Przedstawiciel Rosji na procesie
zbrodniarzy wojennych w Norymberdze stwierdził, iż 10 000 obywateli
polskich, których ciała odkryto wiosną 1943 roku w lesie katyńskim, zostało
zamordowanych przez armię niemiecką. Na dowód tego przedstawił oświadczenia Rosjan
oraz członków niemieckiego batalionu saperów.
Nie zamierzam podawać w wątpliwość ani
osłabiać wymowy nazistowskich zbrodni, które wyszły na jaw podczas procesu,
zawsze byłem bowiem przekonany co do winy rządu narodowosocjalistycznego.
Jednak stwierdzenie tej winy straciłoby na wartości, gdyby takie nieprawdziwe
ujęcie sprawy katyńskiej nie zostało zdyskredytowane. Znaczenie procesu
norymberskiego jest zbyt wielkie, by ciążyło na nim tak jawne kłamstwo.
Od 1941 do 1943 roku byłem trzecim
oficerem w sztabie generalnym Grupy Armii „Środek”. Na początku września 1941
roku sztab Grupy Armii przeniósł się z Borysowa do Krasnego Boru pod
Smoleńskiem. Gniezdowa to wieś w pobliżu Krasnego Boru. Na początku 1943 roku w
lasku 2 kilometry od Gniezdowej natrafiono przypadkiem na groby. Na potrzeby
propagandy wybrano nazwę „Katyń”, była to bowiem najważniejsza miejscowość w
okolicy, oddalona o 4–5 kilometrów od miejsca, gdzie znajdowały się groby.
Słowo „Katyń” ma lepsze brzmienie w kontekście światowej propagandy. Inny powód
był taki, że w pobliżu Gniezdowej znajdują się prehistoryczne groby Hunów, co
kontrpropaganda mogła wykorzystywać, by obalić lub zakwestionować nasze
ustalenia. Las był nad Dnieprem. Stał tam drewniany dom, gdzco kontrpropaganda
mogła wykorzystywać, by obalić lub zakwestionować nasze ustalenia. Las był nad
Dnieprem. Stał tam drewniany dom, gdzco kontrpropaganda mogła wykorzystywać, by
obalić lub zakwestionować nasze ustalenia. Las był nad Dnieprem. Stał tam
drewniany dom, gdzie – jak nam powiedzieli mieszkańcy – wypoczywali wcześniej
komisarze polityczni. Od 1941 roku kwaterował tam sztab Pułku Łączności Grupy
Armii (dowódca: pułkownik Ahrens). Sztab Grupy Armii kwaterował bez przeszkód w
okolicy Gniezdowej do późnego lata 1943. Jest naprawdę niemożliwe, by zbrodnia
ta została popełniona w tym okresie, bo musiałoby to nastąpić dosłownie „na
oczach” Grupy Armii. Również w krótkim okresie pomiędzy zdobyciem Smoleńska i
przeniesieniem sztabu Grupy Armii w rejon tego miasta zbrodnia ta nie mogłaby
się wydarzyć bez wiedzy wyższych szarż, zwłaszcza gdyby – jak oświadczył
przedstawiciel Rosji – miała się jej dopuścić jakaś jednostka Armii. Z tego co
pamiętam, tak zwane grupy operacyjne SS [Einsatzgruppen] zostały już wtedy wycofane
na rozkaz Grupy Armii. W owym czasie dowódcą SS i policji na terenie działania
Grupy Armii był Brigadeführer Nebe. Wcześniej Nebe był oficerem i
funkcjonariuszem policji kryminalnej. Wstąpił do SS tylko dlatego, że zmusiły
go do tego okoliczności (przejęcie kontroli nad policją kryminalną przez SS).
Jednak udziałem w spisku 20 lipca 1944 roku dowiódł swego autentycznego
zerwania z nazizmem. Nebe skutecznie opierał się rozkazom Hitlera i Himmlera i
ostro krytykował mordowanie Żydów. Później stało się to powodem jego odwołania.
Nigdy nie pozwoliłby na taką zbrodnię jak rozstrzelanie tysięcy polskich
oficerów. Jakkolwiek jednak było, powtarzam, iż fakt taki nie mógłby umknąć
uwadze Grupy Armii.
W istocie odkrycie masowych grobów
przebiegło w następujący sposób. Wiosną 1943 roku – w marcu, o ile dobrze
pamiętam – sekretarz żandarmerii Voss, który znajdował się pod moją komendą i
odpowiadał za bezpieczeństwo Grupy Armii, poinformował mnie o pewnym
incydencie.
Otóż przez Gniezdową przemaszerowały
oddziały polskich ochotników zmierzających wraz z innymi jednostkami na front
wschodni. Tak jak wszędzie indziej ich członkowie dopytywali się o los polskich
jeńców z 1939 roku. Mieszkańcy Gniezdowej powiedzieli im, że na początku
kwietnia 1940 roku na stację w Gniezdowej przybyły pociągi z polskimi jeńcami,
których tam wysadzono. Jeńcy ci zostali przeprowadzeni pod eskortą GPU
[sowieckiej policji politycznej] do lasu nad Dnieprem. Cały teren, nazywany
przez miejscową ludność „strzelnicą”, został otoczony szczelnym kordonem. Cały
dniami dochodziły stamtąd odgłosy strzałów, a polskich jeńców nigdy więcej nie
widziano. Pozyskawszy te informacje, polscy ochotnicy udali się do rzeczonego
lasu. Kopiąc w miejscach, gdzie teren był zagłębiony, pokrytych trzyletnią
roślinnością, bardzo szybko natrafili na ciała w polskich mundurach
oficerskich. Następnego dnia opuszczali okolicę, toteż odmówili pacierze,
zasypali grób i postawili wysoki brzozowy krzyż.
Najpierw przesłuchałem pod przysięgą
mieszkańców. Ich zeznania w pełni potwierdzały powyższe informacje. Później
rozmawiałem z niektórymi z przesłuchiwanych przeze mnie Rosjan; nie mieli oni
wątpliwości, że była to egzekucja przeprowadzona przez GPU. Po oficjalnym
raporcie Naczelne Dowództwo Wehrmachtu (OKW) nakazało otwarcie grobów celem
identyfikacji zwłok i powiadomienia bliskich ofiar. Uczestniczyć w tym miał
Polski Czerwony Krzyż z siedzibą w Warszawie. W razie potwierdzenia informacji
przekazywanych przez miejscową ludność nadarzałaby się okazja do wykorzystania
propagandy. Lekarz sądowy przydzielony do korpusu kwatermistrzowskiego został
wyznaczony przez Grupę Armii do przeprowadzenia ekshumacji i ustalenia, czy
doszło do złamania postanowień Konwencji Genewskiej. Lekarz ów był profesorem
na Uniwersytecie Wrocławskim. Jego nazwisko zapomniałem, można je jednak
ustalić, przesłuchując generalnego lekarza sztabowego doktora Jaeckla (obóz
jeniecki Allendorf), byłego lekarza Grupy Armii. Oprócz tego profesora i jego
asystentów w dochodzeniu brała udział cztero- lub pięciosobowa komisja
Polskiego Czerwonego Krzyża, w składzie której był kolejny lekarz lub dwóch.
Teren, gdzie znajdowały się masowe groby, był otoczony i strzeżony przez polski
oddział ochotniczy. W pierwszym otwartym grobie znaleziono pięć do sześciu
tysięcy ciał leżących w dwunastu warstwach. Wszystkie ofiary miały od jednego
do trzech otworów po kuli w tyle głowy. Oprócz dwóch generałów, pewnej liczby
oficerów sztabowych i kilku szeregowców (być może adiutantów), wśród ofiar byli
kapitanowie i porucznicy Wojska Polskiego. Ciała zdążyły się już w znacznym
stopniu rozłożyć, lecz piaszczysta gleba i mundury sprawiły, że się nie
rozpadły, tak że można je było ostrożnie ekshumować, zbadać i zidentyfikować. Badanie
przeprowadzone przez lekarza sądowego dowiodło ponad wszelką wątpliwość, że do
zbrodni musiało dojść trzy lata wcześniej. Wskazywał na to również wiek
roślinności porastającej groby, określony przez lasoznawców rosyjskich i
niemieckich na trzy lata. Przy zmarłych znaleziono wszystkie papiery oraz duże
ilości banknotów (polskich złotych), lecz poza ukrytymi pod bielizną osobistymi
talizmanami, papierośnicą generała i pewną liczbą obrączek nie natrafiono na
żadne kosztowności. Pośród papierów były listy od bliskich, które polscy
oficerowie otrzymali w niewoli, oraz liczne dzienniki. Wszystkie listy były z
1939 i początku 1940 roku. Dochodzenie przeprowadzone pośród niedoszłych ofiar
miało wykazać, kiedy dokładnie urwał się kontakt z jeńcami. W dziennikach
znajdowało się mnóstwo szczegółów osobistych. Tu muszę dodać, że papiery – o
ile nie zakonserwowała ich szczególnie sucha gleba – potraktowano specjalnymi
chemikaliami, by dało się je odczytać. Dzienniki pisane były przez polskich
oficerów, którzy w 1939 roku dostali się do rosyjskiej niewoli. Przewożono ich
w różne miejsca, aż trafili do klasztoru w Kozielsku. Tam traktowano ich
łagodnie. Rzecz jasna spodziewali się, że zostaną zwolnieni i wyglądali swego
powrotu do ojczyzny. Gdy na początku marca 1940 roku przewieziono ich pociągiem
w kierunku Smoleńska, a więc, zdawałoby się, na zachód, myśleli, że dzień
odzyskania wolności jest bardzo bliski. W niektórych dziennikach, pisanych do
ostatniej chwili, można było przeczytać, że zatrzymano ich na długi czas na
stacyjce pod Smoleńskiem, a następnie czarnymi zamkniętymi samochodami
przewieziono do niewielkiego lasku. Do tego momentu nie zdawali sobie sprawy,
jaki los ich czeka. Dopiero kiedy odebrano im kosztowności, zaczęli
podejrzewać, że zostaną zgładzeni. Wszystkie zapiski urywały się w pierwszych
dniach kwietnia 1940 roku. Następnie zostały odkryte kolejne groby, bardzo
łatwe do zlokalizowania, bo pokrywała je warstwa trzyletniej ziemi. W jednym z
nich natrafiono na liczne zwłoki, gdzie ofiarom związano ręce z tyłu albo
naciągnięto ubranie na głowę – zapewne jeńcy ci stawiali opór. Działania
propagandowe w tej sprawie poruczono wydziałowi propagandy (major Kost) dowódcy
tyłów Grupy Armii „Środek” (generał von Schenkendorff). Teraz do Smoleńska
zaczęły przybywać liczne delegacje. Ich członkowie zapoznawali się z wszystkimi
tymi faktami bez okazywania żadnych emocji.
Miejsce masowych grobów odwiedzili
między innymi:
1. Arcybiskup Krakowa,
2. Delegacja przedstawicieli prasy
państw neutralnych,
3. Delegacja lekarzy sądowych państw
neutralnych,
4. Delegacja Czerwonego Krzyża,
5. Delegacja polskich oficerów i
szeregowców (jeńców wojennych),
6. Delegacja jeńców brytyjskich i
amerykańskich.
Szczególne znaczenie miały wizyty
lekarzy sądowych, którzy dobrowolnie i na ochotnika przez kilka dni
przeprowadzali autopsje ofiar. Była to dla nich niepowtarzalna okazja badawcza.
Wszyscy zgadzali się, że od śmierci ofiar minęły trzy lata. W skład delegacji
wchodzili przedstawiciele następujących państw: Szwajcarii, Holandii, Belgii,
Węgier, Norwegii, Francji, Finlandii itd. Pamiętam tylko nazwisko
przedstawiciela Szwajcarii – był to profesor Niville (albo Miville) z Berna.
Pozostałe nazwiska można łatwo znaleźć w białej księdze opublikowanej wtedy
przez niemieckie MSZ. Certyfikaty zagranicznych lekarzy mogą być dostarczone do
sądu w Norymberdze w dowolnym momencie.
Pamiętam tylko, że w składzie delegacji
jeńców brytyjskich, która odwiedziła Smoleńsk, był członek reprezentacji Anglii
w piłce nożnej.
Wszyscy odwiedzający Katyń byli pod
dużym wrażeniem zgromadzonego materiału i nie mieli wątpliwości, że zbrodnię
popełniło GPU na początku kwietnia 1940 roku. Fakty przekonały również tych,
którzy obawiali się niemieckiego oszustwa propagandowego, zwłaszcza gdy
zrozumieli, że żadnego oszustwa nie było.
NIKT, KTO WIDZIAŁ ZWŁOKI, A ZWŁASZCZA
CZYTAŁ PORUSZAJĄCE DZIENNIKI OFIAR, NIE MOŻE WĄTPIĆ W TO, ŻE POLSKICH OFICERÓW
ZAMORDOWANO NA DŁUGO PRZED KAMPANIĄ ROSYJSKĄ [atakiem Niemiec na ZSRR].
Łącznie zidentyfikowano cztery do
pięciu tysięcy ofiar, nim ocieplenie uniemożliwiło dalsze prowadzenie tej
strasznej pracy. Należało ją ponownie podjąć jesienią. To jednak okazało się
niemożliwe, bo wtedy niemiecki front został już wypchnięty ze Smoleńska, a
sztab Grupy Armii stacjonował w rejonie Orszy. Dwaj generałowie pochowani
zostali w osobnych grobach. Pozostałe ofiary leżały razem. W tym czasie odkryto
też kolejny masowy grób, o takich samych wymiarach jak pierwszy, zatem szacunki
mówiące o dziesięciu do dwunastu tysiącach ofiar nie mogły być przesadne. Całe
dochodzenie przeprowadzono ściśle według zasad wojskowych i naukowych;
funkcjonariusze Partii i oficerowie SS nie mieli tu nic do powiedzenia.
Na koniec muszę powtórzyć, że skala
eksterminacji Żydów i innych zbrodni nazistowskich, zwłaszcza obozów
koncentracyjnych, bez wątpienia znacznie przekracza to, czego dopuszczono się w
Katyniu. Wiem też jednak na pewno, że tych polskich oficerów nie zamordowali
Niemcy, a tym bardziej niemieccy żołnierze.
---
Rudolf baron von Gersdorff, generał-major
PRAWDA O „KATYNIU”
Wersja angielska [tłumaczenie z niemieckiego]
Sztab Armii USA w Europie
Wydział Historyczny
1954
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz