morze
Tak ty jesteś moja zgodnie z prawem
ludzkim
I jesteś moja zgodnie z prawem Bożym
I jesteś moja duszą i ciałem
O wyrzucizno moja, obca, słodka pani!
2
Obca mi jesteś, a bliska przecie
Jakbym przed niejedną epoką
Długo patrzył na ciebie w jakimś innym
świecie
I do serca wziął sobie głęboko.
I nawet jeśli zwątpienia sieć mnie
oplecie
I tysięczne o przyszłość pytania
obskoczą
Serce me zawsze odpowie ochoczo:
Siostrą lub narzeczoną była kiedyś temu
poecie.
O, wierz mi, ja znałem twoje dłonie
Gdyśmy się pierwej ujrzeli przy zimowym
ogrodzie
Byłem szczęśliwy, żem cię odnalazł
ponownie
I do ciebie, długo poszukiwanej,
zbliżyć się mogę.
O, to nie było żadne zapoznanie
Wierz mi, to było ponowne spotkanie!
3
A jeśli mnie zapomnisz
To co mam wtedy czynić?
Byłbym jak pierścionek
Rzucony na dno skrzyni.
A jeśli mnie zawiedziesz
O, słodka ty dziecino
To byłbym jak ten kielich
Co w ziemię leje wino.
A jeśli ty mi umrzesz
To nie wiem, co ja zrobię
Wiem tylko, że bez ciebie
Żyć nijak ja nie mogę.
4
Kiedy wiatr w zimowych śpiewa drzewach
Słyszę ciebie!
I kiedy w domu dźwięczy skrzypiec
melodia rzewna
Słyszę ciebie!
I gdy wspina się księżyc po ciemnym
nieboskłonie
Widzę ciebie!
I gdy niebo gwiazd milionem płonie
Widzę ciebie!
I gdy jestem pośród ludzi w tłumie
Jestem przy tobie!
I gdy sam stoję, patrząc chłodno i
dumnie
Jestem przy tobie!
5
Wiele kobiet poznałem
Piękną była niejedna z nich
Żadnej słowa nie dałem
Żadna nie była tak piękna jak ty.
U mego boku się pojawiały
I zaraz znowu nie było ich
Za żadną iść ochoty nie miałem
Żadna nie była tak piękna jak ty.
Jasny jedwab, czarny atłas
Mantylka złota, bucik pstry
Pereł sznury, biżuterie
Żadna nie była tak piękna jak ty.
Nie miały z tobą porównania
Jak piosenki ton przestygły
Wszystkie je już zapomniałem
Ciebie nie zapomnę nigdy.
6
Przy tobie jest błogość, jakiej nie
znałem
Z dala od ciebie rozlewa się cierpień
rzeka
I to, co zawsze sobie bajką zwałem
Teraz jest tu i na mnie czeka.
Zapada się przestrzeń, zamyka czasu
powieka
I staje me serce, które kiedyś tak
gnało
I wszystko, co mnie płomieniem tak rozpalało
Gaśnie i o przemijaniu orzeka.
Tyś wszak jest mi wielka i
nieprzemijalna
I gdy padniesz ty, rozpadnie się cały
mój świat
I jedna tylko dręczy mnie myśl fatalna:
Wizja bez ciebie spędzonych lat:
Jak meteor, co po niebie pędzi
I bezsensownie nieznane zatacza kręgi.
7
Kobierzec mego życia, szeroki w
skrajach
Tysiącem przeszywany nici
Nieraz niby we śnie przed nim staję
I wspominam swe przeżycia.
Wtedy się wielka przestrzeń roztacza
Strun ton cichy stamtąd wypływa
I pod krzepką ręką tkacza
Stare dzieło na nowo ożywa.
Widzę wpierw niejasne sploty
Lecz już przeczuwam, co tkwi w ukryciu
I czuję, jak mnie łańcuch złoty
Ku nieznanemu ciągnie życiu.
Kobierzec goreje niby w żarze słońca
A w mym sercu wzbiera rozkosz – bez
końca.
Te siedem wierszy – spisanych i
zszytych zieloną jedwabną nicią w zeszycik – włożyłem do jednej z książek.
Następnego dnia nie powiedziała nic,
kolejnego też nic. Książki leżały na sekretarzyku, nie śmiałem podejść i ich
przekartkować, by sprawdzić, czy zeszycik wciąż tam jest.
Ale czułem, że przeczytała moje
wiersze. W jej oczach pojawiał się często miękki blask i zdawało mi się, że
nieraz szukała mych dłoni, gdy brała ode mnie książkę, albo gdy wertowaliśmy
tekę grafik, albo gdy dawała mi do potrzymania bukiecik orchidei, przy czym w
sposób nieunikniony jej palce dotykały moich, a ja miałem wrażenie, że drżą
osobliwie i są gorące, a przez jej wargi przebiega dreszcz.
Dzisiaj w południe powiedziała mi na
pożegnanie: Drogi przyjacielu, jutro rano wraca książę. Nie powinien mnie pan
już tak często odwiedzać.
A gdy poruszony ucałowałem ją w dłoń,
rzekła: Bywaj, bywaj zdrów!
I poszedłem, nie oglądając się za
siebie ani razu, i wciąż jeszcze dziwię się swej dzielności. Jak inny Orfeusz
poszedłem, ale czułem, że ona patrzy za mną, a może nawet za mną płakała.
Poniedziałek, 17 lutego
Dzisiaj rano pani Settelbaum przyniosła
mi do pokoju paczkę. Otworzyłem, były to moje książki od Metelli. Na nich
spoczywał list, brzmiący mniej więcej tak:
Drogi przyjacielu!
Z najlepszymi podziękowaniami odsyłam
Panu książki, które był Pan tak dobry mi pożyczyć. Były to pod wieloma
względami bardzo wartościowe lektury. Dziękuję Panu raz jeszcze.
Jego Wysokość Książę każe Pana
pozdrowić i pyta, czy uczyni nam Pan tę przyjemność i w najbliższą środę napije
się z nami herbaty. Jesteśmy właściwie całkiem samotni.
Pozdrawia Pana
Metella von Eiff
Dopiero tym sposobem poznałem jej
nazwisko: Metella von Eiff.
Przycisnąłem list pewnie sto razy do
warg i oszołomiony kartkowałem tomy, gdy nagle z jednego z nich wypadł obrazek.
Był to fotograficzny portret Metelli, bardzo wierny. Na odwrocie napisała:
„Bardzo pięknie dziękuję! Pańska Metella”.
A więc jednak! Kocha mnie, wyznaje swą
miłość. Powierza mi swój portret. Teraz wszystko jest jasne. Teraz muszę
działać, zdeklarować się, otwarcie wypowiedzieć.
Nie mogę doczekać się środy. Praca mnie
irytuje. O galerię mało się troszczę, ale mimo tego kwitnie. Wczoraj sprzedałem
Altdorffera. Nabyło go Muzeum Germańskie w Norymberdze.
Zuppow robi się coraz łaskawszy. Myślę,
że wkrótce przyzna mi Order Zielonej Małpy domu von Zuppow, tak bardzo mnie
lubi. Kiedy ci ludzie widzą pieniądze, będą handlować też z Żydem czy
Hotentotem.
W Poczdamie wszędzie teraz otwierają
się przede mną drzwi. Przebąkuje się, że moim następnym klientem będzie książę.
Skąd taki blask w mojej psiej budzie?
To jednak, co wcześniej mnie cieszyło,
teraz stało się obojętne w porównaniu z jednym: Metellą.
Metella von Eiff. Sięgam po rocznik
genealogiczny. Szlachta z nadania, pierwotnie z Nadrenii. W 1711 w elektoracie
Kolonii. Marszałek arcybiskupa. Kardynał Eiff nuncjuszem papieskim w Wiedniu w
1799. Dwóch Eiffów poległych podczas wyprawy Napoleona do Rosji w 1812.
Posiadłości pod Grevensbroich i nad rzeką Ahr. Nowszych wiadomości brak.
A więc zapewne katoliczka. Skąd ta obca
krew u niej? Rodzina wydała wiele córek za mąż do Luksemburga i Brabancji.
Elementy walońskie i galijskie. Tak wyjaśnia się to i owo.
Najważniejsze jest, że mnie kocha.
„Bardzo pięknie dziękuję! Pańska Metella”. Czy to nie mówi wszystkiego? Czy ja,
głupi, mogę jeszcze wątpić? Czy może wyraźniej powiedzieć, kim dla niej jestem?
Pani Settelbaum istotnie mi wymówiła.
Do 1 kwietnia muszę opuścić jej gościnny dom. Oznajmiła mi to listem poleconym.
Tej kobiecie nie da się pomóc. My Austriacy jesteśmy po prostu trochę szaleni.
Wtorek, 18 lutego
Tej nocy znowu miałem dziwne sny. Spałem
niespokojnie, rozgorączkowany. Często budziłem się i widziałem izbę pełną
księżycowego blasku.
Miałem wrażenie, że stoję na ogromnym
murze. Był to Wielki Mur Chiński, ciągnący się kilometrami przez pustynię.
Była noc. Żółty księżyc przycupnął nad
lądem, mur był całkiem dobrze widoczny.
Jechałem na wielbłądzie kawałek w noc. W
którymś momencie zauważyłem, że obok mnie, każdy również na wielbłądzie, jedzie
trzech mężczyzn
Pierwszym był Li Bai, wielki chiński
poeta. Na szyi miał flet zawieszony na jedwabnym sznurze, a na ramieniu czarną
małpę.
Drugim był Laotse, który wydał mi się
nieco zarośnięty. U pasa dyndała mu tykwa, a na czubku jego wysokiego
spiczastego kapelusza z jagnięcej wełny siedział sokół.
Trzecim wreszcie był faraon Ramzes,
Ramzes Wielki. Skąd ten się wziął na Chińskim Murze, nie mam pojęcia. Był w
każdym trzecim do spółki, dzierżył berło z zakończeniem w kształcie liścia
lotosu, a na czole przysiadł mu święty skarabeusz.
Wszystko to widziałem bardzo wyraźnie. Nie
kłamię. Opowiadam tylko, co wyraźnie widziałem i co jeszcze dokładnie pamiętam.
Jechaliśmy jakiś czas w milczeniu obok
siebie. Potem dotarliśmy do placyku utworzonego przez jajowate pogrubienie
muru.
Tutaj trzej panowie zsiedli z
wierzchowców i zsiadłem również ja.
Ramzes wycelował we mnie berłem i
rzekł: Marszand Vincenz Josua Born z Berlina musi umrzeć.
I oto byłem już martwy. Poszło całkiem
bezboleśnie. Leżałem w grobie i patrzyłem, jak tamci trzej przykucają wokół
niego. Księżyc wciąż świecił.
Ramzes ujął berło i zatknął je w
grobie. Ono urosło i zamieniło się w piękną orchideę. Laotse odkorkował dzban i
podlał kwiat winem. Wtedy ten zaczął tajemniczo dźwięczeć jak harfa. Li Bai
wreszcie chwycił za flet i wtórując roślinie zagrał pieśń, przy czym, co
osobliwe, grając, jednocześnie śpiewał:
Powiedz,
drogie dziecię, kiedy
Do
mej biednej bambusowej chaty trafi miłosny list?
Było to zarazem piękne i smutne. Następnie
wsiedli panowie z powrotem na wielbłądy i odjechali po wielkim murze,
zostawiwszy mnie całkiem samego w mym grobie.
Kto ma takie dziwaczne sny jak ja? Nie
słyszałem nigdy, żeby ktoś śnił tak niezwykłe rzeczy. Przysięgam, że nie
kłamię, że mówię samą prawdę.
Moje sny są czymś więcej niż próżnymi
odbiciami codzienności. Ich porządek jest w jakiś tajemniczy sposób znaczący,
są napisane alfabetem, którego jeszcze nie znam, ale przez to nie muszą być
pozbawione sensu. Zawierają w sobie sens, trudny do rozszyfrowania, ale głęboki
i wieloznaczny.
Gdy się zbudziłem, za zamarzniętym
oknem zachodził jeszcze księżyc, a mróz wymalował na ślepej szybie nieopisanie
piękne kwiaty.
Środa, 19 lutego
O piątej zapukałem do znanej mi dobrze
furty książęcego pałacu. Zaprowadzono mnie od razu do pokoju herbacianego,
którego jeszcze nie znałem, pomalowanego na żółto-czerwono i ozdobionego wyszywanymi
tkaninami z Indii.
Były tam cztery osoby: książę, Metella,
siostra księcia, wydana za włoskiego arystokratę, bodajże diuka Manfredonii,
oraz młody bratanek księcia, hrabia von Prüm.
Piliśmy herbatę i rozmawiali o tym i
owym. Przeziębienie Metelli najwyraźniej jeszcze nie ustąpiło, bo książę prosił
ją wielokrotnie, by piła herbatę, póki gorąca, i pozwoliła raczej mówić innym.
Ona uśmiechała się na te napomnienia i
jakby chcąc wytłumaczyć jego przesadną troskę, powiedziała do mnie: Książę chce
dla mnie jak najlepiej.
Książę zapytał, jak mi idzie, i słuchał
z wyraźnym zadowoleniem, gdy opowiadałem o ostatnich transakcjach. Dam panu
jeszcze kilka adresów, rzekł, myślę, że będą z korzyścią dla pana. Poleciłem
pana dalej.
Po herbacie my, trzej panowie,
rozegraliśmy partyjkę bilarda, wygraną przez księcia, a następnie przeszliśmy z
damami do oranżerii, gdzie ja prowadziłem księżną, a książę i Prüm z Metellą
szli za nami. Obejrzawszy się, zobaczyłem, że prowadzą ją i podtrzymują
troskliwie, jakby mogła upaść.
W oranżerii było chyba jeszcze piękniej
niż wtedy. Palmy zaczęły właśnie kwitnąć i rozsiewały słodką, oszałamiającą
woń, od której bolała mnie głowa. Na lianach kołysały się papugi, a na agawie
siedział czarny koczkodan, podobny do tego, którego widziałem we śnie na
ramieniu Li Baia.
Książę wkrótce się pożegnał,
stwierdzając, że ma sprawy do załatwienia. Ja zostałem jeszcze trochę. Spacerowaliśmy
pod ramię po sporej cieplarni, Metalla i ja oraz księżna z bratankiem księcia.
Przypadek chciał, że tamtych dwoje
wkrótce udało się z powrotem na pokoje, może starszej damie przeszkadzała silna
woń palm. Tak więc zostaliśmy sami.
Usiedliśmy w kącie oranżerii.
Pocałowałem Metellę w rękę i powiedziałem, cały czas zachowując spokój: Metello,
jestem pani winien wyjaśnienie. Jest pani dla mnie czymś więcej niż panną von
Eiff, albo au pair księcia, albo przelotną znajomością. Czymś o wiele więcej,
słyszy pani?
Zamknęła oczy i nieco odchyliła głowę
do tyłu. Była bardzo blada.
Potem otworzyła oczy i nachyliła się ku
mnie. Uśmiechnęła się. Podniosłem jej głowę i pocałowałem całkiem delikatnie i
lekko jej śliczne usta.
Trzeba nam iść, drogi Born, zimno mi,
powiedziała następnie. Podałem jej ramię i odprowadziłem do pokoju. Gdy
całowałem ją w rękę na pożegnanie, ujęła moją głowę w dłonie i rzekła: Bywaj
zdrów, kochany – i mrugnęła, bym szedł.
Poszedłem, pożegnałem się z księżną i
hrabią i wyszedłem w zimowy wieczór.
Sobota, 22 lutego
Dzisiaj około siódmej rano zadzwonił
telefon: Tu hrabia Prüm. Stryj każe pana natychmiast prosić do siebie. Chodzi o
ważną sprawę.
Chciałem zapytać o jaką, ale już się
rozłączył i zostałem z otwartymi ustami.
Ubrałem się prędko i pojechałem
taksówką do pałacu. Ulice były jeszcze niemal ciemne.
Stary książę przyjął mnie w gabinecie i
tym razem nie wyszedł mi naprzeciw. Pozostał za biurkiem. Przyszła mi do głowy
straszna myśl, że może posłyszał o mojej aferze z Feuerbachem.
Był bardzo poważny. Wydawał się o wiele
starszy niż wtedy. Przedziałek miał śnieżnobiały.
Podał mi rękę i poprosił, bym usiadł.
Byłem gotów na wszystko.
Powiedział:
Drogi panie Born, wie pan, że
obdarzyłem pana pełnym zaufaniem. Jest pan synem człowieka, którego wysoko
ceniłem, znałem również pańską matkę.
Przekazałem panu kilka obrazów na
sprzedaż. Wypełnił pan to zadanie ku memu pełnemu zadowoleniu. Chciałbym panu
za to raz jeszcze podziękować. Nieczęsto spotyka się dzisiaj ludzi uczciwych.
Od tego czasu bywał pan często u mnie w
domu. Częściej, być może, niż o tym wiem. Czy nie? Nie potrzebuje się pan
czerwienić. Odwiedzał pan, jak zakładam, mieszkającą u mnie au pair. Gawędził
pan z nią i zajął jej trochę czas, nieprawdaż?
Jesteśmy mężczyznami, drogi Born. Czy
pomylę się, kiedy powiem, że poczuł pan sympatię do Metelli? Nie odpowiada pan,
zatem przyjmuję, że mam rację.
Ta sympatia, drogi Born, przynosi panu
chwałę. Metella to wspaniałe i niezwykłe ludzkie dziecię, do której żywię
bardzo serdeczne uczucia. Rozumiem pańską sympatię i nie chcę pana łajać.
Domyśla się pan, że nie zaprosiłem pana
do siebie o tak niezwykłej porze, by panu to opowiadać. To był jedynie wstęp.
Teraz muszę panu powiedzieć coś innego:
zauważył pan pewnie, że Metella jest chora. Kaszlała i była stale przeziębiona.
Dzisiaj w nocy – proszę siedzieć
spokojnie, drogi Born – dzisiaj w nocy dostała krwotoku. Rozumie pan? Krwotoku.
Natychmiast wezwałem dwóch lekarzy z Berlina, którzy jeszcze u niej są.
Długo leżała nieprzytomna, jakąś
godzinę temu odzyskała zmysły i dała znać, że można ją odwiedzać.
Dlatego pan tu jest, drogi Born.
To nie moja sprawa, co jest między
panem i Metellą. Muszę pana wszelako prosić o jedno: aby pan nad sobą
absolutnie panował. Najmniejsze wzruszenie może ją zabić, rozumie pan? Jeżeli
pan to umie, to może pan do niej wejść.
Umiem wszystko, czego się ode mnie
zażąda. Umiem iść cichutko na paluszkach, umiem drzwi otworzyć jak Zefir, umiem
patrzeć na białe łóżko i jeszcze bielszą twarz i nie krzyczeć, nie szlochać,
nie mrugnąć nawet powieką.
Stary żołnierz musi umieć wszystko, a
ja jestem weteranem.
Wolno mi być u niej dwie minuty. Otworzyła
oczy, gdy wszedłem, i podała mi dłoń, próbując się uśmiechnąć. Potem po prostu
tylko na mnie patrzyła.
Nic nie mówiła, patrzyła na mnie,
stale, spokojnie, długo.
Co przeżyłem przez te minuty, wiemy
tylko ja i sam Bóg.
Gdy lekarze i książę, którytymczasem
się zjawił, dali znak, żeby kończyć wizytę, uśmiechnęła się raz jeszcze i
mrugnęła do mnie okiem.
I szedłem znowu na zewnątrz, lekko jak
tchnienie, bezszeletnie jak cień, i nie łkałem, nie szlochałem i swą zatroskaną
duszę trzymałem mocno w garści, jak trzymałoby się małego drżącego ptaka. Stary
żołnierz musi wszystko umieć. Musi umieć umierać i się przy tym uśmiechać. A ja
jestem starym żołnierzem.
Wtorek, 25 lutego
A więc dzisiaj! Dzisiaj były moje
urodziny. Skończyłem trzydziesty drugi rok życia. Renata napisała pełen skruchy
list, Corb przysłał pięć butelek czerwonego wina, a Löper podarował mi książkę.
Wszystko odłożyłem na bok.
Dzisiaj były moje urodziny, przez cały
dzień. A o czwartej po południu zmarła Metella. Byłem przy niej. Trzymałem ją
za ręce. Odeszła spokojna, uśmiechnięta, pogodzona z losem. Odetchnęła raz
całkiem głęboko swymi chorymi płucami i chwilę później już nie żyła.
Długo siedziałem przy jej śmiertelnym
łożu.
Powiedz,
drogie dziecię, kiedy
Do
mej biednej bambusowej chaty trafi żałobny list?
Środa, 26 lutego
Wczoraj po południu po długich, z
chrześcijańską cierpliwością zniesionych cierpieniach, zaopatrzona w sakramenty
naszego świętego Kościoła odeszła do domu Pana w wieku lat 25 moja nade
wszystko ukochana pasierbica
hrabina Metella von Eiff
z domu księżna von Tully
Pogrążony w najgłębszym bólu
Eduard książę von Chorinsky
Prosimy o nieskładanie kondolencji.
Pogrzeb odbędzie się w krypcie rodzinnej w Grevensbroich.
Poniedziałek, 3 marca
Dzisiaj wróciłem z pogrzebu. Teraz
Metella spoczywa w wąskiej ciemnej krypcie w wielkim starym kościele, biały
kwiat, który rozświetlał me życie przez dwadzieścia jeden dni.
Nie będę się skarżył.
A
jeśli ty mi umrzesz
To
nie wiem, co ja zrobię
Wiem
tylko, że bez ciebie
Żyć
nijak ja nie mogę.
Książę jest dla mnie wzruszający.
Siedzimy razem, a on opowiada mi niejedno o jej życiu:
Metella była córką mojej żony z
pierwszego małżeństwa. Jej ojciec zmarł młodo. Wychowywała się u niemieckich
benedyktynek w Rzymie. Chciała iść do klasztoru, ale jej nie pozwoliłem. Już
wtedy była słabego zdrowia. Za radą lekarzy wysłałem ją na Cejlon i do Egiptu,
bo tamtejszy klimat doskonale jej służył. Zawsze wracała do domu promienna.
Mając lat dwadzieścia dwa, wyszła za
hrabiego von Eiffa. Zapewne nigdy go nie kochała, małżeństwa chciała jej matka.
Nie żyli ze sobą szczęśliwie. On zdradził ją z pokojówką już miesiąc po ślubie.
Po roku odeszła od niego. Zamieszkała u nas. W zeszłym roku zmarła moja żona,
od tego czasu byliśmy oboje sami.
Nie zaznała wiele szczęścia w życiu.
Czuła być może od dawna, że musi umrzeć młodo. Na jej twarzy stale malował się
wyraz smutku i przygnębienia.
Drogi Born, ja straciłem wiele, pan
wszystko. Kiedy pomyślę, jak mi jest na sercu, to mogę zrozumieć, że jest pan u
kresu sił. Ale proszę zrobić dla mnie jedno – i jest pan to winien też Metelli.
Wie pan, co mam na myśli. Dobrze, trzymam za słowo! –
Boże, obiecuję wszystko, wszystko,
wszystko! Wczoraj znowu zamknąłem galerię, wszystko jest mi tak obojętne, że
boję się, iż oszaleję, gdybym musiał zrobić coś, co oderwałoby mnie od
rozmyślań.
Na razie muszę żyć, ale umrzeć muszę o
wiele bardziej. Chętnie bym umarł! Jak by to było? Wiem, jak to jest. Z grobu
wyrasta kwiat lotosu, z dzbana leje się wino, a flet śpiewa:
Powiedz,
drogie dziecię…
Jakże jednak wszyscy poeci kłamią:
I gdy padniesz ty, rozpadnie się cały
mój świat.
I patrzcie, słońce wschodzi co rano jak
zawsze i zachodzi co wieczór jak zawsze, gwiazdy są na swoich miejscach, wiatr
jest ten sam, miasta dalej stoją, domy trwają, a ludzie zajmują się swoimi
sprawami, odbywają się chrzciny, śluby i pogrzeby, wszystko jest jak zawsze i
tylko me biedne serce jest samotne i dziwi się, że wszystko tak pędzi do przodu
i nikt nie zatrzyma się i nie zapyta: Dlaczego ty płaczesz, biedne serce?
I gdy padniesz ty, rozpadnie się cały
mój świat.
To przecież nie jest żadne kłamstwo. Rozpadł
się i to, co jeszcze się tam na zewnątrz ciągnie, to martwa, wypalona rzecz,
która już mnie nie obchodzi.
Udam się w gdzieś w wielką ciszę i
spróbuję umrzeć.
VII.
Praga, 20 marca
Nad miastem wisi niesamowita delikatna
złota mgiełka. Szyby okien na Hradczanach są jak ze srebra, a jutrzenka oblała
liczne wieże i dachy płynną purpurą.
Kiedy wychylam się przez okno, mam
ponad niewielkim ogrodem widok wprost na Wełtawę. Jej wody są zielone i
wiosennie jasne. Czy nie przypływa tu prosto z lesistej krainy Witika? Gdzie
teraz na drzewach pojawiają się pierwsze liście, gdzie w głębokich jarach
kwitną teraz pierwiosnki i kukułka pomiędzy brzozami woła miły długi dzień?
Aż pod moje okno pnie się stary buk i
rozpościera swą szeroką koronę, bym mógł napawać się jej widokiem. Brązowe pąki
są już na poły otwarte i błyszczą zielono.
Po rzece płyną jasne barki. Petřín
okryty jest delikatnym puchem niczym dojrzewająca brzoskwinia, a niebo jest
nieopisanie błękitne.
Rzeczywiście nadchodzi wiosna.
Mężczyźni wyciągają z szafy ubrania w jasnych barwach, a dziewczęta znowu
śpiewają. Malá Strana lśni teraz pełnym blaskiem. Triumfują liczne kościoły,
przede wszystkim św. Mikołaj ze swą imponującą miedzianą kopułą.
Na moim nadwornym buku siedzi zięba i
pogwizduje.
Co teraz będzie? Ty głupcze, będzie
wiosna i nowe życie i nowy początek.
Zamykam okno. Bo nie wolno mi jeszcze
rezygnować z nadziei i przyszłości, najpierw muszę się rozliczyć i raz jeszcze
zapuścić się w ciemne zakątki przeszłości, by zrobić rachunek sumienia.
Kartkuję gruby dziennik i znajduję na
końcu smutny i ponury pomnik: Metella nie żyje!
Jak mam opisać dni i tygodnie, które
potem nastąpiły? Chodziłem jak po ciemku. Jeżeli odejście Suhma było wielką
ciemnością, to odejście Metelli jawiło mi się jak duszny mrok.
W owych dniach nie żyłem wcale.
Próbowałem uniknąć śmierci. Wiedziałem bowiem, że Metella nie zaaprobowałaby
tego, gdybym gwałtownie wtargnął w bramy zaświatów.
Więc odpuściłem to.
Topniałem, tak jak topniały zwały
śniegu, budząc obawy tym razem o zalane miasto. Obawy okazały się bezpodstawne.
Rozpuszczał się powoli i wstydliwie. Aż wreszcie któregoś dnia nie było go już
wcale.
Tak rozpuszczałem się ja. Nie wiał
żaden fen, który by to powodował. Zapadałem się w sobie, blakłem, mogłem
obliczyć dzień, w którym już mnie nie będzie.
Mieszkałem wciąż jeszcze u księcia. Godzinami
siedzieliśmy w pokoju Metelli, skąd ma się widok na oranżerię, i nie mówiliśmy
ani słowa. Każdy trzymał się własnych rozmyślań i nie chciał przeszkadzać
drugiemu.
Aż ogarnął mnie lęk. Sam sobie wydałem
się na poły martwy. Miałem wrażenie, że pokój jest pełen świec, a ja leżę
martwy pośród nich i opłakuję sam siebie.
Potem mogło się pewnie dziać to, że
wypadałem w przedwiosenną noc i biegłem kilometrami, by wcześnie rano wrócić
wyczerpany i paść na łóżko. Ale nie pokrzepiał mnie żaden miłosierny sen.
Sprzedałem trochę rzeczy. Interes
zlikwidowałem i połowę pieniędzy przesłałem Renacie. Nie wiedziałbym, co z nimi
zrobić.
Do ludzi przestałem chodzić. Nie
widywałem się ani z Corbem, ani z Löperem. Suhm nie pisał, a Renata nie miała
odwagi przepraszać brata-zatwardzialca.
Tak mijały dni.
Któregoś razu książę podwiózł mnie
swoim autem do Berlina, gdzie miał sprawy. Wysiadłem przy ogrodzie
zoologicznym.
Okolica, którą kiedyś tak często
odwiedzałem, teraz wydała mi się obca i nieznajoma. Zdarzało się, że po prostu
traciłem orientację. Chodziłem ulicami bez celu. Bo dokąd miałbym iść?
Akwarium było tego dnia zamknięte.
Wlokąc się przez Tiergarten, patrzyłem, jak pracują ogrodnicy, ale nie ja, lecz
ktoś obcy we mnie. Przy Bramie Brandenburskiej siedziałem godzinami na ławce,
obserwowałem tysiące samochodów przemykających przez wąskie przejazdy i
czekałem na wypadek. Na próżno jednak.
Poszedłem Aleją Zwycięstwa i dwa razy
wszedłem i zszedłem po schodach Reichstagu. Ale nie wzbudziło to we mnie
żadnych uczuć.
Po południu wstąpiłem do kina, ale nie
potrafię dzisiaj powiedzieć, co tam oglądałem. Patrzyłem i nie widziałem.
Na Kurfürstendammie pomieszczenia,
gdzie niegdyś mieścił się mój „Klejnot”, były znowu na wynajem. Duże plakaty
obwieszczały, że piękne przestrzenie dostępne są tanio jak barszcz. Również tu
nie odczułem nic, co by mnie poruszyło, ani smutku, ani radości, ani bólu, ani
nadziei.
Istotnie byłem już martwy.
Na Olivaplatz coś się działo.
Podszedłem bliżej. Na trawniku stał oddział Armii Zbawienia; śpiewali i mówili
kazania. Jeden mężczyzna w czymś w rodzaju uniformu i z gitarą pod pachą
wygłaszał właśnie przemówienie.
Mówił powoli i niepewnie, mechanicznie
poruszając dłońmi i spoglądając na niebo.
Powiedział:
Drodzy przyjaciele! Chcemy wam zrobić
prezent. Chcemy na zakończenie podzielić się z wami piosenką. Spróbujcie,
proszę, nauczyć się tych paru słów na pamięć i zaśpiewać z nami.
Na jego znak zagrał tuzin gitar, a on
sam i otaczające go allelujanki zaśpiewali:
Wspaniała, wspaniała
Boża miłość jest wspaniała!
Wszystkich nas ubogaca
Dla wszystkich taka sama
Wielka Boża miłość jest wspaniała!
Wszyscy stali ciasno skupieni wokół
niewielkiej grupki. Ale nikt nie śpiewał.
Mężczyzna znowu przemówił:
Moi państwo! Z zamkniętymi ustami nie
da się śpiewać. Usta należy otworzyć. Czy też wam diabeł je pozawierał?
Kilku bezrobotnych próbowało się
zaśmiać. Mężczyzna spojrzał na nich i rzekł: Przyjaciele, czemu się śmiejecie?
Nie wierzycie w diabła? Opowiemy wam pewną historię. Posłuchajcie.
Naprzód wystąpiła kobieta w brzydkim
granatowym czepku i śmiesznym uniformie. Widać było, że jest bardzo ładna, ale
policzki miała rozpalone, chyba chorowała na płuca.
Ustawiła się pośrodku i powiedziała:
Byłam wielką grzesznicą. Tańczyłam w rewiach i kabaretach. Moje grzechy były większe
od gór i czerwieńsze od szkarłatu. Aż któregoś dnia zobaczyłam, jak umiera
pijany człowiek. Wtedy przyszedł do mnie mój Zbawiciel, przenajsłodszy Jezus, i
powiedział: Tak i ty kiedyś umrzesz, jeżeli nie porzucisz swego występnego
życia. Wtedy wejrzałam w siebie i nawróciłam się.
Wróciła na poprzednie miejsce, a chór
zaśpiewał:
Wspaniała, wspaniała
Boża miłość jest wspaniała!
Wszystkich nas ubogaca
Dla wszystkich taka sama
Wielka Boża miłość jest wspaniała!
Teraz niejeden już śpiewał, a za
trzecim razem i ja poruszałem ustami.
Tłum rozszedł się, a ja znowu ruszyłem
ulicami przed siebie.
Po głowie kołatało mi się stale:
Wszystkich nas ubogaca,
dla wszystkich taka sama, wielka Boża
miłość jest wspaniała!
Było tak, jakby ktoś stał za mną i bez
końca nucił mi ten śmiechu wart wers do ucha. Zaczynało mnie to irytować.
Wstąpiłem do staroniemieckiej piwiarni,
by zjeść co nieco na kolację.
Radio grało szlagiery:
To
przemówił marabut
Bielutki
marabut…
Ale musiała to być jakaś diabelska
sprawka, bo nagle zacząłem słyszeć dwie melodie: piosenki o białym marabucie i
tej o wspaniałej Bożej miłości śpiewanej przez mężczyznę z Armii Zbawienia.
Zjadłem szybko, zapłaciłem i wyszedłem.
Tymczasem zrobiło się całkiem ciemno.
Wyciągnąłem zegarek. Było po dziesiątej.
W większych lokalach panował
karnawałowy zgiełk. Panowie i panie w grubych futrach spieszyli ulicami, ale
spod futer wystawały spodnie Arlekina albo skrawek barwnego jedwabiu, spieszyli
na bal maskowy.
Nagle znalazłem się przed budynkiem,
który wydał mi się znajomy. Wszedłem do środka, pokonałem długi korytarz i
wspiąłem się po schodach, gdzie napotkałem pana, który mnie uprzejmie zapytał,
czy szukam Peccafortiter.
Skinąłem głową, zapłaciłem i zostałem
wprowadzony.
Tym razem wnętrze było na poły
oświetlone i urządzone w stylu rzymskiej łaźni.
Siedziało się na skraju basenu przy
niewielkich stolikach pośród palm i mocno pachnących orchidei.
Zanim się obejrzałem, przysiadło się do
mnie roznegliżowane dziewczę i zaczęło ze mną flirtować.
Skłamałbym, gdybym powiedział, że byłem
zdziwiony. Nie zaprotestowałem i zamówiłem dwie butelki szampana.
Ładna istota paplała o tym i owym. To,
co mówiła, nie było ani szczególnie inteligentne, ani szczególnie głupie. Usta
miała spierzchnięte, bezwiednie pomyślałem o allelujance na Olivaplatz.
Ta noc była bardzo smutna. Na koniec
znalazłem się w wyłożonym czerwonym jedwabiem pokoju przy fajce z opium. Obok
mnie siedziały dziewczęta i psociły. Wszedł gruby mężczyzna i wręczył mi
rachunek.
Gdy nań spojrzałem, pomyślałem, że
chyba go znam. Świtało mi długo w otępiałym czerepie, wreszcie go rozpoznałem –
był to Bourbaçon, właściciel Peccafortiter, ten sam, który wtedy kupił ode mnie
kaplicę domową Corba.
Nie byłem w stanie wracać do domu.
Poszedłem do hotelu i spędziłem tu godziny do wieczora w stanie, który nie był
jawą ani snem, ale pozwalał zapanować nad pustką.
Potem wróciłem do Bourbaçona. Szczycił
się tym, że wynalazł formę opium, która już przy pierwszym zażyciu wywoływała
najosobliwsze sny i halucynacje. Nazwał swój wynalazek konstruktywnym
opiumizmem i reklamował jako szczyt przyjemności.
Istotnie te opiumowe sny tym się
charakteryzowały, że w pewnym sensie miało się je w garści, można było nad nimi
panować i kierować je w dowolną stronę.
Kilka z nich chcę opowiedzieć.
Śniłem o potopie. Padało i padało.
Siedziałem na ogromnym szklanym tarasie w mym zamku w górach Atlas. U mych stóp
leżały nałożnice, Hiszpanki, Berberki i niewolnice z czarnego Sudanu. Z tarasu
miało się rozległy widok na Saharę.
Padało już siedemdziesiąt dni. Wciąż
jednak do fundamentów pałacu brakowało jakichś trzystu metrów. Zabawiałem się,
wrzucając do wody lwy, hieny albo gazele. Cieszyło mnie, kiedy stały drżące na
skalnym występie, a ja przez podniesienie ręki dawałem znak, by postępowano
bezlitośnie. Trzydziestego piątego dnia postanowiłem, że sam skoczę. Owinięty
jedwabną tkaniną, ześlizgnąłem się na purpurowym łożu.
To spadanie było nie do opisania. Przyjemności
tego uczucia nic nie przebije. Zanurzałem się coraz głębiej.
Pośród dziwnych alg i w paszczy
ośmiornicy obudziłem się. Byłem znowu w palarni opium u Bourbaçona.
Innym razem trafiłem do piekła. Szatan
ogromnych rozmiarów kazał mnie przywiązać do drewnianego kozła i zawiesić nad
ogniem, tak że wrzeszczałem z niewysłowionego bólu.
W trakcie tych nocy umierałem po
stokroć. O, te dnie, te noce, gdy mój zegarek stał, kalendarz sam się kartkował
bez mego udziału, a ja nie wiedziałem już nic o świecie, ludziach i swej
nieśmiertelnej duszy. Gdy wpadałem po czubek głowy w każdą błyszczącą kałużę.
Nic już nie wiedziałem, nic nie czułem, nic nie chciałem. Chciałem się tylko
rozpuścić.
Bourbaçon obserwował mnie uważnie. Kiedy
wyłaniałem się z siarczanych oparów mych snów jako ten Wergiliusz z Piekła,
siadał często przy mnie i rozmawialiśmy.
On: Ostro pan idzie. Rujnuje pan sobie
zdrowie. Prawdziwy koneser musi traktować swą głowę jak cenny i delikatny
instrument.
Ja: Po co? Co miałbym robić, by się
pilnować, i dla kogo?
On: Jest pan prawie na końcu. Na
przedostatniej stacji, że tak powiem.
Ja: A co mnie czeka na ostatniej?
On: Rewolwer albo gaz… albo
miłosierdzie Boże.
Przestraszyłem się, nic nie
powiedziałem, zapłaciłem i poszedłem. Moje zasoby finansowe topniały jak śnieg
tej wiosny. Miałem nadzieję, że nie skończą się wcześniej niż mój strach przed
skończeniem ze sobą.
Tymczasem włóczyłem się po Berlinie, po
spelunkach pełnych szumowin. Nie było wody, przez którą nie przebrnąłem, ani
ognia, w którym się nie piekłem…
A potem przyszedł cud.
Nie pojmuję, jak ludzie dzisiaj dostrzegają
wszystko oprócz cudu. A przecież cud jest najwyższą rzeczywistością. Chcę o tym
opowiedzieć.
Szedłem któregoś wieczora – był
piętnasty marca, nigdy nie zapomnę tej daty – ulicami Berlina na zachodzie, gdy
spostrzegłem kościół, który wydał mi się znajomy. Była sobota i jeszcze paliło
się tam światło. Był to ten sam, do którego wtedy wszedłem i gdzie spowiadały
się dzieci.
Znowu ludzie stali przed konfesjonałami
i modlili się. I znowu biała kapłańska dłoń spoczywająca na parapecie drzwiczek
wystawała zza ciemnej zasłonki.
Szatan podkusił mnie, by też podejść i
temu nieznanemu człowiekowi bezczelnie nakłamać.
Opowiem wszystko po kolei.
Uklękłem w kącie przed okratowaną
ciemnością i czekałem, co będzie. Czekałem jak na wielką sensację. Wreszcie
ksiądz odwrócił się do mnie, uczynił nade mną znak krzyża i przyłożył ucho do
drewnianej kratki.
Drżałem z radości. Zacząłem. Przypisałem
sobie trzy morderstwa, przeciągnąłem go przez wszystkie rynsztoki Berlina i
opisałem mu najniesłychańsze sceny z rozmachem godnym powieści obyczajowej. On
nie poruszał się. Po prostu słuchał. Słyszałem tylko, jak oddycha. Nie
widziałem, czy jest stary czy młody, ładny czy brzydki. W kościele robiło się
coraz ciemniej. Byłem ostatni.
Niemal przez godzinę opowiadałem
legendę o złym, pół prawdę, pół zmyślenie. Bo mimo że kłamałem, to była w tym
też głębsza prawda. Wierzyłem, że kłamię, i opisywałem sam siebie.
Gdy skończyłem, mężczyzna głęboko
odetchnął, uczynił nade mną znak krzyża i powiedział: Absolvo te a peccatis tuis.
To było wszystko. Zaczął się zbierać do
wyjścia. Byłem bardzo rozczarowany.
Przy drzwiach kościoła spotkaliśmy się.
Jeżeli nie ma pan nic lepszego do roboty, powiedział, to może zajdzie pan do
mnie na chwilkę na górę?
Poszedłem. W sąsiednim domu wspięliśmy
się po schodach na drugie piętro i weszliśmy do dużego, spartańsko urządzonego
pokoju. Zapalił światło i dopiero wtedy zobaczyłem, że jest dość wiekowy i ma
bardzo jasne i inteligentne spojrzenie. Przypominał mi nieco Fryderyka
Wielkiego.
Zaprosił mnie do stołu. Jedliśmy chleb
z serem i popijaliśmy mlekiem. Potem zapaliliśmy.
Nagle powiedział do mnie: Powinien pan
przestać okłamywać pana Boga.
Byłem bardzo zdumiony. On jednak
ciągnął dalej: Chciał pan okłamać pana Boga, ale w pana wielu kłamstwach tkwiła
cała prawda: pańska dusza umiera.
Skąd pan to wie? zapytałem przekornie.
Skąd to wiem? powtórzył. Od siebie
samego. Sam kiedyś byłem taki jak pan dzisiaj, drogi przyjacielu. Ale Bóg nie
pozwala się okłamywać, proszę mi wierzyć.
Potem znowu zamilkł. Nagle zgasło światło.
Pewnie nastąpiło zwarcie, albo elektrownia przerwała dostawę prądu. Naraz
siedzieliśmy w ciemnościach, żarzyły się tylko czubki papierosów.
Potem wstał, chwycił skrzypce i zagrał
pieśń. I wtedy wydarzył się żywy cud.
Nagle znalazłem się z powrotem w
krainie młodości, siedziałem z matką w izbie w domu, obok mnie Renata, ojciec
akompaniował nam na skrzypcach i śpiewaliśmy po kolei wszystkie strofy:
Witaj,
Gwiazdo morza
O
Maryjo dopomóż
Matko
Boża słodka
O
Maryjo dopomóż
Maryjo,
dopomóż nam wszystkim
Oddal
nasze nędze!
Wtedy rozpadł się czas, rozpadła się
przestrzeń i rozpadło się me czcze życie, a gdy na powrót zapaliło się światło,
byłem zbawiony.
Oto na powrót należałem do ziemi, i do
ludzkości, i do Boga i wszystkich jego aniołów. Piekielny klincz ostatnich
tygodni puścił w strumieniu wyzwalających łez. Łuski jakby opadły mi z oczu i
znalazłem się wysoko w górach, otoczony przez straszne przepaście i jęzory
lodowców.
Cudownego nie da się opisać, nie mówiąc
o jego wytłumaczeniu. Przebija się jak złoty promień słońca przez ciemne
chmury, wybija jak uzdrawiające źródło spod suchej ziemi. Przetacza się niczym
srebrzysty deszcz nad wysuszonymi polami, płonie niczym błyskawica nad
przestraszonymi ludzkimi siedzibami. Jest wielkie jak wszystko niezrozumiałe i
o wiele większe od wszystkiego, co człowiek zdoła pojąć.
Dzięki ci, księże-przyjacielu, którego
nazwiska nie wolno mi podać. Ty nie przyjąłeś podziękowań, lecz powiedziałeś
tylko: Boża dobroć jest cudowna, a mnie zdumiało, że wyznawcy Boga mówią
wszędzie tym samym językiem. Albowiem duch Boży tchnie kędy chce, tak powiada
już Jan. Moje grzechy były większe od gór i czerwieńsze od szkarłatu, a jednak Pan
mnie uratował. Ja nie widziałem, jak umiera ktoś obcy, ale patrzyłem, jak
umieram ja sam, a gdy w następnych dniach czytałem Wyznania Augustyna, to znajdowałem tam też siebie.
Na Boga, czas cudu nie przemija. Cud
mój był większy od cudu Łazarza, a moje nawrócenie było tak wielkie jak
Szawłowe.
Nie do wyśledzenia są drogi łaski.
Stara pieśń była jarzmem, za pomocą którego Bóg wyciągnął mnie z bagna.
Wciąż jeszcze przechodzi mnie dreszcz,
gdy myślę o tej pieśni i o słodyczy melodii skrzypiec. Jak pudełko z drewna
potrafi śpiewać i łkać i szlochać. Zaiste, człowiek z Olivaplatz miał rację:
Wielka Boża miłość jest wspaniała!
To, co nastąpiło potem, było tylko
regulacją, uporządkowaniem, ustaleniem szczegółów. Tak jak rozprowadza się użyźniający
strumień po polach.
Musiałem jeszcze niejedno wyrównać i naprawić.
Stworzyłem sobie plan i nosiłem go w sobie.
Najpierw udałem się do Knarcha.
Dalibóg, dość ciężko mi było zadzwonić do jego drzwi i wejść do pomieszczeń,
które były świadkami mego zagubienia.
Gdy Knarch wyszedł mi naprzeciw, był
pobladły. Proszę się nie obawiać, drogi Knarch, powiedziałem, nic panu złego
nie zrobię. Pan wprawdzie wyrządził mi złego wiele, niech panu Bóg przebaczy,
tak jak ja panu przebaczyłem. Chcę tylko zapytać o jedno: czy zna pan adres
Hildy Kronach?
Odetchnął, gdy usłyszał, o co mi
chodzi, i pomógł mi. Pożegnałem się szybko i pojechałem do Spandau, gdzie ponoć
mieszkała Hilda.
Trafiłem na nią jako kelnerkę w jednej
z kawiarni. Czerwieniła się raz po raz, gdy do niej przemawiałem. Smutny to był
wieczór. Szliśmy, mijając budowy, przez wyrobiska wapienia, po cegłach, przez
zarośla. Cuchnące kanały ciągnęły się nieopodal, a na zachodzie wisiała brudna
łuna wieczoru.
Jak moje poprzednie życie była ta
okolica.
Opowiedziała mi z wahaniem: Knarch
przekazał ją komuś następnemu i bardzo szybko zjechała po drabinie, aż
wylądowała w kawiarni w Spandau.
Zjadłem z nią kolację i powiedziałem
jej, żeby od razu zrezygnowała z pracy. Pojechaliśmy razem do Berlina i
przenocowaliśmy w hotelu przy Friedrichstrasse. Była bardzo zdziwiona, kiedy wziąłem
dwa osobne pokoje. Nazajutrz ubrałem ją na nowo, kupiłem jej buty, kapelusze i
co tam jeszcze potrzebowała, i wyłuszczyłem jej me plany. Powinna porzucić
dotychczasowe życie i rozpocząć nowe. Przestudiowała osiem semestrów historii
sztuki i zapewne miała wszelkie podstawy, by studia ukończyć i uzyskać dyplom.
Chciałem poprosić Corba, by pozwolił jej zamieszkać w domku kawalerskim i
otoczył ją opieką. Resztę studiów opłaciłbym ja.
Podziękowała mi z głębokim błyskiem w
nieodmiennie pięknych oczach. Zaraz pojechaliśmy do Poczdamu i przedstawiłem
sprawę Corbowi.
Z początku się wahał. Kiedy
opowiedziałem mu o mej przemianie i zakląłem go na pamięć Renaty, zgodził się.
Razem z Hildą uporządkowałem domek i stopniowo
dziewczyna budziła się jakby ze złego snu. Podarowałem jej wszystkie moje
meble, niemal wszystkie książki i obrazy, a do tego połowę z pozostałego mi
majątku, wynoszącego około dziewięciu tysięcy marek. Za te pieniądze może
ukończyć studia i znaleźć stabilne zatrudnienie. Przekazałem pieniądze Corbowi,
a stary podał mi rękę i rzekł: Poruczniku Born, obiecuję panu, że będę się nią
opiekował jak własną córką.
Pogodziłem się również z Löperem i
przeżyliśmy jeszcze dwa melancholijne wieczory w dawnych przestrzeniach, gdzie
tyle razy zasiadaliśmy i miło biesiadowali.
Potem pożegnałem się z całą trójką,
Hilde chlipała, od tego czasu nie widziałem żadnego z nich.
Świadomość, że pomogłem Hildzie,
sprawiła, że spadł mi kamień z serca i muszę w tym upatrywać szczególną łaskę
niebios.
Następnie udałem się do księcia
Chorinsky’ego. Wyjaśniłem mu, jak zamyślam zorganizować swe przyszłe życie, a
on słuchał uważnie. Udostępnił mi na pobyt w Pradze swój dom nad Wełtawą, tenże
sam, w którym teraz siedzę i wszystko to piszę, i również z nim pożegnanie było
zacne i piękne.
Poszedłem jeszcze sam do pokoju
Metelli, poszedłem jeszcze do oranżerii i ruszyłem ku furcie, spokojny i z pociechą
w sercu.
Co miałem jeszcze do zrobienia?
Odwiedziłem Aleppa. Wciąż leżał w
szpitalu więziennym, ślepy i zgrzybiały.
Ujrzawszy go, zrozumiałem, że jego
życie dobiega kresu. Nie dałem jednak nic po sobie poznać, położyłem mu w
milczeniu bukiet kwiatów na łóżku i przez jakiś czas trzymałem jego wychudzone
dłonie w swoich. Coś bełkotał, czego nie rozumiałem, potem ponownie zapadł w
otępienie. Wtedy się wymknąłem.
I oto nie miałem już w tym mieście nic
do roboty. Schowałem pozostałe mi pieniądze do kieszeni, zapakowałem dwa kufry
z ulubionymi rzeczami, kupiłem bilet do Pragi przez Drezno i Bodenbach i
wczoraj, 19 marca, o w pół do siódmej rano wyjechałem z Berlina.
W przedziale siedziałem całkiem sam. Pociąg
powoli wytaczał się z hali peronowej. Za oknem przesuwały się domy i ulice, z
oddali nad rzędem budynków wyłaniały się wieże, mijałem fabryki, osiedla, ogródki
działkowe, potem świerkowe lasy, łąki, pola, senne wioski.
Uśmiechałem się bardzo rozluźniony. Wreszcie
uwolniony z wielkiego karceru, w którym byłem uwięziony przez sześć miesięcy.
Czułem się, jakby rosły mi skrzydła, chociaż nie da się zaprzeczyć, że w beczce
miodu wolności pływała kropla dziegciu melancholii.
Po południu byłem w Pradze. Renata,
którą zawezwałem telefonicznie, czekała na mnie na dworcu. Gdy ją ucałowałem,
odwróciła się i zapłakała.
Pojechaliśmy razem do domu
Chorinsky’ego nad Wełtawą i resztę zeszłego wieczora spędziliśmy razem.
Długo rozmawialiśmy. Opowiedziała mi
wszystko. Pozwoliłem jej mówić, widząc, że dobrze jej to robi.
Ująłem jej dłonie i nie mówiąc ani
słowa, poprosiłem o wybaczenie. Nie godziło się bowiem, bym był jej sędzią.
Była szczęśliwa, że odzyskała brata, a
jej radość mąciły tylko me nieodwołalne postanowienia na przyszłość.
Potem omówiliśmy jej perspektywy. Dałem
jej całą resztę pieniędzy, tak że stałem tam jak żebrak – ale jak szczęśliwy
żebrak – i poprosiłem, by napisała do Chorinsky’ego. Jest ci bardzo przychylny.
Od Suhma tak jak ja nie miała żadnych wiadomości.
Dzisiaj rano odjechała, długo żegnając się
ze mną, i teraz znowu jestem całkiem sam.
Myślę, że na tyle, na ile pozwalały na
to me wątłe siły, wszystko dobrze poregulowałem.
Zrobiło się późno. Ledwie mogę odczytać
to, co piszę. Malá Strana za rzeką rozpływa się w mroku wieczoru, tylko krzyże Strahova
pałają jeszcze złociście.
Rzeka szumi głucho. Zerwał się wietrzyk
i kręci koroną buka przed moim oknem jak szprychowym kołem. Jest to dla mnie
jak muzyka młodości.
Na tym więc kończę dzisiejsze zapiski.
Był to dzień rozliczeń, pożegnań i zakończeń. Teraz chcę zstąpić do wieczornego
miasta i przejść się trochę po miejscach mej młodości.
Niedziela, 23 marca
Wczoraj wieczorem długo włóczyłem się
po rodzinnym mieście. Dochodziła północ, gdy wróciłem do domu.
Rozpoznałem wszystkie ukochane miejsca
mej młodości, a one rozpoznały mnie.
Najpierw poszedłem na Rynek, gdzie
teraz wznosi się pomnik Husa, ale jego przeskalowana forma jest niczym w
porównaniu z majestatem kościoła NMP przed Tynem, który ze swymi dwiema
ciężkozbrojnymi wieżami wznosi się w noc niczym rycerski zamek.
Przeszedłem obok kościoła św. Mikołaja,
obecnie należącego do husytów, i mijając Clementinum z jego ogromnymi murami
dotarłem do Mostu Karola.
Jego wiele latarni płonęło w nurcie
rzeki. I znowu widok tego obrazu mnie przytłoczył. Bogobojni ludzie zbudowali
to miasto! Jakże często jako chłopiec stałem w tym miejscu, a teraz znowu tu
byłem – za mną całe me życie, wojna i niewola, śmierć rodziców i czasy
„Klejnotu”.
To uczucie jest nie do opisania. Powoli
i niemal z drżeniem przeszedłem przez most, mijając świętego, który tu cierpiał
męczeńską śmierć, i przez wielką bramę wkroczyłem do lewobrzeżnej części miasta.
Kościół św. Mikołaja po tamtej stronie wznosił
się niczym wizja na tle gwiazd. Długo stałem pod arkadami rynku, oparty o
filar, spoglądając na wieżę i zieloną kopułę. Potem zanurzyłem się w gęstwinę
małych, lubych, wyśnionych uliczek, które zdawały się wyglądać tak, jak je
zostawiłem, jakby piętnaście minionych lat było jak sen.
Odnalazłem też dom ojcowski – kto by go
nie odnalazł, tego najświętszego miejsca na ziemi – ten szary pałacyk na
trawiastym placyku, gdzie spędziłem najpiękniejsze lata życia.
Wstawały dawne cienie, wysoki,
barczysty ojciec z głową uczonego i bursztynową laską, którą z rewerencją
oglądaliśmy, gdy wieczorem udawał się do Collegium
philosophicum, do kręgu swych uczonych przyjaciół.
Tam matka, wysoka, szczupła kobieta o
blond włosach Madonny i delikatnych, szlachetnych dłoniach, praski anioł, jak
mój ojciec zawsze są nazywał.
A tam mała roześmiana dziewczynka,
Renata, której ojciec na dziesiąte urodziny podarował dwa charty angielskie,
zawsze ubrana na jasno i z błyskiem słońca w jasnych oczach. Bezlik wspomnień
atakował mnie ponad wszelką miarę!
Musiałem oprzeć się o drzewo, tak było
to przemożne.
A potem odważyłem się podkraść do
starego domu i pogłaskać wielką klamkę i z wilgotnymi oczami czytałem nazwy
jakiegoś obcego poselstwa, gdzie kiedyś wisiała mosiężna tabliczka: Dr. phil.
et jur. Gideon Born.
Niedziela, 30 marca
W zeszłym tygodniu ponownie głęboko
wejrzałem w siebie. Pojechałem pociągiem w rejon górnej Wełtawy, gdzie zaczynają
się już rozległe lasy.
Krajobraz jaśniał przedwiosennie. Pola
były już po części zaorane i miały brązowy kolor ziemi, który tak lubię.
Mógłbym też zostać rolnikiem.
Moje nieszczęście polegało na tym, że
przyjechałem do wielkiego miasta, gdzie życie nie jest już warte życia, wierzę
dziś nieomylnie, że wielkie miasta są nieszczęściem Europy. Jak to ktoś już
powiedział: Bóg stworzył ląd, człowiek miasto, a diabeł metropolię. Czuję, że
niczym gorąca gąbka wysysają one z ludzi najlepsze siły. Są jak ogniste piece
topnicze, jak rozpalone do czerwoności ruszty.
Trzy rzeczy, myślę, musi mieć człowiek,
by człowiekiem pozostać: drogę do siebie, drogę do bliźniego i drogę do Boga. W
dzisiejszych wielkich miastach wszystkie te drogi są jednak zagrodzone murem.
Jak kiedykolwiek miałbym odnaleźć
siebie w Berlinie, albo jak miałyby odnaleźć siebie miliony innych? Człowiek
pędzi, człowiek goni, by zarobić na bochenek powszedniego chleba, a bicz
egoizmu i widmo głodu sprawiają, że kręci się to wszystko jak kolorowy
bąk-zabawka.
Człowiek jednak potrzebuje pobyć sam,
by odnaleźć siebie. W wielkich miastach jest zwykle samotny, ale rzadko sam. To
właśnie nazywam pierwszym nieszczęściem.
Spędzono jak do zagrody miliony ludzi,
ale człowiek to nie koń czy bydlę.
Robi się zły i słaby, kiedy nie może
być nieraz sam. I zamienia się w zwierzę, kiedy się robi z niego bydło
zagrodowe i człowieka masowego.
Wstałem wcześnie rano, obudzony przez
narastający zgiełk ulicy. Potem wciągnął mnie wir dnia roboczego, pracować,
pracować, pracować! To absurdalne i szatańskie uwielbienie pracy, tego bożka,
do którego ludzie się modlą. Czy sam się mu nie oddałem i nie chciałem
pieniędzy dla samych pieniędzy?
I te niedziele! Były jeszcze gorsze od
tygodni pełnych znoju i wyczerpania. Człowiek się otępiał, ale nie znajdował
orzeźwienia.
Jakże tęskniłem w owych tygodniach za
drzewem, za kwiatem, za gwiazdą płonącą nad samotnym lasem.
Drzewa w wielkich miastach są
zakurzone, kwiaty przywiędłe, a blask gwiazd z trudem przebija się przez mgłę wyziewów
i elektrycznego światła.
Szczęśliwy ten, kto nie musi mieszkać w
wielkim mieście. Każdy kmieć to wielki książę w porównaniu z miastowym, a każdy
pachołek to pół-baron.
Miastowi nie mają też kontaktu z
bliźnimi. Jest ich zbyt wielu, by mogli znać wszystkich. Ludzie się nie znają,
a kiedy się nie znają, to się nie kochają.
Nienawiść powstaje w przepełnionej
przestrzeni. I tam najpierw.
Człowiek zmuszony jest starać się
drugiego przebić, przelicytować, prześcignąć.
Nie wiem, jak tej sytuacji ma pozostać
chrześcijaninem. Ci, którzy twierdzą, że pozostaje, to literaci i pismacy,
którzy na papierze niemożliwe czynią możliwym, papier jest cierpliwy. Ale
prawdziwe życie jest bardzo niecierpliwie i wygląda inaczej niż biurko nędznej
kałamarnicy.
Ci żałośni czeladnicy, co nigdy nie
mają odwagi powiedzieć w danej sprawie tak lub nie. Ci na pół rozdarci są
zawsze tylko za połową. Mówią pół tak i pół nie, mówią „tak, ale” i klajstrują
swą marną prawdę marnym kłamstwem i są gorsi od tych kłamliwych i
nieprawdomównych.
Niech Bóg im przebaczy. Kręcą się w
kółko, te brzęczące bąki, wydając z siebie – jakżeby inaczej – przykry
nieharmonijny dźwięk.
Nie myślą też o duchu. Bo gdyby im
powiedzieć: Ceterum censeo urbes delendas,
to odpowiedzą: Co za głupek, nie da się cofnąć czasu! A przecież, chociaż
wyśmiewano starego Katona, to Kartagina istotnie uległa zniszczeniu, bo po jego
stronie stała większa wiara.
Tym jednak, czego w wielkich miastach
jest najmniej, jest Bóg. Gdzie miałby pójść i zamieszkać? Mało Boga widziałem w
Berlinie przez te wiele tygodni.
Całkiem niedawno czytałem w jakiejś
gazecie wypociny żydowskiego pisarczyka o tym, że i buczenie tramwajów, i
warkot samochodów, i szum maszyn, i tysiąckrotny zgiełk wielkiego miasta – wszystko
to jest hymn pochwalny na cześć Boga Wszechmogącego, jedno wielkie Te deum laudamus.
Ludzi, którzy piszą takie nikczemne
bzdury, należałoby surowo karać, bo uprawiają duchowy nierząd i są przeciw
świętemu Duchowi.
Dziękuję Bogu, że uszedłem z tego
pałającego pieca, tej niemiłosiernej Golgoty. A poza tym sądzę, że wielkie
miasta należy zniszczyć.
Jak ja, głupi, mogłem sobie wyobrażać,
że tam zdobędę swój klejnot? Trzymać go mogą tylko czyste ręce, a kto
potrafiłby takie tam zachować? Może paru świętych, których nie znamy.
Bóg poddał mnie ciężkiej próbie. Teraz
rozumiem wszystko. I to, co kiedyś uważałem za nieszczęście, dzisiaj uważam za
szczęśliwe zrządzenie.
Bo co by ze mnie było? Byłbym zagłuszył
wołanie duszy pracą, wysiłkiem, życiem, pospiechem, gonitwą. Miałbym willę,
pieniądze, kobiety i wszystko inne, ale tego jednego, co konieczne, nie.
Jakże wyjątkowo piękne i ludzkie jest
zdanie Augustyna: Inquietum est cor
nostrum donec requiescat in te! Albo to w Piśmie: Cóż bowiem za korzyść
odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł!
Ścieżki mych poszukiwań były osobliwe,
lecz ścieżki Bożej łaski są cudowne. Jego głos nigdy nie pozwolił mi całkiem
zasnąć, a kiedy teraz rozmyślając kartkuję te wyznania, to wszędzie znajduję
ślady Boga.
I cóż byłaby warta historia człowieka,
gdyby nie widział w niej obecności Boga, miłościwego. I czym byłaby historia
ludzkości, historia świata, bez śladów łaski? Dopiero ona czyni ludzkie życie
ludzkim i sprawia, że historia świata staje się nauką.
Dzisiaj wiem oczywiście, że goniłem za
błędnymi ognikami, fałszywymi klejnotami, których mętny blask szybko przemija.
Czym jest życie, za którym tak
namiętnie goniłem? Szałem, pędem, jednym wielkim bezsensownym ruchem.
Czym jest ja, którego następnie
poszukiwałem? Szukałem pod-ja i poza-ja, szukałem pobudzenia, podniety i
samozapomnienia – i znowu nienawidziłem jasności i szukałem półmroku. Na Boga,
byłem człowiekiem, który szedł w półmrok.
Szukałem mamony i byłem na tyle
kłamliwy, że sam przed sobą ukrywałem prawdę. Okadzałem złotego cielca ofiarnym
dymem mej próżności i skrapiałem pachnidłem pięknych słów. Chciałem być
niezależny, by móc lepiej służyć sztuce, a w rzeczywistości chciałem siebie,
tylko siebie samego.
Oddałem się współodczuwaniu i wydawałem
się sobie nie wiadomo jak głęboki. Nie miłość mną jednak powodowała, lecz
żałosny masowy instynkt barana-przewodnika. Znowu chciałem prowadzić, kierować
i być na czele, okadzony dymem mej żarliwej pychy. Klejnot z łajna!
Potem pojawił się Suhm i postawił
przede mną świątynię przyjaźni. Tu Bóg po raz pierwszy głośno i wyraźnie
zapukał do mych drzwi. I zabrał mi wielki skarb, by mi dać jeszcze większy:
Tylko z Bogiem masz się wiązać!
Tak też zabrał mi klejnot Metellę,
poszedłem wtedy przed siebie z zamkniętymi oczami.
Teraz mam nareszcie mój największy
klejnot, mój ostatni klejnot, z którego wszystkie inne pochodzą. Poszedłem i
sprzedałem wszystko, patrzajcie, by uzyskać ten jeden.
Jest we mnie wielka i silna radość.
Mógłbym nazywać się Jukund. Czuję się tak, jakbym miesiącami przebywał w
mieście ogarniętym epidemią, gdzie z każdym oddechem połyka się tysiąc
zarazków, a teraz wyszedł na swobodę i mógł znowu odychać pełną piersią i płuca
napełniać cennym Boży darem, jego nieskończonym eterem.
Gdyby jednak ktoś miał czytać po mnie
te zapiski, to chcę mu powiedzieć: Jeżeli mieszkasz gdzieś w pobliżu natury i w
pobliżu Boga, to choćby to było miejsce jałowe, zostań i nie wyjeżdżaj! Jeżeli
jednak mieszkasz w piecu topniczym i nosisz w sobie jeszcze iskrę tęsknoty, to
zbieraj się prędko i uchodź, nie oglądając się za siebie!
Myślę, że teraz przedstawiłem, a
przynajmniej zasugerowałem wszystko, co mną powoduje, i jeżeli ktoś będzie
chciał to zrozumieć, to znaczy, że nie napisałem tego na próżno.
Poniedziałek, 31 marca
Wstałem wcześnie rano, wcześniej niż
kiedykolwiek w życiu. Od dzisiaj codziennie będę tak wstawał.
Ten dzień był chyba najbardziej
znaczący.
Siedzę po raz ostatni w domu
Chorinsky’ego nad Wełtawą. Minął kolejny pogodny dzień. I codziennie nowy jest
Boży blask i każdy kolejny dzień jest niejako jak ten pierwszy. I każdy może też
być twym ostatnim.
Siedzę przy oknie i spijam
niewysłowioną wspaniałość poranka niczym nektar. Stare mury Hradczanów lśnią w
pieszczotach młodzieńczego światła, mury, które widziały tyle wydarzeń
historycznych, tyle krwi, tyle wyroków losu.
A potem wstanę i pójdę. Nic ze sobą nie
wezmę, ni kufra, ni bagażu, tylko mój kapelusz, płaszcz i laskę.
Raz jeszcze udam się na jeden z
wielkich dworców i będę się dziwował ludzkiej głupocie. Będę patrzył, jak
przyjeżdżają i odjeżdżają pociągi i myślał, że wszyscy chcą dotrzeć do jednego
celu, ale nie celują wystarczająco wysoko.
Potem raz jeszcze posłucham zgiełku
ulicy, trąbienia aut, turkotu wozów, bieganiny tysiąca ludzi.
Będę patrzył, jak biegają wszyscy za
chlebem, ale nie samym chlebem człowiek żyje.
Może zatrzymam się przed jakąś galerią
sztuki, których jest tu wiele, i zaśmieję się z własnej głupoty i będę rad, że
się jej pozbyłem jak gorszego ubrania.
Potem pójdę na Plac Karola i będę
podziwiał fontannę ze srebrnym pióropuszem wody wystrzelającym w górę i
opadającym niczym podskakująca bezszelestnie tancerka. Będę obserwował pracę
ogrodników i zabawy dzieci wychodzących ze szkoły.
Tymczasem zrobi się południe. Zjem
naprzeciwko giełdy, zadowolony, że pieniądze nie będą już brudzić mi rąk. Przy
św. Mikołaju pomodlę się za Aleppa, żeby miał dobrą śmierć, stary ślepiec. By
jego ślepota przyniosła mu wieczną jasność!
Dojem mięso i dopiję wino. Będę
spożywał z wdzięcznością, ale nie chcę już przywiązywać się do dobrego jedzenia
i picia, bo człowiek musi umieć kosztować rzeczy wyższych.
Po południu zajdę na pocztę główną,
gdzie wyślę siedem listów: do Hildy, Löpera, Corba, Knarcha, księcia
Chorinsky’ego, Renaty i księdza. Będę je powoli, jeden po drugim wrzucał do
skrzynki.
Potem zostaną mi trzy, może cztery
godziny. Jedną spędzę na Moście Karola,
chłonąc wielką scenę niczym wieczny obraz.
Takie mogą być mieszkania niebian,
tylko jeszcze większe i o wiele bardziej wyniosłe.
Będę malarzom zaglądał przez ramię i popatrzę
trochę na cierpliwych wędkarzy, którzy stoją na brzegu i moczą kije w nurtach
Wełtawy.
Potem powoli i z nabożeństwem przejdę
przez most. Każdej figurze przyjrzę się dokładnie, a w miejscu świętego chcę
spojrzeć na Wełtawę i zmierzyć wzrokiem wysokość.
Teraz jestem już po drugiej stronie. Przy
św. Mikołaju chcę się pomodlić i pozwolić, by duch mój niczym sokół wzleciał ku
wysokiej kopule, będącej jakby naśladownictwem niebieskiego sklepienia.
Odwiedzę też Dzieciątko Jezus u Panny
Marii Zwycięskiej i przypomnę sobie mój sen z Laotsem, który
okazał się tak proroczy.
Domu ojcowskiego nie chcę już
odwiedzać.
Chcę raczej pójść w lewo i powoli, z
namysłem wejść schodami na zamek. Chcę stać na wielkich, królewskich
dziedzińcach i podziwiać katedrę św. Wita. Przy grobie św. Wacława i srebrnym
sarkofagu św. Jana Nepomucena chcę się pomodlić za Pragę, by ją Bóg strzegł i
prowadził, tak jak poprowadził mnie.
Potem przejdę się trochę Złotą Uliczką,
ciesząc się tym, jak promienie słońca padają skośnie z ciemnej szczeliny na
stare, kryte łupkiem dachy.
Z przedmurzy będę spoglądał na wiele
wież i domów miasta i patrzył, jak z kominów podnosi się wieczorny dym. Tu na
górze panuje już spokój.
Słońce wisi za Petřínem, spowijając go
niezrównaną aurą świętości.
Pójdę dalej i wstąpię do cichego klasztoru
loretańskiego, gdzie wieczorne słońce delikatnie ogrzewa kruszący się kamień.
Przy furcie, gdzie zawsze siedzą
żebracy, oddam ostatni grosz i pójdę dalej ubogi i pozbawiony środków do życia.
Tam zacznie mi bić serce. Będę szedł
coraz wolniej, zbliżam się bowiem do celu.
I oto wyłania się już gęstwiny
mieszczańskich kamienic – Strahov, wielki klasztor.
Obie wieże błyszczą w ostatnich
promieniach słońca, a dachy lśnią. Mury pogrążyły się już w mroku.
Wkraczam na niesamowity dziedziniec,
który jest jak przedsionek do wieczności, tam stanę, odetchnę i zamknę oczy. I
wszystko, co mi zagrażało w czasach „Klejnotu”, powróci raz jeszcze jako wielki
strach i wielka pokusa.
Potem pewnym krokiem podejdę do furty i
nacisnę na klamkę.
Furta, przez którą się wchodzi, ale już
nie wychodzi. Nieodwołalny krok będzie wtedy zrobiony, chwała Bogu!
I będą ze mną cienie – Knarch, Hilda,
Corb, Löper, ślepy Aleppo, martwy Guthals, ksiądz-spowiednik, allelujanki,
Bourbaçon, Renata, Suhm, książę i Metella. Przejdę przez furtę, a je zostawię
na zewnątrz, wszystkie, wszystkie!
Vincenz Josua Born umrze i będzie
martwy, ale nieśmiertelny handlarz klejnotów zmartwychwstanie i będzie żył
wiecznie.
Tak będzie i na tym kończę. Jest koło
ósmej, muszę iść, by dotrzeć do celu.
Droga Renato!
Powierzam Ci tę książkę. Zrób z nią, co
uważasz. Ja byłem niemiłosierny wobec ciebie, Ty jesteś miłosierna.
Jeżeli spotkasz kiedyś Suhma, przekaż
mu ją, jeżeli będziesz ją jeszcze posiadać. Pozdrów go ode mnie, niech czasem o
nim pomyśli, tak jak będę zawsze myślał o nim.
O Tobie też nie zapomnę, Renatko.
Będę Cię wspominać przy ołtarzu. Nie
współczuj mi, raczej zazdrość.
Wiesz, że od młodości przywiązany byłem
głęboko do piękna, a teraz posiadam piękno wieczne i jestem w rzeczy samej marszandem
do pozazdroszczenia.
Każdy powinien iść własną drogą, jeżeli
tylko prowadzi go do celu. Ja poszedłem moją i stoję u celu.
Bóg jest celem. Dróg jest bez liku, ale
ostatecznie tylko te będą się liczyć, które prowadzą do niego.
Masz pisać do mnie i informować o swoim
życiu, być porządna i zachowywać się tak, by nasi rodzice, gdyby jeszcze żyli,
nie musieli się ciebie wstydzić. Troszcz się też o ich groby, matka zawsze
lubiła róże, nie zapominaj o tym. Traktuj też z szacunkiem swój stary
modlitewnik, a gdybyś miała kiedyś dzieci, to wychowaj je w bojaźni Bożej.
Jestem bardzo szczęśliwy.
Twój brat,
Vincenz Josua
Ciebie jednak będę wychwalał zawsze,
litościwy Boże. Zaiste, twa dobroć jest wspaniała, a twe oko mieszka też w
głębinach południowego Pacyfiku.
Tonąłem w odmętach występku, lecz i tam
mnie znalazłeś, bo twe oko widzi wszystko.
Groziło mi, że uduszę się w Judaszowym
płaszczu własnej zdrady, ty zdjąłeś mi go z ramion i podarowałeś w zamian szatę
swego zmiłowania.
Tak jak niegdyś spadł na nas żyrandol w
twoim sanktuarium, tak teraz ogień twej łaski spadł na mą spustoszoną duszę.
Jedną pieśnią ściągnąłeś mnie z
powrotem do królestwa twego pięknam, o wielki, dobry Wszechmiłosierny! Zesłałeś
mi niedolę i ból, rozstanie i śmierć, a ja, głupi, walczyłem z własną duszą i
nie rozpoznawałem twych posłannictw.
Byłem bowiem, o Panie, zbyt dumny i
arogancki, a ciebie kochają tylko pokorni. Zrzuciłeś mnie na dno i pokazałeś
męki piekielne, bym wiedział, jak straszny jest twój gniew. Moje grzechy były
większe od gór i czerwieńsze od szkarłatu, a jednak mnie ocaliłeś. Bo mieszka
twe oko również w głębinach południowego Pacyfiku.
Dlatego bądź pochwalony,
Wszechmiłosierny, wielki skarbie, najwyższa piękności, obrazie wszystkich
obrazów, klejnocie klejnotów, ostatni klejnocie.
KONIEC